Archiwa tagu: ustawa o biegłych

O sztuce wyboru firmy audytorskiej

Jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego.

Parlament mamy dwuizbowy, czyli pracuje dla nas 560 legislatorów. Poza występami w telewizji zajmują się oni legislacją. Zdarza się, że uchwalają przepisy prawniczo naganne, co gorsza – żałośnie śmieszne. Przykładem kwiatek w ustawie z 11 maja 2017 r. o biegłych rewidentach, firmach audytorskich oraz nadzorze publicznym. Przyjąłem ją z sympatią, ponieważ wyprostowała niektóre, nasycone andronami, regulacje dotyczące komitetów audytu zawarte w poprzedniej ustawie o biegłych (2009 r.). Tym razem jest lepiej, niemniej uwagę przykuwa osobliwa logika art. 133: „Jeżeli w jednostce zainteresowania publicznego wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania jej sprawozdania dokonuje organ dokonujący wyboru, jednostka informuje o tym fakcie Komisję Nadzoru Finansowego.”

Tego tekstu nie ułożył kapral, chociaż nietrudno o myśl, iż chodzi o jednostkę wojskową. Błąd jest wynikiem niechlujstwa w pracach parlamentu. Sens przepisu jest taki, że jeżeli wyboru dokonuje organ dokonujący wyboru, należy o tym fakcie informować. Skłonny byłbym informować dom wariatów, ale przepis wskazuje Komisję Nadzoru Finansowego. Nie ona ponosi winę za ewidentny kiks legislacyjny, nawet dokonuje wykładni zagadkowego przepisu. 13 września b.r. Urząd Komisji wydał komunikat iż w rozumieniu ustawy „organ dokonujący wyboru” firmy audytorskiej to wcale nie każdy organ dokonujący wyboru, tylko dokonujący wyboru organ inny niż zatwierdzający sprawozdania; ten także może dokonać wspomnianego wyboru, ale jeżeli go dokona, nie będzie „organem dokonującym wyboru”.

Tłem tych nieporadnych zawiłości jest sprawa zasadnicza: kto powinien dokonać wyboru firmy audytorskiej. Ustawa o rachunkowości daje dwie możliwości: (1) wyboru firmy audytorskiej do przeprowadzenia badania sprawozdania finansowego dokonuje organ zatwierdzający sprawozdanie, chyba że (2) statut, umowa lub inne wiążące jednostkę przepisy stanowią inaczej. W praktyce statut spółki akcyjnej może powierzyć to zadanie walnemu zgromadzeniu lub radzie nadzorczej; oba człony tej alternatywy to procedury w pełni zgodne z prawem. Lecz w świetle ustawy o biegłych z 2017 r. powierzenie wyboru audytora radzie nadzorczej stawia spółkę w obliczu dodatkowego obowiązku informacyjnego względem KNF, a jego niezwłoczne pisemne niedopełnienie zagrożone jest karami wymierzonymi czy to spółce, czy jej piastunowi lub piastunom. Można więc wyrazić domniemanie, że MinFin jako „gospodarz” ustaw o rachunkowości i biegłych rewidentach zakłada, iż wybór audytora przez radę nadzorczą jest rozwiązaniem gorszego sortu. Jakież argumenty miałyby za tym przemawiać?

Za wyborem firmy audytorskiej przez walne zgromadzenie stoi interes drobnych inwestorów. Ich głosy nie przeważą ani za, ani przeciw, natomiast wypowiedzi w dyskusji mogą kreować atmosferę sprzyjającą, albo nie, wyborowi proponowanej firmy audytorskiej. Wszelako wcale nie zawsze dochodzi do dyskusji. Walne zgromadzenie nie jest klubem służącym wymianie poglądów, jest mechanizmem służącym sprawnemu podejmowaniu uchwał. Ta o wyborze audytora często bywa głosowana w dalekiej kolejności, zapewne już w atmosferze znużenia obradami. Nie służy to uczestnictwu drobnych inwestorów w zgromadzeniu. Gdyby inwestor miał poważne zastrzeżenia wobec proponowanej firmy, a nie mógł ich wysłowić w trakcie zgromadzenia, miałby jeszcze możliwość oddania głosu przeciw, ale wniesienie sprzeciwu wobec uchwały niewiele by mu dawało (poza etykietą pieniacza).

Wybór firmy audytorskiej przez radę nadzorczą mógł w przeszłości budzić zastrzeżenia. Oferty na badanie sprawozdania organizował zarząd, często przedkładał je radzie wraz z opiniami na temat zalecanego kandydata. Dużą wagę przywiązywano do kosztu badania. Rada, niekoniecznie rozgarnięta w sprawie, mogła podjąć uchwałę bez należytego rozeznania. Lecz komitety audytu powołuje się m.in. po to, by wybór audytora miał nareszcie charakter merytoryczny.

Komitet nie dokonuje wyboru firmy audytorskiej, powinien go natomiast przygotować, starannie badając sprawę we wszystkich jej aspektach, by zamknąć postępowanie dobrze uzasadnionym wnioskiem. Rola zarządu w procesie wyboru audytora zostaje sprowadzona do funkcji listonosza. Jeżeli organem właściwym do podjęcia decyzji jest rada nadzorcza – można liczyć, ze wniosek komitetu zostanie jeszcze przedyskutowany na posiedzeniu plenarnym. Jeżeli tym organem jest walne zgromadzenie – wniosek będzie mu zapewne przedstawiony z krótkim uzasadnieniem i szybko uchwalony, ponieważ spraw jest wiele, a czasu zawsze mało. Gdyby wnioskiem miało się zająć nadzwyczajne walne zgromadzenie, miałoby ono może więcej czasu, za to mniej uczestników. Doprawdy nie widzę argumentów za traktowaniem wyboru audytora przez radę nadzorczą jako mniej wartościowego. Przeto dodatkowy obowiązek informacyjny jest w tej materii zbędny. KNF i bez niego ma co robić.

Tekst ogłoszony 3 października 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2003.04.07 Kto wybiera rewidenta
2001.03.12 Randka w ciemno

Jak wynagradzać za pracę w komitecie audytu?

Kwestię „Jak wynagradzać za pracę komitecie audytu?” poprzedza inna: „Jak wynagradzać za pracę w radzie nadzorczej?”. Otóż jednolitych zasad wynagradzania rad nadzorczych w Polsce nie ma i nie będzie, nawet wśród spółek notowanych na GPW. Akcjonariusze poszczególnych spółek wiążą z pracą rad nadzorczych różne oczekiwania. Jedni stawiają radzie wysokie i ambitne wymagania, inni uznają radę za niepotrzebny dodatek do spółki, a jej członków za ornamentariuszy. Niektóre spółki przyjęły, że z członkostwem rady nadzorczej nie wiąże się wynagrodzenie (nie piszę o wynagrodzeniu za pracę w radzie, ponieważ sądzę, że gdzie nie ma wynagrodzenia, nie ma też pracy, zazwyczaj bywa ona wtedy markowana). Niektóre przyznają członkom rady wynagrodzenie tylko symboliczne. Niektóre wynagradzają członków rady wyłącznie za udział w posiedzeniu. Niektóre przyznają członkom rady godziwe wynagrodzenia, ale wśród spółek notowanych na GPW takie są w mniejszości.

Zresztą statuty spółek różnie definiują zakres kompetencji rady nadzorczej. W niektórych spółkach uprawnienia rady ograniczone są do ustawowego minimum. W innych rada ma rozległe kompetencje, a katalog czynności, na które zarząd musi uzyskać uprzednią zgodę rady nadzorczej, liczy kilkadziesiąt pozycji. Wobec tego nie dziwią różnice dotyczące wysokości wynagrodzeń członków rady.

Fenomen komitetu audytu polega na tym, że jego podstawowe zadania określane są nie tyle przez statuty spółek, co przez ustawę. Ta o biegłych rewidentach z 2009 roku zawierała fatalną regulację komitetów audytu. Ta obecna, z 2017 roku, nie jest wprawdzie wolna od błędów, ale budzi znacznie mniej zastrzeżeń. Skoro, co do zasady, spółki notowane tworzą w radzie nadzorczej komitet audytu, a zasady działania i zakres odpowiedzialności członków komitetu są podobne, można zaryzykować twierdzenie, że zasady ich wynagradzania też powinny być podobne (zasady, nie kwoty!). Lecz wcale nie są.

Najbardziej wartościowe wskazówki w tej materii płyną z dokumentu „Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce (2010)”, opracowanego przez ACCA z inicjatywy Polskiego Instytutu Dyrektorów. Rozdział „Zasady pracy i wynagradzania komitetu audytu” zawiera trzy istotne sugestie:
• „Wynagrodzenie członków komitetu audytu powinno odzwierciedlać ich kompetencje i zaangażowanie czasowe w realizację zadań powierzonych przez radę nadzorczą i nie powinno mieć charakteru warunkowego lub motywacyjnego (tj. uzależnionego od np. wyników finansowych spółki)” (zasada VI.4),
• „Nie ma przeszkód, by wynagrodzenie członków komitetu audytu przewyższało wynagrodzenie pozostałych członków rady nadzorczej (zasada VI.5),
• „Wynagrodzenie przewodniczącego komitetu audytu powinno co najmniej dorównywać wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej” (tamże).

Dobre praktyki komitetów audytu w Polsce tym różnią się od Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, że nie stoi za nimi autorytet Giełdy Papierów Wartościowych, nie są także poddane formule comply or explain (stosuj lub wyjaśnij). Jest to natomiast adresowany do rynku kapitałowego niewiążący głos ACCA i PID. Spółki nie są zobowiązane ani do stosowania tych Dobrych praktyk (decydują o tym same), ani do sprawozdawania na temat ich stosowania. Z biegiem czasu niektóre spółki przyjęły płynące z Dobrych praktyk komitetów audytu w Polsce założenia, iż skoro od członków komitetu audytu oczekuje się szczególnych kompetencji, skoro nakłada się na nich szczególna odpowiedzialność – należy ich szczególnie wynagradzać, nawet względem pozostałych członków rady nadzorczej. Oraz, iż przewodnictwa komitetu audytu nie powinien sprawować przewodniczący rady nadzorczej (czyli osoba zazwyczaj ściśle powiązana, formalnie lub nieformalnie, z największym akcjonariuszem). Natomiast nie znalazła szerszego uznania sugestia, by przewodniczący komitetu audytu otrzymywał wynagrodzenie co najmniej dorównujące wynagrodzeniu przewodniczącego rady nadzorczej. Co to, to już nie.

Niedawno Bank Zachodni WBK uchwalił, iż dodatkowe wynagrodzenia za pracę członków rady nadzorczej w komitecie audytu i komitecie ryzyka będą wyższe niż za pracę w innych komitetach rady (aczkolwiek przewodniczący komitetu audytu wynagradzany jest niżej niż przewodniczący rady nadzorczej). Na tle polskich realiów kwoty tych wynagrodzeń można określić jako umiarkowanie wysokie: oprócz miesięcznego wynagrodzenia z tytułu pracy w radzie nadzorczej przewodniczący komitetu audytu otrzymuje 12.000 zł za udział w posiedzeniu komitetu (względnie 3.000 eur, jeżeli zamieszkuje poza terytorium RP), a członek komitetu 8.400 zł, względnie 2.100 eur.

Na 16 października b.r. zwołane zostało nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki Selena FM mające ustalić wysokość wynagrodzeń członków rady nadzorczej. Propozycja przewiduje wynagradzanie członków rady za udział w jej posiedzeniach, ponadto za każdy dzień posiedzenia komitetu audytu jego przewodniczący ma otrzymać 3.000 zł, a członek 2.500 zł.

Zrozumiałe, że duży bank płaci więcej niż niewielka spółka. Moje zastrzeżenia niezmiennie budzi praktyka opłacania członków rady nadzorczej i jej komitetów od posiedzenia. Na tych stanowiskach nie wysiaduje się wynagrodzenia tyłkiem. Praca rady nadzorczej i jej komitetów toczy się także, często przede wszystkim, poza formalnymi posiedzeniami. Znam praktykę zwoływania posiedzeń komitetów rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, w dniach posiedzeń rady nadzorczej, ale godzinę wcześniej – żeby starczyło czasu na klepnięcie jakiegoś kwitu, bez merytorycznej dyskusji; tak pracują ornamentariusze. Godzinne „posiedzenie” jest fikcją. Im bardziej dojrzewa rynek, im bardziej dorastają rady nadzorcze, im bardziej wyspecjalizowany staje się komitet audytu – tym mniej sensowny jest obyczaj płacenia za posiedzenie. Pisuję o tym od kilkunastu lat, niejedno pióro mi już uschło. Ale mam jeszcze komputer.

Czytaj także:
2010.05.11 Posiedzenie nie jest wartością
2015.09.09 Rada nadzorcza wysiaduje
2013.05.23 Rada pracuje bez wysiadywania
2001.12.24 Rada wysiaduje

O dwóch postaciach dyskryminacji

Do 28 kwietnia trwają konsultacje projektu ustawy o badaniach sprawozdań finansowych, zastępującej ustawę z 2009 roku o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Miałem o niej złe zdanie, nazwałem ją „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Pastwiłem się nad pomysłem uregulowania komitetu audytu rady nadzorczej poza Ksh – wszak jego wprowadzenie było największą reformą ustroju spółki akcyjnej po II wojnie światowej, a dokonano tej reformy chyłkiem, na doczepkę, w ustawie o biegłych. Zwalczałem pomysł, zrodzony w ubiegłym roku i zaprezentowany w jednym z wcześniejszych projektów nowej ustawy, zakładający możliwość wprowadzenia do komitetu audytu „podrzutka”, osoby spoza składu rady nadzorczej. Przede wszystkim protestowałem przeciwko pozbawieniu przez ustawę o biegłych członka komitetu audytu posiadającego akcje nadzorowanej spółki – przymiotu niezależności. Uznaję, że nic tak nie skłoni członka rady nadzorczej, w tym członka jej komitetu audytu, do najwyższej staranności w nadzorze, jak zaangażowanie kapitałowe, rzecz jasna w umiarkowanym wymiarze, poniżej progu znacznego pakietu akcji.

Sprawa uregulowania komitetu audytu w ustawie o biegłych nie obciąża pilotującego tę ustawę Ministerstwa Finansów. To niezbyt fortunne rozwiązanie wynikło z braku wyobraźni i lenistwa urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości. Zamysł ulokowania w komitecie audytu podrzutka szczęśliwie został zaniechany. Projekt ustawy zawiera kilka sensownych rozwiązań, lecz niestety podtrzymuje założenie, że członek rady nadzorczej, który jest (lub był w ciągu ostatnich 2 lat) akcjonariuszem nadzorowanej spółki, nie korzysta z przymiotu niezależnego członka komitetu audytu. To złe rozwiązanie, bowiem ponad potrzebę mnoży ono kryteria niezależności. Już teraz w komitetach audytu działają obok siebie niezależni w rozumieniu Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016, oraz niezależni w rozumieniu ustawy o biegłych.

Zwrócono mi uwagę na jeszcze jeden niefortunny przepis projektu ustawy. Wymaga on od biegłych rewidentów stałego uczestniczenia w programach szkoleń zawodowych. Słusznie, należy podnosić kwalifikacje. Nie przewidziano jednak wyjątku dla biegłych rewidentów, którzy z powodu podeszłego wieku zaprzestali wykonywać zawód, utrzymują się z emerytur, rent lub oszczędności. Teraz grożą im postępowania dyscyplinarne i wykreślenie ze swojej społeczności zawodowej. Szkolenia są odpłatne, co rzutuje na sytuację materialną weteranów zawodu, a przy tym – bezużyteczne, skoro nie prowadzą już oni badań sprawozdań finansowych.

Jest nie bez znaczenia, czy doświadczeni weterani zawodu biegłego rewidenta biorą udział w życiu swojej społeczności zawodowej. Przez dwa kolejne lata przewodniczyłem – ja, ktoś spoza tej społeczności, ale znający ją i szanujący – komisji powołanej przez Krajową Izbę Biegłych Rewidentów do opiniowania wniosków o medale i odznaki KIBR. Wnioski dotyczyły najbardziej zasłużonych biegłych, a wespół ze mną opiniowali je doświadczeni seniorzy profesji. Miałem możliwość poznania pożytków płynących z uczestnictwa w pracach KIBR i oddziałów regionalnych specjalistów, którzy zaprzestali już badania sprawozdań, bądź planowali uczynić to niebawem, ale dysponują ogromną wiedzą o warunkach wykonywania zawodu, koniecznych kwalifikacjach merytorycznych i etycznych, oraz umiejętnościami dydaktycznymi. Wypchnięcie ich na margines wyrządzi profesji biegłych niewypowiedzianą szkodę.

Projekt ustawy wymaga przeto zmian! Chodzi o art. 6 ust 1 pkt 2, traktujący o obowiązku odbywania przez biegłego obligatoryjnego doskonalenia zawodowego w każdym roku kalendarzowym, oraz art. 128 ust 7 pkt 6 lit. a) odbierający przymiot niezależności członkowi komitetu audytu posiadającemu (obecnie lub w ostatnich dwóch latach) akcje nadzorowanej spółki. Pierwszy przepis dyskryminuje weteranów zawodu biegłego rewidenta, drugi – posiadaczy akcji. Nie godzi się w Polsce, w Unii, w cywilizowanym świecie, dyskryminować kogokolwiek.
Czytaj także:
2015.09.23 Podrzutek w radzie nadzorczej
2015.12.01 Trzy powiewy grozy
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu
oraz przywołane tam wcześniejsze teksty.

Rozmiar ma znaczenie

Zarząd może z powodzeniem działać w składzie jednoosobowym, rada nadzorcza – w żadnym wypadku. Jej kolegialny charakter odzwierciedla skład akcjonariatu, zróżnicowanego, często skłóconego. Dlatego członkowie rady patrzą na ręce nie tylko zarządowi, także sobie nawzajem.

Liczebność rady nadzorczej spółki akcyjnej uznano za kwestię tak mało istotną, że Kodeks spółek handlowych z 2000 r. nawet w spółkach publicznych dopuścił rady trzyosobowe. Ten kiks ustawodawczy uderzał w interesy akcjonariuszy mniejszościowych, zdecydowanie utrudniając im dostęp do rady nadzorczej. Wcześniejsza regulacja kodeksu handlowego przewidywała, że „rada nadzorcza składa się przynajmniej z pięciu członków, wybranych przez walne zgromadzenie”. Po wejściu Ksh w życie spółki publiczne masowo zmieniały statuty, ograniczając minimalną liczbę członków rady; pisałem wtedy, że zachowywały się jak poborowi po wyjściu do rezerwy. Giełda wystosowała na rynek „list pasterski”, jak nazywano wspólne stanowiska zarządu i rady giełdy, nawołujący do utrzymywania przynajmniej pięcioosobowych składów rad. Daremnie! Błąd naprawiono nowelizując Ksh w 2003 roku, w spółkach publicznych rada składa się od tej pory co najmniej z pięciu członków. Ja użyłbym terminu „pięciorga”, jeszcze zanim Ksh wszedł w życie pisałem o korzyściach płynących z udziału kobiet w radach – lecz to temat na inną opowieść.

Spotykam się z pytaniami, dlaczego rada nadzorcza niekiedy bywa liczniejsza od zarządu. Otóż zarząd może z powodzeniem działać w składzie jednoosobowym, rada nadzorcza – w żadnym wypadku. Jej kolegialny charakter odzwierciedla skład akcjonariatu, zróżnicowanego, często skłóconego. Dlatego członkowie rady patrzą na ręce nie tylko zarządowi, także sobie nawzajem. Z badań Leszka Bohdanowicza z Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że wzrost liczebności rad nadzorczych „wpływał negatywnie na wyniki księgowe spółek (ROA i ROE)”. Z własnych doświadczeń wiem, że wzrost liczebności rady nie oznacza wyższej jakości jej pracy. Często bywa odwrotnie. Spośród „moich” rad najbardziej efektywne były pięcioosobowe, najmniej – dziewięcioosobowe. W liczniejszych nie pracowałem.

Lepsza piątka niż trójka

Rzecz nie polega więc na tym, że trzyosobowa rada byłaby niezdolna do sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Trzy pracowite, kompetentne, niezależne osoby niezaprzeczalnie mogą przysporzyć spółce znacznie większej wartości niż tuzin mniej kompetentnych. Liczebność rady nadzorczej ma znaczenie przede wszystkim w procesie wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Wprawdzie skuteczny wniosek o takie głosowanie składają akcjonariusze reprezentujący co najmniej jedną piątą kapitału zakładowego, lecz od wniosku do wyboru rady grupami – droga daleka. Grupę mogą bowiem stworzyć osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału ogólnej liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Jeżeli kapitał zgromadzony na walnym podzielić przez trzy (bądź przez cztery, gdyby wybierano radę czteroosobową) – jedna piąta kapitału może nie wystarczyć do utworzenia grupy wybierającej jednego członka rady. Twórcy kodeksu tego nie dostrzegli.

Nie oznacza to jednak, że im liczniejsza rada nadzorcza, tym łatwiej przyjdzie mniejszości umieścić w niej swojego wybrańca. Spółki, które mają liczne rady, często bowiem zastrzegają w statucie, że rada wybrana w drodze głosowania oddzielnymi grupami liczy pięcioro członków. Za liczniejszym składem rady przemawia kilka innych argumentów. Takiej radzie łatwiej tworzyć i obsadzić wyspecjalizowane komitety. Łatwiej delegować członków do czasowego wykonywania czynności „nieczynnych” członków zarządu. I łatwiej jej uniknąć zdekompletowania, gdyby ktoś z jej składu złożył rezygnację albo zmarł. Niektórzy uważają, że im ludniejsza rada, tym większy prestiż nadzorowanej spółki. Zmniejszeniu składu rady zapomnianego banku państwowego z 15 (!) osób do 6 towarzyszyły lamenty, iż nie wypada, by poważny bank miał taką małą radę…

Obchodzenie prawa na paluszkach

Zagraniczni specjaliści narzekają, że rady w ich krajach puchną, rozrastają się ponad potrzebę. W Polsce jest inaczej, głównie za sprawą ustawy z 2009 r. o biegłych rewidentach. Wprowadziła ona do rad nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” (pojęcie to obejmuje m.in. spółki publiczne) obligatoryjny komitet audytu i powierzyła mu ważne zadania. Wprowadziła też wymóg, by w komitecie audytu znalazł się członek rady reprezentujący kwalifikacje w zakresie rachunkowości lub rewizji finansowej, a także przymiot niezależności. „Kwalifikacje” to udokumentowane kompetencje, ten wymóg nie budzi zastrzeżeń. Natomiast „niezależność” członka rady rozumiana jest podług kryteriów skrojonych dla biegłego rewidenta, nie może on posiadać akcji nadzorowanej spółki, co jest kolejnym przykrym kiksem legislacyjnym (jeszcze go nie poprawiono).

Ustawa o biegłych dała spółkom fatalną możliwość obejścia wymogu powołania komitetu audytu. Otóż jeżeli rada nadzorcza składa się z nie więcej, niż pięcioro członków, zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej. Spółki wysnuły z tego błędny wniosek, że wówczas można obejść wymóg wprowadzenia do rady nadzorczej kogoś z kwalifikacjami w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej – bo też skąd wziąć kogoś takiego, w dodatku za marne pieniądze? Przeżyliśmy kolejny festiwal zmniejszania składu rad do minimum, byle uniknąć powołania komitetu audytu.

Okłamać Giełdę to grzech

Przeżyliśmy też festiwal kłamstw: niektóre spółki informowały Giełdę, że nie powołały komitetu audytu, ponieważ mają „nieliczne rady nadzorcze” (okazywało się, że ich radom nadzorczym daleko do składu minimalnego). Giełda potraktowała grzeszników wyrozumiale, bardziej stanowczo zareagowała Komisja Nadzoru Finansowego. Wskazała, że konsekwencją braku komitetu audytu jest większe ryzyko działalności, o którym spółki same powinny ostrzegać rynek. Wskazała, że powierzenie radzie nadzorczej zadań komitetu audytu nie następuje poprzez zaniechanie powołania komitetu, wymaga natomiast uchwały walnego zgromadzenia. Stanęła na stanowisku, że brak w radzie nadzorczej komitetu audytu nie przekreśla wymogu wprowadzenia do rady osoby z kwalifikacjami w zakresie rachunkowości lub rewizji finansowej. Tylko z nieszczęsną „niezależnością” Komisja nic zrobić nie mogła, ponieważ nie ma inicjatywy ustawodawczej. Zresztą słusznie.

Niechęć spółek do powoływania komitetów audytu bywa zastanawiająca. Niedawno uczestniczyłem w walnym zgromadzeniu obiecującej spółki. Pytałem, dlaczego powierzać zadania komitetu audytu radzie nadzorczej in pleno, skoro są w radzie reprezentowane stosowne kwalifikacje. Odpowiedziano mi w sposób równie obszerny, co wymijający. Nie miałem podstaw do snucia domysłów, że rada to fasada, a komitet byłby ornamentem. Kiedy na rynku kapitałowym nastaną chude lata, zapewne inwestorzy okażą powściągliwość w wycenach spółek, które nie powołały komitetów audytu, wynagrodzeń, corporate governance…

Rada na widelcu

W ten sposób powraca temat liczebności rady nadzorczej. Czy jej minimalny skład pozwoli na obsadę pożądanych komitetów? Aby nie mnożyć członkostwa w radzie nadzorczej ponad prawdziwą i aktualną potrzebę, najlepiej elastycznie ustalać jej liczebność. Liczbę członków rady określa statut spółki. Najgorszym rozwiązaniem jest sztywne postanowienie, że rada liczy określoną liczbę członków, minimalną dopuszczoną prawem (pięcioro), lub wyższą (sześcioro, siedmioro, nawet jedenaścioro…). Wystarczy, że z takiej rady ubędzie jedna osoba, a już zajdzie konieczność zwołania nadzwyczajnego walnego zgromadzenia celem uzupełnienia składu rady. Koszty takiego walnego bywają symboliczne: ot, honorarium rejenta – lecz koszty niematerialne będą niepoliczalne. Akcjonariusze nie wezmą udziału, nie przyślą pełnomocników, bo przedmiot obrad uznają za błahy, a z czasem dojdą do wniosku, że spółka potrzebowała tylko ich pieniędzy, ale ich samych już nie, więc jakże jej zaufać?

Korzystniej będzie określić liczebność rady widełkowo: rada liczy 5 do 9 członków, lub widelcowo: w skład rady wchodzi na przykład 7, 9 lub 11 członków. Pierwsze rozwiązanie jest bardziej elastyczne, walne zgromadzenie może wybrać 7 lub 8 członków, ubytek jednego lub dwóch nie zdekompletuje rady. Drugie rozwiązanie dopuszcza kilka możliwości, zazwyczaj chodzi w nich o zapewnienie nieparzystego składu rady, lecz w praktyce nieparzystość nie ma większego znaczenia, w polskich radach ogromna większość uchwał zapada jednomyślnie. Bez wnikliwych dyskusji, bez sporów.

W poszukiwaniu wielkości doskonałej

Istnieje też możliwość otwartego określania liczby członków: „rada nadzorcza składa z 5 lub więcej członków”. O tym, ilu będzie ich w istocie, każdorazowo zadecyduje walne zgromadzenie mając na względzie potrzeby spółki. Przy takim rozwiązaniu należy jednak zadbać o trzy sprawy. Po pierwsze, dla uniknięcia ryzyka zdekompletowania rady lepiej wybierać do niej więcej niż 5 osób. Po drugie, warto poskromić zapędy ku przekształceniu rady w ciało tłumne. Po trzecie, trzeba sprawdzić, jak statut reguluje kwestię kooptacji do rady nadzorczej. W pewnej krakowskiej spółce tak zawzięcie się kooptowali, że dokooptowani znaleźli się w większości i rozkradli, co tylko się dało.

„Z pewnością nie istnieje coś takiego jak wielkość doskonała. Rada powinna być wystarczająco duża, by uniknąć popadnięcia w zbytnią poufałość i dostatecznie mała, by nikt nie mógł umknąć naciskowi odpowiedzialności” – pisali przed ćwierćwieczem Ada Demb i Fred Neubauer. Czyli rozmiar swojej rada każda spółka ustala sama. Starałem się wykazać, że ów rozmiar ma znaczenie.

Tekst ogłoszony 3 sierpnia 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Wbrew naturze

Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami.

Jednym z osiągnięć corporate governance w Polsce jest wprowadzenie do spółek publicznych niezależnych członków rad nadzorczych. Jeszcze nie we wszystkich spółkach notowanych na GPW spotkamy niezależnych członków rady, jeszcze niektórzy członkowie rad pretendujący do statusu niezależnych to jacyś przebierańcy, niemniej postęp jest niezaprzeczalny. Spółki, które nie mają w radzie nadzorczej członków niezależnych przynajmniej udają, że ich mają, czym dają dowód, iż wiedzą, czego oczekuje od nich rynek. Członkowie niezależni zostali przemyceni do rad nadzorczych tylną klatką schodową, pod wpływem dobrych praktyk, a państwo nic w tej sprawie nie robiło. Ale kiedy jego instytucje zorientowały się, że pod ich nosem cichaczem wprowadzono cenną innowację, zabrały się do jej psucia.

Najpierw Ministerstwo Finansów przeforsowało ustawę o biegłych rewidentach dążącą, jakże słusznie, do zaszczepienia w radach nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” komitetów audytu, oraz – znowu słusznie! – do nasycenia tych komitetów niezależnością i kwalifikacjami. Przyjęto jednak fatalne kryterium owej niezależności, skrojone dla biegłego rewidenta badającego sprawozdanie spółki: niezależnym członkiem rady będzie ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. Jest to oczywista dyskryminacja akcjonariuszy, sprzeczna z założeniami corporate governance, zdrowym rozsądkiem, a także z chronioną duchem i literą prawa naturą spółki akcyjnej, która takich ograniczeń nie dopuszcza.

Strunę niezależności trąciła też Komisja Nadzoru Finansowego. Wydała ona instrukcję pod nazwą „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych”, w której nakłada na spółki powinność uwzględniania kryterium niezależności przy wyborze przewodniczącego, „który kieruje pracami organu nadzorującego”. Oręduję za niezależnymi członkami rady nadzorczej, lecz akurat u przewodniczących rad rzadko można dostrzec przymioty niezależności. Wynika to z natury spółki akcyjnej: skład rady, a w szczególności osoba jej przewodniczącego, odzwierciedlają panujące w spółce stosunki własnościowe. Z tejże natury wynika, że decyzje o powołaniu lub wyborze przewodniczącego rady często zapadają poza radą, nawet poza walnym zgromadzeniem, podejmowane przez poszczególnych akcjonariuszy lub ich grupy w oparciu o aktualny stan posiadania przez nich akcji spółki.

Wyróżnić można trzy typowe drogi na fotel przewodniczącego rady nadzorczej. O tym, która zostanie przyjęta w spółce, decyduje jej statut. Tylko jedna z nich nie przekreśla możliwości objęcia przewodnictwa rady nadzorczej przez osobę reprezentującą przymiot niezależności. Jest nią wybór przewodniczącego przez samą radę spośród jej członków. Na tej drodze o wyborze mogą decydować różne względy: rada obierze przewodniczącym osobę związaną z najważniejszym spośród akcjonariuszy spółki, albo osobę najbardziej predestynowaną do przewodnictwa z racji szczególnej znajomości spółki lub branży, lub z racji kwalifikacji bądź doświadczeń, albo osobę o znaczącej pozycji w gospodarce lub życiu publicznym, bądź tego z członków rady, który cechuje się przymiotem niezależności. Lecz powody i procedury wyboru przewodniczącego rady nie zawsze są łatwe do ogarnięcia.

Druga droga wydaje się krótsza. Walne zgromadzenie wybiera, względnie wyznacza przewodniczącego rady nadzorczej spośród obranych już przez siebie członków rady. Taki tryb wyboru godzi w niezależność przewodniczącego. Wynika on z dążenia akcjonariusza dysponującego najsilniejszą pozycją na walnym zgromadzeniu lub, odpowiednio, grupy akcjonariuszy, do zapewnienia sobie bezpośredniego wpływu na wybór przewodniczącego rady. O wyborze decyduje zaufanie pokładane w osobie kandydata na przewodniczącego przez akcjonariat spółki lub przynajmniej przez akcjonariusza dysponującego największą liczbą głosów na walnym zgromadzeniu.

Trzecia droga to powołanie przewodniczącego, do rady nadzorczej lub na funkcję w radzie, przez akcjonariusza spółki indywidualnie oznaczonego w statucie i wyposażonego przez statut w takie uprawnienie osobiste. Tu nie ma nawet pozorów niezależności. Niekiedy akcjonariusz uprawniony przez statut do powołania przewodniczącego rady nadzorczej po prostu powołuje na to stanowisko sam siebie.

Na fotel przewodniczącego rady nadzorczej prowadzi też, na skróty, czwarta droga, a raczej – kręta ścieżka. Wstęp na nią ma jedynie odchodzący prezes zarządu obejmujący funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Niekiedy w uznaniu wyjątkowych zasług dla spółki, której niegdyś był założycielem. Bądź którą przez lata kierował. Taki obyczaj, w Polsce bardzo rozpowszechniony, jest na bakier z corporate governance, a prezes przemieniony w przewodniczącego nie będzie niezależny.

Oczekiwania KNF są więc szlachetne, lecz mało realne. Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami. Kto pragnie krzewić niezależność w radzie nadzorczej, niech lepiej pozostawi przewodniczącego rady w spokoju, ponieważ rzeczywiście niezależny piastun tej funkcji to bardzo rzadki przypadek.

Tekst ukazał się 3 X 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz
Czytaj także: 2014.09.22 Zdanie bez dwóch zdań

Resortowe przepychanki

Komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami.

Parlament uchwala prawo, ale to rząd najczęściej korzysta z inicjatywy ustawodawczej, więc parlament najczęściej uchwala co proponuje rząd. Rzecz w tym, że resorty uprawiają własne polityki, a rząd często nad tym nie panuje. Dowodzą tego przypadki Kodeksu spółek handlowych. Uchwalony w 2000 roku, wszedł w życie 1 stycznia 2001 i od tej pory był wielokrotnie nowelizowany. Nic w tym dziwnego ani nagannego. Prawo powinno twórczo kształtować rzeczywistość, a w najgorszym razie dotrzymywać jej kroku. Niedawno Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło założenia kolejnej nowelizacji Ksh, planowanej na rok 2014. Resort występuje wobec rządu i parlamentu jako gospodarz tej ważnej ustawy, jej „właściciel”. Czy gospodarzy nią odpowiedzialnie?

W ostatnich latach najważniejszą zmianą ustroju spółki akcyjnej było wprowadzenie do rad nadzorczych większości jednostek zainteresowania publicznego obligatoryjnych komitetów audytu. Rzecz w tym, że operacja ta została dokonana poza ramami Ksh, w ustawie z 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Zapewne było to jednym z powodów, dlaczego operacja zaimplantowania do rady nadzorczej nowego ciała została dokonana źle, nieprofesjonalnie. Spółkom poddanym regulacji pozostawiono możliwość uniknięcia ustanowienia komitetu audytu, przynajmniej jeden (w praktyce: tylko jeden) członek komitetu powinien legitymować się kwalifikacjami, które nie zostały czytelnie określone, a największym błędem było przyjęcie fatalnego założenia, że posiadanie akcji nadzorowanej spółki przekreśla przymiot niezależności członka komitetu audytu. Jest to rozwiązanie godzące w naturę corporate governance, pozbawione oparcia w światowej praktyce, która zmierza w przeciwnym kierunku, ku zwiększaniu zaangażowania finansowego nadzorców spółki w jej akcje.

Idea wprowadzenia komitetu audytu do rady nadzorczej jest bezapelacyjnie słuszna. Należycie pracujący komitet audytu wzmocni radę nadzorczą, z czasem stanie się jej rdzeniem, zadba o pieniądze akcjonariuszy, doprowadzi do zacieśnienia współpracy między zarządem i jego pionami finansowymi a radą nadzorczą. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie niewłaściwego wprowadzania tej idei w życie. Od lat pomstuję na nieudane w moim przekonaniu przepisy ustawy o biegłych, złośliwie nazwałem ją nawet „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Ponieważ projekt krytykowanych rozwiązań powstał w Ministerstwie Finansów, jemu właśnie dokuczam najbardziej.

Niedawno zostałem poproszony do Ministerstwa Finansów z wykładem na ten temat. Wyłuszczyłem swoje zastrzeżenia. Moje wystąpienie spotkało się z bardzo ciekawą repliką kompetentnej w tej materii dyrektor z MinFin. Otóż resort początkowo zakładał, że komitet audytu powinien zostać wprowadzony do rady nadzorczej przepisami Kodeksu spółek handlowych (Ksh). Był to zamysł słuszny. Przeto resort finansów wystąpił z właściwą inicjatywą do resortu sprawiedliwości, ale utarto mu nosa. Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że nie jest zainteresowane taką nowelizacją Ksh. Zdumiewające to i bardzo smutne. Dlatego komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami. Młodszym pokoleniom Czytelników wyjaśnię, że w krakowskich mieszczańskich kamienicach (wszak warszawskie nie przetrwały wojny) są dwie klatki schodowe: frontowa, dla użytku państwa i ich gości, oraz tylna, kuchenna, dla służby i dostawców. Komitet audytu i MinFin, jego dostawca, weszli więc chyłkiem, od tyłu.

Stanowisko przyjęte wówczas przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest dla mnie niezrozumiałe. Nie chodziło przecież o ochronę Ksh przed zmianami, od uchwalenia ustawy w 2000 roku nowelizowano ją dwudziestosiedmiokrotnie, w samym tylko roku 2009 trzykrotnie. Niektórym nowelizacjom niesposób odmówić wagi i powagi, niektóre powodowane były doraźnymi względami politycznymi. Przejęcie przez Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedzialności za legislację tak ważną, jak dotycząca komitetu audytu, zapewne pozwoliłoby uniknąć niektórych błędów. Mleko już się rozlało i skisło, ale nauka z tej szkody płynie taka, że związane z Ksh poczynania resortu sprawiedliwości powinny być bardzo uważnie obserwowane.

Tekst ogłoszony 5 sierpnia 2013 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2013.07.19 Turecki święty
2014.01.02 Wielki Zderzacz Andronów

Pułapka na niezależnych [2010]

W Polsce członkowie rad nadzorczych w zbyt małym stopniu angażują się kapitałowo w nadzorowane spółki.

Przed dziesięciu laty podjęto w Polsce dyskusję o niezależnych członkach rad nadzorczych. Jedni dostrzegli potrzebę wprowadzenia niezależnych do rad, przynajmniej w spółkach notowanych. Inni oponowali, najczęściej po omacku, ponieważ nie zdawali sobie sprawy, jakimi przymiotami cechuje się niezależny. Twierdzono więc, na przemian, że wszyscy członkowie rad są niezależni, a to charakterem, stanem ducha, silną osobowością – bądź, że nikt nie jest całkiem niezależny, skoro pobiera od spółki pieniądze. Echa tych argumentów słyszy się jeszcze dzisiaj. Dopiero z czasem na rynek dotarło zrozumienie, że chodzi o niezależność członków rady nadzorczej od spółki i jej znaczących akcjonariuszy.

Sprawie nie przysłużyły się Dobre praktyki 2002 – pierwszy polski zbiór zasad corporate governance, przyjęty przez giełdę w 2002 roku. Sformułowano w nim wymóg, by rady nadzorcze spółek publicznych przynajmniej w połowie składały się z niezależnych, a nadto wyposażono niezależnych członków rad w szczególne uprawnienia. Kryteria niezależności miały spółki określać w statutach, co narażało je na koszty i mitręgę.

Rynek odrzucił tak daleko idące wymagania. Słusznie: w radach wielu spółek część miejsc przypadała pracownikom, połowa miała przypaść niezależnym, przeto niewiele zostawało dla tych, którzy wnieśli do spółki kapitał i przyjęli na siebie ryzyko. W kolejnych redakcjach Dobrych praktyk mitygowano wymogi dotyczące liczby niezależnych członków rad, aż wreszcie – w wersji współczesnej – przyjęto racjonalne rozwiązania. W radzie powinno być przynajmniej dwoje członków niezależnych, a kryteriów niezależności nie określa każda spółka sama, ale stosuje się zalecenie Komisji Europejskiej.

Sprawa była już na dobrej drodze, rynek z czasem zaakceptowałby wymogi stawiane przez giełdę, lecz wmieszał się regulator i narobił sporo zamieszania. Mianowicie ubiegłoroczna ustawa o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym wprowadziła odmienne kryteria niezależności członka rady nadzorczej wchodzącego w skład jej komitetu audytu. Nie może on posiadać udziałów, akcji lub innych tytułów własności w nadzorowanej spółce.

Jest to rozwiązanie nieprzemyślane i szkodliwe. Po pierwsze, nie ma uzasadnienie tworzenie różnych wymogów w kwestii przymiotu niezależności różnych członków tej samej rady nadzorczej. Po drugie, pozbawienie członka rady nadzorczej wchodzącego w skład jej komitetu audytu prawa posiadania akcji nadzorowanej spółki upośledza jego samego, spółkę i rynek. Posiadanie przez członków rady nadzorczej akcji nadzorowanej spółki jest zjawiskiem pozytywnym (jednak jeżeli w ręku takiego członka rady, lub jego bliskich, znajdzie się znaczący pakiet akcji, nie będzie on czynić zadość kryteriom niezależności). W Polsce członkowie rad nadzorczych w zbyt małym stopniu angażują się kapitałowo w nadzorowane spółki, na czym często cierpi jakość nadzoru. Dla rynku lepiej, by nadzór nad spółkami sprawowany był przez osoby wiążące swój interes materialny z pomyślnością nadzorowanych podmiotów, na czym skorzysta i spółka, i pozostali jej akcjonariusze. Nakładanie na członków komitetów audytu ograniczeń stosowanych względem biegłego rewidenta nie ma uzasadnienia.

Nie jest to jedyne niefortunne rozwiązanie przyjęte w ustawie o biegłych. Jej przepisy dotyczące ustroju i zadań komitetu audytu w radzie nadzorczej wymagają kompleksowej rewizji. Tu zwracam uwagę jedynie na pułapkę zastawioną na niezależnych. Na pozostałe defekty wspomnianej ustawy zwrócę uwagę przy innych okazjach.

Artykuł ukazał się 19 sierpnia 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2013.07.09 Turecki święty
Czytaj także: 2001.05.14 Ośla ławka

Komitet największych nadziei [2010]

Za złowrogi początek kryzysu uważa się powszechnie upadek banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Może gdyby ów feralny bank nosił raczej nazwę Lehman Sisters – i stosował bardziej żeńskie niźli męskie podejście do zarządzania ryzykiem – kryzysu dałoby się uniknąć…

Dzisiaj, poniewczasie, uświadamiamy sobie trzy prawdy. Pierwsza: nie z braku pieniędzy to wszystko, lecz z niekontrolowanej łatwości ich pomnażania. Druga: nie o brak innowacji potknęła się światowa gospodarka, ale o szaloną kreatywność zachłystujących się chciwością finansistów. Trzecia: najbardziej dotkliwy stał się wzajemny brak zaufania uczestników obrotu. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu (trust-based economy), a jego niedostatek podważa jej perspektywy.

W Polsce przyjęto w ostatnich latach kilka rozwiązań służących budowie zaufania w obrocie gospodarczym, przede wszystkim w obrocie giełdowym. Należą do nich:
• zasada solidarnej odpowiedzialności członków rady nadzorczej wobec spółki – na równi z kierownikiem jednostki – za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem stanowiącym naruszenie obowiązku zapewnienia, by sprawozdania spółki spełniały wymagania przewidziane w ustawie o rachunkowości,
• nowe uregulowania dotyczące obowiązków informacyjnych, w tym zwłaszcza wprowadzenie wymogu ogłaszania przez emitentów „Oświadczenia o stosowaniu ładu korporacyjnego”;
• ustanowiony przepisami ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym wymóg powoływania komitetu audytu w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego. Jest to sprawa – w moim przekonaniu – o najwyższym znaczeniu praktycznym, jej przeto poświęcę uwagę.

PODAŻ ZAUFANIA. Ustawa zakłada regułę, że w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego (jest to pojęcie wprowadzone na użytek owej ustawy i przez nią zdefiniowane) działa wyłoniony przez radę nadzorczą z jej składu komitet audytu w składzie co najmniej 3 członków. Od tej zasady wszakże dopuszcza się liczne wyjątki. Wymóg ten nie dotyczy więc wymienionych w ustawie jednostek zainteresowania publicznego. Nie dotyczy on także jednostek zainteresowania publicznego, których rady nadzorcze działają w składzie pięciu osób. Wówczas funkcje komitetu audytu może spełniać rada nadzorcza in pleno. Trudno powstrzymać się tu od uwagi, że takie rozwiązanie wskazuje spółkom drogę do uniknięcia komitetu audytu: wystarczy zmniejszyć skład rady nadzorczej do pięciu osób, a komitet przestaje być obligatoryjny.

Zadania komitetu audytu zostały określone bardzo konwencjonalnie. Otóż należy do nich w szczególności „monitorowanie” (cokolwiek ów termin oznacza) procesu sprawozdawczości finansowej, skuteczności systemów kontroli wewnętrznej, audytu wewnętrznego oraz zarządzania ryzykiem, wykonywania czynności rewizji finansowej, wreszcie – niezależności biegłego rewidenta i podmiotu uprawnionego do badania sprawozdań finansowych. Ustawa koncentruje się przeto na relacjach między spółką a biegłym rewidentem. Zapewne z czasem lukę ustawową wypełnią dobre praktyki komitetu audytu. W Polsce prace nad projektem dobrych praktyk zostały już podjęte w Polskim Instytucie Dyrektorów.

BARIERA POPYTOWA. Paradoks polega na tym, że ustawa – dostarczając rynkowi sporą porcję zaufania kreowanego przez komitety audytu – ogranicza zarazem wydatnie popyt na zaufanie. Wymogi, stawiane przez nią przed niektórymi członkami komitetów audytu są bowiem nazbyt surowe, w istocie rzeczy – godzące w podstawy corporate governance. Otóż w skład komitetu audytu powinna wejść przynajmniej jedna osoba będąca członkiem rady nadzorczej i reprezentująca „kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Dlaczego europejski standard „kompetencji” podniesiono aż do poziomu „kwalifikacji”, doprawdy trudno zrozumieć – zwłaszcza w świetle stanowiska Ministerstwa Finansów przypisującego owe kwalifikacje nie tylko (co zrozumiałe) biegłym rewidentom, także… osobom uprawnionym do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych!

Polski Instytut Dyrektorów podjął wespół z ACCA próbę rozwiązania tego problemu: spółki potrzebujące do swoich komitetów audytu kandydatów reprezentujących wymagane kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej, i to kwalifikacje rzeczywiste, międzynarodowe, mogą korzystać z prowadzonej przez PID listy kandydatów na członków komitetu audytu.

NIEZALEŻNY DO PRZESADY. Bardziej skomplikowany jest przewidziany w ustawie i połączony z wymogiem posiadania kwalifikacji w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej warunek niezależności takiego członka komitetu audytu. Nie kwestionuję potrzeby niezależności członków rad nadzorczych – rzecz rozbija się natomiast o kryteria tej niezależności. Powszechnie przyjętym kryterium jest bowiem niezależność członka rady nadzorczej od spółki i podmiotów pozostających w istotnym powiązaniu ze spółką. Względem (przynajmniej jednego) członka rady nadzorczej wchodzącego w skład komitetu audytu i posiadającego wymagane „kwalifikacje” zastosowano jednak wymóg zachowania niezależności skrojony na miarę biegłego rewidenta: taki członek rady nadzorczej i jej komitetu audytu nie może posiadać akcji nadzorowanej spółki. Uważam, że to przesada! Nie widzę niczego niewłaściwego w zaangażowaniu finansowym członków rady nadzorczej w nadzorowaną przez nich spółkę, w posiadaniu przez nich akcji – przy czym posiadanie nieznacznego (w przeciwieństwie do „znacznego” w rozumieniu prawa) pakietu akcji nie przekreśla, ani nie podważa, przymiotu niezależności.

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle. Zamiast kreować zaufanie rynku do spółki, komitet audytu staje się obiektem kontrowersji. A to dlatego, że stworzono go dla wygody biegłych rewidentów, nie dla zaspokojenia rzeczywistych potrzeb rynku.

Tekst ogłoszony 24 lutego 2010 r. w numerze specjalnym Przeglądu Finansowego BANKIER.

Z opinii, jakoby Lehman Sisters zarządzałyby ryzykiem lepiej niż Lehman Bros, w obliczu faktów wycofałem się ze wstydem…