Archiwa tagu: transformacja

Historia GPW. ZA ROGIEM ZARAZA, NA ROGU STAŁ LIS

Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń.

Spór o prywatyzację wybuchł w Polsce zanim do niej doszło. Leszek Balcerowicz oczekiwał, że prywatyzacja dotrzyma kroku dynamicznie zapoczątkowanej transformacji polskiej gospodarki. Wiedział, że szybkość przemian zwiększa szanse na ich powodzenie. Rynek kapitałowy nie mógł ruszyć bez prywatyzacji, ale odpowiedzialny za te obszary Krzysztof A. Lis odrzucał drogę na skróty. Zamierzał prywatyzować w pełni profesjonalnie, a kiedy owej pełni brakowało – przynajmniej rozważnie, krok po kroku, unikając terapii szokowej. Uznano, że działa zbyt wolno, więc zepchnięto go na boczny tor. Lecz jego zasług nie da się przecenić.

Legendarna ekipa Balcerowicza zajmowała się naprawianiem gospodarki, przeprowadzaniem Polski na słoneczną stronę ulicy. Krzysztof Lis niczego nie naprawiał, przyszło mu tworzyć nowe, wcześniej niewyobrażalne. Miał dar wyłuskiwania talentów, skupiania ich wokół siebie, zarażania entuzjazmem. Współpracownikom powiadał żartem, że wie o prywatyzacji 10 procent tego, co chciałby wiedzieć, oraz że oni zdołali ogarnąć raptem 10 procent jego wiedzy, więc muszą się szybko uczyć. Zdołał sformować zastęp ludzi obdarzonych, jak on, wyobraźnią i odwagą, zjednać ich do udziału w niepowtarzalnym przedsięwzięciu. Stworzyli infrastrukturę prawną i organizacyjną rynku kapitałowego organizowanego wokół Giełdy Papierów Wartościowych – i wtedy przystąpili do prywatyzowania.

Najpierw była „pierwsza piątka”: Exbud, Kable, Krosno, Próchnik, Tonsil. Garstka spółek wybranych z ośmiu tysięcy przedsiębiorstw państwowych. Zastanawiano się jeszcze nad szóstą kandydaturą, Swarzędzem, ale odłożono ją na później, bo spółka miała kłopoty z płynnością. Im więcej czasu mija od startu transformacji, tej prawdziwie dobrej zmiany w Polsce, tym bezczelniej szerzy się legendy o sprzedawanych za bezcen klejnotach narodowej gospodarki, złodziejskiej prywatyzacji, zmarnotrawieniu wypracowanego w trudzie i znoju dorobku pokoleń. Otóż dorobek został zrujnowany już w latach osiemdziesiątych, kraj znalazł się na skraju katastrofy, w innej sytuacji ekipa rządząca w PRL nie oddałaby władzy. Spółki zdatne do prywatyzacji można było policzyć na palcach jednej ręki. Zresztą i tak dwie z nich niebawem wpadły w kłopoty. Nie powinniśmy pozwolić na fałszowanie historii.

Katastrofa polskiej gospodarki, zapoczątkowanie transformacji, podjęcie reformy ustroju – sprowokowały wysyp teoryjek o możliwości szybkiej powszechnej prywatyzacji, czy pracowniczej, czy obywatelskiej, poprzez rozdanie tytułów własności i ułatwienie obracania nimi. „Pomysł bezpłatnego rozdawania akcji obywatelom szerzył się wtedy w byłych krajach komunistycznych jak wirus grypy” – wspomina Jacek Kwaśniewski, przyjaciel i, w tamtym czasie, bliski współpracownik Lisa. Za rogiem czekało Polskę to, co wkrótce stało się z własnością i rynkiem kapitałowym w Czechosłowacji i Rosji.

KORDON SANITARNY. Ale na rogu stanął Lis i nie przepuścił zarazy powszechnego rozdawnictwa. Chciał prywatyzacji w oparciu o kapitał i wiarygodne wyceny. Jako pełnomocnik rządu do spraw przekształceń własnościowych stworzył strukturę nowego ministerstwa, obsadził ją dobranym zespołem, ale resortu nie objął. Wykluczył go Balcerowicz, rozczarowany skierowaniem prywatyzacji na tory fachowości. Lisowi przypisano opinię hamulcowego reform, zwolennika rozwiązań zachodnich, wręcz marudnego pedanta. Oraz impertynenta, który ponoć zraża sobie posłów. Ministrem został Waldemar Kuczyński, zausznik premiera Tadeusza Mazowieckiego, merytorycznie nieprzygotowany, ale świadomy tego. Krzysztof Lis współpracował z nim lojalnie jako sekretarz stanu. Aż doszło do zmiany rządu, ministrem został Janusz Lewandowski, współtwórca głośnej koncepcji powszechnej prywatyzacji, i Lis został z ministerstwa wyrzucony.

Nie pojechał do Sevres, by tam służyć za wzorzec pokrzywdzonego przez los. Został doradcą Banku Światowego, w tym charakterze pracował w państwach byłego Związku Radzieckiego. Był do tego zadania dobrze przygotowany. Warszawiak z rodziny inteligenckiej, studiował w Łodzi, bo tamtejszą ekonomię uważał za najlepszą. Zrobił doktorat z zarządzania, pracował naukowo, ale praktykował też doradztwo, prowadził pionierski butik konsultingowy, na owe czasy miał spore sukcesy. Swoje doświadczenia spożytkował w Rosji, Białorusi, na Ukrainie. Ceniono go, lubiano, wysłuchiwano z uwagą, lecz rad nie stosowano. Dzika prywatyzacja nie napotkała tam granic, kordonów.

WIELKI NIEŁAD KORPORACYNY. W słowach jakby wypowiedzianych dzisiaj Krzysztof Lis oponował pomysłowi budowy narodowej instytucji finansowej: „Wybraniec narodu, polityk, zaraz będzie chciał zaciągnąć ‘narodowy’ kredyt na szczególnych warunkach, a to by nas za drogo kosztowało. Otóż Skarb Państwa nie jest w stanie wypracować mechanizmów dających takiej ‘narodowej’ instytucji immunitet od nacisków politycznych”. Kwestie ewentualnego łączenia PKO z PZU uważał za „nieobyczajną”, skoro toczył się spór w arbitrażu co do tytułu własności tego, czym wówczas zamierzano zahandlować.

Krytycznie oceniał dwoistą rolę państwa na rynku: „Państwo jest regulatorem rynku, ale kiedy spełnia rolę właścicielską, staje się jego uczestnikiem. Nie ma w Polsce prawa, obyczaju, a także żadnych procedur pozwalających wyodrębnić jedną postać państwa od drugiej. W dodatku nie jest ono przygotowane do działania w tej drugiej postaci. Dlatego lepiej zapomnieć o postulatach ładu korporacyjnego w spółkach Skarbu Państwa, kiedy tylko zaczyna on sprawować rolę właścicielską. Tam jest jeden wielki nieład korporacyjny. Centralizacja, biurokracja i pełna nieprzejrzystość, która budzi niepokój, co się za tym kryje. Wniosek: albo państwo nadal będzie się zachowywać skandalicznie, albo – zachowując poważne udziały – stanie się inwestorem pasywnym.”

CZŁONEK Z RAMIENIA“. Po zakończeniu misji z ramienia Banku Światowego został Krzysztof Lis doradcą prof. Leszka Balcerowicza, wówczas wicepremiera w rządzie Jerzego Buzka. Liderzy transformacji znów pracowali zgodnie. A na przełomie stuleci, z właściwą sobie energią, Lis podjął nowe wyzwanie: uświadomienie uczestnikom rynku powołania naszych czasów do rozwijania corporate governance. W tym czasie i ja zająłem się tą tematyką, więc nasze drogi zeszły się niebawem. Współpraca z Panem Krzysztofem okazała się inspirująca, owocna, ale niełatwa. Odnosiłem wrażenie, że starannie rozgląda się wokół, ostrożnie ocenia nowych współpracowników. Czy ciążyły mu doświadczenia z przeszłości? Wspominał o karierach złamanych z tego powodu, że ktoś znalazł się w złym towarzystwie i zszargał nazwisko. Często powtarzał dewizę Stanisława Słonimskiego (ojca Antoniego): „Kiedy nie wiesz, jak należy się zachować – zachowaj się przyzwoicie”.

Krzysztof Lis usiłował zaszczepić na polskim rynku pojęcie ‘fiduciary duty” (powinność dołożenia należytej staranności w zawiadywaniu powierzonym mieniem) przeciwstawiając je rodzimemu, „nadwiślańskiemu” (nie)porządkowi korporacyjnemu. Wyśmiewał anatomiczne zwyrodnienie w postaci „członka z ramienia” – członka rady nadzorczej zasiadającemu w niej z ramienia inwestora, któremu zawdzięcza wybór i zafiksowanego na obronie interesów tego, kto przepchnął go do rady, nawet kosztem spółki i reszty akcjonariatu. „Pora zakorzenić na rynku świadomość, że członek rady nadzorczej reprezentuje tylko siebie i winien działać w interesie spółki, nie w interesie mocodawcy”.

Pod firmą Instytutu Rozwoju Biznesu Lis organizował cykl udanych konferencji na temat corporate governance, odbywanych to w warszawskiej siedzibie giełdy, to w ośrodku IRB w Serocku. Temat urzekał nowością, prezentowany bywał atrakcyjnie, wykształcił grono specjalistów, wokół niego skupiła się wnet społeczność interesariuszy. Krok po kroku zbliżaliśmy się do formalnego wyodrębnienia nowego organizmu – Polskiego Instytutu Dyrektorów. Doszło do tego już po śmierci inicjatora, mnie przypadło kontynuowanie przez lata jego zamierzeń. Mam świadomość, że zastąpić Pana Krzysztofa przecież nie zdołałem.

CERTFIKAT LISO. Najtrwalsze osiągnięcie Krzysztofa Lisa na polu corporate governance wyrosło z inicjatywy opracowania dobrych praktyk spółek giełdowych. Na kilku „wschodzących rynkach” po prostu skopiowano rozwiązania przejęte z Zachodu. Organizacje międzynarodowe przysłały specjalistów, którzy oświecali ciemny lud… Pobieżnie przekładano na rodzime języki cudze zasady dobrych praktyk. Odfajkowano sprawę. W Polsce było inaczej. Ruch na rzecz corporate governance rodził się oddolnie, samoistnie, skupiając wiele z najtęższych umysłów rynku kapitałowego. Fermentowi intelektualnemu, który udało się twórczo pobudzić, zaczyn dawał właśnie Krzysztof Lis. I nieustannie dążył, by nie tylko dyskutować – także działać.

W 2002 r. ujrzała światło dzienne pierwsza redakcja dokumentu, najnowsza weszła w życie z początkiem bieżącego roku, bardziej dojrzała, ale reprezentująca to samo przesłanie: dobre praktyki służą kreowaniu zaufania, a właśnie zaufania najbardziej potrzebuje rynek kapitałowy. W dyskusjach Lis często wracał do pomysłu audytowania spółek pod kątem corporate governance. Fantazjowałem wtedy, że będziemy, na wzór certyfikatów ISO, wydawać świadectwa LISO. Bawił się tym powiedzeniem.

Krzysztof Aleksy Lis (18 VIII 1948 – 31 I 2005) zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Odszedł zbyt wcześnie, w pełni sił, lecz pozostawił po sobie tak wiele: obiecujący i dojrzewający rynek kapitałowy, którego był prawdziwym twórcą. Zdążył jeszcze odebrać, jako pierwszy z pocztu laureatów, nagrodę im. Lesława Pagi, swojego ucznia. Nie doczekał publikacji napisanej wespół prof. Henrykiem Sterniczukiem (i grupą współpracowników) monografii „Nadzór korporacyjny”. Mógł jeszcze sporo dokonać

Tekst ogłoszony 6 czerwca w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

“Człowiek corporate governance 2015”

Otrzymałem niecodzienne wyróżnienie: „Człowiek corporate governance 2015”. Nadano mi je 5 listopada 2015 r. w katowickim Międzynarodowym Centrum Kongresowym podczas tłumnie uczęszczanej V Konferencji Rada Nadzorcza, zorganizowanej z sukcesem przez Piotra Rybickiego i Zbigniewa Błaszczyka (współpracowałem z oboma podczas mojej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów). O nadaniu mi lauru zadecydowała kapituła pracująca pod przewodnictwem historycznego prezydenta Katowic Piotra Uszoka, a laudację wygłosił, z uczuciem i rozmachem, mój wieloletni towarzysz dążeń ku poprawie corporate governance, dr Krzysztof Grabowski.

Przyznany mi zaszczyt ucieszył mnie ogromnie z trzech powodów. Po pierwsze: miło zostać docenionym już na emeryturze, w półtora niemal roku od opuszczenia Polskiego Instytutu Dyrektorów. Po drugie: cieszy, że honor spłynął na mnie w Katowicach, mieście mojej młodości, a dzisiaj dynamicznym ośrodku corporate governance. Po trzecie: bardzo komfortowo być pierwszym laureatem, ponieważ liczę, że z czasem opromieni mnie blask nazwisk i dokonań następnych roczników „Ludzi corporate governance”.

Nie przystoi mi posłużyć się formułką: „Urodziłem się po to, by poświęcić się sprawom corporate governance”. Otóż termin ten został ukuty, kiedy przekroczyłem już smugę cienia. Pierwsza książka traktująca w tytule o corporate governance ukazała się w roku 1984 – hen, za żelazną kurtyną, w obcym nam wówczas kręgu kulturowym, w odniesieniu do nieznanych tu realiów. Lecz kiedy w Polsce nastał czas wielkiej transformacji, podjąłem pogoń za uciekającym czasem. Dzięki brytyjskiemu funduszowi Know How poznawałem w City mechanizmy rynku kapitałowego, a później odbyłem szkolenie z udziałem wykładowców z INSEAD. Wkrótce, z dyplomem absolwenta kursu dla członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, zostałem po raz pierwszy przewodniczącym rady. Ale o tym, jak mało wciąż umiałem, przekonałem się niebawem w Uniwersytecie Środkowo-Europejskim.

Po dekadzie intensywnej pracy w radach nadzorczych zacząłem systematycznie publikować teksty na marginesie corporate governance. Kolejne lata przyniosły nowe wyzwania: redagowanie niezależnego wówczas tygodnika finansowego, a po jego przejęciu przez nowego właściciela i sprowadzeniu na manowce – podjąłem się kierowania Polskim Instytutem Dyrektorów. Przyszło mi wówczas wydawać kwartalnik „Przegląd Corporate Governance”, a przede wszystkim krzewić na rynku szacunek dla dobrych praktyk. Przez ostatnie ćwierćwiecze transformacja dokonała się nie tylko w Polsce, także we mnie. Nareszcie odnoszę wrażenie, że doganiam już stracony czas.

Pytany przez laików, czego dotyczy corporate governance, odpowiadam: dotyczy zaufania. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu. Oznacza to, że rozwija się ona w tempie przyrostu zaufania pomiędzy uczestnikami obrotu gospodarczego, z czego wynika, że ma przecież ogromne rezerwy. Zajmujemy się PKB, produktem krajowym brutto. Czas, byśmy zajęli się zaufaniem krajowym netto. Tego najbardziej nam brakuje.

Z niecierpliwością wyglądam przyszłości. Jakże jestem ciekawy, kto zostanie „Człowiekiem corporate governance 2016”! Bardzo chciałbym złożyć jej – lub jemu – należne gratulacje. Okazja po temu nastanie 8 listopada 2016 roku, na VI Konferencji Rada Nadzorcza.

Przepis na kapitalizm: pasja

Jan Cieński pisze o polskiej transformacji z uznaniem i sympatią. Panoramiczny reportaż o rodzimych kapitalistach obrazuje przemianę Polski dusznej i ciemnej, pogrążonej w niedostatku i niemocy, w żywiołowo przedsiębiorczy kraj ludzi z inicjatywą, odwagą i wyobraźnią. Napisana z rozmachem i znawstwem, książka przybliża anglosaskim czytelnikom prawdę o naszej drodze do współczesności. Dzięki przekładowi i my możemy poczytać o sukcesie, którego tak wielu z nas się wstydzi…

Jan Cieński: Od towarzyszy do kapitalistów. Jak przedsiębiorcy zmienili Polskę w najbardziej dynamiczną gospodarkę Europy. Przełożyły: Małgorzata Halaba, Aleksandra Gietka-Ostrowska, Joanna Józefowicz-Pacuła, Marta Urzędowska. Kurhaus Publishing, 2014. Stron 301.

Polecam tę pozycję wszystkim, bez względu na znajomość ekonomii lub najnowszej historii gospodarczej. Jest to pasjonująca lektura o ciekawych czasach i niepospolitych ludziach, którzy zrozumieli ducha epoki i podjęli niesione przez nią wyzwania. Autor, wieloletni korespondent dziennika Financial Times, pisze o drodze przebytej przez polskich kapitalistów od składanych łóżek z towarami zwiezionymi z Wiednia lub Stambułu – do sukcesu. Tytułowi towarzysze pojawili się jedynie na zachętę (dyżurnym komuchem jest oczywiście Jerzy Urban). Kto oczekuje opowieści o tym, jak ci bezczelni złodzieje rozkradli państwową dziedzinę, jak uwłaszczyli się na niej i zarobili te ciężkie miliony – przeżyje rozczarowanie. Czerwonej pajęczyny nie utkano, partyjna nomenklatura (podobnie jak ludzie podziemia) nie skorzystała z szans, nie porobiła złotych interesów. Za to indeks osób bije w oczy obszerną kolekcją znanych na rynku nazwisk, od liderów listy najbogatszych po twórców firm rodzinnych. Tym ostatnim zawdzięczamy jedyny w książce wątek zatrącający o problematykę corporate governance, dotyczący sukcesji własności i władztwa w firmach rodzinnych. Za następne 25 lat książka urośnie do rangi ważnego źródła do studiów nad historią gospodarczą Polski.

Jan Cieński wyjawia receptę na sukces: „Gdyby przyjrzeć się zwycięskim polskim przedsiębiorstwom, można by znaleźć pewien wspólny mianownik, niezależnie od wszelkich dzielących je różnic. Sądzę, że przede wszystkim łączy je osobowość właściciela, dla którego firma jest sposobem na życie, a nie tylko sposobem na zarobek; który inwestuje w nią bardziej niż w siebie, trochę jak kochający rodzic w dziecko. Właściciel z pasją nigdy nie spoczywa na laurach, bo ilekolwiek by osiągnął, wie, że cos jeszcze może zmienić: zwiększyć obroty, zasięg, udział w rynku. Osiągnąć zysk oczywiście też, ale to nie jest najważniejsze. I wie, że musi rosnąć, żeby przetrwać, a wzrost oznacza rozwój, inwestycje i postęp” (s. 215).

Lecz książka nie jest monotonnym hymnem ku chwale polskiego sukcesu. Cieński przejmująco pokazuje też wielkie dramaty. Jednym z nich jest upadek Państwowych Gospodarstw Rolnych, innym – współczesna emigracja najzdolniejszych i najodważniejszych. Studium przypadku dotyczy Wiśniowej, wsi w Podkarpackim, gdzie działał PGR na bazie majątku Mycielskich i skąd po transformacji ludzie ruszyli w świat za pracą i chlebem, jak w czasach galicyjskich. Wydziedziczeni Mycielscy, ród wielce zasłużony dla kultury, to bliscy krewni Cieńskich, więc są w narracji autora akcenty osobiste, niekiedy emocjonalne, lecz jej wydźwięk jest w pełni prawdziwy (potrafię to ocenić, Nartowscy są z tamtych stron). Mniej gwałtowny, lecz równie bolesny okazał się przypadek gdańskiej stoczni. Cieński daje udaną syntezę polskich reform, ale też nie przemilcza ich krytycznych następstw społecznych i politycznych, szkód i niepowodzeń. Przyznaje, że rodzinny pałac wygląda teraz lepiej niż przed wojną. Może i Mycielscy zaniedbywali jego konserwację, niemniej dla dworu w pobliskiej Różance był on namiastką Paryża.

Wydawnictwo Kurhaus Publishing wyróżnia się na rynku starannym, często trafnym, doborem publikowanych pozycji. Wspiera je, z pozycji przynajmniej mentora, Igor Chalupec, autor przedmowy do wydania polskiego. Natomiast Lech Wałęsa jest autorem słowa wstępnego zamieszczonego w obu wydaniach, oryginalnym i polskim.

Czytaj także: 2011.11.15 Targowisko próżności

Balcerowicz wyjawia tajemnicę Lisa

Leszek Balcerowicz wyjawia nurtującą mnie od lat tajemnicę: dlaczego Krzysztof A. Lis, współautor transformacji, niezaprzeczalny twórca polskiej prywatyzacji, organizator Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, nie stanął na czele tego resortu?

Przypadająca dzisiaj (31 stycznia) dziesiąta rocznica śmierci dr. Krzysztofa A. Lisa, inicjatora Polskiego Instytutu Dyrektorów, prezesa Instytutu Rozwoju Biznesu, zbiegła się z niedawnym pojawieniem się na rynku ciekawej „opowieści biograficznej” Leszka Balcerowicza. O Lisie pisuję często, miałem zamiar wspomnieć go w rocznicę wypadku, w którym zginął. O książce Balcerowicza miałem zamiar napisać osobno. Jednak oba wątki połączyłem, ponieważ na kartach książki profesor Balcerowicz wyjawia tajemnicę dręczącą mnie od lat: dlaczego nie Krzysztof Lis został pierwszym ministrem przekształceń własnościowych?

Krzysztofa Lisa poznałem wiosną 2000 roku na organizowanej przez niego, trzeciej z kolei, konferencji poświęconej tematyce corporate governance. To znaczy: ja go poznałem, on mnie nie. Rozmawialiśmy w kuluarach konferencji, o czym wkrótce Pan Krzysztof zapomniał, więc niebawem zlecił sekretarce zdobycie moich danych kontaktowych (pisywałem na temat corporate governance w jednym z dzienników). Sekretarka wywiązała się z zadania: wzięła moją wizytówkę z biurka szefa i podyktowała z niej numer mojego telefonu i adres elektro. W nawale spraw, pomysłów, przedsięwzięć, inicjatyw – Lis bywał roztargniony. Polubiłem go. Odegrał ważną rolę w moim życiu. Spieraliśmy się na temat kształtu, misji, organizacji tworzonego przez Krzysztofa Lisa Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym później przyszło mi kierować. To mógł być początek pięknej przyjaźni…

Od tamtej wiosny byłem zapraszany przez pana Krzysztofa do udziału w kolejnych konferencjach, do prowadzenia paneli, warsztatów, pisania projektów dobrych praktyk. Lis był legendą: warszawiak kształcony w Łodzi (bo tam, jak twierdził, lepiej uczyli ekonomii) został na progu transformacji ustrojowej podporą Ekipy Leszka Balcerowicza, z Wiesławem Rozłuckim budował giełdę, z Lesławem Pagą organizował nadzór nad rynkiem kapitałowym, z Jackiem Chwedorukiem przeprowadzał pierwsze prywatyzacje i oferty publiczne. Miał dar skupiania wokół siebie świetnych współpracowników, zarażania ich entuzjazmem. Był bezdyskusyjnym twórcą polskiej prywatyzacji. Zorganizował Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. I był powszechnie typowany na pierwszego szefa tego resortu.

Ministrem wszakże nie został… Premier Tadeusz Mazowiecki powołał na to stanowisko Waldemara Kuczyńskiego. Łatwiej było zrozumieć, dlaczego Kuczyński objął resort (był, jak sam pisał o sobie, „zausznikiem” premiera), trudniej – dlaczego pominięty został kandydat oczywisty, dr Krzysztof A. Lis, właściwie wówczas jedyna osoba w Polsce dysponująca kompetencjami. Czy krył się za tym jakiś mroczny sekret? Lis nie obraził się, był w resorcie sekretarzem stanu, jeszcze przez lata doradzał rządowi, zanim wyjechał w świat, doradzając m.in. w Rosji, na Białorusi, w Ukrainie…

Leszka Balcerowicza poznałem lata wcześniej. To dla mnie bohater narodowy, który – wraz z Jerzym Koźmińskim i resztą Ekipy – przeprowadził Polskę na słoneczną stronę ulicy; powinna ona nosić jego imię. Książka „Trzeba się bić” to wywiad rzeka udzielony Marcie Stremeckiej. Rzecz czyta się wartko, mnóstwo w niej ciekawych opinii, faktów, anegdot, nawet niedyskrecji. Lekturę utrudnia brak indeksu osób; nie przypuszczałem, że wydawnictwo Czerwone i Czarne popisze się taką amatorszczyzną.

Ale do rzeczy: Mówi Balcerowicz, że prywatyzacja była dla niego jednym z najważniejszych problemów. Pierwszy pełnomocnik ds. prywatyzacji Krzysztof Lis jesienią 1990 roku chciał robić to klasycznie, jak za Zachodzie. Dla mnie był to zbyt powolny proces. Dlatego gdy pojawił się problem, kto powinien zostać ministrem od prywatyzacji, nie wysunąłem jego kandydatury, choć go lubiłem i ceniłem, zwłaszcza za jego wkład w tworzenie rynku kapitałowego w Polsce”. Czyli: Lis wiedział, jak prywatyzują w świecie i chciał tak robić to w Polsce, dlatego się nie nadawał. A dla wicepremiera prywatyzacja była sprawą zbyt ważną, by iść na kompromis wynikający z sympatii dla Lisa. Zaproponował więc resort Janowi Wejchertowi, z którym był zaprzyjaźniony. Ten odmówił; budował już kapitalizm na własną rękę, z sukcesem.

Wspomina prof. Balcerowicz: „Wtedy Mazowiecki zaproponował Waldka Kuczyńskiego. Nie przyjąłem tego z entuzjazmem, bo nie wiedziałem, czy się do tego nadaje, ale nie miałem swojego kandydata, bo był ogromny problem ze znalezieniem kompetentnych ludzi”. I wszystko jasne. Taka była, jest i będzie polityka. A Krzysztof Aleksy Lis dobrze zasłużył się Polsce na wielu innych niwach. Cześć Jego pamięci!

Czytaj także:
2014.05.09 Spuścizna Krzysztofa Lisa

Śpiąca Królewna [2001]

Finansowanie kultury przez biznes wymaga nie tylko stosownych rozwiązań podatkowych – także głębokich przeobrażeń kultury społecznego komunikowania.

W obliczu gigantycznej Czarnej Dziury polskiego budżetu warto zdać sobie sprawę, że najdotkliwsze, najbardziej bolesne ograniczenia wydatków grożą, jak zwykle, kulturze. Przyczynę katastrofalnej zapaści finansów publicznych najprościej upatrywać w polityce rządu AWS. Nie kwestionując jego zdumiewającej wręcz nieudolności, pragnę przecież zasygnalizować, że trudności budżetowe są związane z postępami transformacji gospodarczej. Im bardziej chciano zminimalizować dotkliwe koszty społeczne postępów transformacji, tym bardziej rosły koszty finansowe, które i tak przyjdzie pokryć społeczeństwu. Kryzys finansów publicznych jeszcze nie objawił się w całości, lecz nieuchronnie nadciągnie.

Ciężary spadną na wszystkich, ale w największym stopniu na te akurat kręgi społeczeństwa, które energicznie uczestniczą w procesie transformacji, najwcześniej ją poparły, najwięcej do niej wniosły, okazały się najbardziej twórcze, zdolne do ciężkiej pracy, skłonne do inwestowania jej owoców. Zarazem – te właśnie kręgi najwięcej stracą na oczekiwanych cięciach budżetu kultury, skoro to one najbardziej powszechnie obcują z kulturą, kreują dla niej przestrzeń, pobudzają jej rozwój, pielęgnują jej wartości. Stracą one również z tej przyczyny, że to niewątpliwie one będą najbardziej sponiewierane zniesieniem ulg podatkowych, albo podwyżką podatków. Dylemat ‘mieć’ czy ‘być’ jest absolutnie fałszywy. Aby ‘być’ (co będzie coraz droższe) trzeba ‘mieć’ (co zostanie wyżej opodatkowane). Problem polega więc nie tylko na tym, że kulturze zostanie odjęta pokaźna część potrzebnych jej funduszy, ale i na tym, że jej sprzymierzeńcy poniosą większe ciężary dla ratowania finansów publicznych.

PARTIE WAŻNIEJSZE OD KULTURY? Im więcej, im bardziej stanowczo mówi się o potrzebie ozdrowienia finansów publicznych, tym lepiej społeczeństwo uświadamia sobie, że samo poniesie koszty tego bolesnego przedsięwzięcia. W powszechnej świadomości miejsce państwa, które tylko beztrosko dawało, zajmuje państwo, które najpierw bierze, żeby później miało z czego dawać. Czyli: państwo daje tylko z tego, co weźmie podatnikom. Kto sięga do kasy państwa, sięga do kieszeni podatników. Nakłady na kulturę są mile widziane przez tych, którzy, po pierwsze – mają do niej dostęp, a po drugie – pragną i potrafią korzystać z jej dobrodziejstw. Za to powszechne zniechęcenie budzi finansowanie z budżetu działalności partii politycznych. Znam wszystkie argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu, ale nie będę ich tutaj roztrząsał. Pragnę zwrócić natomiast uwagę na celowość zbadania, czy zachodzi zależność pomiędzy dezaprobatą dla finansowania partii z budżetu, a ogromną absencją w wyborach. Albowiem społeczeństwu trudno pogodzić się z brakiem pieniędzy na kulturę (a także na oświatę, ochronę zdrowia, obronność lub bezpieczeństwo publiczne), a wydatkowaniem z ubogiej kasy państwowej pokaźnych sum na działalność niepopularnych partii, na utrzymanie ich liderów, ganiających z wywieszonymi ozorami od jednego ugrupowania do innego.

MIĘDZY DWIEMA STOLICAMI. Jakby na przekór ogromnym kłopotom finansowym, w polskiej kulturze dzieje się niemało. Premiery wielkich rodzimych spektakli filmowych planuje się z wyprzedzeniem, by jedna superprodukcja nie kolidowała z innymi. Rekordy powodzenia biją wielkie wystawy malarstwa: impresjoniści, Caravaggio, Chagall. W Polsce koncertują wyśmienite orkiestry symfoniczne, występują wybitni soliści. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław i Poznań tętnią ciekawym życiem kulturalnym. Im dalej od nich, tym trudniej. Tym mniej zasobna kasa. Tym mniejsze możliwości pozyskiwania środków ze źródeł pozabudżetowych. Współczesna Polska została rozpięta między dwoma stolicami, administracyjną i kulturalną. Stolicą administracyjną jest oczywiście Warszawa. Stolicą kulturalną jest oczywiście Mława. Albowiem to kultura na prowincji przesądza o poziomie życia w kraju.Można odnieść wrażenie, że polskie metropolie pod względem kulturalnym są już w Unii Europejskiej. Prowincja jest obecnie zdecydowanie bliżej Białorusi. Dostęp do kultury będzie jednym z kryteriów rozstrzygających o wyniku przyszłego referendum w sprawie członkostwa Polski w Unii. Jak będzie głosować Mława?

DROGA BRUKOWANA BRYLANTAMI. Ponieważ wielka sztuka wzbija się ponad doraźne, przyziemne kłopoty, przeto podziwiając arcydzieło malarstwa, lub słuchając filharmoników – nie myśli się o polityce, ani o pieniądzach. Niemniej to właśnie dzięki polityce, a także dzięki pieniądzom, mamy sposobność przeżywać wartościowe doznania kulturalne. Wiele wystaw, wielu artystów przybywa współcześnie do Polski z obszaru Unii Europejskiej. Zawdzięczamy to otwartej ku Polsce dyplomacji kulturalnej Unii i jej poszczególnych państw członkowskich. Bez ich przyzwolenia, a zwłaszcza bez ich partycypacji w kosztach, obrazy impresjonistów, Chagalla lub Caravaggia nie ruszyłyby w drogę.

Okaże się niebawem, że powszechne oczekiwania na ogromne i natychmiastowe korzyści ekonomiczne płynące z przystąpienia Polski do Unii są mało realistyczne, więc nie zostaną spełnione. Natomiast bilans współpracy kulturalnej po obu stronach wykaże wyłącznie pozycję ‘ma’. Korzyści są widoczne już obecnie. Od kiedy Polska została wpuszczona do poczekalni Unii Europejskiej, zyskała pełniejszy dostęp do skarbnicy unijnej kultury, a także więcej szans promieniowania na cały obszar Unii własnymi osiągnięciami w dziedzinie kultury i sztuki. Z tego punktu widzenia – nasza droga do Brukseli jest wybrukowana brylantami. Rzecz w tym, by na tej drodze znalazła się nie tylko elita społeczeństwa, także pozbawiona możliwości finansowania kultury Polska biedniejsza, bardziej porażona dopustem transformacji; ta ze stolicą kulturalną w Mławie.

POCAŁUNEK ŻABY. Kultura w Polsce, oraz w innych krajach przechodzących transformację gospodarczą, jest niczym Śpiąca Królewna, którą może wybudzić jedynie pocałunek wyciśnięty na jej ustach przez Paskudną Żabę. Oto i Żaba w jedwabnym cylindrze, z pokaźnym workiem pieniędzy (zatem może nie taka znów ona Paskudna?), gotowa ucałować Królewnę i obdarować ją złotem. Żaba jest symbolem kręgów gospodarczych, na tyle już oświeconych, że uświadamiają one sobie pożytki płynące z finansowania kultury i bliskich kontaktów z nią. Królewna śni o Pastuszku. Poczciwym, ale biednym. Nie chce być całowana przez Paskudną Żabę. Brzydzi się. Niech lepiej zmieni zdanie! Współpraca kultury z kręgami gospodarczymi jest obopólnie korzystna i otwiera perspektywy finansowania tego zaniedbanego, a najbardziej wartościowego wymiaru ludzkiej aktywności. Biznes jest przychylny tej współpracy. Kultura obawia się jeszcze, że będzie zmuszona podporządkować swoją niezależność twórczą brutalnym prawom ekonomii. Biznes zarzeka się, że nie, że skądże – ale nie daje, tylko inwestuje, a przedtem kalkuluje, gdzie zainwestować najkorzystniej.

JAKA JEST SIŁA NABYWCZA MŁAWY? Biznes kalkuluje przede wszystkim, jaka jest siła nabywcza odbiorców oferty kulturalnej, którą ma sfinansować. Dlatego Paskudną Żabę z workiem pieniędzy znacznie częściej widać w zamożnych okolicach, zamieszkałych przez ludzi zasobnych, niż w Polsce prowincjonalnej. Tę ostatnią omijają nawet atrakcyjniejsze reklamy. W ‘Polsce B’ nadal zwisają z billboardów smętne strzępy pamiętnych apeli o gotowość umierania za Ojczyznę, pamiątki po bezsensownej kampanii byłego szefa resortu Kultury i Dziedzictwa Narodowego (nazwisko wyleciało mi już z głowy). ‘Polskę B’ omijają wielkie wydarzenia kulturalne. Z niej nie wiedzie do Brukseli droga brukowana brylantami. Za to na drodze czekają blokady. Część ‘blokadersów’ wyrwała się z Sejmu, część bawi na przepustce z więzienia, gdzie za kratami bardziej im do twarzy. W Polsce prowincjonalnej kulturę czasem wspomogą pieniędzmi tylko te banki, które z założenia prowadzą działalność wszędzie, w powiatach, a nawet w gminach.

Dramat polega na tym, że klientela tych banków nie jest zachwycona mecenatem. W ‘Polsce B’ korzystanie z usług bankowych wcale nie jest nawykiem powszechnym, a klientelą banków najczęściej bywa tylko światlejsza część społeczeństwa. Lecz nawet ów światły klient często uważa, że banki wydają pieniądze na kulturę dla własnej reklamy i chwały, nie w jego interesie. Czasem uważa on nawet, że kultura to rozpusta dla zamożnych. Klient, któremu brakuje na wiele życiowych potrzeb – wolałby, żeby bank, zamiast łożyć na filharmoników, wypłacał mu wyższe odsetki.

KUSZENIE INWESTORA. Warto uświadomić klientowi, że wydatki poniesione na kulturę leżą w interesie gospodarki. Tzw. ‘sponsor’ (to słowo pobrzmiewa agencją towarzyską) nie łoży na kulturę wyłącznie we własnym interesie, gdyż tego interesu często nikt nie dostrzega, zaś jego jeszcze krytykuje się, jak klienci krytykują banki, za ‘wyrzucanie’ pieniędzy. Biznes nie finansuje kultury dla własnej reklamy, ponieważ jego zasługi zostaną przemilczane. Kraina polskiej reklamy jest zresztą wyjątkowo zaśmiecona tworami niskiej jakości, przeto o śmiesznie niskiej skuteczności. Z kolei prasa zachwyci się występem słynnego solisty, lecz nie napisze, kto sprowadził go do kraju: kto pokrył honorarium, kto opłacił przelot i noclegi artysty i jego świty. Tylko ze sceny ktoś bąknie niechętnie, że bank jest mecenasem wydarzenia, lecz w czwartym rzędzie nikt już nie usłyszy, który bank potrząsnął kiesą.

Spotykam się z dwojakim podejście biznesu do wspomagania kultury. W pierwszym przypadku używa się kalkulatora: ‘w tej miejscowości mieszka tylu a tylu naszych potencjalnych klientów, których siła nabywcza wynosi tyle a tyle; pomnożę jedno przez drugie, a dwa promille sumy mogę wydać na mecenat lokalnej kultury’. W drugim przypadku motorem działania jest skrzydlata wyobraźnia mecenasa. Wykazują ją najczęściej instytucje finansowe, zwłaszcza banki, prawdopodobnie dlatego, że same z natury są twórcze. Przeto bank finansuje kulturę, ponieważ działa w Polsce, zaś Polska (a także bank) potrzebuje napływu pieniędzy ze świata, natomiast inwestorzy, zanim zainwestują, wnikliwie oceniają środowisko, w którym przyszłoby im działać.

PUNKTY ZA KULTURĘ. Taka ocena wydaje się przedsięwzięciem ściśle technokratycznym, przeprowadzanym wyłącznie na podstawie rachunku ekonomicznego. Otóż nieprawda! Technokraci są coraz bardziej podatni na oddziaływania wartości kulturalnych. Ocena atrakcyjności środowiska inwestycyjnego uwzględnia w coraz większym stopniu profil kulturalny społeczeństwa, jego dostęp do wyższych wartości. Istnieje ścisła zależność rozwoju gospodarki od poziomu kultury. Współczesny biznes nie szuka w Polsce taniej siły roboczej: praca jest znacznie tańsza w stu kilkudziesięciu krajach świata! Prawda, że biznes szuka w Polsce rynku zbytu, ale rynek zbytu jest tym lepszy, tym bardziej chłonny, im społeczeństwo jest bardziej zasobne, a jutrzejsza zasobność zależy od powszechności dzisiejszego pędu ku wiedzy i kulturze. Polska przyciągnie inwestycje dzięki wysokiemu wykształceniu i wysokim aspiracjom kulturalnym społeczeństwa.

W uproszczeniu: jeżeli bank nabywa eksponat, który trafi do muzeum, lub finansuje występ filharmoników – kreuje lepszy klimat dla inwestycji. Z kolei inwestycje pobudzają rozwój gospodarczy. Czyli to kultura jest przesłanką rozwoju! Perspektywy polskiej gospodarki oceniane są w miarę wysoko także dzięki niepospolitemu dorobkowi polskiej kultury. Od początku transformacji gospodarczej twórcy budżetu byli na to ślepi. Skąpili na kulturę. Nie przewidzieli, że z czasem atrakcyjność kulturalna kraju będzie w coraz większym stopniu decydować o jego atrakcyjności inwestycyjnej.

SWAT POTRZEBNY OD ZARAZ! Lecz społeczeństwo zachowuje się jak klient banku, który wolałby wyższe odsetki od razu, niż mglistą obietnicę przyszłej szansy. Społeczeństwo nie dostrzega owych dalekosiężnych korzyści związanych z rozwojem kultury. W finansowaniu kultury przez biznes widzimy często rozmyślną ucieczkę od podatków. Ale polski system podatkowy wcale nie wspiera łożenia przez biznes na kulturę. Warto ten system z czasem zreformować, usprawnić w nim mechanizmy finansowania kultury, a przy tym ograniczyć rolę upartyjnionych urzędów państwowych w dysponowaniu pieniędzmi. Jednak w tej chwili ważniejszym byłoby uświadomienie opinii publicznej, że powinniśmy pozwolić Paskudnej Żabie całować Śpiącą Królewnę do woli. Najlepiej wyswatać tych dwoje. Swatem mogłyby być media. Mogą one przy tym strzec kulturę przed popadnięciem w zależność od finansującego ją mecenasa. Mogą docenić zasługi mecenasa, wskazując społeczeństwu jego zasługi. Rolę stróża wypełniają świetnie, w roli tuby kompletnie zawodzą. Media rozmyślnie pomniejszają rzeczywiste zasługi biznesu dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla rozwoju gospodarki i pomyślności społeczeństwa, dla kreowania lepszych perspektyw rozwoju kraju. Tym milczeniem zniechęcają one biznes do finansowania przedsięwzięć kulturalnych.

ŻABĘ KUJĄ, KOŃ NOGĘ PODSTAWIA. Zamiast oddać honor dobroczyńcy, sięgającemu hojnie do szkatuły, media zajmują się sobą. Upajają się, że roztoczyły tzw. patronat medialny nad jakimś wydarzeniem kulturalnym. W ramach patronatu – zapowiedzą owe wydarzenie i ogłoszą sprawozdanie z niego, co i bez patronatu należy do ich świętych obowiązków. Za obietnicę relacji z koncertu redakcja rozepnie na scenie logo swojego tytułu, a relacji nie omieszka wyolbrzymić swoich mniemanych zasług. Patronat polega więc na tym, że uczestniczące w nim redakcje powszechnie przypisują sobie cudze zasługi. Gazeta trąbi o tym, że objęła patronat medialnym nad koncertem znanego trębacza, jak gdyby sama była ważniejsza od solisty; jak gdyby bez jej patronatu medialnego koncert nie doszedł do skutku, bądź umknął powszechnej uwadze. A przecież nie byłoby patronatu, gdyby nie było koncertu, a ten dochodzi do skutku dzięki mecenasowi, który go sfinansował. Wychodzi na to, że media bezwstydnie reklamują same siebie za pieniądze łożone przez biznes na kulturę. O szczodrym ofiarodawcy wspomina się dyskretnie albo wcale. Rzekomo chodzi o etykę mediów. Wspomnienie mecenasa byłoby ‘kryptoreklamą’. Jest to pogląd na wskroś zakłamany i wyjątkowo szkodliwy. Najskuteczniejszą zachętą biznesu do wykładania środków na kulturę będzie taktowne wspominanie o tym przy każdej możliwej okazji. Niech biznes za swoje pieniądze, oraz w nagrodę za nasze przeżycia, otrzyma odpowiednią publicity. Nie reklamę lub kryptoreklamę, ale należny rozgłos. Reklama coraz częściej bywa tak prymitywna, że szkodzi reklamodawcy, a zasłużony rozgłos ułatwi biznesowi kreowanie korzystnego wizerunku. Kiedy z pomocą mediów, w ich trójprzymierzu z biznesem i społeczeństwem, kwoty trwonione przez biznes na nieudaną reklamę, na prostackie płody tzw. dyrektorów kreatywnych, zostaną chociaż w ćwierci skierowane na rozwój kultury, jej sytuacja finansowa będzie nieporównanie lepsza niż obecnie.

KTO NAJPASKUDNIEJSZY W ŚWIECIE? Media przemilczają zasługi biznesu, przede wszystkim instytucji finansowych, dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla gospodarki i dla społeczeństwa. Stąd potrzeba krzewienia kultury masowego komunikowania oraz skłonienia mediów do odrzucenia fałszywych kanonów etyki, służących jednostronnie samym mediom ze szkodą dla ich odbiorców. Ignorowanie zasług mecenasów, wypinanie własnych piersi do orderów, to postępki zaiste szkaradne. Lecz przestrzegam przed ich jednoznacznym potępieniem, przed prymitywnym założeniem, że wszystkiemu winni dziennikarze (lustereczko powiedz przecie, kto najpaskudniejszy w świecie?). Media powszechnie reklamują się cudzymi zasługami, ponieważ dramatycznie potrzebują tej reklamy. Wszak działają na wolnym rynku. Są jednym z fundamentów wolnego rynku i wolnego kraju. Chociaż zawdzięczamy im tak wiele, muszą one nieustannie walczyć o przetrwanie. Im akurat nie wolno sięgać do kieszeni sponsorów, bo wówczas nieodwołalnie tracą niezależność, a zatem i rację bytu. Dokoła każdego z mediów kłębi się horda groźnych konkurentów.

Tutaj pryska nastrój miłej baśni o Śpiącej Królewnie. Do bajecznego świata rzeczywistość jest podobna tylko tym, że i horda konkurentów jest paskudna.

Tekst, ogłoszony w Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym „w drodze” nr 16/II listopad-grudzień 2001, został w dużej mierze oparty na referacie On the Road to Brussels: Enhancing the Quality of Communication for and Through Better Co-operation, przedstawionym na konferencji UNESCO-CEPES on Central Europe – South Eastern Europe: Inter-regional Relations in the Fields of Education, Science, Culture and Communication w Bukareszcie w kwietniu 2001 r., i ogłoszonym w kwartalniku Higher Education in Europe 2001 nr 2.