Archiwa tagu: zaufanie

Konflikt interesów, etyka, lojalność i zaufanie

W przetargu ogłoszonym przez jedno z ministerstw zwyciężył kuzyn ministra. Ród jest wprawdzie rozpleniony, ale nie do wszystkich trafia argument, że krewni nie utrzymują kontaktów. Internet wie lepiej. Jakaś pani przeczytała „Potop” i ma za złe wszystkim nosicielom akustycznego nazwiska. Tylko czekać, aż zostaną obwinieni o bezpotomne zejście Jagiellonów. Jak zwykle na pierwszym planie stawiamy plotki, na drugim politykę, gdzieś na dalszym publiczne pieniądze. Najbłahszym wydaje się nam etyczny wymiar zjawiska, czyli możliwość powstania konfliktu interesów. W praktyce gospodarczej liczy się nawet nie to, czy konflikt interesów zaistniał rzeczywiście – lecz to, że dopuszczono do możliwości jego wystąpienia. Już wtedy powstaje szkoda godząca w zaufanie, na którym opiera się obrót.

Im więcej państwa na rynku, tym więcej konfliktów interesów. I tym więcej niepotrzebnych regulacji mających zabezpieczyć przed tymi konfliktami. Sytuacja w kraju nie sprzyja rozkwitowi wartości etycznych. Niepokojąco często pojęcia dobra i zła są stosowane na opak. Bywa, że piastuni spółek z udziałem Skarbu Państwa nie są mandatariuszami zaufania akcjonariatu, lecz nominatami partyjnymi. Przepustką na stanowiska jest, jak wyjaśnił poseł Suski, znajomość programu PiS, czyniąca zbędnymi wymogi doświadczenia i kwalifikacji. Nic dziwnego, że tacy członkowie zarządów i rad nadzorczych nie działają w interesie spółki, lecz obracają jej środki na cele polityczne, wspierając miłe rządzącym media, wydarzenia lub fundacje. Przyjdzie im się tłumaczyć z owych ekstrawagancji.

Na rynku kapitałowym konflikty interesów zachodzą bardzo często. Wszak chodzi o pieniądze. Możliwość występowania konfliktu interesów dostrzegam zwłaszcza w radach nadzorczych. Wprawdzie rada nadzorcza jest z natury obszarem konfliktów, ale niekoniecznie są to zaraz konflikty interesów. Członkowie rad, z niewielkimi wyjątkami, nie są objęci zakazem konkurencji (absolutnie nie domagam się wprowadzenia takiego zakazu!). Często dopuszczają się oni naruszeń zasady lojalności wobec spółki i ponad jej interes przedkładają interesy inwestora, który ich przepchnął do rady; niekiedy jest nim Skarb Państwa, nierzadko jednak jest nim podmiot konkurencyjny. Zdarza się, że ta sama osoba zasiada w organach spółek powiązanych, co członka rady nadzorczej pozbawi przymiotu niezależności. Członkowie rady nadzorczej niekiedy występują po obu stronach transakcji ze spółką, na przykład zbywając jej zbędną im nieruchomość i uczestnicząc – z tytułu udziału w pracach rady – w procesie udzielania zarządowi zgody na jej nabycie. Obyczaj wymaga, by w takiej sytuacji przynajmniej wyłączali się oni całkowicie z udziału w rozpatrywaniu spraw znamionujących konflikt interesów, względnie grożących jego wystąpieniem. Bywa jednak, że zainteresowany powstrzymuje się jedynie od udziału w głosowaniu, ale bierze udział w dyskusji i przedstawia kolegom argumenty przemawiające za jego racjami.

Pewne sytuacje rodzące zagrożenie konfliktami interesów powstają na tle udziału pracowników w organach spółki, zwłaszcza w radzie nadzorczej. Do konfliktu interesów najczęściej dochodzi w przypadku udziału w radzie nadzorczej przedstawicieli związków zawodowych, którzy nie potrafią się odnaleźć w dwoistej tożsamości nadzorujących spółkę i zarazem reprezentantów załogi. Nie jestem przeciwnikiem uczestniczenia pracowników w radach, natomiast zamknąłbym rady przed związkowcami wykorzystującymi dostęp do poufnych materiałów do agitacji wymierzonej w zarząd i ogół akcjonariuszy.

Krytycznych sytuacji bywa więcej. Kilka przykładów z niedawnej przeszłości. Członek rady banku zaciąga w nim kredyt. Członek zarządu banku jest członkiem rady nadzorczej jednej z firm kredytowanych przez ów bank. Prezes banku zasiada jednocześnie w radach nadzorczych dwóch spółek konkurujących z sobą (chociaż nie z owym bankiem). Dyrektor sprzedaży wchodzi do rady nadzorczej konkurencyjnej firmy z tej samej branży. Prezes spółki forsuje zakup firmy, którą do niedawna zarządzał. Członek rady nadzorczej związany z instytucją dobroczynną wykorzystuje swoją pozycję w organie spółki w interesie – ściśle materialnym – swojej firmy i jej podopiecznych. Dlatego na wielu rynkach przyjęto zasadę, że przedstawiciele charities nie powinni piastować funkcji w organach spółek. Podczas mojej ośmioletniej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów inkorporowanym w formie fundacji stopniowo dochodziłem do przekonania, że fundacje mogą być traktowane pod tym względem tak samo jak instytucje charytatywne.

Często zwraca się uwagę na praktykowany w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nepotyzm przy obsadzie stanowisk. Należy piętnować to zjawisko jako źródło konfliktu interesów, acz warto mieć na uwadze, że w spółkach prywatnych nepotyzm także przybiera gorszące postacie. Niedawno wpadło w kłopoty kilka spółek, w których żona prezesa przewodniczyła radzie nadzorczej. Warto jedynie pocieszyć się tym, że do największych zwyrodnień dochodzi w spółkach dopuszczających łączenie funkcji przewodniczącego rady dyrektorów (chairperson) i szefa zarządu (president & CEO). Konflikt interesów polega na tym, że wówczas ta sama osoba kieruje i spółką, i organem powołanym do nadzorowania spółki, w tym osoby kierującej nią. Taka konfiguracja występuje w większości spółek z indeksu S&P 500.

Czytaj także:
2015.10.17 Związkowiec w konflikcie interesów
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej
2009.12.01 Lojalność w spółce
2002.01.14 Hinduska wdowa
2001.03.12 Randka w ciemno

Inwestowanie w czasach zarazy

Od zarania transformacji gospodarczej interesuję się spółkami z udziałem Skarbu Państwa, od kilkunastu lat piszę o nich często, podpisuję swoje teksty mianem eksperta corporate governance, ale nie potrafiłem udzielić prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania quizu ogłoszonego niedawno przez portal Bankier.pl i pb.pl (Puls Biznesu). Quiz dotyczył kwestii, kto kieruje „spółkami Skarbu Państwa” – w istocie chodziło o spółki z udziałem Skarbu Państwa, pytano o dziesięć spółek tylko, co ośmieliło mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na pytania, mimo iż ostrzegano, że quiz jest wyjątkowo trudny. Należało wybierać jedną z czterech podpowiedzi. Każdy bez trudu wskaże, że PKO Bankiem Polskim kieruje Zbigniew Jagiełło, na polskim rynku poniekąd jest on jak Noe, bo jeszcze przedpotopowy. Nie sprawiło mi trudności wskazanie prezesa Orlenu, pisałem o nim z niemałym zdziwieniem, że dostał tę posadę w obliczu skromnych kwalifikacji i doświadczeń. Na osiem pozostałych pytań odpowiedziałem poprawnie w siedmiu przypadkach, za każdym razem wysilając pamięć, czy prezes powołany na stanowisko przed kilku zaledwie miesiącami pełni aby ową funkcję nadal. Podpowiadane do wyboru nazwiska byłego prezesa, jeszcze bardziej byłego, oraz – oczywiście – obecnego nic mi nie mówiły, ich nosiciele nie wyróżniają się na rynku jakimiś przymiotami godnymi zapamiętania. I zanim dadzą się poznać, są gorączkowo zwalniani.

Przywykłem nazywać to zjawisko drzwiami obrotowymi: ktoś wchodzi do zarządu lub rady nadzorczej spółki, pokręci się przez chwilę – i wychodzi, za sprawą odwołania lub rezygnacji. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa praktyka drzwi obrotowych przybiera w ostatnim okresie zatrważające rozmiary. Media usiłują objaśniać przyczyny ważniejszych ruchów kadrowych tarciami wśród rządzących, podobno zwalczają się partyjne koterie, a Mordor z Nowogrodzkiej już traci nad wszystkim kontrolę. Lecz nie przyczyny się liczą, a skutki. Menedżerowie sadzani na karuzeli kadrowej i brutalnie z niej strąceni zanim zdążyli pokazać co potrafią, są traktowani podle, nawet po dwakroć podle. Raz, że objęli posady w zatrutej aurze „dobrej zmiany”, bez racjonalnych powodów przemawiających za ich powoływaniem na ważne stanowiska, dwa – że wkrótce zostali zmieceni z tych stanowisk bez jasnych po temu powodów, często także bez absolutorium. Za kompetentnych uważano ich przez chwilę, ale rychło ich zdemaskowano.

Zbyt wiele dokonuje się zmian, zapewne przypadkowych, w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najbardziej pokrzywdzonymi są nie menedżerowie, a inwestorzy oraz ich pieniądze. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem, lecz tu napotykamy ryzyko niepojęte: nie ma sensownych racji dla awanturniczej polityki kadrowej Skarbu Państwa, nie przemawiają za nią żadne argumenty. Kraj ogarnęła zaraza. W kręceniu drzwiami obrotowymi dostrzegam tę samą paranoję, która przenika obronność, politykę zagraniczną, niszczenie konstytucji i niezawisłego sądownictwa, wycinkę drzew, deformę oświaty. I tak dalej, dalej, dalej. W obliczu powagi tych spraw blednie znaczenie tej, o którą się dopominam, czyli corporate governance. Odnoszę wrażenie, że nie czas żałować dobrych praktyk, gdy dochodzi do dewastacji państwa, obrazy demokracji, wywracania na opak etyki, promowania zakłamania w życiu publicznym. Niemniej poczuwam się do obowiązku głoszenia wartości płynących dla rynku z poszanowania interesów spółek, ich piastunów i akcjonariuszy.

Te wartości są dzisiaj deptane. Przywódca partii rządzącej oświadcza, że rozwój gospodarczy kraju liczy się mniej niż dążenia do przebudowy państwa w duchu narodowego populizmu i na szkodę społeczeństwa. Wielu ludzi deklaruje poparcie dla tej mrocznej ideologii. Widoczna ręka rynku, czyli państwo, działa nieporadnie i na oślep. Pieniądz nie lubi takiej atmosfery. Prędzej lub później odpłynie na zdrowsze, bardziej bezpieczne rynki. Nasz był obiecujący, lecz polityka wydziera mu serce. Pozbawionym corporate governance spółkom z udziałem Skarbu Państwa nieuchronnie przyjdzie mierzyć się z kłopotami. Stracą zaufanie inwestorów. Z nich zaraza braku zaufania może rozlać się szeroko. Inwestorzy – nie tylko zagraniczni, także krajowi, którzy uzyskują możliwości lokowania kapitału w innych krajach – zadają sobie pytania: Czy polski rynek nadal należy do wschodzących? Czy jest obiecujący? Czy budzi zaufanie? Czy brak praworządności nie rodzi nadmiernego zagrożenia dla inwestycji? Dlaczego Polska przestała być krajem obliczalnym, przewidywalnym, odpowiedzialnym?
Czytaj także, między innymi:
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

Rozwój i zaufanie

Trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji.

Rozwój i zaufanie to zjawiska pozornie odlegle, lecz napędzające się nawzajem. Zaufanie sprzyja rozwojowi, a rozwój – zaufaniu. Współczesna Polska rozbrzmiewa tekstami o rozwoju, w dodatku odpowiedzialnym, ale zaufania nie przybywa. Na rynku kapitałowym zaczynem zaufania są zasady corporate governance. Nie służy im formuła przewidująca prymat polityki nad prawem i ekonomią. Corporate governance jest przymiotem systemów demokratycznych przywiązanych do poszanowania praw wszystkich akcjonariuszy. W dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z regresem corporate governance. Oto kilka przyczyn tej sytuacji.

Polityka destabilizuje konstytucyjne ramy ustrojowe. Trudno wymagać od spółek i ich akcjonariatów szacunku dla dobrych praktyk, skoro organy państwa systematycznie naruszają prawo. Polityka godzi także w podstawy ekonomii. Spółkom z udziałem państwa powierza się zadania polityczne, ekonomicznie nieuzasadnione, jak wspieranie własnymi środkami strukturalnie deficytowych kopalni węgla kamiennego, bądź tzw. „repolonizację” systemu bankowego. Partia rządząca wymiata na czysto zarządy i rady nadzorcze spółek z udziałem państwa, nawet gdy jest to udział mniejszościowy, by obsadzić je swoimi ludźmi, nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia lub kwalifikacji. Wyrzucanym z posad menedżerom odbiera się, lub utrudnia, możliwość znalezienia nowej pracy, pozbawiając ich absolutoriów – bez ujawniania powodów takiego traktowania. Jest to nie tylko polityczny odwet mściwych nieudaczników na zdolniejszych poprzednikach. Takie postępowanie nosi znamiona naruszającej prawo i moralność dyskryminacji rzekomych „komunistów i złodziei”, „osób gorszego sortu”. Nadejdzie dzień zapłaty za takie postępowanie, więc znowu stracimy wszyscy.

Podstawą rynku kapitałowego jest powszechna umowa społeczna przewidująca, że spółki działają w celu osiągnięcia zysku, a zysk – jeżeli nie jest obracany na potrzeby spółki – podlega uczciwemu podziałowi między akcjonariuszy. Nie protestowałem, kiedy na KGHM nałożono podatek od kopalin; są one od stuleci domeną państwa, zatem akcjonariusze powinni się z tym liczyć. Lecz trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji. Argumenty, jakoby spółka odnosiła z takiego zabiegu jakikolwiek pożytek, są niedorzeczne; chodzi tu jedynie o wyciągnięcie ze spółki pieniędzy tytułem podatku od tej osobliwej operacji, na szkodę pozostałych akcjonariuszy. Istnieją podstawy do obaw, że państwo będzie w ten sposób pozbawiać akcjonariat dywidend. Lecz skoro rynek straci zaufanie do spółek z udziałem państwa, odpłynie z nich akcjonariat, a kiedy przyjdzie podnosić kapitał, koszty poniesie ogół podatników. Czy notowania spółek z udziałem Skarbu Państwa nie potwierdzają tych przypuszczeń? Sytuację pogarszają zapowiedzi zwiększania pozycji państwa w spółkach z jego udziałem, bynajmniej nie poprzez wezwania. Nie wiem, jak państwo chce to przeprowadzić; wiem jedynie, że zapłacą podatnicy.

Podobne będą następstwa procesu udomowienia banków. Politycy zyskają możliwość kierowania strumieni kredytów na doraźnie wskazywane przez nich cele, lecz w zamian spada na nich ogromna odpowiedzialność za polski system bankowy, do tej pory stabilny, bezpieczny. Niewykluczone, że kiedyś w przyszłości będzie on potrzebował zwiększania kapitałów, za co znowu zapłaci podatnik.
Nie budzą zaufania nie tylko bieżące działania, także butne zapowiedzi wielkich inwestycji, cudownego uszczelnienia systemu podatkowego, miliona elektrycznych samochodów. Oraz androny o dronach. Jedyną realną zapowiedzią jest likwidacja Ministerstwa Skarbu Państwa i zastąpienie go agencją nadzorującą spółki z udziałem państwa, bądź holdingiem grupującym te spółki. Nie dostrzegam w tym jednak nadziei na poprawę sytuacji tych spółek. Zresztą zapowiedzi likwidacji resortu są niemal równie stare, jak nasza transformacja. Już w rządzie Jana Olszewskiego nie było właściwego ministra, prof. Tomasz Gruszecki pełnił skromną funkcję kierownika Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Co niczego przecież nie zmieniało…

Bardziej niż utrata zaufania społeczności międzynarodowej zażenowanej działaniami rządu na szkodę demokracji (chodzi nie tylko o Trybunał Konstytucyjny), niż ewentualne krytyczne oceny agencji ratingowych, grozi Polsce kryzys zaufania obywateli, podatników, inwestorów. Jest ono najcenniejszym kapitałem, najlepszą podstawą rozwoju. Warto pamiętać, że niegdyś – pozbawiony powszechnego zaufania – socjalizm rozwijał się jak rolka papieru toaletowego: im bardziej się rozwijał, tym mniej go zostawało, aż nie zostało nic.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 września 2016 r.
Czytaj także:
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Zanim pogrążą OFE, a z nimi gospodarkę

P_FunduszePomysł konsolidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych pod zarządem państwowym jest tak niedorzeczny, że aż prawdopodobny. Nikt jeszcze oficjalnie tego pomysłu nie zgłosił, ale już zajęły się nim media. Nic w tym nadzwyczajnego, wiele przełomowych inicjatyw dojrzewa po cichu, w mroku, a później są, szast-prast, energicznie wprowadzane w życie, bez konsultacji społecznych, bez uzgodnień międzyresortowych, bez dyskusji w parlamencie – taka bowiem jest wola prezesa.

Niedorzeczność pomysłu scalenia wszystkich Otwartych Funduszy Emerytalnych i ich szybkiej nacjonalizacji polega na tym, że konsekwencje takiego kroku niechybnie prowadziłyby do marginalizacji znaczenia warszawskiej giełdy i znacznego osłabienia gospodarki w następstwie utraty zaufania pokładanego w niej przez krajowych i zagranicznych inwestorów. Wiarygodność Polski doznałaby znacznego uszczerbku, nie tylko w świetle ocen agencji ratingowych, także w oczach inwestorów i społeczności międzynarodowej. Dumne, obiecujące, rozwijające się pomyślnie państwo byłoby przyrównywane już nie do Białorusi, a do Korei Północnej.

Prawdopodobieństwo takiego niedorzecznego projektu można uzasadniać wielorako. OFE to instytucje prywatne, a koteria trzymająca władzę nie lubi własności prywatnej, szkodzi jej jak potrafi. Funduszom nie można narzucić inwestowania w wybrane gałęzie gospodarki, na przykład w górnictwo węglowe. Z punktu widzenia wspomnianej koterii w funduszach emerytalnych marnują się stanowiska, które można obsadzić swoimi, na przykład przedsiębiorczymi bohaterami afery madryckiej. Rząd próbuje reformować gospodarkę doraźnie łącząc różne organizmy, przyłączając słabszych do silniejszych, czego nauczył się chyba od menedżerów osławionych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych: gdy jakaś SKOK chorowała, przyłączano ją do innej, zdrowej (rachunek za takie praktyki zapłaci system bankowy, a ściślej – jego klienci). Nie da się osiągnąć rentowności, poprawić efektywności, poprzez zabiegi pozorne. Fundusze emerytalne poważnie już ucierpiały na poczynaniach Jana Vincenta-Rostowskiego. Kolejny akt destrukcji prowadziłby do ich likwidacji.

Fundusze emerytalne są znaczącymi inwestorami w wielu spółkach giełdowych. Przejęcie funduszy przez państwo oznaczałoby w praktyce przejęcie owych spółek, lub – co na jedno wychodzi – znaczący wzrost pozycji Skarbu Państwa w ich akcjonariacie. Prowadzona przezeń polityka, którą uważam za katastrofalną, niechybnie prowadziłaby do spadku wartości tych spółek, czyli zmarnotrawienia części majątku pokoleń Polaków. Pisałem tu przed laty: „Nie inwestuję w spółki, w których wspólnikami nie są fundusze emerytalne. Nie ufam spółkom, którym nie ufają fundusze”. Skoro okoliczności zmieniły się radykalnie, radykalnie zmieniam też podejście do spółek z udziałem funduszy. W obawie przed ich nacjonalizacją wycofuję z nich swoje pieniądze. Nie ufam politykom gotowym przejąć fundusze i spółki z ich udziałem, pogrążyć je wraz z giełdą i polską gospodarką, ku czemu to wszystko zmierza. Co nie oznacza, że gloryfikuję fundusze emerytalne, że nie dostrzegam błędów w ich działaniach. Lecz to temat na inną okazję.

Czytaj także:
2011.01.26 Fundusze dobrych praktyk
2013.03.15 Sprzedawcy tęczy
2013.04.17 OFE, dobry wspólnik
2015.07.25 Powrót do macierzy

Jak wspierać giełdę, by jej nie zaszkodzić?

Prezydent Rzeczypospolitej wziął udział w obchodach 25-lecia Giełdy Papierów Wartościowych i wygłosił okolicznościową mowę, z której wyłowiłem dwa motywy. Pierwszy to gratulacje dla giełdy za Dobre praktyki spółek notowanych na GPW 2016. Podzielam pogląd, że to osiągnięcie godne jest szacunku głowy państwa. Brawo giełda, brawo matkująca przedsięwzięciu dyr. Agnieszka Gontarek, brawo zespół redakcyjny! Gdyby tak jeszcze Dobre praktyki były stosowane w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, gdyby politycy także przyjęli do stosowania zbiór swoich dobrych praktyk – skorzystalibyśmy na tym wszyscy.

B_REIT_bannerDrugi motyw pogadanki prezydenta: należy wspierać giełdę. Zastanawiam się, jak przybrać w konkrety tę całkiem słuszną myśl. Jak powinno postępować państwo, by nie zaszkodzić giełdzie, będącej jego tytułem do chluby? Warto pamiętać, że giełdzie lepiej wiodło się wtedy, kiedy pozostawała poza sferą wpływów polityków. Giełda potrzebuje zaufania, jest ono podstawą gospodarki, osnową tkanki społecznej, ale nasi politycy go nie krzewią. By wesprzeć giełdę, powinni zaniechać szkodzenia gospodarce, wzniecania nastrojów wrogości, judzenia, mącenia w głowach w nadziei, że ciemny lud wszystko kupi. Bieda w tym, że kupuje. Rządzący powinni poskromić zapędy ku demolce obłudnie nazywanej dobrą zmianą.

Po pierwsze, nie należy psuć rynku absurdalnymi interwencjami w działalność spółek giełdowych z udziałem Skarbu Państwa. Przykładem nakłanianie zdrowych spółek energetycznych do zakażenia się od wspieranego przez nie górnictwa węgla kamiennego wirusem destrukcji. Akcjonariusze nie po to inwestowali w Tauron, by spółka trwoniła ich pieniądze w deficytowej kopalni. Inwazja polityki do spółek oznacza gorsze wyniki, niższe dywidendy, odpływ inwestorów.

Po drugie, nie należy demoralizować społeczeństwa powszechną i szkodliwą czystką kadr. Następuje „wymiecenie na czysto” (termin ukuty przez Churchilla zapowiadającego wysiedlenie Niemców z Polski, Czechosłowacji i Węgier, nieprzypadkowo sięgam do wojennej terminologii) członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa i zdominowanych przez PiS samorządów. Nawet jeżeli na miejsce wymiecionych przychodzą kompetentni – a przecież nie zawsze tak bywa! – noszą oni na sobie znamię owoców szkodliwej czystki i zatrutej nią na długo aury.

Po trzecie, nie należy dążyć do likwidacji OFE, dotkniętych już boleśnie poczynaniami Jana Rostowskiego. Fundusze miały swoje za uszami, ale służyły krzewieniu corporate governance w spółkach ze swoim udziałem. Ich likwidacja oznaczałaby faktyczną nacjonalizację licznych spółek ze znaczącym udziałem funduszy, co – biorąc pod uwagę realia – przyniosłoby dramatyczne straty akcjonariuszom tych spółek. Kiedyś pisałem, że nie inwestuję w spółki, w których nie ma funduszy emerytalnych. Dzisiaj z ostrożności nie inwestuję w spółki, w których udziały funduszy są znaczne, ponieważ obawiam się tego, o czym piszę w dwóch powyższych akapitach.

Po czwarte, należy unikać awantur politycznych, dynamizowania sporów, podsycania złych emocji. Napływ inwestycji na warszawską giełdę zależy od perspektyw polskiej gospodarki, a ich najbardziej miarodajnym dla światowych inwestorów wykładnikiem są ratingi nadawane Polsce. Agencje ratingowe biorą pod uwagę nie tylko reputację rynku kapitałowego i zakres stosowania wspomnianych Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, także klimat polityczny. Kto burzy trójpodział władz, szkodzi rynkowi kapitałowemu, dewastuje giełdę, ponieważ sądy są nie tylko ostoją Rzeczypospolitej, także gwarancją poszanowania praw inwestorów w ewentualnym sporze z administracją.

Kiedy powstawała warszawska giełda, zakładano jej rychłą prywatyzację, mówiono o dwóch latach, ale czas płynął, dwuletni horyzont przesuwał się, oddalał. GPW została upubliczniona, jest notowana na własnym parkiecie, ale nie przestała być spółką państwową, w której akcjonariusze inni niż Skarb Państwa mają niewiele do powiedzenia. Lecz kto wie, jaki obrót przybrałaby sytuacja, gdyby giełdę rzeczywiście sprywatyzowano. Czy dokonałaby ekspansji na ościenne rynki? Czy zostałaby już przejęta przez większą konkurentkę? Jedno jest pewne: przyszłość GPW zależy przede wszystkim od koniunktury na rynkach. Hossa potrafi zamroczyć najbardziej rozważnych inwestorów, bessa ma wielkie oczy, wszędzie dostrzeże zagrożenia. A tych wokół warszawskiej giełdy nie brakuje.

Między cedułą a kulturą

Narodziny warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych (XXV-lecie za pasem!) przyjmowano jako błahą ciekawostkę. Uwagę mediów przykuły czerwone szelki maklerów drużyny Igora Chalupca w scenerii dawnego Komitetu Centralnego. Zlecenia złożone na pierwszą sesję 12 kwietnia 1991 roku kojarzono na pożyczonych komputerach, notowano akcje pięciu spółek, obrót wyniósł 2.000 złotych (20 milionów sprzed denominacji). Lecz było to wydarzenie historyczne; z dzisiejszej perspektywy widać, że wcześniej nie było w Polsce, ani za ziemiach polskich, prawdziwego rynku i prawdziwej giełdy. Dzisiaj mamy i jedno, i drugie.

GPW powstała jako platforma prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Z tej roli wywiązała się chwalebnie. Nie tylko sprzedano poprzez giełdę papiery licznych spółek, ale – co najważniejsze! – osiągnięto wysokie standardy procesu prywatyzacji. Transakcje były przejrzyste. Wzbudziły zainteresowanie rynkiem kapitałowym. Przysporzyły mu zaufania inwestorów krajowych i zagranicznych. Nie obyło się bez lamentów nad wyprzedażą majątku narodowego za niewielki ułamek wartości. Krytykom często chodziło o wartość domniemaną, bezkrytycznie pomnożoną przez emocje, natomiast giełdowe wyceny, kreowane grą podaży i popytu, są liczone w prawdziwych pieniądzach.

Z czasem proces prywatyzacji wyhamował, przygasło też zaufanie do państwa jako wspólnika, bo mimo wyzbywania się własności nie wyzbywało się ono wszechwładztwa nad upublicznianymi spółkami. Dysponując nierzadko udziałem rzędu 30%, Skarb Państwa dzieli i rządzi jak gdyby miał w portfelu po 330% udziału w sprzedanych już spółkach. Lecz nie można winić za to giełdy, która sama mocno ucierpiała, wiążąc swój wizerunek z zapóźnioną, nieudaną akcją Akcjonariatu Obywatelskiego, poległą gdzieś na dnie szybów Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zresztą i GPW, będąca tytularnie spółką publiczną notowaną na własnym parkiecie, jest powszechnie uznawana w świecie za instytucję państwową, co wydatnie utrudniało jej ekspansję.

Z czasem na plan pierwszy wyszła inna funkcja giełdy jako platformy pozyskiwania kapitału przez spółki prywatne, ambitne, innowacyjne, także zagraniczne. W miarę, jak kurczyć się będą obroty walorami spółek surowcowych i energetycznych (ostatnio angażujących się w kontrowersyjne przedsięwzięcia inwestycyjne), a także instytucji finansowych, zwiększy się udział w obrotach, a więc także w indeksach, spółek od zawsze prywatnych. Należy to wziąć pod uwagę w procesie budowy strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego, nowej Agendy Warsaw City 2020 (a może 2025?).

Wielkie giełdy słyną z wielkich afer. Warszawska jeszcze do wielkiej afery nie dorosła. Owszem, w ćwierćwieczu nie brakło przekrętów, ale za żaden z nich nie można winić giełdy. Wszędzie wokół parkietów kręcą się aferzyści, rodzimi i zagraniczni. „Dezyderata” śpiewana w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami zaleca ostrożność w interesach, bowiem dokoła pełno jest oszustwa. W kabarecie zwanym polityką populiści plotą o kasynie, ignoranci o ruletce. Przekładając mowę kabaretów na język rynku kapitałowego należy dostrzegać ryzyko czające się na giełdach, gdzie pieniądze płyną z rak do rąk, aż wpływają we właściwe ręce. Lecz warto mieć na uwadze, że warszawska giełda tylko raz – raz jeden w całym ćwierćwieczu ! – dała pożywkę prasie sensacyjnej. Chodziło, przypomnę, o sprawę związaną z niedochowaniem standardu dobrych obyczajów w działalności biznesowej, gdzie obowiązują wymogi nieporównanie wyższe niż w polityce.

Przez lata rodzima polityka trzymała się daleko od parkietu. Politycy wstydzili się przyznać, że nie rozumieją mechanizmów giełdy. Nieodżałowany Krzysztof A. Lis, architekt polskiego rynku kapitałowego, powiadał że swoista autonomia warszawskiej giełdy od rozgrywek politycznych jest zasługą opieki, jaką nad tą instytucją roztacza Najświętsza Panienka. Wkrótce po wypadku, w którym zginął, Panienka wyjechała na wakacje, więc politycy od czasu do czasu przecież dobierają się do giełdy lub do jej otoczenia (pamiętny rajd Jana Rostowskiego na Otwarte Fundusze Emerytalne), z czego nic dobrego nie wynika.

Rynek jest żywiołem. Warszawska giełda dąży do poddania go rygorom dobrych obyczajów. Służą temu przyjmowane przez nią, systematycznie od kilkunastu lat, dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Ich najnowsza redakcja weszła w życie 1 stycznia 2016 r. Dobre praktyki nie mają mocy obowiązującej, nie niosą z sobą nakazów i zakazów, a na ich straży nie stoi państwo ze swoimi organami i sankcjami. Wyrażają one wartości godne ochrony i promocji, wypracowane z udziałem rynku i zalecone mu przez giełdę. Zawierają wskazówki postępowania spółek giełdowych, służące rynkowi do ich oceny, a międzynarodowym inwestorom do oceny rynku. Od ich dobrowolnego stosowania przybywa zaufania, na którym opiera się gospodarka.

Warszawską giełdę można oceniać według rozlicznych kryteriów, biorąc pod uwagę jej wkład w rozwój rynku, liczbę notowanych spółek, ich kapitalizację, obroty, wielkość kapitału pozyskanego dzięki giełdzie przez notowane na niej spółki, innowacyjność i różnorodność oferowanych produktów i usług. Nie należy jednak zapominać o kulturotwórczej woli GPW, o jej zaangażowaniu w budowę systemu wartości służących rozwojowi gospodarczemu i etycznemu Polski, o roli giełdy w krzewieniu dobrych obyczajów handlowych oraz kultury i czystości obrotu. Przed dwudziestu pięciu laty nikt nie śmiał oczekiwać, że otrzymamy od giełdy aż tyle.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2016 r. w dzienniku Parkiet

UWAGA! Wysokie ryzyko!

Rynek kapitałowy darzony zaufaniem. Giełda miejscem bezpiecznych inwestycji długoterminowych. Portfele akcji przechodzące z pokolenia na pokolenie. Wizja to mało realna, lecz politycznie poprawna. Zarysowała ją prof. Małgorzata Zaleska obejmując stanowisko prezesa warszawskiej giełdy. Środowisko corporate governance powinno okazać jej przychylność.

Twórca warszawskiej giełdy Wiesław Rozłucki nie omieszkał wspomnieć, że prof. Zaleska ma poważne doświadczenie w bankowości (więc nie na rynku kapitałowym). Oraz, że prezes giełdy sprawdza się dopiero w sytuacjach naprawdę krytycznych, a on takich przeżył kilka. Zmiana prezesa giełdy jest także sytuacją krytyczną, jeżeli dochodzi do niej w innych okolicznościach, niż podczas zwyczajnego walnego zgromadzenia kończącego kadencję zarządu. W tym przypadku pośrodku kadencji nie tylko wymieniono prezesa, dokonano też masakry Rady Giełdy. Odeszli weterani, na ich miejsce wchodzi całkiem świeży zaciąg.

To potęguje wrażenie niesprzyjające budowaniu zaufania, tak bardzo potrzebnego rynkowi kapitałowemu! Zmiany przeprowadza się dyskretnie, finanse nie lubią demonstracji. Lecz giełdę potraktowano równie prostacko, jak publiczne media, Trybunał Konstytucyjny i spółki publiczne z udziałem Skarbu Państwa, w których dokonano wielkiego pogromu prezesów. Nie dziwi, że Standard & Poor’s obniża Polsce rating i zmienia perspektywę, wszak Polska „dobrej zmiany” jest całkiem innym krajem.

Pretensje mam nie tylko do rządzących. Wielu uczestników rynku okazuje mu – i samym sobie – bezwzględny brak szacunku. Są spółki, które wolą zgłaszać niestosowanie licznych zasad Dobrych praktyk 2016, niż zastanowić się, jak niewiele wysiłku wymaga stosowanie tych wskazówek, oraz jak fatalnie ich postawa zaciąży na reputacji polskiego rynku kapitałowego.

Na warszawskiej giełdzie inwestuję nieprzerwanie od ćwierćwiecza, przeto jestem inwestorem długoterminowym, lecz moje inwestycje wcale nie są długoterminowe. Po pierwsze, wyjąwszy rzadkie przypadki nagradzania inwestorów trzymających przez rok akcje objęte w ofertach publicznych, przetrzymywanie akcji nie daje korzyści, nie uwalnia od podatku Belki, nie jest nagradzane wyższą stopą dywidendy. Zresztą połowy spółek, w które inwestowałem, nie ma już na parkiecie: zostały z niego ściągnięte. Makler nagradza mnie niższą prowizją za wysoki obrót na rachunku, czyli za sprzedawanie i nabywanie akcji. Gdybyśmy powszechnie zamrażali portfele dla wnuków, domy maklerskie upadłyby pierwsze, a giełda niebawem po nich.

Próbą ożywienia rynku, otulenia go zaufaniem, był Akcjonariat Obywatelski, projekt niezdarny, całkiem nieudany. Skarb Państwa udostępniał inwestorom papiery spółek ze swoim udziałem, ale ze współwłasnością nie poszedł w parze współudział w decydowaniu o losach tych spółek. Narzuca się im cele zgodne z doraźnym interesem państwa, a niezgodne z interesem inwestorów. Stracili oni pieniądze, a także zaufanie do rynku i do państwa, zaś rynek stracił wielu inwestorów. Miary błędów dopełniła fatalna polityka wobec OFE. Platformę Obywatelską spotkało za to srogie pokaranie. A teraz narasta psychoza wobec inwestorów zagranicznych. Narodowi populiści chętnie by ich pognali. Nie trzeba. Sami wyjdą.

Najtrudniej będzie spełnić postulat bezpiecznych inwestycji. Inwestowanie na giełdzie nigdy i nigdzie nie było na wskroś bezpieczne. Giełda to nie kasyno, loteria, gniazdo hazardu: jest ona spółką regulowaną, notowaną i w miarę przejrzystą, lecz mimo tego nie jest oazą spokoju. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Nie daje ochrony przed ryzykiem inwestowanie w funduszach. TFI też ponoszą spektakularne straty. Losy obligacji notowanych na rynku Catalyst dowodzą ponad wątpliwość, że współczesny inwestor nie znajdzie bezpiecznej przystani.

Nie sprzyja warszawskiej giełdzie spory zamęt na światowych rynkach. Zadławił się chiński smok. Krztusi się Brazylia. Kłopoty ma Rosja. Prysła legenda BRIC. Niektórzy analitycy wieszczą katastrofę, radzą: zabieraj swoje pieniądze, wynoś się z giełd już teraz, wkrótce tłok zatka wyjście. Tako rzecze Royal Bank of Scotland; w dziejach bankowości mało która instytucja okryła się taką niesławą, ale jeżeli niewidzialna ręka naprawdę pisze na ścianie proroctwo?
Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.12.12 Owoce zatrutej aury

Owoce zatrutej aury

W zawód menedżera wpisane jest ryzyko utraty stanowiska bez powodu merytorycznego, za sprawą zmian na scenie politycznej. Media podsycają nastrój grozy, zapowiadają czystki, typują kandydatów do odstrzału, spekulują na temat następców. Niektórych odchodzących prezesów żegnam bez żalu: unikali współpracy z fundacją promującą ład korporacyjny, z którą byłem przez lata związany, woleli zająć się kreowaniem własnych wizerunków. Za to współczuję tym, którzy właśnie albo obejmują prezesury, albo szykują się do nich. Otóż bez względu na ich kompetencje, kwalifikacje, dorobek (jeżeli takie cechy posiadają) zostaną źle przyjęci, krytycznie ocenieni, surowo zrecenzowani. Taki mamy dzisiaj w Polsce klimat.

Jakość sprawowania władztwa w państwie rzutuje na jakość władztwa w spółkach z udziałem państwa. Kryzys zaufania do instytucji państwa rzutuje na kryzys zaufania w stosunkach gospodarczych. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu: im poważniej uczestnicy rynku traktują się nawzajem, im bardziej ufają sobie i regulatorowi, im bardziej oni sami – a także regulator! – na wzajemne zaufanie zasługują, tym łatwiej odniosą sukcesy. Sądzę, że ważniejszy od przyrostu Produktu Krajowego Brutto byłby w naszych współczesnych realiach przyrost Zaufania Krajowego Netto. Niestety, nie ma takiego wskaźnika. To widać, słychać i czuć.

Krytycy wytkną mi – słusznie! – że zaufania nie da się wymierzyć. Lecz uważam, że z pomiarem PKB także jest spory kłopot, ponieważ jego wzrost w całym ostatnim ćwierćwieczu jakoś nie wywołał entuzjazmu, był kwestionowany przez krytyków, a nowa polityka gospodarcza, zagrażająca wzrostowi, wywołuje nieomal euforię. Nie potrafimy mierzyć zaufania, lecz nie umiemy także pomierzyć deficytu, skoro kilka miliardów w jedną lub drugą stronę nie robi rządowi różnicy. Nie doceniamy znaczenia obecności zaufania w gospodarce, nie rozumiemy także reguły wydatkowej, lecz pozbawieni obu tych wartości – będziemy skazani na kryzys.

Spółki z udziałem Skarbu Państwa poddawane są intensywnym zmianom kadrowym. W praktyce nie ma znaczenia, że ów udział często bywa mniejszościowy, reszta akcjonariatu nie potrafi się zorganizować, bądź nie zamierza przeciwstawić się państwu – nie tylko uczestnikowi procesów gospodarczych, także suwerenowi. Rząd zmienia więc skład rad nadzorczych, członków zarządów, prezesów. Słyszy się zapowiedzi wymiecenia na czysto. Zatruta atmosfera polityczna utrudnia ocenę tych zmian. Nawet gdyby nowo powołani mieli okazać się równi zastępowanym przez nich poprzednikom, zostaną potraktowani jak owoce tej zatrutej aury. W języku prawniczym istnieje termin „owoc zatrutego drzewa”. Chodzi o dowód, nawet wiarygodny, którego nie można dopuścić, gdyż nie został należycie pozyskany. Pomazańcy rządzącej ekipy, która usiłuje zatrząść wszystkim, nawet jeżeli będą wiarygodni, mianowani zgodnie z prawem i statutem, przecież spotkają się z zastrzeżeniami, że nie są należycie pozyskani, że nie przychodzą z konkursów, a z woli lub kaprysu prezesa rządzącej partii. Taka diagnoza sytuacji zaszkodziła już poważnie polityce, teraz szkodzi także gospodarce.

Tekst ogłoszony 9 grudnia 2015 r. w dzienniku Rzeczpospolita

„Człowiek corporate governance 2015”

Otrzymałem niecodzienne wyróżnienie: „Człowiek corporate governance 2015”. Nadano mi je 5 listopada 2015 r. w katowickim Międzynarodowym Centrum Kongresowym podczas tłumnie uczęszczanej V Konferencji Rada Nadzorcza, zorganizowanej z sukcesem przez Piotra Rybickiego i Zbigniewa Błaszczyka (współpracowałem z oboma podczas mojej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów). O nadaniu mi lauru zadecydowała kapituła pracująca pod przewodnictwem historycznego prezydenta Katowic Piotra Uszoka, a laudację wygłosił, z uczuciem i rozmachem, mój wieloletni towarzysz dążeń ku poprawie corporate governance, dr Krzysztof Grabowski.

Przyznany mi zaszczyt ucieszył mnie ogromnie z trzech powodów. Po pierwsze: miło zostać docenionym już na emeryturze, w półtora niemal roku od opuszczenia Polskiego Instytutu Dyrektorów. Po drugie: cieszy, że honor spłynął na mnie w Katowicach, mieście mojej młodości, a dzisiaj dynamicznym ośrodku corporate governance. Po trzecie: bardzo komfortowo być pierwszym laureatem, ponieważ liczę, że z czasem opromieni mnie blask nazwisk i dokonań następnych roczników „Ludzi corporate governance”.

Nie przystoi mi posłużyć się formułką: „Urodziłem się po to, by poświęcić się sprawom corporate governance”. Otóż termin ten został ukuty, kiedy przekroczyłem już smugę cienia. Pierwsza książka traktująca w tytule o corporate governance ukazała się w roku 1984 – hen, za żelazną kurtyną, w obcym nam wówczas kręgu kulturowym, w odniesieniu do nieznanych tu realiów. Lecz kiedy w Polsce nastał czas wielkiej transformacji, podjąłem pogoń za uciekającym czasem. Dzięki brytyjskiemu funduszowi Know How poznawałem w City mechanizmy rynku kapitałowego, a później odbyłem szkolenie z udziałem wykładowców z INSEAD. Wkrótce, z dyplomem absolwenta kursu dla członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, zostałem po raz pierwszy przewodniczącym rady. Ale o tym, jak mało wciąż umiałem, przekonałem się niebawem w Uniwersytecie Środkowo-Europejskim.

Po dekadzie intensywnej pracy w radach nadzorczych zacząłem systematycznie publikować teksty na marginesie corporate governance. Kolejne lata przyniosły nowe wyzwania: redagowanie niezależnego wówczas tygodnika finansowego, a po jego przejęciu przez nowego właściciela i sprowadzeniu na manowce – podjąłem się kierowania Polskim Instytutem Dyrektorów. Przyszło mi wówczas wydawać kwartalnik „Przegląd Corporate Governance”, a przede wszystkim krzewić na rynku szacunek dla dobrych praktyk. Przez ostatnie ćwierćwiecze transformacja dokonała się nie tylko w Polsce, także we mnie. Nareszcie odnoszę wrażenie, że doganiam już stracony czas.

Pytany przez laików, czego dotyczy corporate governance, odpowiadam: dotyczy zaufania. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu. Oznacza to, że rozwija się ona w tempie przyrostu zaufania pomiędzy uczestnikami obrotu gospodarczego, z czego wynika, że ma przecież ogromne rezerwy. Zajmujemy się PKB, produktem krajowym brutto. Czas, byśmy zajęli się zaufaniem krajowym netto. Tego najbardziej nam brakuje.

Z niecierpliwością wyglądam przyszłości. Jakże jestem ciekawy, kto zostanie „Człowiekiem corporate governance 2016”! Bardzo chciałbym złożyć jej – lub jemu – należne gratulacje. Okazja po temu nastanie 8 listopada 2016 roku, na VI Konferencji Rada Nadzorcza.

Żony, córki, matki, wnuk

Upychanie do rady nadzorczej żon i najbliższych krewnych nie jest wyłącznie rodzimą praktyką. Tak samo bywa nawet w największych spółkach Europy. Zwraca na to uwagę ciekawy raport na temat naboru do rad nadzorczych wydany właśnie przez Europejską Konfederację Stowarzyszeń Dyrektorów (ecoDa) i Korn Ferry. Rodziny trzymają się mocno. Trzymają się stołków.

Przykładem sekwencja wydarzeń w liderującej strefie eura Grupo Santander. Straciła ona niemało na wyśmienitej wcześniej reputacji kiedy Ana Botin z impetem dopadła fotela po ojcu. Zmarły w 2014 r. Emilio Botin był szanowanym przywódcą, charyzmatycznym bankierem; tytułem Any do stanowiska były przede wszystkim więzy krwi. Światowa finansjera z żalem przyjęła do wiadomości, że Santander stracił okazję do wyzwolenia się spod panowania dynastii i przyjęcia powszechnie uznanych standardów governance.

Lecz Ana Patricia Botin-Sanz de Satuola O’Shea przynajmniej miała za sobą łańcuch osiągnięć dłuższy niż nazwisko. Żadnych osiągnięć lub doświadczeń nie miał 25-letni Jean-Victor Meyers zainstalowany we władzach kosmetycznego giganta L’Oreal dzięki protekcji babki, Liliane Bettencourt, osławionej dziedziczki fortuny. Akcjonariusze uznali, że sprawa cuchnie, lecz skandal nie wyszedł poza granice Francji.

Najbardziej piętnowanym przez akcjonariuszy i media przypadkiem bezczelnego nepotyzmu było w sierpniu 2012 r. zainstalowanie Ursuli Piëch w radzie nadzorczej Volkswagena, pracującej podówczas pod przewodnictwem jej męża Ferdinanda. Owszem, Hon. Prof. Dr. techn. h.c. Dipl.-Ing. ETH Ferdinand K. Piech to były prezes spółki, znaczący jej akcjonariusz i reprezentant legendarnej dynastii związanej z niemieckim przemysłem samochodowym od jego narodzin, lecz Ursula to z zawodu przedszkolanka, czyli klasyczna ornamentariuszka, do tego w dwudziestoosobowej radzie koncernu piąta przedstawicielka dynastii Piëch-Porsche, więc nie obyło się bez porównań do piątego koła u wozu. Inna sprawa, że Volkswagen dopuścił się na niwie corporate governance jeszcze większych skandali. Koncern zjednywał sobie życzliwość pracowników wybranych do rady nadzorczej fundując im rozpustne wycieczki (niem. Lustreisen) do Brazylii, by nacieszyli się tamtejszymi kobietami wielodostępnymi. Zakładano fasadowe spółki, by za ich pośrednictwem czerpać korzyści z łapówek. Koniec byłby zapewne żałosny, ale oni tam jednak potrafią produkować doskonałe auta i kółka wciąż się kręcą.

W Polsce instalowanie w radzie nadzorczej żony, córki, matki lub teściowej prezesa-założyciela nie wywołuje burzliwych reakcji. Akcjonariusze są wyrozumiali, nie oczekują rygorystycznego poszanowania dobrych obyczajów, stosowania się do dobrych praktyk; złupionym przez polityków funduszom emerytalnym już nie w głowie corporate governance, a giełda zdaje sobie sprawę, że kiedy płoną lasy, nie czas żałować róż. Między innymi rzecz dotyczy spółek darzonych szacunkiem i nadzieją, innowacyjnych, twórczych. Prezesi-założyciele wnieśli do nich pasję i pomysły, wytrwałą pracę, kapitał, więc chcą mieć w radzie nadzorczej kogoś zaufanego, czemu się trudno dziwić.

Przedsiębiorczości w Polsce nie brakuje, zaufania brakuje dotkliwie. Produkt Krajowy Brutto rośnie, wskaźnik Zaufania Krajowego Netto, gdyby istniał, zapewne dotknąłby zera absolutnego.

Sądeczaninem z urodzenia będąc, kibicowałem Optimusowi, chociaż względem corporate governance spółka była na bakier. Kiedy wchodziła na giełdę, miała w radzie nadzorczej matkę prezesa, rencistę, przedstawicielkę diecezji itp. Prezes-założyciel wzmacniał swoją osobą raz zarząd, raz radę nadzorczą. Zapowiadał, że kiedyś na dobre wycofa się do rady: „Wtedy powołam taką radę, jakiej jeszcze nie było. W jej skład wejdą najtęższe mózgi w Polsce”. Nawet bez najtęższych mózgów w Polsce spółka poradziła sobie jakoś. Kiedy prezesa skrzywdzono, nie szukał pomocy w diecezji, tylko u najlepszych adwokatów. Jego przypadek dowiódł, że lepiej ufać matce, która nie ma MBA, niż państwu, które uchwala głupie przepisy i nikczemnie krzywdzi menedżera godnego zaufania i szacunku.

Różnica między rodzimym rynkiem kapitałowym a rozwiniętymi rynkami Europy polega na tym, że tam własność jest rozproszona, tu natomiast prezes-założyciel nierzadko nadal skupia w swojej ręce większość kapitału. Żalił się niedawno założyciel innowacyjnej spółki, że chociaż dysponuje bezwzględną większością głosów na walnym zgromadzeniu, nie może wziąć udziału w głosowaniu nad udzieleniem mu absolutorium. Widocznie jest uczciwy, wszak gdyby przepisał udziały na członków najbliższej rodziny, mógłby głosować na siebie jako ich pełnomocnik.

Tekst ogłoszony 22 sierpnia 2015 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2014.09.30 Obawiam się familiady
2012.08.20 Oczy szeroko zamknięte