Archiwa tagu: związki zawodowe

Pora podnieść kolejną kurtynę: kto finansuje związki zawodowe?

Właśnie dowiedziałem się, że historyczna sala BHP w Stoczni Gdańsk SA „należy do Solidarności”, więc to związek udzielił narodowcom zgody na zorganizowanie tam imprezy. Związki zawodowe w polskich spółkach to temat ogromnie ciekawy, aliści wiem o nim mało, zwłaszcza na temat ich finansowania: czy związki utrzymują się ze składek, czy korzystają ze wsparcia zakładu pracy lub państwa, a jeżeli nie, to dlaczego tak, oraz – w przypadkach spółek notowanych – ile to kosztuje akcjonariat? Rynki uniosły już w górę kurtynę długo przesłaniającą zarobki menedżerów. W Polsce opozycja obywatelska zaczyna uchylać kurtynę przesłaniającą prawdę na temat pieniędzy obecnych władców Rzeczypospolitej. Pora podnieść kolejną kurtynę i poznać odpowiedź na pytanie, czy związki zawodowe są wspierane pieniędzmi podatników, a w spółkach notowanych – pieniędzmi akcjonariuszy?

KURTYNA PIERWSZA, ZA NIĄ PIASTUNI SPÓŁEK
Wiadomo było powszechnie, że w spółkach notowanych tłuste koty zarabiają dużo. Bardzo dużo. Oraz coraz więcej. Lecz rynki były ciekawe konkretów: jak dużo zarabiają? Za co tyle? Jak to się ma do średniej pracy w spółce? Dlaczego różnice są tak wielkie? Postulatów większej przejrzystości wynagrodzeń menedżerowie nie zbywali krzykiem, że tyle im „się należy”, że „tyle i tylko tyle”. Spółki zaczęły ujawniać zarobki menedżerów, lecz w sposób celowo nieczytelny, mylący i zwodniczy. Informowano zbiorczo o płacach nieokreślonej puli osób zarządzających (a niekiedy i nadzorujących). Nie wiedzieliśmy więc, czy chodzi o członków zarządu, czy o szeroką kadrę kierowniczą, a może i prokurentów. Czy policzono płace, czy także premie, nagrody, odprawy… Spółki karmiły rynki bezwartościową papką informacji. Aż tę obłudną grę w kotka i myszkę przerwali regulatorzy określając precyzyjnie i surowo co i kiedy spółki ujawniają, w tym zarobki menedżerów w rozbiciu na poszczególne składniki wynagrodzenia wespół z warunkami ich wypłaty. Kurtyna poszła w górę.

KURTYNA DRUGA, ZA NIĄ PIASTUNI PAŃSTWA
Zarobki piastunów państwa rzadko budziły emocje. W demokracjach zawsze były jawne, do tego niewysokie. Domaganie się urealnienia zarobków polityków było niepopularne, więc brakowało odważnych podejmujących te kwestie. Mówiono o służbie publicznej, o interesach państwa, etosie i etyce. Wprowadzono oświadczenia majątkowe. Na jednych patrzono przez palce, gdy wydawali wielokrotność tego, ile zdołali zarobić. Innych stawiano przed prokuratorem za posiadanie zegarka. Aż ostatnio w Polsce wyszło na jaw, że cały system wynagrodzeń SWOICH: członków rządu, szeregowego posła, pracowników gabinetów politycznych, niezliczonych radnych – opiera się na oszustwie, na pieniądzach płaconych pod stołem, w istocie nie wiadomo, czy opodatkowanych. Na marginesie: nie wiem, do czego potrzebne są tzw. gabinety polityczne. Zrozumiałbym rację istnienia takiego gabinetu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, może jeszcze w innym ważnym resorcie, lecz ogarnia mnie śmiech pusty, kiedy czytam o gabinecie… ministra Adamczyka. Czym oni się tam zajmują?

Wniosek: wielu tej kurtyny nie widziało, nie próbowało dostrzec, lecz przecież ona istnieje, skrywa przed społeczeństwem ważne fakty, niemiłe prawdy. Jej rąbek uchyliły interpelacje składane przez posła Krzysztofa Brejzę (Panie Pośle, chylę cylinder!), ale trzeba wspólnego wysiłku, by chwycić za sznury i unieść kurtynę wysoko. Niemniej sądzę, że piastuni państwa powinni zarabiać godziwie, nieporównanie więcej niż zarabiają obecnie, ale zarabiać uczciwie, nad stołem, bez komedii z wpłatami na Caritas. A świadczenia nienależne powinny wrócić do budżetu.

KURTYNA TRZECIA, ZA NIĄ ZWIĄZKI ZAWODOWE
Trzecia kurtyna przesłania szczelnie koszty utrzymania związków zawodowych w zakładach pracy. Interesuję się tym jako podatnik. Jeżeli zakładem pracy jest spółka publiczna, interesuję się tym jako zapaleniec corporate governance. Jeżeli jest to spółka z udziałem Skarbu Państwa – zalecam szczególną ostrożność. Skoro Skarb Państwa potrafi oszukać inwestorów na pieniądzach, kierując te pieniądze na absurdalne kampanie polityczne, fundacje i reduty, być może dopuszcza do oszukiwania także inwestorów poprzez przepompowywanie ich pieniędzy do związków zawodowych. A jeżeli moje podejrzenia są nieuzasadnione? Jeden jest tylko sposób, żeby się o tym przekonać: przejrzystość finansowania związków w zakładach pracy.

Niewiele wiemy na ten temat. Słyszy się, że w spółce działa wiele związków, co daje wiele etatów dla działaczy. Ile to spółkę kosztuje? Działacze lubią mieć sekretarki – na koszt spółki. I odpowiednio wyposażone biura (słyszę o potrzebie nowych telewizorów z okazji mistrzostw świata w piłce nożnej). Związkowcy potrafią zwiedzać świat w delegacjach, fatygowali się nawet do Kambodży. Kto płacił? Za poprzedniego rządu koszt utrzymania związków bywał wyższy, a to z winy Tuska: jeżdżono do Warszawy na demonstracje, dniówki leciały, a wesołe autobusy bywały wyposażane na koszt spółki w skrzynkę wódki. Jeżeli to nieprawda – ujawnijcie prawdę.

Wydatki spółki na utrzymanie związków zawodowych powinny być ujawniane, opiniowane przez radę nadzorczą, badanie przez biegłego rewidenta. Niestety, postulat ujawniania nakładów spółek na związki został przez Radę Giełdy skreślony z projektu Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016. Wyjaśniano mi, że stały za tym poglądy polityczne członków Rady. Czy za każdą nieprawidłowością musi stać polityka?

Czytaj także, m.in.:
2014.04.07 Związki w firmie, pieniądze w czarnej dziurze
2015.02.11 Tajny sponsoring?
2011.06.03 Niebezpieczne związki

Powinniśmy wiedzieć, ile kosztują nas związkowcy

Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016 nie apelują do spółek giełdowych, by ujawniały koszty ponoszone na utrzymanie związków zawodowych. Komitet redakcyjny proponował takie rozwiązanie, skreśliła je Rada Giełdy, a zaważyły na tym poglądy polityczne jej członków (tak mi oznajmiono). Szkoda. Nie chodziło o to, by powstrzymać spółki od finansowania związków, wszak są one na garnuszku pracodawców, żaden nie utrzymuje się, i nie utrzyma, ze składek swoich członków, a posady związkowych przywódców są, i chyba długo jeszcze będą, opłacane przez spółki; chodziło jednak o to, byśmy wiedzieli, my – rynek, ile to nas kosztuje.

Stanęło na tym, że spółka powinna ujawnić w raporcie rocznym „informację” na temat swojej polityki dotyczącej działalności sponsoringowej, charytatywnej lub innej o zbliżonym charakterze. Jest to pojęcie ogromnie pojemne. Opisanie owej polityki może ograniczyć się do wskazania wspieranych przez spółkę wartości lub celów, bez ujawniania szczegółów, jak wysokość wypłacanych kwot lub identyfikacja beneficjentów. Można to podlać sosem komunałów na temat społecznej odpowiedzialności biznesu. Rada nadzorcza powinna ocenić racjonalność owej polityki. Ale czy wpierw pozna jej szczegóły?

Przejrzystość polega na tym, że środki akcjonariuszy nie są wydawane potajemnie. Brak przejrzystości może postawić spółkę, nawet kierującą się szlachetnymi intencjami, w sferze podejrzeń. Mrok sprzyja nadużyciom. W niektórych spółkach działa kilkadziesiąt związków zawodowych – ilu działaczy siedzi na etatach? Dobrze byłoby wiedzieć, czy spółka dofinansowuje udział związkowców w demonstracjach o charakterze politycznym, niekiedy wymierzonym w któregoś z akcjonariuszy. Ile kosztują zagraniczne rozjazdy związkowców?

Jakiś czas temu światowe media obiegła ciekawostka o wysokości rachunku telefonicznego szefa związku pracowników paryskiej opery. Działacz usiłował zorganizować strajk, wydzwonił majątek podczas urlopu w Hiszpanii. Nie sprawdzałem, czy do strajku doszło. Interesuje mnie raczej, czy jakaś rodzima firma porwałaby się na ujawnienie rachunku swojego związkowca.

Lecz na związki w spółce należy spojrzeć także z innej strony. To pracownikom najbardziej zależy na przetrwaniu przedsiębiorstwa, ciągłości jego działania. Związki reprezentują ich podstawowy interes: kontynuację zatrudnienia. Zarzuca się pracownikom, że pragną utrzymać stan rzeczy, przeciwdziałają zmianom, wolą wszystko pozostawić po staremu, wszędzie dopatrują się zagrożeń dla swoich stanowisk pracy. Wszelako dowodzi to, że są oni zainteresowani utrzymaniem tych stanowisk. Historia zawodowa pracownika to często jedno, dwa, może trzy zakłady pracy. CV współczesnego menedżera bywa bogatsze; pokazując nawet kilkanaście pełnionych już funkcji, ujawnia jego skłonność do częstych zmian zatrudnienia. W przypadku katastrofy menedżer prędzej znajdzie sobie nowe zajęcie. Pracownik będzie miał trudniej: tu robi to, co umie, ale może nie umieć, albo nie umieć tak dobrze tego, czego będą oczekiwać od niego w nowy miejscu pracy, o ile te pracę znajdzie.

Tekst ogłoszony 14 stycznia 2016 r. w dzienniku Rzeczpospolita
Czytaj także:
2015.02.11 Tajny sponsoring
2014.04.07 Związki w firmie, pieniądze w czarnej dziurze

Związkowiec w konflikcie interesów

Przynależne przedstawicielom pracowników miejsca w radach nadzorczych są często zawłaszczane przez liderów największych organizacji związkowych w spółce. Rodzi to konflikty interesów. Członek rady nadzorczej ma dostęp do wszelkich informacji o spółce, do jej tajemnic handlowych, sekretnych zamierzeń, wrażliwych danych finansowych. Informacje te nie powinny być wykorzystywane w celach partykularnych, dla dobra osobistego, ani w interesie członków związku. Nierzadko bywa, że poufne informacje są rozpowszechniane przez związkowców na wiecach pracowniczych albo w zakładowych radiowęzłach – w celu wywarcia presji, zazwyczaj w sprawach płacowych, na organy spółki. Bywa, że związkowiec uzyskuje jako członek rady informacje, które obraca przeciwko pracodawcy.

Warto zwrócić uwagę na PKP Cargo SA, która zmieniła statut wprowadzając do niego klauzule, iż członkowie zarządu i rady nadzorczej nie mogą jednocześnie pełnić funkcji z wyboru lub zasiadać w organach zakładowej, ponadzakładowej lub ogólnokrajowej organizacji związkowej oraz federacji lub konfederacji związków zawodowych. Zakaz łączenia stanowisk w organach spółki z funkcjami w związkach ma na celu wyeliminowanie konfliktów interesów i zapobieżenie im w przyszłości. W konsekwencji, nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki dokonało zmian w radzie nadzorczej.

Dlaczego udało się wyeliminować liderów związkowych z rady nadzorczej PKP Cargo, natomiast taki zabieg nie udał się w KGHM, gdzie liderzy organizacji związkowych powrócili do rady nadzorczej kombinatu po kilkuletnim blokowaniu ich członkostwa w radzie przez ministra Skarbu Państwa? Blokada polegała na tym, że bez zgody Skarbu, największego z udziałowców spółki, jej walne zgromadzenie nie było w stanie powziąć uchwały o powołaniu do rady nadzorczej niektórych osób z wyboru pracowników, a brak wspomnianej zgody był konsekwencją gorszącej zadymy przed siedzibą zarządu, do której liderzy związków doprowadzili i w której wzięli udział.

Otóż udział przedstawicieli pracowników w organach KGHM Polska Miedź SA wynika z przepisów ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych (1996 r.), na której oparł się Sąd Najwyższy orzekając w interesie związkowców, natomiast udział przedstawicieli pracowników w organach PKP Cargo SA wynika z ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP (2000 r.), która odsyła w tej kwestii do statutów spółek regulowanych na podstawie jej przepisów. Inwestorzy powinni wziąć pod uwagę, że ten ważny aspekt ustrojowy jest w jednej spółce publicznej regulowany przez państwo ustawą, a w drugiej spółce przez nią samą – statutem nadanym jej przez akcjonariat.

O treści ustaw decydują politycy, którzy w swojej masie wielokrotnie dowiedli braku należytego zainteresowania rozwojem rynku kapitałowego. O treści statutów spółek decydują, w granicach prawa, ich akcjonariusze, zainteresowani własnymi korzyściami, lecz także dobrem rynku, na którym inwestują. Udział przedstawicieli pracowników w radzie nadzorczej może przysporzyć spółce wartości, lecz nie znam argumentów przemawiających za tym, by do członkostwa w organach spółki dopuszczać działaczy związkowych. Decyzję w tej materii zostawmy samym spółkom. One najlepiej znają szkody powodowane konfliktami interesów.

Tekst ogłoszony 16 października 2015 r w dzienniku Rzeczpospolita.
Czytaj także:
2012.11.29 Szlaban dla związkowych baronów
2010.09.09 Nadzór bez pracowników?

Powrót do macierzy

By cofnąć prywatyzację Bogdanki, należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Nie opłaca się być w Polsce podatnikiem. Taki wniosek można wysnuć z tezy głoszonej przez związkowców z LW Bogdanka SA. Oświadczyli oni: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa, bo nie opłaca się być w Polsce prywatną firmą” (cytuję za Parkietem 11-12 lipca). Gdyby udało się cofnąć prywatyzację, bądź odwojować spółkę, związkowcom byłoby lepiej, a podatnikom gorzej. Wiele wskazuje na taki scenariusz. By cofnąć prywatyzację Bogdanki należy dorżnąć OFE i rozkułaczyć garstkę „spekulantów”. To nie straszenie PiSem, raczej ocena dorobku PO.

Wypowiedź związkowców z Bogdanki jest przyczynkiem do oceny sytuacji w obliczu nadchodzących wyborów parlamentarnych. Gdyby Bogdanka jakimś dziwnym trafem wróciła do Skarbu Państwa, następstwem protestów załogi przeciwko byleczemu byłby przyjazd premier Ewy Kopacz; uszami wyobraźni już słyszę zapowiedzi, co jej gabinet zrobi dla górników. Gdyby natomiast premierem została Beata Szydło, usłyszę jej senny głos obiecujący znacznie, znacznie więcej. Wszystko na koszt podatnika – czyli wyborcy, który zapomina, kto dobiera mu się do kieszeni.

Przyczyny kłopotów Bogdanki znajdują się poza spółką. Prywatna kopalnia wydobywa węgiel taniej niż państwowi konkurenci. Cóż z tego, skoro Kompania Węglowa wyprzedaje zapasy węgla po rozpaczliwie zaniżonych cenach. Ekonomia polega na tym, że wydobywa się taniej i sprzedaje drożej. Państwowe górnictwo węgla kamiennego wydobywa drogo i sprzedaje tanio, coraz taniej. Ekonomia polega na tym, że spółka utrzymuje się sama, płaci podatki i wypracowuje zysk dla akcjonariuszy. Państwowe górnictwo węgla kamiennego utrzymywane jest przez podatnika. Bogdanka uprawia ekonomię, jej związkowcy chcieliby przenieść spółkę w otchłań ekonomii politycznej.

Bogdanka jest efektywnie zarządzana i nadzorowana. Przed kilku laty zostałem zaproszony do Cancun w Meksyku na konferencję Międzynarodowego Stowarzyszenia Funduszy Emerytalnych (FIAP) z referatem na temat wpływu funduszy emerytalnych na corporate governance w Polsce. Wskazałem kilka obiecujących spółek mających niezłe wyniki i przyzwoite oceny pod kątem corporate governance, w tym Grupę Kęty, Elektrobudowę oraz Bogdankę właśnie. Większość ich akcji należy do polskich funduszy emerytalnych i im wspomniane spółki zawdzięczają znaczną część swoich sukcesów. Lecz niebawem rozpoczęła się rzeź OFE, teraz tonąca Kompania Węglowa brzydko się chwyta, związkowcy Bogdanki chcieliby powrócić do macierzy, politycy zalewają nas populizmem, demagogią i kłamstwami. Wynik wyborów prezydenckich świadczy, że społeczeństwo przyjmuje fałszywy szeląg za dobrą monetę.

Pod warstwą brudu czai się pełzająca kontrprywatyzacja. Skarb Państwa stara się krok po kroku odwojować wpływy, które sprzedał za ciężkie pieniądze, nabywcom akcji ograniczać nabyte przez nich prawa, z siebie strząsnąć niektóre rygory ciążące na uczestnikach obrotu. Politycy bez pamięci prą do władzy nie zważając na realia gospodarcze i społeczne koszty zamętu, jaki towarzyszy ich dążeniom. Pracownicy spółek z udziałem Skarbu Państwa zostali wyposażeni w znaczące uprawnienia, w tym reprezentację w radzie nadzorczej, a w niektórych spółkach – nawet w zarządzie. Miejsca w radach nadzorczych zazwyczaj przypadają, z wyboru pracowników, liderom organizacji związkowych. Wywierają oni znaczny wpływ na swój pracownicy elektorat, a także na zarządy. Spółki, nawet publiczne, nie rozliczają się przed akcjonariatem z kosztów ponoszonych na finansowanie związków zawodowych, począwszy od utrzymania etatów i biur działaczy związkowych po rzeczywistą działalność związkową (jeżeli taka bywa prowadzona).

Szkopuł polega na tym, że działalność związków zawodowych w niektórych spółkach giełdowych bywa nastawiona przede wszystkim, lub nawet wyłącznie, na korzyść działaczy związkowych, nie na dobro spółki – pracodawcy, albo nawet temu dobru wbrew. Przykładem głosy związkowców z Bogdanki przed sejmową Komisją Skarbu: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa”. Domyślam się, że pragną powrócić do macierzy wraz z kopalnią i złożami, zapewne bez ciężarów w postaci akcjonariatu (są nim głównie Otwarte Fundusze Emerytalne, ale także indywidualni „spekulanci”) i bez dopustów w postaci rady nadzorczej i zarządu spółki. Mogliby wówczas liczyć na wyłączenie także nad Bogdanką, jak nad państwowymi spółkami górniczymi, działania praw ekonomii i zastąpienie ich szczodrymi dopłatami. Ciekaw jestem, kiedy zażądają wyłączenia prawa grawitacji.

Tekst ogłoszony 22 lipca 2015 r. w Gazecie Giełdy Parkiet

Czytaj także: 2015.02.06 Je suis Jarosław Zagórowski

Tajny sponsoring?

Wydatki spółki publicznej na sponsoring sportu lub wspieranie innych celów społecznie pożytecznych powinny być jawne!

Czytam, że zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej zawiadomił prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. Lecz nie chodzi (przynajmniej tym razem) o gorszące zajścia przed siedzibą spółki, o nielegalne strajki, o spowodowane nimi straty. Chodzi o upublicznienie nielegalnie pozyskanych informacji dotyczących, między innymi, wydatków spółki z tytułu wspierania klubów sportowych: hokejowego GKS Jastrzębie i siatkarskiego Jastrzębski Węgiel. W latach 2011 – 2015 spółka przeznaczyła na te cele ponad 46 mln złotych. Związkowcy są oburzeni; twierdzą, że w obliczu trudnej sytuacji spółki takie wydatki nie są uzasadnione.

Nie będę teraz dociekał, dlaczego spółka znalazła się w trudnej sytuacji i czy działalność działających w niej kilkudziesięciu związków zawodowych nie miała na to wpływu. Nie podniosę kwestii, czy spółkę w trudnej sytuacji stać na utrzymanie 103 etatów działaczy. Nie będę także rozważał, czy spółka powinna wspierać lokalne kluby sportowe i czy stać ją na wydatki we wspomnianej wysokości. Interesuje mnie natomiast, dlaczego informacje o wspieraniu przez spółkę klubów sportowych są tak poufne lub tajne, że można je pozyskać jedynie drogą przestępstwa? Oraz, dlaczego w obliczu dramatycznych wydarzeń w spółce i wokół niej prokuratura miałaby ścigać „złoczyńcę”, który wykradł i upublicznił dane, jakie JSW, spółka publiczna, sama powinna ujawniać?

Nie chodzi mi w tej chwili o spór górników ze spółką. Ani o prezesa Jarosława Zagórowskiego, z którym w tym sporze sympatyzuję, chociaż, jak się wydaje, jestem odosobniony. Poświęciłem temu poprzedni wpis, bardzo umiarkowanie poparty przez Czytelników. Chodzi mi o przejrzystość wydatków spółki giełdowej: wydatków na kluby sportowe, organizacje społeczne, chore dzieci, Jerzego Owsiaka, związki zawodowe, mecenat sztuki itd. Takie wydatki traktuję jako naturalne, zrozumiałe, służące lokalnym społecznościom i dobru publicznemu. Nie rozumiem, dlaczego spółki miałyby je utajniać!

W mediach trwa festiwal publikacji związanych z zarobkami przywódców związkowych (nazwałem ich kiedyś „baronami”, co uznano za ciężką obrazę i wytoczono mi sprawę, a ja nie miałem zamiaru obrażać kogokolwiek). Mnożą się pomysły, by nałożyć na nich obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Podchodzę do tego z rezerwą: działacz związkowy nie jest funkcjonariuszem Rzeczypospolitej, jak poseł, senator, sędzia. Natomiast spółki publiczne powinny moim zdaniem ujawniać w raportach rocznych, ile kosztują je związki: pensje działaczy, premie i nagrody; jaki jest koszt utrzymania siedzib związków w zakładach (oraz koszt wyposażenia tych lokali w osławione telewizory plazmowe); ile kosztują przejazdy związkowców firmowymi autobusami na demonstracje w stolicy, ewentualnie także skrzynka trunku ofiarowana przez spółkę na drogę.

Spółka powinna także ujawniać inne wydatki, nawet te najbardziej pożyteczne. Na przykład wydatki na wsparcie Polskiego Instytutu Dyrektorów. Kierowałem nim przez 8 lat. Żadna spółka węglowa, publiczna lub niepubliczna, nie wsparła nas choćby groszem. Dobrym słowem także nie.

Czytaj także:

2012.11.29 Szlaban dla związkowych baronów
2013.06.20 Do rady bez automatu

JE SUIS JAROSŁAW ZAGÓROWSKI

Po paryskiej masakrze przyzwoici ludzie deklarowali: JE SUIS CHARLIE HEBDO. W obliczu wydarzeń w Jastrzębiu Polacy powinni powiedzieć: ZAGÓROWSKI TO JA!

Czytelnik poprosił mnie o stanowisko w sprawie Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Sprawa jest trudna: w kopalniach strajkują załogi, brak wydobycia powoduje straty, przed siedzibą spółki trwają zamieszki z udziałem związkowców, policja użyła broni gładkolufowej, prowadzone są rozmowy zarządu spółki ze związkowcami, ale w rozmowach nie uczestniczy prezes spółki Jarosław Zagórowski; załogi domagają się jego odwołania. A co ja o tym sądzę?

Mam do górnictwa węgla kamiennego stosunek osobisty. Dorastałem w Katowicach, ojcowie moich kolegów ze szkół, z podwórek, fedrowali w Wujku, w Kleofasie; mój ojciec dbał o ich bezpieczeństwo, kodyfikował prawo górnicze. Mam szacunek dla pracy górnika. Ale mam także szacunek dla prawa. Nie mają go przywódcy związkowi z JSW, organizatorzy dzikich strajków, szkodnicy gospodarczy. Ich hasło: „Zagórowski musi odejść”, wypisywane na Biało-Czerwonej, jakby szło o sprawę narodową, przypomina mi harce Leppera, także szkodnika, organizatora blokad dróg i zamieszek, który domagał się odejścia wicepremiera Balcerowicza, aż ktoś jego pokroju i jego uczynił wicepremierem. Jarosławie, nigdy Panu tego nie zapomnę!

Otóż Zagórowski odejść nie powinien. Ma jasny program ratowania spółki przed stającymi przed nią trudnościami. Przywódcy związkowi są świadomi, że prezes zagraża ich osobistym interesom. Domagają się jego dymisji. Za nic mają interes i spółki, i jej akcjonariuszy. Na razie prezes został wykluczony z udziału w negocjacjach. Nie jest to obrazą zasad corporate governance. Spółkę może z należytym skutkiem reprezentować każdy z członków zarządu we współdziałaniu z drugim członkiem zarządu, bądź z prokurentem. Statut JSW zawiera przy tym postanowienie, iż „zarząd spółki zobowiązany jest do współpracy z organizacjami związkowymi działającymi w przedsiębiorstwie spółki na zasadach określonych w ustawie o związkach zawodowych” (§ 12 ust. 2).

Nie zawsze prezes zarządu uczestniczy w rozmowach o spółce. Byłem przewodniczącym rady nadzorczej delegowanym do czasowego pełnienia funkcji prezesa zarządu. Spółka była w sytuacji trudniejszej, niż dzisiaj JSW. Opowiadałem się za jej likwidacją i wyprzedażą majątku, by zaspokoić wierzycieli, a pozostałymi środkami obdzielić akcjonariuszy. Stałem się wrogiem publicznym. Minister skarbu zwołał naradę w sprawie spółki, na którą zaprosił związkowców, lokalnych polityków i działaczy, pozostałych członków zarządu, akcjonariuszy, swojego hiszpańskiego doradcę, francuskiego dyrektora inwestycyjnego – wszystkich, oprócz mnie. Niczego nie uradzono, ostatecznie stanęło na moim.

Pytanie Czytelnika dotyczy kwestii, jak powinna postąpić rada nadzorcza? Powinna postąpić przyzwoicie. Rada może odwołać prezesa, lecz doskonale wie, że to niczego nie zmieni. Chyba, że na gorsze. Tu w rachubę wchodzi nie tylko interes spółki. Także interes Rzeczypospolitej. Kto tknie Zagórowskiego, wyrządzi szkodę publiczną.

Związki w firmie, pieniądze w czarnej dziurze

Współautorką wpisu jest Ewa Jakubczyk-Cały, biegły rewident, prezes PKF Consult

Zarząd powinien raportować koszty prowadzonej w spółce działalności związkowej. Rada nadzorcza powinna je oceniać, a biegły rewident uwzględniać w badaniu sprawozdań.

Spółki notowane na rynkach regulowanych konkurują na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest efektywność kosztowa, inną przejrzystość, istotny element budowania zaufania inwestorów. Linią przecięcia obu płaszczyzn jest lekceważona w Polsce kwestia kosztów działalności związków zawodowych w spółkach. Nie potrafimy ocenić, czy są to koszty wysokie, czy niskie, adekwatne do rozsądnie skalkulowanych potrzeb. Rozdęte czy zaniżone? Uzasadnione oczekiwanymi korzyściami społecznymi i ekonomicznymi, czy oderwane od tych oczekiwań? Nie potrafimy, ponieważ nie wiemy, ile spółki wydają na działające w nich organizacje związkowe i ich działaczy. Nie wiemy, ponieważ zarządy nie wyodrębniają tych wydatków w sprawozdaniach finansowych. Nie oceniają więc ich rady nadzorcze, nie badają biegli rewidenci.

POZOSTAJĄ DOMYSŁY. Informacje, jakie do nas docierają, są fragmentaryczne, chaotyczne i niezweryfikowane. Często pochodzą one ze źródeł nieujawnionych, tym samym niekoniecznie wiarygodnych. Niekiedy są wynikiem domysłów. Czytamy więc, że w spółce (najczęściej z udziałem Skarbu Państwa, bo taka często bywa środowiskiem sprzyjającym przerostom związkowym) działa kilkanaście, lub nawet więcej, związków. Kilkudziesięciu działaczy na etatach związkowych pobiera wysokie pensje. Zarząd przeznacza niemałe pieniądze akcjonariuszy na dofinansowanie udziału związkowców w demonstracjach, niekiedy burzliwych i wymierzonych bezpośrednio przeciwko niektórym spośród akcjonariuszy. Niemniej brakuje liczb, czyli konkretów.

BUTELKOWANA PROMOCJA. Trzeba było raportu NIK (2012 r.) z kontroli w Katowickim Holdingu Węglowym – jest to podmiot niepubliczny, bo z uwagi na marne wyniki nie kwalifikuje się na parkiet – byśmy poznali niektóre wydatki: 7 mln zł to oficjalny roczny koszt działalności związkowej w holdingu. 21 tys. zł to koszt wyprawy związkowców do Kambodży w niewiadomym celu, 440 tys. zł to koszt – uwaga! – „promocji” KWH podczas imprezy jednego ze związków, były to w znacznej mierze zamaskowane wydatki na alkohol.

W tym przypadku roztrwoniono pieniądze KHW i stojącego za nim Skarbu Państwa. W przypadku niektórych spółek notowanych na GPW, zwłaszcza tych z udziałem Skarbu Państwa, trwonione bywają pieniądze należące także do innych akcjonariuszy, którzy jednak nie mają dostępu do informacji, jakie nakłady ponosi spółka na utrzymanie związków zawodowych, jaka jest struktura tych nakładów i jak ocenia je rada nadzorcza (która zazwyczaj nie jest o nich informowana). Stosunki między zarządem spółki a działającymi w niej związkami to często szara strefa, przez którą płyną niemałe pieniądze, by zniknąć w czarnej dziurze.

POSTULOWANE KROKI. Szkodzi to nie tylko finansom spółek, przede wszystkim ich przejrzystości, od której zależy zaufanie pokładane w spółkach przez rynek, a w szerszej perspektywie – pokładane w polskim rynku przez międzynarodowych inwestorów. Zabiegamy o to zaufanie, ponieważ za nim idą inwestycje. Pozyskujemy je, ponieważ polski rynek kapitałowy dojrzewa, dorasta do światowych standardów. Tajność nakładów spółek na związki zawodowe, kwot zgoła bagatelnych z punktu widzenia makro, zaciemnia korzystny obraz polskiego rynku kapitałowego.

Naprawę tego stanu rzeczy warto rozpocząć od Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW, czyli przyjętych przez giełdę przy współudziale rynku wskazówek postępowania poddanych formule comply or explain: stosuj po dobroci lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz. Trwają właśnie prace nad nową redakcją Dobrych praktyk. Powinna znaleźć się wśród nich zasada, że zarząd spółki uwzględnia w sporządzanym przezeń dorocznym sprawozdaniu finansowym wysokość i strukturę nakładów na prowadzoną w spółce działalność związkową, a rada nadzorcza ocenia ich racjonalność. Sprawozdania podlegają badaniu przez biegłych rewidentów.

Gdyby formuła „stosuj lub wyjaśnij” nie okazała się dość skuteczna, należałoby rozważyć wprowadzenie przez Ministerstwo Finansów odpowiedniej regulacji do rozporządzenia o obowiązkach informacyjnych spółek notowanych na rynku regulowanym. Gdyby natomiast zaszła potrzeba objęcia taką regulacją także podmiotów nienotowanych, wymagałoby to dokonania kolejnej nowelizacji ustawy o rachunkowości, z czym wszakże radzimy zaczekać.

Artykuł ukazał się 7 kwietnia 2014 r. w dzienniku Rzeczpospolita.
Czytaj także: 2011.06.03 Niebezpieczne związki

Garbus pod parasolem [2005]

Ze składu rady nadzorczej można nieraz wyczytać, jakie są przewagi i niedostatki spółki.

Aferę Volkswagena należy rozpatrywać z właściwej perspektywy. Owszem, stwierdzono symptomy korupcji. Koncern zjednywał sobie życzliwość pracowników wybranych do rady nadzorczej fundując im rozpustne wycieczki do Brazylii (niem. Lustreisen). Zakładano fasadowe spółki, by za ich pośrednictwem czerpać korzyści z łapówek. Być może na jaw wyjdą jakieś machinacje polityczne. Lecz nawet stąd daleko do Enronu. Volkswagen nie został dotknięty megaskandalem księgowym, nie grozi mu upadłość. W USA upadło kilka spółek, wyparowały miliardy, ale podjęto kroki zmierzające – poprzez naprawę rynku – do zapobieżenia kolejnym megaskandalom. Tutaj niektóre aspekty afery mają wręcz charakter systemowy. Współwina ciąży bowiem na niemieckim porządku korporacyjnym. Są widoki na jego reformę. W Niemczech wkrótce dojdzie do wyborów. Kanwą kampanii będzie gospodarka. Jak ją pobudzić, jak zwiększyć konkurencyjność kraju? Afera Volkswagena zyskała taki rozgłos zapewne i z tego powodu, że w spółce, jak w soczewce, skupiły się problemy niemieckiej gospodarki. A także, niestety, polityki.

Rada nadzorcza Volkswagen AG reprezentuje wszystkie możliwe słabości. Przewodniczy jej Hon. Prof. Dr. techn. h.c. Dipl.-Ing. ETH Ferdinand K. Piëch. Pompatyczna tytulatura przemilcza fakt prozaiczny: Piech jest byłym prezesem zarządu. Niemiecka praktyka windowania zasłużonych prezesów do rad nadzorczych spółek, którymi poprzednio zarządzali, jest mocno dyskusyjna. Nie sprzyja ona zmianom, innowacjom, nie zachęca do refleksji nad strategią, sprzyja utrwalaniu stanu rzeczy. Polska przejęła od Niemiec nie tylko fundamenty prawa spółek, także niektóre złe nawyki korporacyjne, w tym zwyczaj powierzania byłym prezesom nadzoru nad następcami, którzy nierzadko powinni przedsięwziąć śmiałe reformy, ale są blokowani przez swoich poprzedników.

W radzie nadzorczej Volkswagena zasiada także dwóch ministrów Dolnej Saksonii – landu będącego znaczącym (ponad 18 proc. kapitału) inwestorem w spółce. Kiedyś z ramienia rządu krajowego był w radzie Gerhard Schroeder… To swoiste partnerstwo publiczno-prywatne skazane jest na wiekuiste trwanie, ponieważ w spółce obowiązuje voting cap na poziomie 20 procent kapitału. Gdyby któryś inwestor pozyskał większą pulę udziałów, nie mógłby wykonywać prawa głosu z nadwyżki ponad ów limit. Ma to przeciwdziałać przejęciu spółki. Lecz taki parasol ochronny tłumi konkurencyjność, zniechęca do inwestowania, stawia tamę napływowi kapitału. Niemcy, podobnie jak Francja, zamykają swoje rynki przed obcymi inwestycjami: Francja z powodów politycznych (jak gdyby przejście w obce ręce producenta farmaceutyków lub jogurtów godziło w rację stanu), Niemcy z powodów ideologicznych (lewica twierdzi, że obcy kapitał jest jak szarańcza, która zniszczy wszystko, co obsiądzie). Taka obłuda godzi w same podstawy Unii Europejskiej. Dlatego Unia prowadzi, jak zwykle ślamazarnie, postępowanie w sprawie ograniczeń wykonywania prawa głosu (voting caps).

Najliczniejszą grupa w radzie są związkowcy. O partycypacji pracowniczej w nadzorowaniu spółki (niem. Mitbestimmung) pisałem tu wielokrotnie. Dodać można jedynie, że temat nabiera znaczenia w toku kampanii wyborczej. Przybiera na znaczeniu pogląd, że pracownicy powinni współdecydować o warunkach pracy i polityce zatrudnienia, ale nie o strategii spółki. Brytyjski liberalny tygodnik The Economist zwraca uwagę, że lepiej byłoby pozwolić spółkom, by same określały skale reprezentacji pracowniczej. Podzielam to myślenie: cokolwiek na rynku można załatwić bez ustawy, na podstawie umowy społecznej – należy załatwiać bez ustawy.

Słyszy się też coraz częściej, że spółki powinny negocjować bezpośrednio ze swoimi pracownikami, z pominięciem upolitycznionych, zbiurokratyzowanych związków zawodowych. W radzie Volkswagena przeważają związkowi dygnitarze. W ten sposób znaczna większość w składzie rady to tzw. członkowie z ramienia, którzy nad dobro spółki przedkładają interes tego, kogo w radzie reprezentują, a przy okazji często i swój własny. Kapitał ma w radzie mniejszość. Jest on przy tym reprezentowany głównie przez przewodniczących rad nadzorczych innych niemieckich wielkich korporacji, najczęściej ich byłych prezesów. Sieć krzyżowych powiązań już przed laty oplotła niemiecką gospodarkę i nie sprzyja przejściu Niemiec na pozycje bardziej konkurencyjne. Stąd innowacyjna niegdyś spółka (któż nie pamięta słynnego garbusa, zgodnie ze swoją nazwą będącego samochodem dla ludu) ulega zwyrodnieniu, porasta garbem nadreprezentacji związkowej, chroni się pod parasol polityków, blokuje akcjonariuszom możliwość uczestniczenia w walnym zgromadzeniu wszystkimi posiadanymi akcjami. Warto wytężyć wzrok, czy na ścianie nie jawi się już złowrogie proroctwo…

Tekst ogłoszony 1 sierpnia 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2015.08.01 Żony, córki, matki, wnuk

Niebezpieczne związki [2005]

Największe szkody biznes ponosi na styku z polityką i związkami zawodowymi. To obszar niebezpieczny!

Niemiecki model corporate governance zakłada żywy udział pracowników w procesach sprawowania władztwa w spółkach. Tak zwane prawo współdecydowania (niem. Mitbestimmungsrecht) zostało przyznane pracownikom po drugiej wojnie światowej. Przesądziło o tym kilka względów. Na gruzach hitleryzmu w zachodnich Niemczech budowano gospodarkę wolnorynkową i demokratyczne społeczeństwo. Odbudowa zniszczonego kraju wymagała mobilizacji wszystkich zasobów i sił społeczeństwa. Służyć jej miała zasada solidaryzmu: szeroki udział pracowników w procesach zarządzania sprawami spółki czynił ich współodpowiedzialnymi za jej pomyślność. Przyjęto założenie, że kapitał może owocnie współpracować z siłą roboczą, reprezentowaną przez związki zawodowe. Dopóki niemiecka gospodarka rozwijała się nad podziw wartko, a niemieckie spółki osiągały imponujące wyniki – współdecydowanie pracownicze nie było kwestionowane.

Dzisiaj bywa, też z wielu powodów. Niemiecka gospodarka zwolniła. Traci konkurencyjność. Globalizacja wymusza większą dyscyplinę finansową. Współdecydowanie pracowników nie sprzyja struganiu kosztów. Sprawowanie nadzoru nad spółką wymaga coraz wyższej, specjalistycznej wiedzy, której przedstawiciele załóg nie posiadają. Za to często absorbują oni rady nadzorcze sprawami bliższymi walce klasowej niż nadzorowi korporacyjnemu. W spory o kształt współdecydowania wdali się politycy. Dla obu stron, tak chadecji, jak socjaldemokracji, jest to wrażliwa kwestia polityczna. Zwłaszcza w obliczu bliskich wyborów parlamentarnych.

W tej atmosferze, wręcz na zamówienie, wybucha afera Volkswagena. Ujawnił ją poważny dziennik monachijski Sueddeutsche Zeitung. Według jego źródeł, zarząd koncernu od wielu lat korumpował radę zakładową, by zapewnić sobie poparcie przedstawicieli załogi w spornych kwestiach. Od pikantnych szczegółów aż kręci się w głowie: członkowie rady zakładowej latają na urlopy do Brazylii firmowym odrzutowcem, korzystają z usług luksusowych prostytutek, pieniądze wyciekają z koncernu do lewych spółek. Prokuratura w Brunszwiku prowadzi śledztwo. Szef rady zakładowej i (z racji funkcji związkowej) członek rady nadzorczej koncernu Klaus Volkert ustąpił i unika dziennikarzy. Podobno na końcu tlącego się już lontu jest Peter Hartz: mniejsza, że szef kadr koncernu – ważniejsze, że kolega pogrążonego w kłopotach kanclerza Gerharda Schroedera, współautor kontrowersyjnego programu reformy rynku pracy SPD. Ot, polityka…

Brytyjczycy, którzy we współczesnej Europie najwyżej zadzierają teraz nosa, podpowiadają Niemcom, by wzięli się za reformy. W Wielkiej Brytanii przeprowadziła je z rozmachem Margaret Thatcher. Ujarzmiła ona związki zawodowe (musiała, bo stawały ponad prawem i wbrew społeczeństwu). Lecz oto w Wielkiej Brytanii w tym samym czasie wybuchła inna megaafera związkowa. Rząd (Department of Trade and Industry) przeznaczył 7 i pół miliarda GBP na odszkodowania dla górników cierpiących na choroby zawodowe. Znaczna część tych pieniędzy zniknęła w kieszeniach działaczy Związku Demokratycznych Górników (Union of Democratic Mineworkers), zrzeszającego raptem 1.332 członków. I tutaj prasa wylicza przykłady wydawania milionów na gorszące luksusy. Kiedy The Times wykrył ten korupcyjny proceder, związkowcy wynajęli do obrony swojej reputacji agencję public relations, którą niedawno podpierał swoje osławione „dobre imię” Michael Jackson…

Co łączy oba przypadki, niemiecki i brytyjski? Tylko ten pierwszy ma związek z porządkiem korporacyjnym. Natomiast w obu państwo przyznaje związkom zbyt dużą rolę w sprawach, którymi związki niekoniecznie powinny się zajmować. W Niemczech dopuszczono współdecydowanie przez związki o sprawach spółki, co skłania zarządy do korumpowania przedstawicieli załogi w radzie nadzorczej. W Wielkiej Brytanii przyznano działaczom związkowym wpływ na fundusz wyposażony w miliardy funtów szterlingów, co było zaproszeniem do korupcji.

W Polsce nie znam przypadków przekupywania członków rad nadzorczych z ramienia pracowników. Ani przypadków zagarniania wielkich pieniędzy publicznych przez przywódców związkowych lub firmy z ich otoczenia. Nie znaczy to, że wszystko jest w porządku. Polski model współdecydowania dopuszcza udział przedstawicieli pracowników w radach nadzorczych, a w pewnych przypadkach – także w zarządach spółek. Udział w radach nadzorczych jest, w moim przekonaniu, zrozumiały, niekiedy nawet korzystny; udział w zarządach jest tylko szkodliwy. Prowadzi on do rozkładu wspólnoty interesów, będącej podstawą spółki. Przykładem jest KGHM – spółka, na którą związki zawodowe (w każdym razie jeden z nich) wywierają destrukcyjny wpływ. Na domiar złego, wprowadzają one do spółki politykę. Biznes powinien trzymać się z daleka od związków i polityki.