Archiwa tagu: Wielka Brytania

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Dlaczego Hong Kong Exchange & Clearing nie przejmie London Stock Exchange Group?

  • Hong Kong Exchange and Clearing (HKEX) złożyła niespodziewaną ofertę nabycia wszystkich akcji London Stock Exchange Group (LSEG); 
  • Oferta została szybko i zdecydowanie odrzucona, a każdy z argumentów podniesionych przeciwko transakcji sam z osobna także wystarczyłby;
  • Potwierdziło się po raz kolejny, że giełda zdominowana przez rząd nie jest poważnie brana pod uwagę jako ewentualny nabywca innych giełd;
  • Blask Hongkongu zwolna blednie, nadciąga kryzys, lecz miasto nadal pełni rolę śluzy, przez którą płyną do Chin wzory corporate governance.

Oferta giełdy z Hongkongu na LSE nie była dyktowana arogancją, jak pomysł Trumpa nabycia Grenlandii. Ani poczuciem humoru, jakim błysnęła Grenlandia rozważając kupno USA. Lokator Białego Domu wyrwał się z propozycją nabycia wyspy jak Filip z konopi, a kiedy go wyśmiano, obraził się na Danię. Grenlandia bawiła się pomysłem kontroferty przejęcia całych Stanów Zjednoczonych, ale odstąpiła od zamiaru z powodu nadmiernego zadłużenia przedmiotu takiej transakcji. Natomiast oferta z Hongkongu okazała się nie do przyjęcia, a to z mnogości powodów.

Rada dyrektorów LSE szybko rozprawiła się z ofertą odrzucając ja zdecydowanie. Uznano, że transakcja przyniosłaby poważne ryzyko dla akcjonariuszy londyńskiej giełdy. Stwierdzono, że proponowana cena za wszystkie akcje LSE Group (32 miliardy funtów) nie odzwierciedla wartości londyńskiej giełdy. Zwrócono uwagę, że oferta nie została biznesowo przedstawiona i uzasadniona (w rzeczy samej, złożono ją na chybcika). A ponadto, może przede wszystkim, propozycja byłaby trudna do przyjęcia z uwagi na związki HKEX z władzami autonomii (pośrednio z rządem Chin). Blisko połowa składu tamtejszej rady dyrektorów to nominaci rządu lokalnego, który w takich sprawach kieruje się zdaniem Pekinu.

Nie bez znaczenie jest także, że londyńska giełda niedawno ujawniła plan globalnej ekspansji poprzez nabycie, za 27 miliardów USD, kontroli nad Refinitiv, operatora danych biznesowych świadczącego globalnie usługi na bankowych parkietach transakcyjnych. Realizacja tego zamysłu postawiłaby londyńską giełdę na pozycji znaczącego rywala obecnego hegemona rynku, Bloomberg LP.

Rada dyrektorów LSE mogła też wziąć pod uwagę inwazję chińskiego kapitału na rynki Wielkiej Brytanii. W bieżącym roku chińskie spółki dokonały w Zjednoczonym Królestwie 15 dużych akwizycji za 6,75 miliarda funtów; w ubiegłym roku Chińczycy wydali 6 miliardów funtów na 23 akwizycje. Przyczyniły się do tego niewątpliwie spadek wartości funta, oraz okazja polityczna związana z zamieszaniem w toku przygotowań do Brexitu. Giełda z Hongkongu, jedna z najważniejszych na świecie, zyskała globalną pozycję m.in. dzięki przejęciu przed siedmiu laty London Metal Exchange.

Przejmując LME, Chińczycy zachowali na wskroś brytyjski charakter instytucji i jej personelu, ale zwiększyli jej zasięg. Fuzja giełd Londynu i Hongkongu pozwoliłaby na nieprzerwany handel przez 18 godzin na dobę. Zamysł reklamowany był jako „korporacyjny związek Romea i Julii”, lecz ten Romeo nie podbił serca Julii. Zwłaszcza, że oferta dotyczyła nie tylko zapłaty nie tylko w gotowce, także w akcjach. Z jednej strony, ofertę można było potraktować jako dowód zaufania w pozycję Londynu w światowych finansach, bez względu na Brexit. Z drugiej – odmowę uzasadniano także argumentem, że LSE dostrzega możliwości dla siebie i dla Chin w partnerstwie z giełdą w Szanghaju.

Londyńska giełda zapewne przywykła do składanych jej ofert handlowych.  Od roku 2000 była przedmiotem siedmiu nieudanych propozycji przejęcia lub fuzji. Sprawy zaszły najdalej w toku przygotowania w 2017 r. wartej 21 miliardów funtów fuzji z Deutsche Börse z Frankfurtu nad Menem, zablokowanej przez Komisję Europejską. LSE założyli w 1773 r. kupcy handlujący od ponad 200 lat w londyńskich kawiarniach (stąd rezerwa wobec giełd rządowych). Giełda przetrwała niemieckie bombardowania („blitz”) i zamach irlandzkich terrorystów.

W tle niedoszłej do skutku transakcji przejęcia LSE Group przez HKEX słychać rozchodzące się po świecie echa wydarzeń w Hongkongu. Od ponad 100 dni miasto żarliwie walczy o zachowanie swojej autonomii. Zasada „jeden kraj, dwa systemy” powoli odchodzi w niepamięć. Ze wzgórz za dzielnicą Nowe Terytoria widać fenomenalnie rozkwitający Shenzen, miasto będące potencjalnym konkurentem Hongkongu, z własną giełdą, która z czasem winna aspirować do pozycji tej w Szanghaju. Kiedy przed trzydziestu kilku lat odwiedziłem ambitny Shenzen, był on śluzą (ten trafny termin ukuł na miejscu prof. Ryszard Ławniczak), przez który z Hongkongu do Chin ostrożnie sączono nowoczesność. Dzisiaj to Hongkong jest śluzą, przez którą płyną ze świata do Chin zasady corporate governance.

Podczas mojej pierwszej podróży przez Chiny nikt tam nie słyszał o corporate governance. W toku kolejnej podróży stwierdziłem, że giełda w Szanghaju przyjęła zasady dobrej praktyki notowanych na niej spółek zanim my w Polsce przystąpiliśmy do prac nad projektem takich zasad. Dzisiaj działają zespoły ekspertów giełd Hongkongu i Chin opracowujące wspólne standardy postępowania na rynku kapitałowym. Propozycja przejęcia LSE nie była przeto rozpaczliwym krokiem ku uchronieniu Hongkongu przed rosnącą dominacją Chin, chociaż stworzono pozory, że jest to nagła akcja ratunkowa. Przeciwnie: chodziło o wzmocnienie pozycji Chin w Europie. Do czego zresztą dochodzi.

Czytaj także:  

2018.09.28 Corporate governance w Chinach. Raport AGCA 2018

2005.09.26 W Państwie Środka

Audyt po brytyjsku: reformować czy pudrować?

  • Brexit jest jak chmura gradowa zawisła nad Wyspami, jeszcze więcej obaw budzi nadciągający kataklizm Boris*, ale państwo działa;
  • Jednym z obszarów jego aktywności są usiłowania ku uporządkowaniu skandalicznej branży audytorskiej;
  • Przez półtora roku od upadku Carilliona prześwietlano brytyjski audyt, odsłonięto jego liczne niedomagania i podjęto dyskusję nad sposobami poprawy stanu rzeczy:
  • Jedna z koncepcji zakłada rozpędzenie zblazowanych gigantów Tłustej Czwórki, czyli rozdzielenie pionów audytu i wszelakiego doradztwa.

Szokująca niekompetencja i chciwość brytyjskich audytorów zadziwia nie od dzisiaj. Po upadku Carilliona wyszło na jaw, jak przez lata pasły się na spółce firmy Tłustej Czwórki. Po niemniej głośnym upadku Patisserie Valerie, sieci cukierni, dowiedzieliśmy się, że adytor nie zapoznał się z sytuacją badanej spółki, ponieważ go to nie interesuje. Skandali jest tak wiele, że społeczeństwo traci zaufanie do branży autorskiej, natomiast regulator nie nadąża z wymierzaniem kar.

Wyróżnić można dwa podejścia do problemu. Izba Gmin optuje za radykalną reformą, rząd za przypudrowaniem kryzysu. Parlamentarna komisja ds. BEIS (Biznesu, Energii i Strategii Przemysłowej) pod energicznym przewodnictwem Rachel Reeves opracowała 32 zalecenia, w tym ścisłe rozdzielenie w firmach Tłustej Czwórki działu audytu od pozostałych. Greg Clark, odpowiedzialny na te materię w rządzie, pragnie ograniczenia akcji do niezbędnego minimum w zamiarze „zachowania pozycji Wielkiej Brytanii jako ośrodka doskonałości audytowej”. Jej świadectwem mają być wpływy z eksportu usług audytowych: w 2017 r. przyniosły one 1,3 mld GBP, co dało 11 proc. PKB.

O rzekomej „doskonałości audytowej” świadczą dokonania nadzoru, Financial Reporting Council, oraz imponujące wpływy z kar nakładanych na firmy audytorskie za niestaranne, niechlujne usługi. Najczęściej zarzuca się im brak profesjonalnego sceptycyzmu, przyjmowanie na wiarę oświadczeń menedżerów, brak krytycznego podejścia do przychodów, brak wyobraźni w ocenie kontynuacji działalności. Ale niby jest postęp: za poprawne lub wymagające względnie niewielkich korekt uznano w roku 2018/19 „aż” 70 proc. (!) badań sprawozdań spółek z indeksu FTSE 350; w r. 2017/18 było ich 73 proc. Cel na rok 2019/20 wynosi 90 proc. poprawności badań i jest w tym świetle nadzwyczaj ambitny. FRC zakłada osiągnięcie wskaźnika 100 proc. w roku 2020/21.

Najniżej oceniono PwC i Grant Thornton. Pierwszą za znaczący spadek jakości badań sprawozdań klientów z indeksu FTSE 350, drugą za kompromitujący upadek standardów. Jego świadectwem było oświadczenie audytora po upadku badanej przez lata Patisserie Valerie, że nie jest on od tego, żeby wykrywać oszustwa. Wolał dokonywać ich sam?

W przypadku PwC za satysfakcjonujące lub wymagające niewielkich poprawek uznano zaledwie 65 proc. (mniej niż dwie trzecie!) badań spółek FTSE 350; w poprzednim roku 2017/18 uznano za takie 84 proc. badań. Tegoroczny wskaźnik dla wszystkich badanych spółek jest lepszy: 77 proc. Albo FRC przykłada się bardziej do kontroli badań sprawozdań spółek notowanych, albo PwC przykłada się bardziej do badań spółek nienotowanych. Aż 50 proc. wszystkich przeprowadzonych przez Grant Thornton badań sprawozdań za rok 2018/19 nie spełniło standardów; w ub. roku odsetek rażących braków wyniósł 26 proc. W lipcu b.r. audytor przystąpił do przeglądu jakości swoich usług.

W badaniach sprawozdań spółek z FTSE 350 lepszy wskaźnik osiągnęła KPMG**: 80 proc. badań wymagało nie więcej niż drobne uzupełnienia, co robi wrażenie w porównaniu z katastrofalną oceną za poprzedni rok: zaledwie 50% poprawności. Zamiast bawić się w audyt, można było rzucać monetę. Jeszcze lepszy wynik: 84 proc. osiągnęła Deloitte (poprzednio 75 proc.). Ale firmę ukarano grzywną (pierwotnie 6,5 mln GBP, po okazaniu skruchy i czynnego żalu karę zmniejszono do kwoty 4 225 tys. GBP) po zawiadomieniu Serious Fraud Office o poważnych nieprawidłowościach w badaniu sprawozdań spółki outsourcingowej Serco Geografix. Deloitte zapłaciła także 300 tys. GBP tytułem kosztów postępowania, oraz przyrzekła przeprowadzenie programu szkolenia całego personelu. Grzywną ukarano także partnerkę prowadzącą audyt w Serco. Za to EY dochowała należytych standardów w badaniach 89 proc. sprawozdań spółek z FTSE 350.

*Tekst wysłany do Gazety Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 lipca 2019 r. i ogłoszony 30 lipca. Zmieniło się tyle, że Boris został już premierem Zjednoczonego (jeszcze) Królestwa.

**Pierwotnie “napisało mi się” KGHM. Przepraszam. Czytelnikowi dziękuję za zwrócenie mi uwagi.                                                                                                     

 

 

 

 

 

 

 

Kobiety w brytyjskich radach. Liczby krzepią, pospolitość skrzeczy

  • Cranfield University corocznie ogłasza raporty na temat liczbowego udziału kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksów FTSE 100 i 250;
  • Statystyki pokazują nieprzerwany wzrost udziału kobiet w radach, ale są tak konstruowane, by odzwierciedlić nadal stosowaną wobec kobiet dyskryminację;
  • Przyjęto bowiem założenie o prymacie płci (a w dalszej kolejności – koloru skóry) nad kwalifikacjami do posługi w radach;
  • Przeto liczby krzepią, cele stawiane przez rząd do roku 2020 zapewne zostaną osiągnięte, lecz mimo to pospolitość skrzeczy.

Kobiet w radach przybywa, ich znaczenie nie wzrasta. Taki wniosek płynie z najświeższego (2019 r.) raportu Cranfield University prowadzącego od 21 lat doroczne spisy kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksów FTSE. Statystyka pokazuje więc wzrost liczby kobiet w radach dyrektorów brytyjskich spółek, ale kryjąca się za liczbami rzeczywistość rozczarowuje. Zmiany mają charakter ilościowy i nie kreują wartości.

Brytyjski rząd zakłada, że do roku 2020 udział kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksu FTSE 100 wzrośnie do 33 %. Premier Theresa May wykazała więcej zainteresowania i inicjatywy w dziedzinie corporate governance niż wszyscy jej poprzednicy razem wzięci. I chociaż na dniach opuści Downing Street, plany jej rządu mogą zostać urzeczywistnione. Osiągnięto już wskaźnik 32% (w połowie ub. r. wyniósł on 29%), czyli na papierze widać postęp.

Ponieważ wiele kobiet pełni posługę w radach od niedawna, statystyka zarazem przedstawia niepokojące dane, zakrzywiające obraz rzeczywistości. Otóż wynika z nich, że:

  • Tenura kobiet jest krótsza: wynosi 3,3 roku, podczas gdy mężczyźni pełnią w radach przeciętnie dwakroć dłuższą posługę. Uwaga ASN: zapewne wynika to z faktu, że wiele kobiet dopiero niedawno weszło do rad, więc nie zdążyło się w nich zasiedzieć.
  • Rzadziej są awansowane. W spółkach FTSE 100 kobiety stanowią 38,9% dyrektorów niewykonawczych (non-executive directors, NEDs), ale tylko 10,9% dyrektorów zarządzających (executive directors). Uwaga ASN: zapewne nie bez znaczenia jest krótki staż wielu dyrektorek.
  • Są młodsze od mężczyzn (z powodów jak powyżej. Ale jakie to ma znaczenie? – uwaga ASN).
  • Wiele z nich jest rasy białej. Tylko 11% kobiet zasiadających w radach spółek FTSE 100 „reprezentowało” rasę czarną lub mniejszości etniczne (statystycznie ujmowane łącznie), podczas gdy udział tych grup w populacji Zjednoczonego Królestwa wynosi 19,5%. Komentarz ASN: nam trudno zrozumieć to zmartwienie, ponieważ w kraju etnicznie jednolitym nie prowadzi się takich statystyk, lecz coraz więcej zachodnich ekspertów uważa, że rady mają być zwierciadłem przekroju społecznego. Czy idąc tym tokiem rozumowania, należałoby zadbać o reprezentację w organach spółek (a co z akcjonariatem?) mniejszości religijnych, seksualnych, niepełnosprawnych i wegan?

W roku 2008 w radach dyrektorów spółek FTSE 100 było zaledwie 11,7% kobiet. Od tego czasu z każdym rokiem ich udział systematycznie rośnie. W tych spółkach siedem kobiet pełni funkcję CEO (w tym Emma Walmsley w GlaxoSmithKline i Carolyn McCall w ITV). Liczna kobiet przewodniczących radom (chair, dawniej chairwoman) spadła z 7 do 5. Niemniej należy odnotować obecność kobiet w radach wszystkich spółek z indeksu FTSE 100. Wiele kobiet zasiada w więcej niż jednej radzie dyrektorów, siedem z nich zasiada w trzech radach. Czy nie jest to overboarding?

Dla indeksu FTSE 250 statystyki są mniej korzystne: w korpusie dyrektorów jest 27,3% kobiet wobec 23,7% rok wcześniej (to nie jest czeski błąd). Wśród non-executive directors jest 32,8% kobiet, wśród executive directors już tylko 8,4%. Spośród 250 spółek objętych tym indeksem, trzy nie mają kobiet w składzie rady.

Moje stanowisko jest następujące: kobiety wnoszą do rady niezbędny element różnorodności, ale tylko te z należytymi kwalifikacjami i doświadczeniem. Dlatego członków rad należy dobierać z szerokiej puli talentów. O kwalifikacjach kobiet w brytyjskich radach świadczy dobrze, że przewodniczą licznym komitetom, w tym komitetom audytu, co wymaga specjalistycznej wiedzy. Źle świadczy natomiast, że 76% kobiet zasiadających w radach spółek z indeksu FTSE 100 nie ma pełnego wyższego wykształcenia.

Gdyby za najważniejsze kryterium doboru do rad uznać kwalifikacje, lepiej wyszłyby na tym rynki kapitałowe, spółki, ich organy – oraz same kobiety. Albowiem kryterium płci zaciemnia tu obraz rzeczy.

Czytaj także: teksty wykazane po wpisaniu do wyszukiwarki blogu hasła kobiety w radach. Może ich być kilkadziesiąt, z lat 2000 – 2019.

Edynburg pragnie powrócić na parkiet, Londyn tego nie chce

  • Inicjatywa utworzenia odrębnej giełdy papierów wartościowych dla szkockich spółek narodziła się w latach 2017-2018;
  • Ma ona związek z projektem Brexitu i rozważaną przez szkocką opinię publiczną niepodległością kraju;
  • Ma ona także związek z dążeniami do zatrzymania w Szkocji większej niż dotąd części generowanego w niej bogactwa;
  • Zgodę na utworzenie szkockiej giełdy musi wydać pogrążony w chaosie Londyn, lecz woli on blokować ambicje Edynburga.

Kiedy Edynburg przedstawia się jako najpiękniejsze miasto świata, można temu przyklasnąć. Kiedy Edynburg przedstawia się jako czwarte europejskie centrum finansów, rodzą się pytania. Pierwszym jest Londyn, drugim Frankfurt n/M (zapewne wkrótce zamienią się miejscami), trzecim Paryż – zatem gdzie Amsterdam, Mediolan, Zurich? Wielkie edynburskie banki, Royal Bank of Scotland i Bank of Scotland (od fuzji z Halifaxem działa pod firmą HBOS) znane są głównie ze skandali. Wprawdzie Szkocja jest siedzibą firm zarządzających aktywami, ale w stolicy nawet nie ma giełdy…

Wkrótce ma się to zmienić. Im bardziej Wielką Brytanię ogarnia chaos związany z Brexitem, tym bardziej Szkoci próbują organizować się i dbać o własne interesy. Tamtejszy biznes intensywnie pracuje nad projektem HEATHER (WRZOS), zmierzającym do odrodzenia szkockiej giełdy i odbudowy miejscowego rynku kapitałowego. Jeszcze w latach 60-tych ub. wieku działało w Szkocji pięć lokalnych giełd o bogatych tradycjach. Giełdy w Edynburgu i Glasgow powstały w 1844 r., w Aberdeen w 1845, w Dundee w 1879, w Greenock w 1888 r. Wchłonęła je w 1962 r. giełda w Glasgow, ostatecznie przejęta przez Londyn w 1973 r., w epoce zapaści gospodarczej Szkocji.

Od tego czasu zmieniło się wiele. Ewentualność wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej pobudza szkocką tożsamość. Energiczna szefowa tamtejszego rządu, Nicola Sturgeon, dba o ochronę i wzmacnianie reputacji Szkotów jako narodu kupieckiego. Kraj pragnie zabezpieczyć się przed niekorzystnymi dlań następstwami Brexitu. Przysłuży mu się powołanie lokalnej giełdy prowadzącej notowania spółek o kapitalizacji 50 -100 milionów GBP, reprezentujących walory etyczne oraz odpowiedzialność społeczną i ekologiczną.

Spółka pod firma Bourse Scot Limited została inkorporowana 18 czerwca 2018 i wpisana do rejestru szkockich spółek w Companies House pod numerem SC600288 z siedzibą przy South Charlotte Street 12 w Edynburgu. Przedsięwzięciem kieruje doświadczony w innowacyjnych przedsięwzięciach broker Tomas W. Carruthers. Po uzyskaniu zgody nadzorcy, Financial Conduct Authority, Bourse Scot planuje podjąć notowania jeszcze w II kwartale 2019 r. Nawiązano współpracę z Euronext na bazie jego platformy Optiq. Prowadzone są rozmowy z potencjalnymi emitentami.

Zadania giełdy obejmują umożliwienie lokalnym spółkom pozyskiwania kapitału przy udziale miejscowych inwestorów dysponujących sporymi możliwościami finansowymi; ułatwianie im rozwoju na lokalnym, przyjaznym rynku; oraz zapewnienie płynności obrotu. Przede wszystkim chodzi o wspomożenie Szkocji w procesie zatrzymywania dla niej znacznie większej niż obecnie porcji generowanego w niej bogactwa.

Silne strony lokalnej gospodarki to przedsiębiorstwa działające w dziedzinach biotechnologii i energii odnawialnej, czerpanej w mniejszym stopniu ze słońca, niż z wiatru (na wodach okalających archipelag Szetlandów poznałem niegdyś potęgę szkockich wichrów). Szkocja chlubi się także znaczącym eksportem żywności, nie eksponując wszakże, jakie jej składniki przynoszą największy dochód (acz warto zauważyć, iż wartość zasobów szkockiej dojrzewającej w tamtejszych rafineriach przewyższa wartość złota w lochach Banku Anglii). Liczy się też turystyka: dane za rok 2017 obejmują 166 milionów wizyt turystów, którzy wydali 11,2 miliarda funtów. To dowodzi potencjału miejscowej gospodarki, niemniej zwraca uwagę, że chociaż szkockie spółki mogłyby łatwo wejść na AIM, młodszy parkiet London Stock Exchange, zdecydowało się na to ledwo 25 firm o szkockim rodowodzie. Może pozostałe czekają na lokalną giełdę?

Projektowi WRZOS towarzyszą zapał i optymizm, jakże kontrastujące z przygnębiającym klimatem brytyjskiej polityki. Ale też projekt jest niezwykle wymagający. Na edynburski parkiet dopuszczane będą tylko spółki spełniające rygorystyczne standardy sprawozdawczości o wpływie ich działalności na społeczeństwo i środowisko. Szkoci liczą, że konieczność etycznego uwierzytelniania spółek i dochowania przez nie wymagających zasad moralnych nie przepłoszy emitentów, przeciwnie – zachęci najlepszych do wejścia na giełdę legitymizującą ich status. Tomas Carruthers wyjaśnia, że edynburska giełda nie przewiduje notowania spółek gamingowych lub czerpiących dochody z hazardu bądź pornografii. O producentach szkockiej nie wspomniano, chyba nie zostaną wykluczeni. Whisky galore!

Tekst napisałem na przełomie kwietnia i maja, 15 maja br. ukazał się w PARKIECIE pod tytułem „Edynburg wraca na parkiet”. Obecna wersja została rozszerzona, lecz nie uaktualniona, ponieważ nic się nie dzieje, Londyn blokuje plan.

 

 

 

 

.

Czy spółki szkodliwe dla klimatu zostaną wyrzucone z londyńskiej giełdy?

  • Spośród spraw współcześnie nurtujących rynki kapitałowe na pierwszy plan wysuwa się potrzeba przeciwdziałania negatywnym zmianom klimatu:
  • Manifestacje brytyjskiej młodzieży pod hasłem Extinction Rebellion nieoczekiwanie owocują projektem delistingu spółek szkodliwych dla klimatu;
  • Występuje z nim opozycyjna Partia Pracy, lecz ani ona sama, ani rynek, nie odniosły się do propozycji z należną jej powagą;
  • Jeżeli Wielka Brytania pragnie osiągnąć do roku 2050 stan gospodarki zeroemisyjnej, powinna już obecnie skupić się na tym zadaniu.

Z projektem usunięcia z londyńskiej giełdy spółek, które nie podejmują skutecznych działań ku zapobieżeniu negatywnemu wpływowi ich działalności na klimat, wystąpił John McDonnell, kanclerz w gabinecie cieni. Inicjatywę o takim znaczeniu powinien raczej zgłosić osobiście przywódca opozycji Jeremy Corbyn. Lecz ten niebawem zapowiedział, że po dojściu do władzy Labour Party znacjonalizuje liczne dziedziny gospodarki, co zaniepokoiło kręgi gospodarcze i przyćmiło pomysł McDonnella. A przecież jest on wart wnikliwej analizy.

Wielka Brytania planuje podjęcie radykalnych działań ku zazielenieniu gospodarki. Do roku 2050 lub wcześniej Partia Pracy zamierza osiągnąć zerową emisję szkodliwych substancji (zero-carbon economy). Spodziewając się objęcia władzy po nieodległych wyborach parlamentarnych, opozycja deklaruje gotowość przeprowadzenia głębokich zmian regulacji i użycia wszelkich środków w dyspozycji rządu dla poprawy klimatu. John McDonnell jeszcze jako backbencher (poseł z tylnych ław Izby Gmin) opowiadał się za poszerzeniem kryteriów dopuszczenia spółek do notowań na londyńskiej giełdzie o poszanowanie praw człowieka i praw związkowych, oraz prowadzenie polityki ochrony środowiska. Jeżeli zostanie kanclerzem skarbu, będzie miał możliwość urzeczywistnienia tych zamierzeń.

Postulowane zmiany będą niemiłe dla City, dla giełdy i wielu spółek, w tym największych światowych koncernów wydobywczych. Lecz będą one usprawiedliwione skalą szkód już wyrządzonych klimatowi. By uniknąć delistingu, brudne spółki powinny podjąć kosztowne działania nie tyle ku ochronie reputacji, ale ku rzetelnej ochronie środowiska. McDonnell jest tu stanowczy: chodzi nie o to, by komuś pogrozić, kogoś postraszyć, ukarać – lecz by ratować planetę. Ładnie powiedziane, ale słyszałem tę myśl ponad pół wieku wcześniej, kiedy Narody Zjednoczone uświadamiały światu, czym jest Statek Kosmiczny Ziemia (Spaceship Earth) i jakiej wymaga troski. Ten czas, niestety, został zmarnowany.

Przeciwko temu marnotrawstwu zaprotestował w Londynie ruch nazwany Extinction Rebellion – Buntem Zagrożonych. Manifestanci blokowali ulice w londyńskiej City i wejście na giełdę pod hasłami „Klimat w niebezpieczeństwie”, „Mówcie prawdę”, „Nie ma przyszłości bez żywności”, „Pieniędzy nie zjecie”. Nie był to bunt roszczeniowy na tle społecznym i ekonomicznym, jaki przed kilku laty rozpętali w Hiszpanii Oburzeni, ani przejaw ogólnej frustracji, jakiej doświadczają francuskie Żółte Kamizelki; tym razem idzie o przekaz pozytywny: ratujmy planetę, siebie i przyszłe pokolenia.

Zapowiadany delisting brudasów to element szerszego planu działania Labour Party na rzecz zielonej gospodarki, przygotowywanego na wybory parlamentarne, których partia spodziewa się już jesienią. Jej działacze podkreślają, że do tej pory nikt inny nie potraktował potrzeby ochrony środowiska z równą powagą i rozwagą. Gotowi są zadeklarować oficjalny stan zagrożenia dla klimatu. Inna sprawa, że niedzielne wybory do Parlamentu Europejskiego mogą wywrócić wszelkie kalkulacje: głosy zwolenników opcji remain, na które liczą labourzyści, prawdopodobnie odpłyną do Liberalnych Demokratów (z kolei głosy na rzecz opcji leave, na które liczą Konserwatyści, przejmuje Nigel Farade, a partia Change z udziałem Jana Rostowskiego przestała się liczyć).

John McDonnell zdaje sobie sprawę z potrzeby wsparcia jego planów przez Bank Anglii. Do października powinno się rozstrzygnąć, kto w przyszłym roku zastąpi Marka Carneya na fotelu gubernatora. McDonnell nie wyklucza, że wcześniej zostanie kanclerzem skarbu i uzyska wpływ na wybór przyszłego szefa banku. Carney ostrzega, że globalny system finansowy stoi w obliczu zagrożenia zmianami klimatu i wymaga reform. McDonnell chciałby, by następny gubernator kontynuował tę politykę, ale w sposób bardziej radykalny. Na ścianie, mówi, niewidzialna ręka już kreśli złowrogie proroctwo. Czas działać.

Przestrzegam przed odnoszeniem pomysłu delistingu brudnych spółek do warszawskiej giełdy. Z indeksu WIG20 powstałby może indeks 5-i-pół. Lecz przetrzepanie skóry spółkom wydobywczym i energetycznym, oraz instytucjom finansującym je, wyszłoby wszystkim na dobre.

 

 

 

Niekończąca się opowieść o potrzebie poskromienia wielkich firm audytorskich

  • Za firmami Tłustej Czwórki ciągną się, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, gęste smugi skandali, błędów i niedoróbek;
  • O potrzebie reformy audytu mówi się tam od dawna, podjęto nawet reformę organu nadzoru, Financial Reporting Council;
  • Za firmy audytorskie bierze się także Competition and Market Authority (CMA), tamtejszy urząd ochrony konkurencji i rynku;
  • CMA domaga się obecnie częściowej reformy, ale zastrzega sobie możliwość wprowadzenia radykalnych rozwiązań w przyszłości.

Wygląda na to, że w Wielkiej Brytanii zawisł nad Tłustą Czwórką miecz Damoklesa. Wprawdzie brytyjski organ nadzoru nad konkurencją i rynkiem oparł się płynącym z rynku sugestiom ku rozpędzeniu wielkich firm audytorskich, niemniej takiej możliwości nie wyklucza: zostanie ona ponownie rozważona w ciągu pięciu lat, jeżeli sytuacja profesji nie ulegnie poprawie. Doraźnie CMA, biorąc pod uwagę poważne zagrożenie konkurencji w sektorze, zaleca rządowi przyjęcie regulacji wymuszającej na firmach Tłustej Czwórki zwiększenie dystansu między pionami audytu i bardziej lukratywną działalnością konsultingową. Za operacyjnym oddzieleniem poszczególnych pionów (z własnymi organami, rachunkowością i polityką płacową i zakazem profit-sharingu) przemawiają doświadczenia wskazujące na zachodzące między nimi konflikty interesów.

Anegdotyczny wręcz argument za częściowym splitem firm Tłustej Czwórki dotyczy British Home Stores, jednej z najgłośniejszych upadłości na rynku brytyjskim. W 2014 r. wiodący audytor PwC spędził 2 godziny na badaniu sprawozdania finansowego (zwalając resztę roboty na mniej doświadczonych pracowników), a na lepiej płatny konsulting poświęcił 31 godzin. PwC została za ten wybryk ukarana grzywną w wysokości 6,5 mln funtów. Ciekawe, na ile zostałaby w funtach wyceniona staranność Deloitte w badaniach naszej Getback SA?

Niech zatem pion audytu bada i opiniuje sprawozdania finansowe nie angażując powiązanych z nim służb konsultingu, prawnych i podatkowych do kształtowania treści tych sprawozdań. Można dodać, że skomplikowane konstrukcje wielkich firm audytorskich i nieczytelne, nieprzejrzyste sieci powiązań licznych podmiotów w grupie wynikają z celowego zamierzenia unikania odpowiedzialności.

Natomiast w kwestii współpracy wielkich firm audytorskich z mniejszymi partnerami CMA zatrzymuje się w pół kroku: owszem, należy skłonić większych do wspólnych badań z  mniejszymi, ale należy uczynić wyjątek dla podmiotów największych, najbardziej skomplikowanych strukturalnie, jak HSBC lub Barclays, których mniejsi audytorzy mogą nie ogarnąć.

Lobbyści protestują: zamierzona reforma zaowocuje błyskotliwymi nagłówkami w mediach, ale nie ma dowodów, że cokolwiek poprawi. Prawda, wszak to ulubiony argument demagogów: dowody będą, lub nie, po podjęciu działań, nie zawczasu. Szef CMA Lord Tyrie (Andrew Tyrie, były torysowski poseł do Izby Gmin) wskazuje na powagę tematu: dobrobyt społeczeństwa, oszczędności i emerytury, zależą od dotrzymania przez audytorów najwyższych standardów zawodowych. Ale ponad jedną czwartą audytów można zakwestionować! Za podjęciem reformy przemawiają także raport Johna Kingmana o regulacjach branży audytorskiej i raport Donalda Brydana o jakości audytów, a także raport BEIS (Ministerstwa Gospodarki, Energii i Strategii Przemysłowej);

Minister Greg Clarc popiera zamierzenia CMA, lecz zamierzenia dotyczące częściowego splitu firm Tłustej Czwórki nie będą łatwe do realizacji. Właściwość rządu dotyczy tylko rynku brytyjskiego, który – gdyby doszło do Brexitu – może poważnie stracić na znaczeniu, natomiast PwC, EY, Deloitte, KPMG to firmy na wskroś globalne, odporne na kaprysy lokalnych jurysdykcji. Poskromić je skutecznie mogłaby tylko Unia Europejska, z której Wielka Brytania być może wkrótce wystąpi. To niewątpliwie przemawia na rzecz wzmacniania Unii.

Lecz nie należy lekceważyć brytyjskiej determinacji ku porządkowaniu audytu. Grant Thornton, piąta firma audytorska na tamtejszym rynku, jest objęta dochodzeniami Financial Reporting Council w związku z upadkiem Interserve i opisywanym tu już kilkakrotnie skandalem Patisserie Valerie. Doradcy Interserve, w tym Grant Thornton, zgarnęli w ostatnich 12 miesiącach przed upadkiem Interserve 90 mln funtów – czyli więcej, niż wcześniej wynosiła kapitalizacja spółki! KPMG jest objęta dochodzeniem w związku z opisywaną tu katastrofą Carilliona, a Deloitte – dochodzeniem za audyt Mitie  w 2017 r. Pod naciskiem kar już orzeczonych i grożących firmom audytorskim, są one skłonne do ustępstw. Brytyjska odnoga BDO już rozdziela swoje piony audit & non-audit, jej śladem zmierza też KPMG.

Czytaj także teksty wskazane przez wyszukiwarkę blogu po wpisaniu do niej haseł:

Carillion

Patisserie Valerie

Tłusta Czwórka

 

 

Audytor w spółce, pieniądze w czarnej dziurze

Na brytyjskim rynku są najsprawniejsi złodzieje. Może jest tak dlatego, że są tam najgorsi audytorzy.

  • Audytor jest nie od tego, żeby wykrywać oszustwa – oświadczył buńczucznie Grant Thornton;
  • Brytyjczycy pokpiwają z audytorów, że muszą dużo zarabiać, by im starczyło na grzywny;
  • Kraj został dotknięty skandalami wielkich firm audytorskich, prym wśród nich wiedzie Tłusta Czwórka;
  • Zarzuty dotyczą braku należytej staranności, naruszania standardów etycznych, nawet rozległych błędów arytmetycznych!

Audytor nie jest od tego, żeby wykrywać oszustwa… Od czego jest, nie zostało powiedziane. Firma Grant Thornton badała finanse brytyjskiej sieci cukierni Patisserie Valerie i nie zdołała wyjaśnić, jak doszło do nagłego zniknięcia w czarnej dziurze dziesiątek milionów funtów. Bankructwo było kwestią kilku godzin. Przy tym audytor nie kryje ambicji dołączenia do Tłustej Czwórki. W piśmie do komisji Izby Gmin pracującej nad reformą audytu Grant Thornton krytykuje profesję i domaga się ograniczenia pozycji większych rywali. Samopoczucie ma dobre. W tym świetle warto wspomnieć o innych osiągnięciach audytora.

Należy do nich dramatyczny upadek British Home Stores, spółki zakupionej za 1 funta przez trzykrotnego bankruta Dominica Chapella, wspomaganego doradztwem właśnie przez GT. W 2018 r. audytor został ukarany grzywną 3 milionów funtów za niewłaściwe praktyki w Manchesterze (w produkującej napój Vimto firmie Nichols i na Salford University). W 2017 r. ukarano Grant Thornton grzywną w kwocie 2,3 mln GBP za niedołężny audyt w AssetCo Fire & Rescue. Ponadto firmie grozi dochodzenie za sprawę Sports Direct: w listopadzie 2016 r. spółka zawarła istotną umowę z Barlin Delivery, dostarczającą zakupy online klientom spoza Zjednoczonego Królestwa. Druga firma jest własnością brata założyciela i głównego akcjonariusza pierwszej, która – w porozumieniu z audytorem, Grant Thornton – zataiła umowę. Audytora skarży też Manchester Building Society za błędy w badaniu sprawozdania za rok 2015. Na dodatek szefowa GT, Sascha Romanovitch, została w ub. roku zwolniona pod zarzutem propagowania „socjalizmu”. Nic dziwnego, że Grant Thornton, mając tak wiele na głowie (w tym za uszami!), nie jest od tego, by wykrywać oszustwa.

Czasem wspominam, że na brytyjskim rynku są najsprawniejsi złodzieje. Może jest tak dlatego, że są tam najgorsi audytorzy. Niechlubna palma pierwszeństwa przypadnie tym z KPMG. Wprawdzie na Carillionie, upadłym w ub. roku gigancie budowlanym, żerowała cała Tłusta Czwórka (łącznie w ciągu dekady poprzedzającej upadek zgarnęli łącznie 72 miliony GBP!), lecz właśnie KPMG była ostatnio głównym audytorem. Financial Reporting Council z bada aferę z właściwą sobie powolnością; zanim ją zbada, być może zostanie zastąpiona bardziej sprawnym organem. Raport komisji Izby Gmin zarzucił audytorowi posługiwanie się niedorzecznymi wielkościami…

Na liście dokonań KPMG znalazła się także Conviviality (w restrukturyzacji od kwietnia 2018 r.), zarzucająca KPMG rozległe błędy arytmetyczne, a także przegapienie 30 milionów należności podatkowych. FRC prowadzi dochodzenie… Producent samochodów i silników lotniczych Rolls-Royce ugrzązł w korupcyjnych praktykach, po ugodzie zapłacił za to 671 milionów funtów, a FRC wszczęła kolejne postępowanie przeciwko KPMG w związku z nieprawidłowościami w badaniu sprawozdań za lata 2010-2013.

Pora na przypadki jeszcze poważniejsze. W 2018 r. KPMG została ukarana przez Financial Reporting Council grzywną w wysokości 3 milionów funtów za poważne naruszenie standardów etycznych tuku współpracy z odzieżową firmą Ted Baker. Audytor skaptował klientowi wygodnego dlań świadka w sprawie sądowej, co przekreśliło jego niezależność i ugodziło w reputację. Równolegle z karą dla firmy wymierzono indywidualną reprymendę i grzywnę w kwocie 80 000 GBP jednemu z partnerów działu audytu.

Likwidator szkód ubezpieczeniowych Quindell, działający obecnie pod firmą Watchstone, jest objęty śledztwem Serious Fraud Office na tle z podejrzeń o sfałszowanie (ogłoszonego z opóźnieniem) sprawozdania za rok 2014, które wykazało stratę w wysokości 238 milionów GBP. Skąd wobec tego spółka miała środki na wcześniejsze akwizycje? KPMG została ukarana grzywną w wysokości 3,1 mln funtów za brak należytej staranności na rzecz zapewnienia, by sprawozdanie finansowe było wolne od istotnych przekłamań.

Niech pominięte w tym tekście inne wielkie firmy audytorskie nie ulegają rozpaczy. Wkrótce zajmę się też nimi. Albowiem na naszych oczach audyt przechodzi kryzys, z którego może się już nie pozbierać. Na co komu badania sprawozdań, które nie dają wartości? Marnym pocieszeniem byłoby stwierdzenie, że równie groźny kryzys przechodzi właśnie całe (jeszcze całe!) Zjednoczone Królestwo.

Tekst ogłoszony 18 lutego 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet                                

Czytaj także:

2019.01.28 Kiedy audytor śpi, spółka upada znienacka

 

Kiedy audytor śpi, spółka upada znienacka

  • Spółka jest notowana i audytowana, wykazuje dobre wyniki i rezerwy gotówkowe, aż znienacka okazuje się, że może upaść w najbliższych godzinach;
  • Audytor zawiódł, pieniędzy zabrakło, na jaw wychodzą spore zadłużenia na sekretnych rachunkach bankowych;
  • Zarząd nie wie, co się dzieje, rada jest zdezorientowana, dominujący inwestor próbuje zasypać finansową Czarną Dziurę pożyczkami nie do odzyskania;
  • Wbrew pozorom nie chodzi o Getback, ani o polski rynek – rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii według powtarzającego się scenariusza.

Dwie godziny poświęcił partner PwC na audyt giganta. Gdyby nie lenistwo trutnia z Tłustej Czwórki, spółka zapewne i tak upadłaby, lecz może nie znienacka. Biegły, Steve Davison, zwalił nadzór nad badaniem ksiąg na bary niedoświadczonego pracownika. Bankrut to British Home Stores, kiedyś duma brytyjskiej gospodarki. Równie nagle upadł Carillion, „haniebny przykład, jak nasz kapitalizm działa pod cieplutką kołderką audytorów grzęznących na każdym kroku w konflikcie interesów” – mówiono w Izbie Gmin. Na potentacie budowlanym pasła się zgodnie cała Tłusta Czwórka, a badająca księgi firma KPMG była równie zdumiona katastrofą spółki, jak jej rada dyrektorów. Ostatnio historia powtórzyła się znowu w przypadku Patisserie Valerie, notowanej na AIM sieci cukierni, względnie przyzwoitych jak na brytyjskie standardy.

Audytor, Grant Thornton, badał księgi za lata 2015, 2016 i 2017, a w październiku 2018 spółka znalazła się na krawędzi, o kilka godzin od katastrofy. Honorarium za ostatnie badanie wyniosło 120 tys. funtów, w tym 23 tys. za doradztwo podatkowe, ale przegapiono zaległości wobec fiskusa i overdrafty na sekretnych rachunkach. Financial Reporting Council wzięła te badania pod lupę, ale jest znana z powolności. Sprawą interesuje się także Serious Fraud Office. Niedawno FRC nałożyła na Grant Thornton karę w wysokości kilku milionów funtów za poważne naruszenia zasad etyki zawodowej.

Brytyjczycy zwracają uwagę, że audyt jest coraz większą gałęzią gospodarki, ale korzyści z niego nie ma żadnych (zapewne jest w tym przesada, lecz ilustruje ona punkt widzenia). Uwagi krytyczne dotyczą także komitetów audytu w radach dyrektorów, nasyconych dyrektorami niewykonawczymi i pełniących rolę ornamentalną. Nie miały z nich pożytku ani banki, które w latach 2008-2009 seryjnie wpadały w kłopoty, ani wspomniane spółki. Sprawą zajmuje się także Competition and Market Authority, z czego – na razie – nic nie wynika.

Sieć cukierni winna jest dostawcom 4 240 tys. GBP, a fiskusowi 222 tys. GBP. W Czarnej Dziurze tajemniczo zaginęło kilkadziesiąt milionów funtów. Sumy zbyt poważne, by audytor mógł je przegapić, niemniej przegapił. Kiedy banki (HSBC i Barclays) odmówiły dalszego finansowania, 22 stycznia 2019 r. Patisserie Valerie ogłosiła niewypłacalność i została objęta postępowaniem administracyjnym (odpowiadającym naszej restrukturyzacji). W spółce odkryto tysiące fałszywych zapisów księgowych. Najwięcej traci główny akcjonariusz Luke Johnson, ale skoro jednocześnie zasiadał w 40 radach dyrektorów, mało kto go żałuje. Niemniej należy oddać mu honory: w październiku uratował sieć udzielając jej wysokiej pożyczki, zaś ostatnio wniósł do spółki 3 mln GBP tytułem pożyczki niezabezpieczonej i nieoprocentowanej (nie zobaczy z tego ani pensa i dobrze o tym wie) na pokrycie styczniowych wynagrodzeń personelu. Natychmiast zamknięto 70 placówek, zwolniono 920 zatrudnionych. Podjęto poszukiwanie kupca na 121 pozostałych placówek. Administratorem wyznaczono KPMG, wywołując znaczne poruszenie: audytor ma sprawę za nieetyczne postępowanie wobec spółki Silentnight, ponadto bada sprawozdania kilku spółek związanych z Johnsonem, co rodzi przypuszczenia konfliktu interesów. KPMG zaprzecza konfliktowi, ale na Wyspach audytorom nie daje się już wiary.   

Lecz wini się nie tylko audytorów. Rynek kapitałowy nie spełnia wymogów przejrzystości. Spółkom brakuje corporate governance. Rady dyrektorów są jak tekturowe dekoracje. Menedżerowie są wysoko wynagradzani, wciąż nie wiadomo, za co. Skomplikowana księgowość nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Współpraca między zarządem a działem rachunkowości w wielu spółkach nie istnieje lub nie jest wystarczająco owocna. Brexit – jeżeli do niego dojdzie – obnaży te słabości brytyjskiego rynku, osłabi gospodarkę. W dodatku może zabraknąć tortów i ciastek.

Czytaj także:

2018.11.10 Niech jedzą ciastka – afera Patisserie Valerie

 

O tłustych kotach i kotkach, czyli wynaturzeniach płacowych

  • Brytyjski CEO z FTSE 100 przez 29 godzin pracy zarabia roczną pensję statystycznego pracownika;
  • Akcjonariaty spółek przepłacających menedżerów daremnie buntują się przeciwko wynaturzeniom;
  • Nowe przepisy usiłują poskromić rosnącą różnicę między wynagrodzeniami menedżerów i pracowników;
  • Ostrzeżenie: niektóre zarobki są przeliczane z funtów szterlingów na złote, co grozi głęboką frustracją (nie dotyczy asystentek prezesa NBP!).

Brytyjskie High Pay Centre oblicza, że statystyczny CEO spółki z indeksu FTSE 100 już w piątek 4 stycznia 2019 r., w porze lunchu (Brytyjczycy spożywają go najczęściej ok. 13:00 GMT), czyli w trzeci roboczy dzień roku, zarobił równowartość rocznej płacy statystycznego pracownika zatrudnionego na Wyspach w wymiarze pełnego etatu. Prasa nazwała ten dzień obrazowym terminem Fat Cat Friday. Tłustymi kotami nazywano w latach dwudziestych XX wieku zamożnych Amerykanów łożących sute dotacje na rzecz partii politycznych. Termin odżył w latach 80-tych w Wielkiej Brytanii w odmiennym znaczeniu: tym razem chodzi o doskonale opłacanych menedżerów, przypominających tłuste koty leniwie wylegujące się na przypiecku, a kiedy stamtąd zostają strącone, spadają na cztery łapy.

Miło przez dwa i pół dnia pracy zarobić tyle, co inni w rok. Wspomniany statystyczny CEO zarabia ok. 3,9 miliona funtów szterlingów rocznie, czyli (przeliczając te kwotę na 12-godzinny dzień pracy) 1.020 funtów na godzinę. To o 11% więcej, niż przed rokiem. Ponieważ statystyczna średnia płaca to 29.574 funty, menedżer zarobił ją w ciągu 29 godzin. Czyli o 2 godziny wcześniej, niż przed rokiem. W Kanadzie, gdzie jest kilka stref czasowych, zegary chyba pędzą szybciej, ponieważ – jak donosi Financial Post najlepiej opłacany na tamtejszym rynku menedżer roczną średnią płacę zarobił już 2 stycznia w południe!

Już przed wielu laty mądry tygodnik The Economist diagnozował, że płace zarządzających to najpoważniejszy problem współczesnego kapitalizmu. Sytuacja dojrzewa do sprzeciwu akcjonariatów spółek przepłacających menedżerów. W 2018 r. protest ogarnął w Wielkiej Brytanii 63 wielkie spółki. Wielka centrala związkowa Trade Union Congress zdecydowanie wypowiada się za „sprowadzeniem płac na ziemię”. Skandal goni skandal. Jeff Fairburn z budowlanej firmy Persimmon otrzymał w ub. r. bonus w wysokości 75 milionów funtów (w naszej walucie byłoby to ponad 356 milionów złotych!). Spółka przeszła do porządku nad faktem, że 64% głosujących wypowiedziało się przeciw. Na pocieszenie podniesiono stawkę godzinową do 9 funtów. Wprawdzie prezes obiecywał, że „znaczną część” nagrody przeznaczy na cele charytatywne, ale tego nie uczynił. Słaba pociecha, że wyleciał z pracy. W Royal Mail ok. 70% głosów padło przeciw polityce wynagrodzeń, lecz wbrew temu prezes, Rico Back, otrzymał 2,7 mln GPB plus 6 mln GBP tytułem „złotego pożegnania” z funkcją w spółce zależnej.

Pay ratio, czyli stosunek wynagrodzeń szefa do pensji pracownika, wynosi obecnie 133. Taka poważna rozpiętość jest, w przekonaniu większości, nieuzasadniona. W Kanadzie to aż 197! W Wielkiej Brytanii statystyczny menedżer zarabia obecnie 386-krotność płacy minimalnej; to więcej, niż w USA, gdzie wskaźnik ten wynosi 312. High Pay Centre ma na to właściwe słowo: obscure (nieprzyzwoite).

Statystykom płacowym zazwyczaj towarzyszą dane ukazujące, o ile mniej kobiety zarabiają mniej od mężczyzn na takich samych stanowiskach. Spójrzmy na sprawę inaczej: według brytyjskiej prasy najlepiej zarabiającą kobietą świata jest Denise Coates szefująca rodzinnej firmie Bet365 w Stoke-on-Trent. Jej zarobki wynoszą 265 milionów funtów (w naszej walucie byłoby to ok. 1 miliard 258 milionów 750 tysięcy złotych. Jak wskazuje nazwa, firma prowadzi zakłady online przez cały rok na okrągło. Można postawić złamanego pensa na szansę przejęcia Wisły Kraków przez fałszywego królewicza z Kambodży.

1 stycznia weszły na Wyspach w życie przepisy wymagające od wszystkich notowanych spółek zatrudniających 250 osób uzasadniania różnicy między wysokością wynagrodzeń CEO i pracowników (pay gap). Chętnie poczytam, co też wymyślą. Zapewne niebawem pojawią się regulacje dotyczące składu komitetów wynagrodzeń w radzie dyrektorów: ile ma być w nim kobiet, ilu przedstawicieli mniejszości etnicznych, ilu pracowników.

Widziany z tej perspektywy, polski rynek prezentuje się ubogo. Pocieszające są tylko wysokie stawki oferowane asystentkom prezesa NBP. Na twisterze ktoś obliczył, że któraś z nich zarabia więcej, niż prezydent Francji. Wobec tego zadzwoniłem do przyjaciela w Paryżu z sondażowym zapytaniem, czy prezydent republiki nie zamieniłby się z asystentką na posady. Przyjaciel odpowiedział słynnym słowem generała Cambronne’a. Wynika z tego krzepiący wniosek, że pieniądze to jeszcze nie wszystko.

Czytaj także:

2000.03.06 Tłuste koty

2013.01.03 Od wypasionych do Oburzonych