Wytykanie i zawstydzanie [2003]

Dawniej inwestorzy traktowali spółki w rękawiczkach. Dzisiaj wkładają je, gdy chcą udusić prezesa.

GlaxoSmithKline to potworek językowy wydestylowany z serii fuzji i przejęć. Pod tą firmą działa wielki koncern farmaceutyczny. O gigantach tej branży rzadko wspomina się dobrze, bo też i rzadko jest powód. W powszechnym przekonaniu postępują one arogancko, monopolizują rynki, zarabiają krocie, rozmijają się z etyką. Niekiedy trudno podeprzeć faktami co poważniejsze zarzuty, a wtedy biada faktom! Leki to sfera emocji, bez których opinia publiczna byłaby skazana na uwiąd.

Ostatnio o GlaxoSmithKline pisze się pozytywnie. Spółka dała światu dobry przykład. Otóż prezes Jean–Pierre Garnier zapragnął zmiany warunków płacowych, a akcjonariusze odmówili. Corporate governance często przegrywa bowiem z biernością akcjonariatu, jego apatią, niezdecydowaniem, niechęcią do współdziałania, lecz kiedy akcjonariat poczuje zapach pieniędzy, potrafi postąpić stanowczo. Chodzi nie o te pieniądze, które może pojawią się kiedyś, w nieodgadnionej przyszłości. Ponoć jeżeli spółka zaprowadzi porządek korporacyjny, cena jej akcji wzrośnie, ale nikt nie wie, kiedy. Strumienie takich odroczonych zysków nie rozpalą wyobraźni inwestorów. Doraźne uderzenie po kieszeni zaboli ich dotkliwie.

Chodzi nie tylko o wysokość płac zarządów, lecz przede wszystkim o wysokość odpraw, wszelkich ubocznych świadczeń, a także opcji na akcje. Szef GlaxoSmithCline oczekiwał (a komisja rady nadzorczej do spraw wynagrodzeń potulnie zalecała spełnienie tych oczekiwań) przyznania mu dwuletniego okresu wypowiedzenia i odprawy kosztującej spółkę 35,7 milionów dolarów. Komisja rady zalecała nadto, by Garniera oraz jego żonę potraktować jakby byli starsi o trzy lata, co wpłynęłoby korzystnie na ich emerytury. Od tego roku brytyjskie prawo wymaga, by walne zgromadzenie zajęło stanowisko wobec propozycji przedkładanych przez komisję do spraw wynagrodzeń. Co nie ma mocy wiążącej, lecz tworzy atmosferę. I walne zgromadzenie GSK odrzuciło rekomendacje komisji.

Od dawna wyrzeka się na wypełnione śmietanką miseczki ‘tłustych kotów’ – menedżerów suto opłacanych, skąpanych w przywilejach, dodatkowo karmionych opcjami. Kończyło się jednak na słowach. Istniała cicha umowa, że póki nie dzieje się w spółce nic gorszącego, wręcz skandalicznego, lepiej ustąpić przed rozbuchanymi żądaniami płacowymi menedżerów, niż ryzykować konflikt. Nie ma przecież narzędzi oceny jakości menedżerów. Opinię akcjonariatu na temat menedżerów z zasady kształtowali… inni menedżerowie. Dzisiaj rynek zaczyna nareszcie przemawiać głosem ludzi, którzy powierzyli funduszom inwestycyjnym i emerytalnym nie tylko swoje środki, ale w rzeczy samej – przyszłość swoją, a także następnych pokoleń. Właśnie dotarła do nich jakże bolesna prawda, że od wyników funduszy zależy jakość ich życia, nawet pomyślność społeczeństw, więc żądają od funduszy coraz więcej. Pod ich naciskiem fundusze wzmagają presję na spółki.

Fundusze zrazu działają dyskretnie. Próbują przeforsować swoje stanowisko po dobroci. Kolejnym krokiem jest przeciek do prasy, że fundusz koso przygląda się spółce, co już zachwieje kursem. Gdy i to nie pomaga, fundusze idą na udry z zarządem. Głos niektórych, jak amerykański Calpers albo brytyjski Hermes, rozchodzi się daleko. Spółki nieskore do należytego zachowywania się zostają poddawane polityce ‘naming & shaming’, wytykania i zawstydzania. Jest co wytykać.

Wspominałem niedawno (28 kwietnia), że Calpers wytyka i zawstydza powszechnie znaną spółkę – Xerox. Zarzut dotyczy złego zarządzania. Amerykańska komisja papierów wartościowych, SEC, zajmuje się tą spółką już od lat. Stwierdzono nieprawidłowości rachunkowe. Sześciu byłych menedżerów producenta kopiarek przystało na kosztowną dla nich ugodę. Zapłacą 22 miliony dolarów. Jeden z nich, Paul Allaire, był członkiem rad nadzorczych – cóż za uroczy zbieg okoliczności! – GlaxoSmithKline (gdzie tak nieudolnie pokierował komisją wynagrodzeń) i Lucent (gdzie przewodniczył komisji audytu i finansów). Uboczną dolegliwością jest dla niego pięcioletni zakaz członkostwa w radach spółek publicznych. Teraz zapłaci 6,8 mln, nareszcie ze swojej kieszeni.

Na rynkach wzbiera gniew akcjonariuszy. Inwestorzy instytucjonalni zręcznie kierują go przeciwko zwyrodniałym systemom opłacania menedżerów. Albowiem często nie liczy się wynik. Prezes dostaje miliony po prostu za to, że jest, a raczej – że raczy być. Wynagrodzenia kadry zarządzającej i nadzorczej stają się probierzem corporate governance. Świat zmierza ku jawności płac menedżerów, co przysłuży się temperowaniu ich nadmiernych apetytów. Akcjonariat pozostanie gniewny, aż znowu zacznie zarabiać, na co się chwilowo nie zanosi. Nastaje stosowna pora, by dobrać się do biegłych rewidentów. Jedna strona medalu to ograniczenie ich wynagrodzeń. Druga to zwiększenie ich odpowiedzialności. Każdy medal ma też trzecią stronę: kant.

Artykuł został ogłoszony 16 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.Wytłuszczenia współczesne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *