Archiwa tagu: USA

Jak nowojorską Nieustraszoną Dziewczynkę zamieszano w gorszący konflikt

  • Posążek Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) zdobył w mgnieniu oka fenomenalny rozgłos stając się jednym z symboli XXI stulecia;
  • Jego powstaniu przyświecały światłe i szlachetne zamiary promocji kobiet na rynkach kapitałowych oraz spółek zarządzanych przez kobiety;
  • Nie wystarczą dobre chęci, ogromne pieniądze globalnego funduszu i doświadczenie szanowanej firmy reklamowej: sukces został okupiony katastrofą wizerunkową;
  • Płynącą z dzieła twórczą inspirację przesłonił fatalny konflikt między rzeźbiarką a mecenasem przedsięwzięcia, a na procesie skorzystali tylko prawnicy obu stron.  

Tam, gdzie Broadway rozpoczyna swój szlak biegnący na przełaj przez Manhattan, na placyku Bowling Green nazwanym na wyrost parkiem, w 1989 roku posadowiono słynny postument Szarżującego Byka (Charging Bull). Naprzeciw niego, w wyzywającej go pozie, stanęła w 2017 r., statuetka łobuzerskiej Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) z rękoma wspartymi na biodrach. Ogromne wrażenie wywołał kontrast między obu figurami: pędzący kolos waży 3200 ton, mierzy 3,4 m wysokości i rozciąga się na blisko 5 m, Dziewczynka mierzy ok. 1,25 m, ale nie cofa się przed nacierająca bestią, demonstruje gotowość stawienia jej czoła.

Obie rzeźby mają swoje historię. Obie związane są przecież z nowojorskim rynkiem kapitałowym, gdzie często dzieją się niezwykłe wydarzenia. Szarżujący Byk wstąpił na Dolny Manhattan po wielkim kryzysie giełdowym u schyłku lat osiemdziesiątych ub. stulenia. Twórcą jest Alfredo di Modica, który wpierw ustawił dzieło na Wall Street (stąd nazwa Toro di Wall Street), gdzie rzeźbę skonfiskowano jako nielegalną ingerencję w substancję miejską. Gdy byka ułaskawiono, wskazano mu kwaterę na Bowling Green. Stał się jednym z symboli miasta, wyrazem przekonania, że giełda jeszcze nieraz popędzi jak szalona, nie zważając na wszelkie trudności.

Szarżujący Byk to pomnik optymizmu. Nieustraszona Dziewczynka to pomnik feminizmu. Figurkę postawiono na placyku pod osłoną nocy z 7 na 8 marca 2017 r., nie bez związku z Międzynarodowym Dniem Kobiet, ale przede wszystkim – w rocznicę powstania SHE Fund (SPDR SSGA Gender Diversity Index ETF), prowadzonego przez State Street Global Advisors funduszu inwestującego w spółki zarządzane lub współzarządzane przez kobiety. State Street GA to jeden z trzech największych na świecie potentatów zarządzania funduszami. Pragnąc zwrócić uwagę na SHE Fund i swoją politykę wspierania udziału kobiet w radach dyrektorów oraz zasypywania przepaści między wynagrodzeniami mężczyzn i kobiet, fundusz zamówił, za pośrednictwem wielkiej agencji reklamowej McCann New York,  figurkę Nieustraszonej, podobno wydając na to 250 tysięcy USD.

W sprawozdaniu agencji wyliczono, że przy projekcie działało kilkadziesiąt osób (oni potrafią zatrudnić dwadzieścia siedem osób do nakręcenia budzika). Dopiero na końcu tej litanii pojawiło się nazwisko Kristen Visbal, artystki rzeźbiarki, która… Właśnie, jaka naprawdę była jej rola?

Nieustraszona Dziewczynka zrobiła ogromną furorę. Wspomnianej nocy wyładowano ją z samochodu około północy, instalowanie potrwało do świtu, kiedy zaczęto robić sobie selfie z figurką. Wybuchła sensacja, już pierwszego dnia Nieustraszona podbiła media społecznościowe, zyskała miliony wzmianek, fotek, polubień. Niebawem obwołano ja symbolem XXI stulecia. Oraz inspiracją dla dążeń o rzeczywiste równouprawnienie kobiet, ich przywództwo w spółkach, udział w radach dyrektorów, sprawiedliwe płace. Aspiracje ku temu wzbierały latami, teraz przerwały niewidoczną tamę, rozlały się po rynku.

State Street Global Advisors to gigantyczna firma, o której mało kto wie. Nieustraszoną uznano za świetny znak rozpoznawczy. Rozgłos wokół rzeźby pomógł jej patronowi wyciszyć wzburzenie społeczne wywołane dochodzeniem dotyczącym kontrowersyjnej polityki płacowej SSGA względem kobiet i mniejszości. Spółka zapłaciła ponad 300 pracownikom 5 milionów USD, by ich uciszyć i przezwyciężyć kryzys. Odkryto, że figurka ma nieprzeciętną wartość marketingową.

Lecz sławą Nieustraszonej przyszło dzielić się z rzeźbiarką. Fundusz, który nieoczekiwanie wstąpił w rolę mecenasa sztuki, sprzeciwiał się produkcji i wprowadzaniu na rynek niezliczonych kopii i miniatur najsłynniejszej rzeźby naszych czasów. Kiedy doszło do procesu o prawa do figurki, fundusz twierdził, że on jest autorem koncepcji słynnego dzieła, a Visbal została wynajęta do prac wykończeniowych. Artystka twierdziła natomiast, że pomnik stworzyła samodzielnie, ma do niego określone prawa, State Street je kwestionuje, dopuszcza się działania wbrew umowie, usiłuje pozbawić ją możliwości reprodukowania figurki. SSGA replikuje, że chodzi mu jedynie o zapobieżenie sprzedawania kopii dzieła „nieuprawnionym nabywcom”. Agencja reklamowa wspiera swojego klienta dowodząc, że Visbal została wynajęta dopiero kilka tygodni przed odsłonięciem pomnika, więc jej rola była mniej istotna: ot, miała przekształcić model z gliny w odlew w brązie.

Innym powodem do kłótni było wykorzystanie przez rzeźbiarkę repliki Nieustraszonej na 2019 Women’s March w Los Angeles. Takie imprezy nie leżą w centrum zainteresowania instytucji finansowych. Zamiast wzmacniać chwałę bostońskiego funduszu, elektryzująca społeczeństwo rzeźba działa jako manifest praw kobiet. Sąd uwzględnił wiele argumentów Visbal, niemniej kontrowersje nie ustają.

Obraził się twórca Szarżującego Byka. Ponoć Nieustraszona zgasiła dynamikę jego dzieła. Ktoś twierdził, że Dziewczynka nadaje się najwyżej do reklamy hamburgerów. Ktoś dostawił do niej figurkę sikającego psa. Dziewczynkę przeniesiono na Wall Street, przed siedzibę nowojorskiej giełdy, gdzie nadal budzi sensację. Awantura o prawa autorskie i pieniądze zapewne zaciążyła na jej magii. Szkoda. Ale Gender Diversity Goals pozostają wyzwaniem dla wszystkich rynków kapitałowych.

Zdjęcie Bowling Green z domeny publicznej

 

 

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Czy senator Elizabeth Warren zaprasza USA na pokład Titanica?

  • Senator Elizabeth Warren z Massachusetts jest silną pretendentką do nominacji Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w USA w 2020 roku;
  • Skrajność przyciąga skrajność, zatem pani senator może otrzymać szansę na konfrontację z Donaldem Trumpem w konkursie demagogii;
  • Na razie idzie jej dobrze, właśnie zaproponowała rozbiór lub rozpędzenie gigantów współczesnej Ameryki: Facebooka, Amazona, Google’a;
  • Wokół jej propozycji wywiązała się żywa dyskusja. Krytycy i zwolennicy wytaczają mocne argumenty. Stawką jest wolny rynek.

W niedzielny poranek wytrącił mnie z równowagi tytuł artykułu w portalu Money.pl : „Facebook śledzi cię, nawet jeśli nie masz konta”. Fejsbukowego konta nie mam i nie planuję, śledzony być nie lubię, na widok wszechobecnych zdjęć pana Zuckerberga „kartofle mi się z piwnicy tracą”, jak kiedyś mawiali Ślązacy. Być może powinienem przyłączyć się do apelu senator Elizabeth Warren, która chce Facebooka podzielić lub rozpędzić, ale nam zastrzeżenia względem wszelkich rozwiązań siłowych. Ponieważ nie mam piwnicy, odżałuję te kartofle.

W przywołanym artykule chodzi o to, że niektóre aplikacje mobilne donoszą Facebookowi o swoich użytkownikach. Wymieniono Yelp i Duolingo. Przeto wydaje się, że jeszcze mnie nie śledzą. Zresztą liczę, że o moje prawa skutecznie zadba Unia Europejska. Próbuje o nie zadbać także senator Elizabeth Warren, domagając się demontażu Facebooka, Amazona oraz Google’a, czyli klejnotów koronnych gospodarki Wolnego Świata. Apple ujdzie cało, ta firma jest szanowana przez młodych wyborców, z nimi pani senator nie zadrze.

Konserwatywny tygodnik Washington Examiner nie przebiera w słowach: „ten plan to idiotyzm”, a prezydentura Elizabeth Warren byłaby dla USA podróżą na Titanicu. Google zawdzięcza swoją pozycję użytkownikom, którzy dobrowolnie korzystają z tej wyszukiwarki, mając przecież do wyboru inne. Amazon góruje nad konkurencją tym, że oferuje więcej dóbr, sprzedaje je taniej, dostarcza sprawniej, wszystko w warunkach wolnej konkurencji, m.in. w starciu z potężną siecią Walmart. Senator Warren chciałaby rozpędzić firmy oferujące swoim klientom najlepsze usługi. Amazon lideruje w cloud computing, Google jest liderem sztucznej inteligencji (AI), Facebook jest dominującą globalnie siecią społecznościową i biznesową. Korzystanie z ich usług jest dobrowolne. Zwolennikami ograniczeń zasięgu ich działania są przede wszystkim reżymy totalitarne. Nie mogę pojąć, co w ich towarzystwie robi szanowana senator z Massachusetts.

Wspomniane korporacje zawdzięczają swoje pozycje nie tylko kapitałowi, także inwestycjom w talenty, twórczej wyobraźni, odwadze podjęcia ryzyka, nakładom na badania i rozwój (R&D). Źródła sukcesów tych korporacji – pisze Washington Examiner – nie wynikają ze stawiania barier przed ich konkurentami, utrudniania im wejścia na rynki lub odnoszenia sukcesów, ale w stałym, konsekwentnym, uporczywym parciu ku innowacjom. Warren ma rację twierdząc, że „Przed dwudziestu pięciu laty nie istniały Facebook, Google, Amazon. Dzisiaj należą do najbardziej znanych i wartościowych spółek na świecie.” Lecz czy z tego wynika, że w obliczu ich sukcesów rząd USA powinien „złamać ich monopole i promować konkurencyjność rynku”? Jeżeli tak, niech perły światowej gospodarki przeniosą swoje siedziby do Belgii, Holandii, Irlandii. Szkoda, że nie mogę zaproponować im Polski – tu w gospodarce niestety przeważa widoczna ręka rynku, czyli państwo.

Z Facebooka zapewne nie skorzystam, lecz skłonny jestem go bronić. Chociaż dochody firmy są wyższe niż PKB wielu państw, liczba użytkowników przewyższa liczbę ludności większości krajów na świecie, a Mark Zuckerberg często nadużywa swojej pozycji – nie uważam, by zniszczenie firmy, jej rozpędzenie lub podział służyły dobrej sprawie. Korporacje – nawet te największe, czujące się wielkimi mocarstwami – powinny działać uczciwie, powstrzymywać się od działań nieetycznych. Boleję nad tym, że przecież jest inaczej, ale nie chciałbym poddania ich kontroli polityków, którzy są jeszcze gorsi.

Lecz inny pogląd zdaje się przeważać i wspierać postulaty senator z Massachusetts! Należy złamać potęgę gigantów – pisze Robert Reich, sekretarz pracy (1993-1997) w administracji prezydenta Billa Clintona. I przywołuje historię Złotej Ery Ameryki, dynamicznego rozwoju gospodarczego u schyłku XIX stulecia, kiedy rozkwitły ogromne imperia kolejowe, stalowe, naftowe, a ich władcy, baronowie gospodarki, używali swoich nieprzebranych bogactw i wpływów do eliminowania konkurentów i korumpowania polityków. Współcześnie nastała Druga Złota Era i nowa generacja gigantów. Amazon jest pierwszym przystankiem dla jednej trzeciej Amerykanów pragnących nabyć cokolwiek. Facebook i Google dominują w informacjach i reklamach. Apple króluje w produkcji iphonów i komputerów. Wielcy kruszą mniejszych, wznoszą bariery blokujące im dostęp do rynków, utrudniają pogoń za sukcesem. A gigantyczna koncentracja bogactw i wpływów rodzi niebywałe zwyrodnienia, czego przykładem Facebook.

Robert Reich przypomina, jak prezydent Theodore Roosevelt rozprawił się z Northern Securities Company, wielką siecią kolejową finansowaną przez JP Morgana i Johna D Rockefellera – oraz jak prezydent William Taft rozprawił się z rockefellerowskim imperium Standard Oil. I wnioskuje: nadeszła pora na działania antytrustowe! Należy złamać potwory hi-tech, albo przynajmniej zmusić je do udostępniania swoich zasobów i platform mniejszym konkurentom. Powiadał Robert Pitofsky, niegdysiejszy szef Federalnej Komisji Handlu: „Jeżeli chcesz, by wolny rynek działał, chroń wolny rynek.”

Może więc senator Warren nie zapędza USA na pokład Titanica, tylko pragnie uniknąć zderzeń amerykańskiego społeczeństwa z górami lodowymi?

Czytaj także:

2018.09.15 Czy senator Elizabeth Warren naprawi kapitalizm?

USA: Dobre praktyki w formule zdrowego rozsądku

  • Nowy brytyjski zbiór zasad corporate governance (VII 2018) został przyjęty z powagą, nowy amerykański (X 2018) wydaje się eksperymentem;
  • Inaczej niż brytyjskie zasady dobrych praktyk, wykute w partnerstwie publiczno-prywatnym – zasady amerykańskie są czystym wytworem rynku;
  • Mają one charakter deklaratywny, nie są obwarowane sankcjami za niestosowanie ich przez spółki, nie stoją na ich straży komisje inwestorów, stany, władze federalne;
  • Czas pokaże, czy taki model dobrych praktyk wytrzyma próbę czasu, czy zasady zgasną, czy też za kontrolę ich stosowania wezmą się instytucje stanowe lub federalne.

„Po co uchwalać zbiory dobrych praktyk? Przecież na rynku kapitałowym wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem!” – powiadają niektórzy, niekoniecznie w dobrej wierze, skoro z trudem ukrywają niechęć do corporate governance. I głosy ich dotarły aż do niebios. I zostały wysłuchane. I powstał zbiór dobrych praktyk opartych o zdrowy rozsądek. I już nie wypada spierać się z dobrymi praktykami w oparciu o zdrowy rozsądek, bo wykładnikiem tegoż właśnie stały się dobre praktyki. Amen.

Zaiste, sprawili to ci, co „robią robotę Boga” – przywódcy amerykańskich środowisk biznesowych, jak Larry Fink, Jamie Dimon, Warren Buffett. Oraz szefowie największych amerykańskich spółek, funduszy emerytalnych i firm inwestycyjnych. 18 października b.r. ogłosili oni manifest Commonsense Principles 2.0 zobowiązując się do stosowania jego założeń przez kierowane przez nich korporacje i wzywając inne, by postąpiły tak samo. Obecny dokument nie jest prostą aktualizacją pierwowzoru – Commnonsense Corporate Governance Principles z lipca 2016 r. Wprowadzono zmiany i liczne uzupełnienia. A przede wszystkim przeadresowano zasady, poprzednio kierowane do spółek publicznych i ich rad dyrektorów; obecnie objęto nimi także inwestorów instytucjonalnych.

Manifest zakłada, że członkowie rady dyrektorów ponoszą odpowiedzialność przed akcjonariuszami, a wobec spółki wykazują lojalność i należytą staranność. Rada składa się w większości z dyrektorów spełniających kryteria niezależności według standardów NYSE; tylko niezależni mogą wchodzić w skład komitetów audytu, wynagrodzeń i nominacji oraz governance. Dual-class voting (uprzywilejowanie akcji) nie jest dobrą praktyką, ale jeżeli statut zawiera takie rozwiązanie, należy przyjąć zasady dotyczące wygaszenie przywilejów (sunset provisions) w oznaczonym terminie. Trujące pigułki i inne postanowienia chroniące spółkę przed przejęciem skutkują ograniczeniem odpowiedzialności rady i menedżerów wobec akcjonariatu; rozwiązania te należy poddać pod głosowanie walnego zgromadzenia wskazując, dlaczego ich utrzymanie służyłoby najlepszemu interesowi spółki.

Spółki nie powinny czuć się zobligowane do raportowania wyników kwartalnych. Same powinny oceniać, czy ogłaszanie wyników co kwartał przyniesie korzyści, czy kłopot. Rada dyrektorów decyduje, czy w konkretnej sytuacji spółki należy rozdzielić, czy łączyć, przewodnictwo rady ze stanowiskiem CEO. Jeżeli rada zadecyduje o połączeniu tych ról, powinna wyznaczyć niezależnego lidera dyrektorów niewykonawczych. Rada powinna przeprowadzać regularne przeglądy sytuacji i wyjaśniać akcjonariatowi, dlaczego postanowiła połączyć, lub rozdzielić, wspomniane funkcje. W sprawie wynagrodzeń menedżerów zaleca się komponowanie ich w oparciu o świadczenia bieżące i odroczone długoterminowo. Spółki powinny rozważyć wypłatę znacznej części (nawet do 50 proc.) wynagrodzenia menedżerów najwyższego szczebla w formie akcji lub instrumentów powiązanych z wynikami spółki.

Zasady aktywizują zarządzających aktywami w kierunku wykonywania prawa głosu, współpracy ze spółkami i oceniania wyników pracy dyrektorów. Biorą pod uwagę konflikty interesów zachodzące po stronie firm doradzających akcjonariuszom w kwestii sposobu głosowania. Zawierają więc szczegółowe rekomendacje postępowania w procesach podejmowania decyzji przez zarządzających aktywami: powinni oni ujawniać, jak głosują na walnych zgromadzeniach, oraz czy korzystają z rekomendacji firm doradzających jak głosować.

Ponieważ inwestorzy instytucjonalni, jak fundusze emerytalne lub fundacje (w USA bogate i aktywne) są w stanie wywierać, bezpośrednio lub poprzez firmy zarządzające aktywami, wpływ na spółki portfelowe, zaleca się im wykorzystywanie ich pozycji ku umacnianiu w spółkach, w perspektywie długoterminowej, zasad corporate governance. Commonsense Principles 2.0 zawierają także zalecenia dotyczące innych aspektów corporate governance, jak struktura komitetów rady dyrektorów, tenura (dopuszczalny okres sprawowania funkcji w radzie przez) dyrektorów, planowanie sukcesji menedżerów, itp.

Wpływowe koła gospodarcze USA, skupione wokół Business Roundtable, The Conference Board Governance Center i Council of Institutional Investors udzieliły wsparcia Commonsense Principles 2.0, a sygnatariusze dokumentu apelują „do wszystkich spółek i instytucji pokładających wiarę w Sprawę corporate governance” o składanie podpisów pod tekstem zasad u depozytariusza – do tej funkcji wyznaczono Ira M. Millstein Center for Global Markets and Corporate Ownership przy nowojorskiej Columbia Law School. Dzięki takiemu zabiegowi mocy dokumentowi dodatkowo przysparza nazwisko legendarnego prawnika, znawcy corporate governance (Ira M. Millstein, ur. 1926, jest emerytowanym  profesorem Uniwersytetu Columbia i partnerem kancelarii Weil, Gotshal & Manges).

 

 

 

CALIFORNIA DREAMIN’ – czyli kobiety w radach

  • Nawoływania licznych środowisk do wzbogacania różnorodności rad obecnością wykwalifikowanych kobiet nie przynoszą oczekiwanych rezultatów;
  • Wynika z tego, że spółki nie wykorzystują w pełni potencjału dostępnych im talentów, ani nie dbają należycie o różnorodność składu rad;
  • Taka sytuacja zachęca regulatora do wkroczenia i przymuszenia spółek do tego, czego nie chciały czynić po dobroci;
  • Stanowy regulator Kalifornii niedawno wkroczył.

Nie byłem jesienią w Kalifornii. Ale pamiętam smutną piosenkę The Mamas & the Papas z 1966 roku jak żółkną liście i szarzeje niebo. W niedzielę 30 września wieloletni gubernator stanu, Jerry Brown, był chyba w lepszym nastroju podpisując w swoim domu dokument sygnowany SB826: Senate Bill 826, stanową ustawę obligującą spółki zarejestrowane w Kalifornii do wprowadzenia do rad dyrektorów przynajmniej jednej kobiety przed końcem 2019 roku, a do końca 2021 roku – dwóch. W ten sposób pierwszy z amerykańskich stanów wprowadził do legislacji obowiązkowe kwoty udziału kobiet w radach.

Istnieją różne sposoby promocji udziału kobiet w radach nadzorczych / radach dyrektorów. Zazwyczaj nie działają. Należy do nich powołanie się na względy merytoryczne. Gdyby dobór do rad oparty był o te względy, gdyby o członkostwie przesądzały wyłącznie kwalifikacje, wiedza, bogactwo doświadczeń – temat udziału kobiet straciłby aktualność. Uczciwa konkurencja sprzyjałaby kobietom. Zbędne byłyby kwoty, parytety, punkty za płeć itd. Niestety, kryteria doboru bywają różnorodne, nie zawsze merytoryczne.

Nie działają także argumenty racjonalne. Powinnyśmy dobierać składy rad z najbogatszej, najbardziej różnorodnej puli talentów. Różnorodność niejedno ma imię, dotyczy środowiska, wykształcenia, zawodowej wstęgi życia, wieku, płci. Obecność kobiet w radzie wzbogaca tę różnorodność. Pozwala także wzbogacić zgromadzony w tym organie potencjał doświadczeń, talentów, osobowości i kwalifikacji. Pozwala przebić szklany sufit grodzący kobietom drogę do należnych im awansów i stanowisk. Pozwala wreszcie odejść od zwyczaju obsadzania rad wyłącznie mężczyznami, co prowokuje co bardziej zadziorne feministki. W dyskusjach o pożytkach z kobiet w radach wskazuje się niekiedy, że przeważają tam mężczyźni w podobnym wieku, podobnie wykształceni, podobnie doświadczeni, odziani w podobne garnitury, więc i myślący podobnie, a przy tym są oni gnuśnymi, bladymi, łysymi, leniwymi, niezdarnymi wymoczkami dobranymi spomiędzy płci brzydkiej. Tylko jeszcze nie kradną kiełbasy.

Są także argumenty naukowe. A może – naukawe. Prowadzone są badania, z których wynika, że spółki z udziałem kobiet w zarządach, albo radach, osiągają wyższą dochodowość, zachowują się bardziej poprawnie, lepiej traktują załogę, wyżej opłacają menedżerów. Rzecz w tym, że nie są to wyniki wiarygodne, może z wyjątkiem tezy, że kobiety w radzie dyrektorów bywają skłonne do przyznania wyższych wynagrodzeń menedżerom. Chciałoby się wykazać naukowo, że im więcej kobiet w zarządzie, albo radzie, tym wyższa stopa zwrotu, wyższe zyski i dywidendy (podobnie szlachetny cel przyświeca dowodzeniom, że inwestorzy płacą znacznie więcej za spółki z corporate governance), ale w wynikach badań więcej jest czucia i wiary, niż mędrca szkiełka i oka.

Pozostają więc środki przymusu. Przecież corporate governance polega na tym, że kiedy zawodzą zasady dobrych praktyk, konieczne staje się użycie regulacji. Kiedy więc rynek nie stosuje po dobroci reguł wspólnie uzgodnionych i przyjętych, będzie je stosował pod przymusem. I chociaż o zaletach różnorodności rad i pożytkach z udziału w nich kobiet piszę często od blisko dwóch dekad, do tej pory wstrzymywałem się przed myślą, że sprawę trzeba wesprzeć srogą sankcją, albowiem pragnę uniknąć kolejnej interwencji państwa w to, co się dzieje na rynku. Lecz skoro nie potrafimy zawrzeć umowy społecznej, zachować się należycie, działać w interesie ogółu, skoro skłaniamy władzę do ingerencji w rynek, wypada się z tą ingerencją godzić.

Kalifornia przyjęła przepisy, mające zamknąć sprawę. Lecz nie da się jej zamknąć raz na zawsze. Znamy kalendarz, do kiedy w radzie każdej spółki ma znaleźć się kobieta, a do kiedy dwie. Zapytam: a co z trzecią kandydatką? Przecież już słychać głosy, że należy ustalić parytet dający kobietom trzydzieści, czterdzieści procent, a może połowę, miejsc w radzie dyrektorów. Stany Zjednoczone mają bogatą tradycję akcji afirmatywnej służącej dobrym sprawom i sprawiedliwym celom, ale nie wolnej od zjawisk, jakie w Polsce nazywamy „przegięciami”, ponieważ nie lubimy terminu „dyskryminacja”. Można spodziewać się, że za kwotami kobiet pójdą z czasem kwoty kolorowych, mniejszości, przedziałów wiekowych, aż w końcu, pod nadmiarem regulacji, rynek załamie się, padnie, ku zadowoleniu aktywistów walczących o słuszne sprawy. W piosence California Dreamin’ ledwo zaczęła się jesień, zaraz nadeszła zima. Mroźna!

Tekst ogłoszony 17 października 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2018.06.03 Najgłupsze argumenty przeciwko kobietom w brytyjskich radach   

oraz przywołane tam liczne teksty

 

“Co się jemu stało, temu Musku?”, czyli o ustrojach rynków i spółek

  • SEC zawarła z Elonem Muskiem i Teslą Inc. (TSLA) ugodę, której warunki są w polskich realiach niezrozumiałe;
  • Z jakiej funkcji ustępuje Musk i na jak długo? Jaką funkcję zachowuje i na jakich warunkach?
  • Skoro Musk sam wysłał kwestionowanego tweeta, dlaczego ugoda przewiduje nałożenie surowej kary także na spółkę?
  • Musk wymyka się spod kontroli, śle kolejne tweety, na oślep atakuje short-sellerów i SEC („Shortseller Enrichment Commission”), chyba trzeba będzie go wyrzucić.

Informacje na temat ugody zawartej przez SEC z Elonem Muskiem i Teslą Inc. wzbudziły zrozumiałe zainteresowanie. Musk uważany jest za wizjonera, ma wyjątkową charyzmę, wyróżnia się rozmachem działania i fantazją. Niestety, niekiedy ułańską. Tesla uchodzi za bramę wiodącą w przyszłość. Lecz treść ugody rodziła w Polsce pytania: „Skoro Musk ustąpił z prezesury, dlaczego pozostał prezesem?” „Dlaczego został potraktowany tak surowo z powodu jednego tweeta?” „O co chodzi, skoro kłamią wszyscy?”. Szczególnie rozbawiła mnie treść maila: „Co się jemu stało, temu Musku?”

Poszło o serię tweedów zapoczątkowanych komunikatem: „Rozważam ściągnięcie Tesli po S420. Finansowanie zapewnione” (Am considering taking Tesla private at S420. Funding secured). Musk wysłał go 7 sierpnia b.r. Informacja spadła na giełdę jak grom z jasnego nieba. Niezaprzeczalnie miała charakter cenotwórczy. Wezwanie na takich warunkach byłoby niezwykle korzystne. Akcje Tesli wystrzeliły w górę. Lecz Musk ogłosił nieprawdę. Dopuścił się oszustwa na szkodę inwestorów. Nie miał finansowania (podobnie jak Getback, wbrew komunikatowi Konrada K.). Musk kolejny raz potwierdził, że jego wrogiem jest niesforne ego. Natomiast wspomniane nieporozumienia wokół treści ugody można wyjaśnić poprzez uwidocznienie różnic między polskim („kontynentalnym”) a anglosaskim (tu amerykańskim) modelem rynku kapitałowego i ustrojem spółki akcyjnej.

Informacja o możliwości zdjęcia Tesli z giełdy wymierzona była w inwestorów „na krótko” sprzedających akcje spółki. Musk od dawna walczy z shortsellingiem, prezesowi jednemu z funduszy hedgingowych wysłał nawet parę szortów. Lecz rynek wie swoje: krótką sprzedaż obwinia o samo zło ten, kto pragnie usprawiedliwić własne niepowodzenia.

Sprawę „fałszywych i mylących” tweetów podjął nadzór nad rynkiem (Securities & Exchange Commission, SEC), a nie wymiar sprawiedliwości (Department of Justice, DoJ). Takie rozwiązanie leżało w interesie rynku. Pozwoliło ocalić Muska: SEC przyjęła, że bez niego Tesla byłaby wyceniana niżej, że to on jest najcenniejszym aktywem spółki, oraz że tylko ugoda przewidująca surowe (bądź przynajmniej pozornie surowe) kary pozwoli uchronić Muska przed pójściem do więzienia. A przy okazji pomoże wprowadzić do spółki corporate governance na miarę XXI stulecia. Chociaż, w istocie, ugoda wcale nie zamyka drogi do wszczęcia postępowania przez DoJ.

Ogłoszone 27 września porozumienie z SEC przewiduje, że Elon Musk ma 45 dni na ustąpienie z funkcji przewodniczącego rady dyrektorów i nie będzie się o nią ubiegał przez trzy lata, może natomiast nadal sprawować funkcję CEO. Nowym przewodniczącym zostanie osoba niezależna (podobno rada rozważa kandydaturę Jamesa Murdocha!?). Rozdział obu stanowisk osłabi pozycję Muska. W USA wiele spółek dopuszcza unię personalną przewodniczącego rady i CEO, Wielka Brytania od lat krok po kroku od tego odchodzi. Praktyka brytyjska uważana jest za znacznie zdrowszą.

Przewodniczącemu rady przysługuje tytuł chairman, chairwoman, chairperson, albo po prostu – jak oficjalnie przyjęli niedawno Brytyjczycy – chair. Porównywanie piastuna tej funkcji z przewodniczącym znanej nam rady nadzorczej jest trudne z uwagi na odmienną rolę tych organów w spółce. W skład rady dyrektorów wchodzą bowiem zarówno menedżerowie zarządzający spółką (w tym odpowiednik prezesa zarządu – Chief Executive Officer, CEO) zwani tam inside directors (ich brytyjskim odpowiednikiem są executive directors), jak osoby pozbawione uprawnień decyzyjnych i powołane wyłącznie do sprawowania nadzoru nad działalnością spółki, zwane tam outsider directors (ich brytyjskim odpowiednikiem są non-executive directors, w popularnym skrócie NEDs). Otóż Musk, ustępując przynajmniej na trzy lata jako chair, zachowuje bezterminowo funkcję CEO, czyli nadal sprawuje operacyjne kierownictwo spółką. Aż go wyrzucą, do czego – obawiam się – przecież dojdzie.

Inne komponenty ugody przewidują poszerzenie składu rady dyrektorów o dwóch członków „zewnętrznych” reprezentujących przymiot niezależności, oraz utworzenie w radzie komitetu dyrektorów niezależnych i powierzenie mu odpowiedzialności za komunikację Muska z rynkiem. Ponadto uzgodniono kary finansowe w wysokości 20 milionów dolarów. Takie kwoty zapłacą i Elon Musk, i Tesla. Pozyskane 40 milionów trafi do inwestorów poszkodowanych manipulacjami Muska.

Dlaczego karę ponosi spółka, skoro to Musk osobiście zredagował i nadał tweeta? Otóż przesłanką jej odpowiedzialności jest zaniedbanie nadzoru nad procesem komunikacji z rynkiem. Tesla nie jest osobistą własnością Muska, jest dobrem akcjonariatu i w stosunkach z nim powinna zachowywać się należycie. Wobec tego spółka ponosi pełną odpowiedzialność za twórczość jej menedżerów w mediach społecznościowych.

Imponuje sprawność SEC, lecz sprawa nie jest zamknięta. Podobno, na żądanie Muska, rada dyrektorów Tesli odrzuciła pierwszą wersję ugody. Nową wersję, już surowszą, przyjęła po dwóch dniach wbrew Elonowi Muskowi. Ten hardo zaczepia SEC wyzywając ją epitetem „Shortseller Enrichment Commission”. 4 października wysłał tuzin nowych tweedów, zatrząsł kursem akcji. Ugoda wymaga zatwierdzenia przez sąd. Muskowi nadal grozi orzeczenie o zakazie pełnienia funkcji w spółkach publicznych. Jeżeli rada dyrektorów go nie utemperuje, ukarani mogą zostać jej członkowie.

Akcje Tesli spadają. Ale gdyby Muska odwołano, bądź posłano do więzienia, czy będą spadać bez końca? Menedżerowie odchodzą, nawet tacy, co chełpili się, że „robią robotę Boga”. Świat się z takich powodów nie kończy.

CalPERS pod lupą, czyli alotaż po amerykańsku

  • California Public Employees Retirement System to największy w USA fundusz emerytalny zarządzający aktywami rzędu 360 miliardów USD;
  • CalPERS uchodził przez dekady za złoty wzorzec dobrych praktyk i rzecznika corporate governance;
  • Na wizerunku funduszu fatalnie ciążą decyzje o zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach osób prezentujących fałszywe dane w życiorysach;
  • Potwierdza to prawidłowość, że im większa instytucja finansowa, tym mniej dba o swoją reputację.

W 2016 r. w California Public Employees Retirement System (CalPERS) doszło do nieoczekiwanej zmiany CEO. Z końcem roku obrachunkowego (30 czerwca) odeszła, po siedmiu i pół latach posługi, zasłużona dr Anne Stausboll. W październiku jej stanowisko objęła Marcie Frost. Jej niechlujnie sporządzone CV głosi, że kierowała działem HR w Department of Retirement Services stanu Washington. Oraz, że ma licencjat i nadal studiuje. Jakże skromne to kwalifikacje na stanowisku prezesa największego funduszu emerytalnego! W dodatku fałszywe. Wkrótce okazało się, że Marcie Frost ma nikłe pojęcie o human resources, a zwłaszcza o naturze funduszy emerytalnych, ponieważ na stanowisku głównego aktuariusza usiłowała zatrudnić osobę bez wymaganych kwalifikacji.

Kolejnym dopustem dla funduszu była dymisja niedawno zatrudnionego dyrektora finansowego, gdy wyszło na jaw, że w procesie rekrutacji Charles Asubonten udzielił fałszywych informacji o przebiegu swojej kariery zawodowej. Spółka, w której miał piastować stanowisko dyrektora zarządzającego, w ogóle nie istniała. Na koniec kompromitacja sięgnęła samego szczytu: również Marcie Frost wielokrotnie kłamała na temat swojej kariery zawodowej i wykształcenia. Oszukała także swojego poprzedniego pracodawcę. Znane powiedzenie głosi, że kłamcy powinni mieć dobrą pamięć, natomiast Frost w swoich życiorysach raz pisała, że uzyskała magisterium, innym razem, że jest w trakcie jego uzyskiwania, podawała także różne daty i fakty. A co najgorsze: przewodnicząca rady funduszu Priya Mahur usiłowała ukryć skandal, personel brał winę na siebie, a rzecznik prasowy niemal rzucał się pod koła autobusu zapewniając, że to on jest sprawcą nieporozumień.

Rzecz nie mieści się w głowie. Kiedy w Polsce przed laty, w epoce AWS, prezesurę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych powierzono partyjnemu działaczowi bez kwalifikacji – ukułem termin „alotaż”, brzmiący z francuska (korektor Google poprawia mi pisownię na balotaż), lecz w pełni rodzimy, wywiedziony od nazwiska nominata. Kariera nieszczęśnika trwała krótko, ale należy przyznać, że niczego złego nie dokonał, więc został zapomniany. Także termin „alotaż” nie zrobił kariery, przyćmiła go niebawem formuła TKM („teraz, k…., my), zrazu użyta w tonacji szyderczej, niebawem podniesiona do rangi programu partii rządzącej. Gwoli ścisłości dodam, że za nominacją Marcie Frost, nie stoją, jak się wydaje, przesłanki polityczne. Oceny jej poczynań nie są jednak wolne od zarzutów o cronyism i featherbedding. Pierwszy z tych terminów oznacza kumoterstwo, drugi, m.in., poplecznictwo.

CalPERS ma ogromne zasługi w krzewieniu corporate governance w spółkach portfelowych na wielu rynkach kapitałowych. Uczestnicząc w walnych zgromadzeniach 11 tysięcy spółek, fundusz najczęściej przyjmuje aktywną, nawet waleczną postawę. Toczy i wygrywa spory z zarządami. Ponad 500 spółek portfelowych uległo naciskom funduszu na wprowadzenie, lub zwiększenie ilości kobiet w radach dyrektorów. Oraz zwiększanie różnorodności składu rad. Przy tym fundusz zapatruje się sceptycznie na propozycje wprowadzenia kwot (skarbnik Kalifornii John Chiang daremnie prosił CalPERS o wsparcie dla wymogu 30-toprocentowego udziału kobiet w radach). Szczególnie zasługuje na wyróżnienia działalność funduszu na rzecz krzewienia odpowiedzialności klimatycznej spółek i sprawozdawania przez nie na temat ekologicznych następstw ich działalności. Oraz opór przeciwko planom podnoszenia płac menedżerów.

Z drugiej strony fundusz bywa krytykowany za okazjonalne straty. Za przepłacanie marnych usług zarządzania jego aktywami przez private equity. Za częste i kosztowne przypadki naruszania praw autorskich. Za wewnętrzne intrygi i spory, których echa rozchodzą się daleko. Za wstrzemięźliwość wobec postulatu wycofania się z inwestycji w producentów i dystrybutorów broni palnej (CalPERS twierdzi, że więcej uczyni dla dobra sprawy jako wpływowy inwestor). Cieniem na reputacji funduszu kładzie się wreszcie niska ocena pracy pani prezes i przedziwna atmosfera wokół niej. Odnosi się wrażenie, że funduszowi przestało zależeć na utrzymaniu świetnej reputacji. Im większa instytucja finansowa, im bardziej spuchnięta od miliardów, tym mniejsza jej troska o opinię. Czyżby wielki nie musiał się starać? Czy wszystko mu uchodzi?

Czytaj także:

2017.05.16 Skaza na złotym wzorcu dobrych praktyk

2017.01.30 CalPERS, czyli etyka przed biznesem

2003.04.20 CalPERS, bicz rynku

Czy senator Elizabeth Warren naprawi kapitalizm?

  • Elizabeth Warren, profesor prawa Uniwersytetu Harvarda, wpływowa polityk Partii Demokratycznej, reprezentuje w Senacie USA stan Massachusetts;                           
  • Wyrazista, aktywna, popularna, bywa wymieniana w gronie potencjalnych kandydatów w wyborach prezydenckich w 2010 r.
  • Pani senator promuje projekt Accountable Capitalism Act – ustawy, dzięki której kapitalizm będzie „znowu wielkim” i odpowiedzialnym przed społeczeństwem;
  • Projekt zawiera wiele haseł słusznych i niemało bałamutnych; jeżeli – w co wątpię – wejdzie w życie, więcej zepsuje, niż naprawi.

Założenia są… odważne: Accountable Capitalism Act dokona sprawiedliwej redystrybucji bilionów dolarów (ameryk. trillions) z rąk akcjonariuszy w ręce ludu, czyli klasy średniej. Spółki korzystają z przywilejów przynależnych osobom prawnym, więc powinno się od nich wymagać przyjęcia wynikających z tej osobowości wrażliwości moralnej, sumienia. Owszem, niech sobie odnoszą sukcesy rynkowe, lecz niechaj poczuwają się także do odpowiedzialności wobec pracowników, klientów, społeczeństwa. W ostatnich dziesięcioleciach zaniedbały one swoje zobowiązania wobec interesariuszy, kierują się przede wszystkim dobrem akcjonariatu – a z tym, zdaniem pani senator, należy skończyć.

Senator Warren pragnie ograniczyć środki przeznaczone na dywidendy i skierować je na inwestycje. Pragnie – bardzo słusznie – poskromić polityczne powiązania spółek. Pragnie, też jakże słusznie, zwiększyć ilość szczebli karier dostępnych kobietom. Pragnie większej stabilności finansowej biznesu – któż byłby przeciw? Oraz wyższych płac. A także, może przede wszystkim, udziału pracowników w podejmowaniu przez spółki decyzji strategicznych. Oraz reprezentacji pracowników w radach dyrektorów. Powinni oni stanowić 40 proc. składu rad. Nie jestem przekonany, czy ukształtowana w niemieckich realiach powojennych praktyka Mitbestimmung przyjmie się w USA.

„Spółki nie powinny działać jak socjopaci, których jedynym zadaniem jest zarabianie” – domaga się pani senator. Wobec tego postuluje utworzenie w Departamencie Handlu Biura do spraw spółek. Miałoby ono wymóc na spółkach osiągających przychody przekraczające bilion USD występowanie o federalną kartę obywatelstwa korporacyjnego, która określi obowiązki spółki względem interesariuszy, w tym pracowników, klientów – oraz formy ich udziału w procesach podejmowania decyzji. Elizabeth Warren jest zdania, że takie rozwiązanie pozwoli zastąpić niepożądaną kulturę prymatu akcjonariuszy odpowiedzialnością o ludzkim obliczu.

Jest w omawianym projekcie osobliwe materii pomieszanie. Założenia realne i słuszne idą w parze z pomysłami trudniej wykonalnymi. Z jednej strony mamy zasadę, że menedżerowie nie będą mogli przez 5 lat zbywać akcji otrzymywanych tytułem wynagrodzenia, z drugiej – że polityczne zaangażowanie spółki powinno być uprzednio zatwierdzane przez 75% proc. akcjonariatu oraz 75% proc. dyrektorów, w tym reprezentujących pracowników. Oczywiście, spółki nie powinny zajmować się polityką, ale budowa skomplikowanych procedur decyzyjnych nikomu nie posłuży.

Środowisko corporate governance nie wykazało entuzjazmu wobec projektu lubianej senator. Krytyka formułowana jest oględnie w słowach, celnie w argumentach. W zamierzeniu ustawa miałaby służyć umocnieniu, wręcz wielkiej odnowie, corporate governance. Mówiono o rewolucji na rynku kapitałowym. Ktoś napomknął o współczesnym wydaniu rooseveltowskiego New Dealu. Biorąc pod uwagę doświadczenia mojej strony świata, dostrzegam tu raczej elementy leninowskiego NEPu. Odebrać dywidendy rzekomo bogatym inwestorom, by wspomóc ubożejącą klasę średnią – to współczesna mutacja hasła sprzed stulecia: „Pokój chatom, wojna pałacom”. Elizabeth Warren jest specjalistką prawa upadłościowego. Urzeczywistnienie jej pomysłów może sprawić, że upadłości przybędzie.

Donald Trump zaślepił swój elektorat populizmem pseudoprawicowym, wahadło wychyla się teraz ku lewicowej wersji populizmu. Musimy uzmysłowić ignorantom: spółka akcyjna wcale nie służy wyłącznie akcjonariuszom, z dobrodziejstwa jej zysków korzysta w pierwszej kolejności społeczeństwo reprezentowane przez fiskusa. Najpierw spółka wywiązuje się z podatków, wszak płaci nie tylko dochodowy; dopiero z zysku, która pozostanie w kasie spółki po uiszczeniu rozmaitych danin, może być jakaś cząstka wypłacona inwestorom w formie dywidendy. Kto pragnie naprawiać kapitalizm zwalczając dywidendę, podąża na manowce.

Tekst ogłoszony 11 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2018.01.24 Black Rock podważa dogmat rynku, promuje cele społeczne

Whistleblowing: jak wynagradzać demaskatora?

* Poszanowanie anonimowości demaskatora jest najważniejszym, ale nie jedynym warunkiem skuteczności whistleblowingu;
* Możliwe, a nawet wskazane, jest także finansowe nagradzanie osób demaskujących nieprawidłowości
* W Polsce na przeszkodzie temu stoi zakłamana moralność, powszechne piętnowanie „kapusiów”, „donosicieli”, ostatnio nawet „zdrajców”;
* W Stanach Zjednoczonych toczy się żywa dyskusja nie o tym, czy nagradzać demaskatorów, a o dopuszczalnej wysokości nagród.

Whistleblowing na amerykańskim rynku kapitałowym jest obecnie regulowany przepisami Dodd-Frank Wall Street Reform and Consumer Protection Act. Sekcja 21F ustawy (Securities Whistleblowers Incentives and Protection) nakłada na Securities and Exchange Commission obowiązki związane z przyjmowaniem i procedowaniem zgłoszeń o nieprawidłowościach oraz nagradzaniem demaskatorów nieprawidłowości. Właściwa komórka SEC, Office of the Whistleblower, zatrudnia kilkunastu prawników i corocznie przedkłada Kongresowi sprawozdanie o realizacji Whistleblower Program. Pracy ma dużo, stąd skargi na jej opieszałość. Demaskatorzy, którzy bezpośrednio przyczynili się do wykrycia nieprawidłowości i nałożenia kar na ich sprawców (względnie także odzyskania utraconych środków) o wartości przynajmniej 1 miliona USD, mogą ubiegać się o nagrodę w przedziale od 10% do 30% kwot pozyskanych w następstwie postępowania.

Nagrody, przyznawane przez SEC demaskatorom od 2012 r., sięgają kilkudziesięciu milionów USD. Są one opodatkowane; skomplikowana procedura postępowania przed SEC, nakierowana nie tylko na wyjaśnienie sprawy, także na bezwzględne poszanowanie i ochronę anonimowości demaskatora, najczęściej wymaga wynajęcia przez zgłaszającego nieprawidłowości kancelarii prawnej, co podatkowo zmniejsza wartość nagrody o kilkadziesiąt procent orzeczonej kwoty. Nagradzanie demaskatorów nie budzi zastrzeżeń, skoro w wyniku podejmowanych przez nich działań odzyskano dla uczestników rynku (zwłaszcza akcjonariuszy) wielomilionowe kwoty.

W marcu 2018 r. dwie osoby otrzymały do podziału blisko 50 mln USD, a trzecia – ponad 33 mln USD za zdemaskowanie nieprawidłowości w Merrill Lynch. Wcześniej najwyższa z przyznanych dotychczas nagród wyniosła 30 mln USD (2014 r.), a kolejne pod względem wysokości – 22 mln, 20, 17 i 14 mln USD. Niekiedy nagrody były dzielone między kilkoro demaskatorów. Nagrody nie pochodzą z pieniędzy podatników, a z kar nakładanych na złoczyńców i/lub ich pracodawców.

Z końcem czerwca SEC wystąpiła z projektem zmiany zasad nagradzania demaskatorów. Dokument liczy 184 strony, a jego podstawowe założenie sprowadza się do ustanowienia górnego pułapu wypłacanych nagród (w sprawach, w których odzyskano ponad 100 mln USD) na pułapie 30 mln USD i upoważnienia Komisji do podnoszenia niższych nagród do kwoty 2 mln USD. Propozycje wywołały ożywioną dyskusję. Kwestionuje się możliwość ograniczenia wysokości nagród. Nie brak głosów oburzenia: Komisji zarzuca się, że rezygnuje ze ścigania nieprawidłowości w wielkich korporacjach i bankach, a zamierza się skupić na pośledniejszych oszustwach… Słychać głosy, że ograniczenie pułapu nagród może zniechęcić do współpracy z SEC i ujawnienia nieprawidłowości świadomego ich – wysoko opłacanego – menedżera, który nie znajdzie już pracy w bankach lub korporacjach. O tym, że propozycja jest kontrowersyjna, świadczy wynik głosowania w Komisji: 3 głosy za, 2 przeciw (Demokraci), a te ostatnie wzmocnione gniewną argumentacją.

Trudno zaprzeczyć, że tak rozumiany whistleblowing kreuje wartość nie tylko dla nadzoru nad rynkiem kapitałowym, także dla rynku i ogółu jego uczestników. Pieniądze, odzyskiwane dzięki demaskatorom, w znacznej części wracają do pokrzywdzonych. Demaskatorzy ponoszą ryzyko utraty pracy, albo pozycji zawodowej, ale mogą się ubiegać o nagrody, których wysokość zależy od ujawnionych nieprawidłowości oraz sumy odzyskanych środków.

W Polsce demaskatorzy nie znajdą zrozumienia. Nie otrzymują nagród. Potępia ich opinia. Demaskator jest „donosicielem”, „kapusiem”, „konfidentem”. Obecny rząd kształtuje w społeczeństwie odwrotny system wartości. Naruszanie norm konstytucyjnych staje się źródłem prawa, kłamstwo – prawdą, nikczemność – cnotą i tytułem do stanowisk, a ujawnianie przed światem nieprawidłowości i bezprawia bywa piętnowane jako „zdrada”. Gdyby nie klimat pogardy wobec demaskatorów dałoby się, być może, uniknąć przynajmniej części strat w kosztownych aferach SKOKów, Getback SA, SK Banku w Wołominie, Amber Gold – i podobnych. Oraz wykryć nieprawidłowości do tej pory jeszcze nie wykryte.

Dlatego warto promować korzyści płynące z whistleblowingu, zbudować procedury ujawniania nieprawidłowości, chronić anonimowość demaskatorów nieprawidłowości i motywować ich wynagrodzeniem zależnym od wysokości odzyskiwanych kwot. Związane z tym zadania lepiej byłoby powierzyć Komisji Nadzoru Finansowego, niż upolitycznionym służbom specjalnym. Nie przypuszczam jednak, by mój głos w obronie whistleblowingu zyskał szerokie poparcie. Lecz będę jeszcze na ten temat pisać.

Na temat Dodd-Frank Act czytaj także:
2018.05.11 Portfel prezesa w czasach populizmu
Na temat whistleblowingu czytaj także:
2018.07.02 Whistleblowing: szanuj demaskatora i jego anonimowość
oraz przywołane tam teksty

W radach dyrektorów jak u Mleczki: Nowe idzie, stare jedzie

• W USA do rad dyrektorów aspiruje ruch Next Gen (generation) Board Leaders
• Do zaciągu stają dyrektorzy z kwalifikacjami na miarę nowych potrzeb
• Ale średnia wieku rad rośnie, weterani coraz później odchodzą na emeryturę
• Różnorodność wieku i tenury jest niemniej ważna niż różnorodność płci

Statystyki bywają niepojęte. Wskazują, że rady dyrektorów spółek z indeksu S&P 500 wzbogacają się o członków nowej generacji: młodych, obytych w kulturze cyfrowej, reprezentujących świeże doświadczenia konkurencyjnego rynku. Zarazem wskazują, że średnia wieku tych rad wciąż rośnie. Przed dekadą wynosiła 61 lat, dzisiaj już 63,1. Jak to możliwe, skoro – według wiarygodnego Spencer Stuart 2017 US Board Index – blisko połowa dyrektorów wybieranych obecnie do rad debiutuje w tej roli? Otóż nowopowołanych do rad dyrektorów jest wcale nie tak wielu, a coraz więcej rad ze wspomnianego indeksu podnosi termin przydatności dyrektorów do posługi, nawet do 75 lat. Lecz wiek ma swoje prawa: do mojego klubu, w którym średnia wieku jest nawet wciąż ciut niższa, przyjęliśmy zbędnego nam pediatrę, a to w błędnym przekonaniu, że jest geriatrą (zapomnieliśmy założyć aparaty słuchowe)

Zatem rady dyrektorów dążą do uzupełniania składu o ludzi aktywnych zawodowo, znających bieżącą praktykę konkurencji, nadążających za zmianami rzeczywistości gospodarczej. Lecz coroczna rotacja wśród dyrektorów z S&P 500 obejmuje zaledwie 8% ich stanu. A niektóre rady opierają się rekrutowaniu dyrektorów wyspecjalizowanych w wąskiej dziedzinie, choćby najbardziej pożądanej (cybersecurity, digital transformation, e-commerce), obawiając się braku ich doświadczenia w tradycyjnych gałęziach nadzoru, jak finanse, sprawozdawczość, komunikacja z zarządem.

Z drugiej strony: niewiele (4%) rad ustanowiło termin przydatności dyrektorów na lat 70 albo mniej. Co oznacza, że rady obsadzone są przez emerytów pozbawionych świeżych doświadczeń w biznesie. Zróżnicowanie wiekowe dyrektorów niekiedy zamyka się w przedziale 65-75 lat, czyli nie wszyscy znają aktualny obraz świata, w którym przychodzi im konkurować. Bywają rady o niższej średniej wieku (45-55 lat), budzące jednak nieufność w bogactwo doświadczeń dyrektorów. Bywa także, że rozpiętość wieku w radzie sięga 30 lat, ale wszyscy są po pięćdziesiątce.

Z badań PwC wynika, że w „era of boards’ diversity” ankietowani dyrektorzy wskazują jako najważniejsze kategorie zróżnicowania rad płeć, wiek i tenurę (czyli okres sprawowania mandatu w radzie). Mniejsze znaczenie przywiązuje się do umiędzynarodowienia składu rad – całkiem jak u nas. Wynika z tego, że formuła zróżnicowania składu rad dotyczy nie tylko kobiet lub koloru skóry dyrektorów, że zwłaszcza wiek wywiera wpływ na różnorodność myśli, postawy, osądu. Istnieje jednak niebezpieczeństwo powstania w radach luki pokoleniowej, ponieważ najbardziej utalentowani, najbardziej atrakcyjni potencjalni kandydaci do rad, będąc u szczytu osobistej kariery są pochłonięci intensywną pracą zawodową i sprawami rodziny, nie wykazując zainteresowania dodatkowymi obowiązkami.

Sprawę próbuje ująć w ramy organizacyjne ruch Next Gen Board Leaders zainicjowany przez Boardroom Resources i SpencerStuart (niebawem wsparty także przez Diligent). Jest to grupa wsparcia młodych dyrektorów korporacyjnych. Zamierzenia są bardzo ambitne, jest wśród nich przygotowanie dobrych praktyk procedowania i merytorycznej pracy rad. „Następne pokolenie” żyje rytmem innym niż starsi koledzy. Rano trzeba dzieciom przygotować i zapakować do pudełek lunch, potem rozwieźć je do szkoły. Niejedna z kobiet jest w ciąży. W takich warunkach trudniej o utrzymanie stosunków towarzyskich z weteranami z rady, od których można się sporo nauczyć.

Zainteresowanie członkostwem w radzie dyrektorów (ale nie w radzie w ogóle, jedynie w „dobrej” radzie odpowiedniej spółki) wykazują zwłaszcza młodzi menedżerowie na wysokich stanowiskach wykonawczych. Wynika to rozpowszechnionego przekonania, że doświadczenia pozyskane w radzie dyrektorów mogą wydatnie pomóc w zarządzaniu. Innym rysem charakterystycznym współczesnej amerykańskiej rzeczywistości korporacyjnej jest przyzwolenie na kilkunasto– lub nawet kilkudziesięcioletnią tenutę w radzie, ale nie dla wszystkich jej członków. Jakże inaczej myśli się o tym w Polsce… Emil Wąsacz jako minister Skarbu nauczał: „Uważam, że cztery lata dla członka rady nadzorczej to maksymalny czas pracy. Mówiąc żartem, jest jak wikary na parafii – popracuje i zmienia otoczenie. Dzięki temu może wykorzystać stare doświadczenia w nowym miejscu.” Tenura ministrów Skarbu bywała jeszcze krótsza.
Post scriptum: Przywołany w tytule rysunek Andrzeja Mleczki „Nowe idzie, stare jedzie” ukazał się po raz pierwszy jesienią 1980 roku w Gazecie Krakowskiej. Motyw i nieśmiertelny, i uniwersalny.

Czytaj także:
2018.01.08 O terminie przydatności do posługi w radzie nadzorczej
2016.03.07 Tenura: co to takiego?