Wyższa szkoła demoralizacji

Kursy dla kandydatów do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa stały się narzędziem korupcji i wyższą szkołą powszechnej demoralizacji. Czas skończyć z tym procederem, wszak nie potrzeba tylu kandydatów, a ich wyszkolenie jest żałosne!

Telefonują do sekretariatu z pytaniami, kiedy Polski Instytut Dyrektorów organizuje najbliższy kurs dla kandydatów do rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Zagadują w przerwach podczas konferencji, dlaczego PID nie robi takich kursów. Z niedowierzaniem słuchają moich wyjaśnień, że takie kursy nie są już potrzebne, że nikomu niczego nie dają, że cofają polską transformację (skądinąd całkiem udaną) o co najmniej kilkanaście lat. Podpowiadają, że warto organizować kursy, może głupie, ale dochodowe, póki nie brakuje kandydatów pragnących zdobyć papierek będący przepustką do rad…

Niech interes kręci się beze mnie. Uruchomiono te kursy u zarania polskiej transformacji, gdy przedsiębiorstwa państwowe były taśmowo przekształcane w spółki i dramatycznie brakowało ludzi do pracy w radach nadzorczych. Kształcono ich pośpiesznie, wychodząc z założenia, że lepszy ktoś po łebkach przyuczony, jak działa spółka handlowa i czym jest rada nadzorcza, niż całkowity ignorant. Ale od tamtych czasów minęło blisko ćwierćwiecze, a egzaminy wieńczące owe pobieżne kursy zdało jakieś sto tysięcy osób. Ubyło za to spółek z udziałem Skarbu Państwa, więc czy istnieje potrzeba „kształcenia” kolejnych kandydatów? Dostrzega taką potrzebę Ministerstwo Skarbu Państwa, ponieważ jego urzędnicy są wykładowcami na tych kursach. Dostrzegają potrzebę kursanci, którym już obiecano powołanie do rady nadzorczej, gdy tylko doniosą papier. Dostrzegają ją organizatorzy kursów, ponieważ dobrze na nich zarabiają. Bywają nimi firmy szkolące też kelnerów, kierowców i spawaczy, a takze związki zawodowe. Jeszcze jesienią 2013 r. jeden z wielu podmiotów szkolących członków rad nadzorczych reklamował swoją ofertę obiecującym hasłem: „zdawalność ponad 95% za pierwszym podejściem”.

Skutki tego są katastrofalne. Co z punktu widzenia corporate governance jest najwyżej przedszkolem, z punktu widzenia demoralizacji publicznej jest szkołą wyższą. Albowiem społeczeństwo uwierzyło, że do pracy w radzie nadzorczej nie są potrzebne kwalifikacje, wystarczy 100 godzin byle kursu. Takiego, jak na kelnera. Wieńczy go jakiś sprawdzian, ale kto ma już obiecaną radę, ma także obiecane, że przecież zda egzamin. Nie potrzeba wiedzy, doświadczenia, wystarczą znajomości. Lub przynależność partyjna. Kursy dają zasłonę dla korupcyjnych praktyk rozdawnictwa synekur.

Wiadomo o tym od dawna. Już przed dziesięciu laty prof. Maciej Bałtowski alarmował, że „obsadzanie stanowisk w RN spółek Skarbu Państwa stało się od tej pory (czyli od pojawienia się rządu J. Buzka – przyp. ASN) podstawowym zadaniem szefów gabinetów politycznych kolejnych ministrów. Okazało się dobitnie, że państwo wykonuje swoje uprawnienia i powinności właścicielskie w sposób przypadkowy, a przy podejmowaniu decyzji właścicielskich, w szczególności przy obsadzaniu rad nadzorczych, przesłanki polityczne i towarzyskie stają się pierwszoplanowe”. Również ja nawoływałem „Czas skończyć z pobieżnymi kursami, a stanowiska w radach nadzorczych obsadzać w drodze konkursów”. I wyśmiewałem partię, która żądała od rządu, by – w trzy tygodnie! – skutecznie ochronił spółki przed wpływem polityków na obsadę stanowisk. Partia ta dzisiaj dzierży władzę i nie chroni spółek przed swoimi. Wielka szkoda.

Czytaj także:
2003.08.11 Więcej konkursów, mniej kursów!
2004.09.20 Od pomysłu do konkursu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *