Uwaga, oszustwo! [2006]

Odpowiedzialność za wykrywanie przestępstw na szkodę spółki spoczywa na zarządzie i radzie nadzorczej.

Sprawa przemknęła przez media i niemal natychmiast zgasła. Szkoda, bo na jej kanwie można sformułować kilka wniosków. W Libiążu pod Chrzanowem działa szwajcarska firma Thermoplast produkująca okna. Jej zarząd trapił się wysokimi kosztami produkcji. Wynajął więc detektywów, którzy incognito zatrudnili się w zakładzie. Wkrótce wykryli oni, że w fabryce prowadzono, na znaczną skalę, produkcję na lewo. Okna sprzedawano w całym kraju, za połowę ceny katalogowej. Straty sięgają milionów złotych.

Uczestnicy złodziejskiej szajki nazwali się „spółdzielnią”. Należeli do niej zarówno szeregowi pracownicy, jak członkowie kierownictwa firmy. Ważną rolę odegrał informatyk, który rozpracował sterujący produkcją niemiecki system komputerowy. Umożliwiło to fałszowanie danych i ukrywanie dodatkowych zleceń. Zdaniem policji, mózgiem operacji był prawnik, ponoć prawa ręka prezesa. Miał on dorobić się znacznego majątku. Lecz kiedy prezes, Austriak, zgłosił zamiar złożenia prywatnej wizyty na imieninach żony prawnika, tenże na ów czas przeprowadził się z luksusowego domu do mieszkania w bloku, by ukryć przed prezesem stan swojej zamożności. Policja przypuszcza, że proceder trwał od lat, zapewne co najmniej pięciu. Wcześniej prezesem był Arab, który dobrze władał polskim, a nadto – mieszkając na terenie zakładu – niemal go nie opuszczał. Zapewne pod jego okiem rozwijanie produkcji na lewo nie było możliwe.

Sprawa prosi się o kilka komentarzy. Zacznę od kwestii z pozoru wręcz błahej: prezesa obcokrajowca, który zapewne w Libiążu czuje się jak na Marsie. Nie zna języka, miejscowych zwyczajów, skłonności pracowników i mieszkańców. Polega przeto na współpracowniku, który go oszukuje. Iluż takich menedżerów – nieboraków zesłano do Polski, na poniewierkę? Znam wielu obcokrajowców, którzy świetnie orientują się w miejscowych realiach, a po polsku mówią znakomicie. Lecz znam i takich, którzy pośród nas przeżyli lat kilkanaście, a nie potrafią sklecić prostego zdania po polsku …

Drugą kwestią jest społeczna atmosfera, powszechnie sprzyjająca przestępczości. Ludzie i firmy kupują kradzione, bo tak wychodzi taniej. Chytrość nabywców napędza złodziejstwo. Sprzyja mu znieczulica. O działalności „spółdzielni” wiedziało całe miasto, nikt wszelako nie przyczynił się do jej zdemaskowania. Nasze społeczeństwo cechuje się zdumiewająco wysoką tolerancją względem przestępczości. Przejęliśmy mentalność grypsery. Także nikt z pracowników świadomych złodziejskiego procederu nie poinformował o nim prezesa. Nasz kodeks etyczny dopuszcza okradanie pracodawcy, kłamstwo, oszustwo, ściąganie na egzaminie. Nie dopuszcza natomiast demaskowania złodziei i oszustów. Kto stanie po stronie prawa, naraża się nierzadko na ostracyzm, na parzące miano kapusia.

Po trzecie, warto uświadomić sobie, że taka długotrwała, szeroko rozgałęziona działalność na szkodę firmy jest nie do pomyślenia w polskich instytucjach finansowych. Nie dlatego, byśmy ich personel importowali z odległych galaktyk. I nie dlatego też, że osoby zarządzające tymi instytucjami znają język polski i miejscowe realia (bo nie wszystkie znają). Natomiast mamy dobrze działający nadzór. Jak mało gdzie, na tym polu władztwo państwowe sprawowane jest należycie. Czy wobec tego burzyć istniejące struktury nadzoru, by w ich miejsce krzewić eksperyment?

Po czwarte, odpowiedzialność za wykrywanie nieprawidłowości spoczywa przede wszystkim na zarządzie. Nie może on oczekiwać, że zrobi to za niego biegły rewident; nie od tego jest. Niech zarząd wynajmuje detektywów, niech wprowadza procedury whistleblowing, a przede wszystkim niech nie zamyka się w zaciszu gabinetów. Trudniejsza sprawa, gdy zarząd sam uczestniczy w przestępstwie. Małoż to członków zarządów polskich spółek publicznych skazano, wyrzucono z pracy? Wobec tego współodpowiedzialność za porządek w spółce spoczywa na radzie nadzorczej.

Lecz bywa, że rada nadzorcza zbiera się tylko trzy razy do roku. Że obraduje w Warszawie, by oszczędzić jej członkom mitręgi związanej z podróżą do spółki. Że bazuje wyłącznie na kwitach skwapliwie podsuwanych jej przez zarząd. Że nie zna przedsiębiorstwa spółki, nie zna kadrowego zaplecza zarządu; że nikt z jej członków nie widział na oczy pracownika nadzorowanej spółki. Że nie wyłania ze swojego składu komisji do spraw audytu, nie współpracuje z biegłym rewidentem, najwyżej raz do roku odbywa z nim krótkie spotkanie. Że nie korzysta z ustawowego uprawnienia do żądania od pracowników spółki (także spoza zarządu) sprawozdań i wyjaśnień we wszystkich kwestiach związanych ze spółką i jej działalnością. Nie wspominając już o tym, że rada nadzorcza ma prawo żądania tych sprawozdań i wyjaśnień także poza plecami zarządu. Czego jednak najczęściej nie czyni…

Tekst ogłoszony 27 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Redakcja (od kilku tygodni nie byłem już naczelnym, tekst pochodził z zapasów) mylnie opatrzyła artykuł tytułem poprzedniego materiału. Tu przytaczam tytuł oryginalny.

Czytaj także:
2014.12.07 Trąd w parlamencie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *