Whistleblowing tworzy wartość [2003]

Standardem współczesnej kultury korporacyjnej jest ochrona pracownika ujawniającego nieprawidłowości.

Zarząd, kontrola wewnętrzna, rada nadzorcza, biegły rewident, akcjonariusze, aparat państwowy coraz śmielej wdzierający się do spółek, na koniec prasa… To wszystko nie wystarczy, by zapobiec nieprawidłowościom, nadużyciom, błędnym przedsięwzięciom, a nawet – by wykryć je w porę. Nierzadko pierwszy sygnał pochodzi od pracownika. Stąd udział pracowników w przeciwdziałaniu nieprawidłowościom jest nie do przecenienia. To ich inicjatywa i zaangażowanie ułatwią stworzenie systemu wczesnego ostrzegania. Dlatego we współczesnej kulturze korporacyjnej jest coraz więcej miejsca na zjawisko nazywane po angielsku „whistleblowing”.

Nie znalazło ono do tej pory swojego odpowiednika nie tylko w Polsce, lecz nawet w polszczyźnie. Whistleblower to dosłownie ten, kto dmie w gwizdek; w przenośni – ten, kto bije na trwogę w dzwony lub tarabany, lub uruchamia syrenę alarmową, by ujawnić nieprawidłowości. Wielki słownik angielsko–polski PWN i Oxford University Press pod hasłem whistle–blower (częściej spotykam się z łączną pisownią) podaje jedno słowo: informator, oraz dobry przykład: who was the whistle–blower on that tax dodge? (kto ujawnił to oszustwo podatkowe?). Przypuszczam, że w Polsce osoba ujawniająca kant, a nawet oszustwo podatkowe, zostanie obelżywie przezwana donosicielem. Chodzi mi po głowie myśl paskudna, że jest to jedna z różnic między nami a protestantami. My mamy źle pojętą lojalność szwoleżerów, oni mają kanony etyki korporacyjnej.

W anglosaskiej kulturze biznesu standardem jest obecnie ochrona pracownika ujawniającego informacje mogące służyć wykryciu oszustwa lub zwyczajnych nieprawidłowości. W 1998 r. Wielka Brytania przyjęła Public Interest Disclosure Act, dający informatorom daleko idącą ochronę. Prace nad podobnym rozwiązaniem prowadzone są m. in. w Holandii i Niemczech. W USA ochronę informatorów przewiduje Sarbanes–Oxley Act. W niektórych krajach spółki, antycypując wejście w życie stosownych przepisów, same przyjmują programy ochrony informatorów. Należyte traktowanie pracowników ujawniających nieprawidłowości jest ważnym elementem polityki rozpoznawania ryzyka. Stąd wprowadza się wewnętrzne zbiory zasad postępowania, zachęcające zespół do podnoszenia alarmu, ilekroć pracownik poweźmie podejrzenie malwersacji, zaboru mienia, korupcji, bądź kantu.

Towarzyszy temu przekonanie, że ochrona informatora to ostatnia już rubież obrony przeciwko nadużyciom. Martin de Pous z Caux Round Table – stowarzyszenia krzewiącego etykę biznesu – radzi, by spółka raczej cofnęła się o krok budując system organizacyjny oparty o wartości etyczne i moralne, co sprawi, że whistleblowing ostatecznie okaże się zbędny. Pozwoliłoby to zapobiec katastrofom Enronów i Aholdów (cytuję za CFO Europe). Enron został przywołany nie bez powodu. Alarm podniosła tam pracownica korporacji Sherron Watkins. Daremnie, jeżeli pominąć, że swoją postawą zasłużyła na tytuł Człowieka Roku 2002 tygodnika Time. Rok wcześniej, w sierpniu 2000 r. James Bingham z Xeroxa zadął w gwizdek, że jego spółka zawyża dochody. Miał rację. Został wylany.

Pod wpływem tych doświadczeń wpływowe pismo Fortune radziło menedżerom, by na użytek kontroli wewnętrznej korzystali z szeregowych pracowników. To oni, nie zarząd, rada, nawet akcjonariusze, najwięcej stracą na upadku spółki: miejsce pracy, środki w zakładowym funduszu emerytalnym, opcje na zakup akcji. Wobec tego właśnie pracownicy są najbardziej wyczuleni na niebezpieczeństwa zagrażające spółce. Ale jak przekonać menedżerów, że whistleblowing to nie rozrabiactwo, ani donosicielstwo, ale działalność kreująca wartość? Z własnych doświadczeń menedżerskich wiem, że gwizdek wcale nie zawsze bywa używany w dobrej wierze; że dmą w niego także nawiedzeni, świrusy i świnie.

Ostatnio w gwizdek zadął członek zarządu Totalizatora, który wcześniej złożył rezygnację. Jego zdaniem, w spółce źle się dzieje, przetarg został ewidentnie ustawiony, zapłacono majątek za jakąś bzdurną opinię, zakłada się fundację mającą służyć okradaniu spółki i jej właściciela, Skarbu Państwa. Nie wiem, czy to prawda, czy kalumnie; że Totalizatora w przeszłości oskubywano, dobitnie świadczy przypadek jednego z byłych prezesów, którego proces powinien nareszcie wejść na wokandę. Czytam jednak, że przez dwa miesiące rada nadzorcza zrobiła niewiele dla wyjaśnienia sprawy. Uważam to za skandal. Nic dziwnego, że ludność plotkuje, jakoby miejsca w radach były synekurami, obsiadanymi tylko przez kamratów aktualnego ministra. Wiem, że to bzdura; że w radach nadzorczych Skarb Państwa bywa reprezentowany przez korpus dobrych fachowców. Niemniej postawa członków rady nadzorczej Totalizatora zasługuje na napiętnowanie. Ta spółka nie ma szczęścia do nadzorców. Ta spółka nie ma także szczęścia do właściciela. Lecz to już inna historia…

Tekst został ogłoszony 19 maja 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

Zobacz także:
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2005.08.08 Między radą a spółką

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *