Miesięczne archiwum: październik 2019

Jakie następstwa dla spółki i rynku spowodowałaby nacjonalizacja mBanku?

  • Gdyby udało się znacjonalizować mBank, doszłoby do zjawisk, które wystąpiły już w Pekao. Posady obsiądą swoi: zasłużeni dla PiS, ich dzieci i pocioty;
  • Na wezwanie szefa partii aktualnie przy władzy nowy prezes banku będzie biegał na Nowogrodzką, by kredytować Kacze Wieże albo przekopanie Małpiej Wyspy;
  • Pieniądze akcjonariuszy i depozytariuszy będą wspierać brudną energetykę, Redutę Kompromitacji, Fundację Antynarodową i inne szemrane instytucje;
  • Bank straci reputację i pieniądze, ucierpi także opinia o polskim rynku kapitałowym zdominowanym przez państwo wrogie prywatnej własności.

Nacjonalizacja mBanku spowodowałaby katastrofalne zderzenie kultur. Bank jest instytucją prywatną o bogatej tradycji, podmiotem wolnorynkowym wyróżniającym się inicjatywą. Państwo w jego dzisiejszej postaci jest tworem przeciwnym rynkowi, dąży do jego marginalizacji, stara się zdominować gospodarkę, nie rozumie prawideł ekonomii, działa nieracjonalnie, kieruje się partykularnym interesem partii będącej chwilowo przy władzy.

Już kiedyś doszło do zderzenia kultur. Bank, jeszcze pod firmą BRE, wespół z Bankiem Handlowym, przygotowały założenia fuzji mającej wzmocnić ich polskie pierwiastki. Plan pomyślany był rozsądnie, przygotowany perfekcyjnie, został na rynku powszechnie uznany jako obiecujący, ale nie zgodził się nań właściwy w tej materii minister Emil Wąsacz. Nie zgodził się, bo nie. Basta! Nie przypominam sobie żadnych sensownych argumentów.

Nie mam zamiaru idealizować mBanku. Wprawdzie ma on bogatą historię i nieprzebrane zasługi dla polskiej transformacji, niemniej ma także spory apetyt na ryzyko, czego dowodem portfel kredytów walutowych. Jako klient banku i domu maklerskiego, także marginalny akcjonariusz, nie mam powodów do pochwał. Przed laty współpracowałem z bankiem w programie NFI. Korzystałem z jego gościny organizując w nim czasem seminaria Polskiego Instytutu Dyrektorów. Gdyby bank szukał rzecznika, nie wybrałby mnie.

Pogrążony w kłopotach Commerzbank będzie chciał sprzedać udziały w mBanku. Nie widać w świecie chętnych do wejścia na rynek, na którym lokalne władze są niechętne własności prywatnej. Nie jest więc wykluczone, że stronami transakcji zostaną podmioty powiązane ze Skarbem Państwa.

Gdyby do tego doszło, zapewne jednym z pierwszych kroków nowego udziałowca byłaby wymiana kierownictwa banku. Niemcy z zarządu i rady nadzorczej złożą po transakcji rezygnacje. Prezes zarządu i przewodniczący rady nadzorczej są wprawdzie fachowcami i znają bank na wylot, lecz byliby przeszkodą dla skoku na pieniądze i posady. Ktokolwiek zostanie ministrem Skarbu Państwa (nawet Jacek Sasin), nie będzie dla nich partnerem. Doświadczenie uczy, że związani z państwem znaczący akcjonariusze bezceremonialnie przeprowadzają desant swoich na dobrze płatne stanowiska. Za kryteria awansu przyjmuje się związki rodzinne z osobami zasłużonymi dla efemerydy zwanej IV RP (w rozkładzie), bądź przydatność w pracy operacyjnej polegającej na utrzymaniu władzy tzw. Zjednoczonej Prawicy. Kompetencje synów, córek, żon itd. nie grają istotnej roli, nikt nie pyta o nie, nikt ich nie ustala. Obowiązuje tu formuła zawarta w skrzydlatych słowach min. Marka Suskiego: Liczy się znajomość programu PiS.

Wspomnianej Zjednoczonej Prawicy niełatwo będzie znaleźć kandydatów na obsadzane stanowiska. Niewiele tam cudownych dzieci. Ławka kandydatów jest pusta, wszystkich branych pod uwagę już obsadzono. Efekt zatrutej aury działa obecnie silniej niż przed czterema laty: przystając na ofertę pracy dla PiS trzeba się liczyć z tym, że to zaciąży na przyszłej karierze. Przykład radnego Kałuży, który zyskał krajową rozpoznawalność, może odstraszyć innych od wiązania się z formacją, która raczej wraca już z jarmarku, niż na ten jarmark zmierza.

Kadry będą zatem coraz słabsze. Pójdą za nimi słabsze wyniki, a także spadki kapitalizacji. Wejście państwa do Pekao i Aliora konsekwentnie odzwierciedlają notowania. Nominaci Prawa i Sprawiedliwości, prócz zarabiania godziwych pieniędzy, zajmą się gorliwie realizacją pomysłów rzucanych na wiatr przez partyjnych liderów. Bywają to pomysły zgoła nieprzemyślane, jak drony, promy, milion samochodów elektrycznych, ileś tam mieszkań, albo mocno ugruntowane w ideologii partii: rozwój górnictwa węglowego, energetyka węglowa, reindustrializacja, itp. Pociągnie to za sobą zmianę polityki kredytowej. Bank może być nakłaniany do kredytowania nieopłacalnych przedsięwzięć.

W mBanku zaszyte jest ogromne ryzyko dotyczące udzielonych kredytów walutowych. Kadra banku da sobie z tym radę, są to ludzie dobrze przygotowani do swoich obowiązków. Nominaci z zewnątrz mogą nie podołać wyzwaniom związanym z zarządzaniem ryzykiem. Akcje kredytowa na potrzeby reindustrializacji, gdyby została na banku wymuszona, może przynieść straty, a ponadto ograniczyć kredytowanie związanych z bankiem od lat przedsiębiorców i przedsiębiorstw.

Notowania mBanku nie zachwycają. Po silnym wejściu państwa do akcjonariatu należy się liczyć z ich znaczącym spadkiem. Przykładem Bank Pekao. Po przejęciu włoskich udziałów przez państwowe podmioty, proponowałem w tym miejscu sprzedaż ich przed giełdę. Przejmujący zarobiłby sporo, zarobiłaby giełda, zyskałby polski rynek, zyskaliby inwestorzy. Dzisiaj te udziału są warte znacznie mniej. Należy je traktować jak dobra martwej ręki: nie wejdą na rynek, póki rządzi PiS – zwolennik twardej własności państwowej, przeciwnik prywatyzacji, rzecznik dogmatu o wyższości gospodarki państwowej nad prywatną.

Czytam o planach przejęcia mBanku przez PZU i Alior. Gdyby taki pomysł narodził się rzeczywiście, nazwałbym go niedorzecznym. PZU już przystąpił do realizacji zadań politycznych nabywając pakiet akcji Aliora – dzisiaj są one warte ok. 1/3 zapłaconej ceny. Zakład ubezpieczeń musi starannie miarkować apetyt na ryzyko. W mBanku jest go wiele, obecne kierownictwo potrafi nim zarządzać, PZU ma odmienne standardy.

Natomiast Alior to bank osobliwy. Poważna spółka giełdowa nie traci w toku jednej sesji 15% kapitalizacji – chyba, że wybuchła wojna lub niebotyczny kryzys. Kurs Aliora jest w trendzie spadkowym od chwili nacjonalizacji udziałów banku. Do czego jest zdolny zarząd, dowiódł na przykładzie inwestycji w Ruch SA. Wcześniej Alior miał się łączyć z Bankiem Pekao, agencje prasowe zachłystywały się zgodą, jaką na fuzję banków miał wyrazić Jarosław Kaczyński. Nie sądziłem, że ten poseł zna się na bankowości, że do niego należą decyzje w przedmiocie łączenia się banków. Na szczęście do fuzji nie doszło.

Na koniec o giełdzie. Spółki ze znaczącym udziałem państwa w akcjonariacie nie pobudzają należycie rozwoju rynku kapitałowego. Najlepiej handlować dużymi spółkami prywatnymi wyróżniającymi się pod kątem corporate governance i pokaźnego free float, niepodatnymi na kaprysy polityki. Takich spółek w Warszawie ubywa. Nie chodzi o to, by państwo ogłaszało ambitne strategie rozwoju rynku kapitałowego, ale by w tym rozwoju jak najmniej przeszkadzało.

 

 

 

 

Różnorodność składu rad nadzorczych: postulaty, komplikacje i paradoks

  • Najlepszym sposobem na zdyskredytowanie słusznej idei jest doprowadzenie jej do absurdu. Wystarczy meritum sprawy zasłonić statystyką;
  • Przykładem jest słuszna idea kształtowania składu rad nadzorczych z uwzględnieniem należycie wykwalifikowanych kandydatur obu płci;
  • Uchwalane są już obowiązkowe kwoty udziału kobiet w radach, postulowane są kwoty udziału kobiet o różnych korzeniach etnicznych;
  • Kolejne kryteria różnorodności rad mnożone są bez umiaru, aż w końcu rady stracą możliwość efektywnego działania.

Mam w archiwum setki artykułów z branżowych pism i portali wykazujących nad wszelką wątpliwość, że różnorodność w składzie rad nadzorczych, względnie rad dyrektorów, służy interesom nadzorowanych spółek, ułatwia im osiągać dobre wyniki, wspiera ich reputację. Niektórym spośród tych tekstów brak należytej refleksji krytycznej, inne odzwierciedlają wyniki badań naukowych (albo „naukawych”), jeszcze inne podążają z nurtem rzekomej poprawności politycznej. Im więcej czytam na temat różnorodności w radach, tym więcej mam wątpliwości, czy droga, jaką zmierzamy, nie wiedzie na manowce.

PŁEĆ CZY KWALIFIKACJE? Odzew na hasło „Jak osiągnąć różnorodność w składzie rad?” brzmi jednoznacznie: „Więcej kobiet w radach!”. Prawda, że przez dziesięciolecia nie dostrzegano ich potencjału, rady (dyrektorów i nadzorcze) były środowiskiem starszych panów, o których pokpiwano, że nie nadążają za rzeczywistością, bywały obsiadane przez kolegów z jednego podwórka, z jednego rocznika studiów. Lecz od dwudziestu lat sytuacja ulega zmianom, na rynku jest coraz więcej doskonale przygotowanych kandydatek, trwają starania o zwiększenie udziału kobiet w radach, przyjmowane są procentowe kwoty ich obecności, ogłaszane są dane, ile kobiet zasiada w radach spółek danego indeksu, piętnowane są spółki bez kobiet w zarządzie lub radzie.

Płeć często bierze prymat nad wymogiem należytych kwalifikacji. Uważam, że gdyby pod uwagę brane były wyłącznie względy merytoryczne, rady byłyby silniejsze, a udział kobiet nie mniejszy. Lecz skoro nie dba się dość o kwalifikacje mężczyzn w radach, także od kobiet nie wymaga się ich należycie. Przeglądając składy polskich rad, trudno nie zwrócić uwagi na znaczną liczbę żon, matek lub córek głównych akcjonariuszy. Nie łudźmy się: do rad nie wyniosły ich kwalifikacje, lecz pospolity nepotyzm. Czy nie budzi wątpliwości żona prezesa zarządu jako przewodnicząca rady nadzorczej? To podejrzane zjawisko występuje nie tylko w Polsce. W Indiach, bardziej niż Polska dbałych o corporate governance, na wzrost liczby kobiet w radach zapracowały głównie żony i córki „patronów”, jak są tam nazywani dominujący akcjonariusze. Co więcej, pretendują one do miana niezależnych członków rad. Niełatwo walczyć z tym zjawiskiem, wszak analitycy i bystrzaki z agencji ratingowych nie zaglądają do wnętrza spółek, poprzestają na kłamliwej statystyce.

Dla mnie sprawa jest prosta: należy szeroko otworzyć stanowiska w radach nadzorczych, zarządach i na ich zapleczu, przed kobietami reprezentującymi należyte kwalifikacje. Burzmy szklane sufity rozpościerane ponad ich głowami. Zachęcajmy kobiety do podnoszenia umiejętności – oraz do starań o odpowiadające tym umiejętnościom wysokie stanowiska.

KOLOR SKÓRY. Lecz oto, obok kryterium płci, niekiedy otwarcie zamiast kryterium kwalifikacji, pojawia się kryterium koloru skóry kobiet. Nie dochodzą do mnie postulaty „Więcej kolorowych mężczyzn w radach!”, natomiast trudno nie dostrzec kampanii wspierających Women of Color (bez u, bo to po amerykańsku). Na przykład Thirty Percent Coalition, dążąca do obsadzenia kobietami 30% miejsc w radach spółek z indeksu S&P1500, zwraca uwagę, że jedynie 3,5% kobiet zasiadających obecnie w tych radach należy do grup etnicznych Afro Americans, Asian, Hispanic i Native Americans. W nadchodzących latach do tych grup będzie należeć większość mieszkanek USA, więc spółki bez nich w radach mogą stracić klientelę, nabywców itd. Dlatego należy sięgać po kandydatki do rad polecane przez Latino Corporate Directors Association lub Ascend, organizację zrzeszającą osoby pochodzenia azjatyckiego. Czyli chodzi o poprawność polityczną maskowaną interesem spółek, o nie o kwalifikacje…

INNE KRYTERIA RÓŻNORODNOŚCI. Prócz płci, a pośród kobiet także koloru skóry i pochodzenia etnicznego, wymieniane są także kolejne kryteria mające wykreować pożądaną różnorodność rad: doświadczenie zawodowe i życiowe, znajomość branż, niepełnosprawność, wiek, wykształcenie, pochodzenie społeczne, narodowość, ścieżki dotychczasowych karier, poglądy polityczne, cechy osobowości. Ogłaszane są statystyki wykazujące, że w radach brakuje osób reprezentujących którąś ze wspomnianych wyżej cech. Niewykluczone, że z czasem na każdą okoliczność zostaną wprowadzone kwoty.

OBCOKRAJOWCY. Wielokrotnie wskazywałem na pożytki, jakie do polskich zarządów i rad mogliby wnosić obcokrajowcy z bogatym doświadczeniem menedżerskim. Szanse na spełnienie mojej propozycji systematycznie maleją, Polska zatrzaskuje się przed światem, nikt dzisiaj nie wyobraża sobie udziału obcokrajowców w radach wielu spółek z udziałem Skarbu Państwa, zresztą ich doświadczenia byłyby mało przydatne, skoro skręcamy ku gospodarce centralnie planowanej, wyzwolonej spod wpływów wolnego rynku, zarządzanej – jak w PRL – przez nominatów partyjnych.

PARADOKS. Adrian Cadbury wskazywał, że nadzorowana spółka może odnieść niemałe korzyści dzięki radzie dyrektorów różnorodnej pod względem reprezentowanych w niej kultur, regionów geograficznych, umiejętności – lecz takiej radzie trudniej przewodniczyć, trudniej wydobyć wartość z zespołu tak barwnego. Na marginesie dodam, że kiedy różnorodność geograficzną zaleca Brytyjczyk pamiętający czasy świetności Imperium, znaczy to coś odmiennego, niż postulowana przez prowincjonalnego Polaka obecność obcokrajowca w zarządzie lub radzie nadzorczej lokalnej spółki.

Mnożenie kryteriów różnorodności doprowadzi w końcu do paraliżu rad. Ich skład będą komponować algorytmy. Lepiej niech same zajmą się nadzorem, bo my się pogubimy w gąszczu wymogów dotyczących różnorodności.

Czytaj także:

Wpisanie do wyszukiwarki bloga hasła kobiety spowoduje wyświetlenie kilkudziesięciu wcześniejszych wpisów o kobietach w radach, a wpisanie hasła różnorodność – kilkunastu kolejnych wpisów.

Gdy audytor wybiera klienta

  • Nie ma dymu bez ognia. W reakcji na serię skandali i powszechną krytykę brytyjscy audytorzy zaczynają przebierać w klientach;
  • Największe firmy, do tej pory zainteresowane zwiększaniem udziałów w rynku, rezygnują z badania sprawozdań najbardziej kłopotliwych spółek;
  • Wprawdzie selekcja klientów jest ważnym instrumentem zarządzania przez audytorów ryzykiem, ale zarazem rodzi ryzyko krytycznej reakcji rynku i mediów;
  • Nie wiemy jeszcze, jak nowa polityka wyboru klientów wpłynie na nadmiernie wygórowane ceny badania sprawozdań.

Tłusta Czwórka na odwyku! Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie czołowe firmy audytorskie zaczęły odchudzać portfele zleceń na badanie sprawozdań. Do tej pory dążący do zwiększenia udziałów w rynku, audytorzy nareszcie dostrzegli ryzyko płynące z wydawania kłopotliwym spółkom pozytywnych ocen. Przekonali się, że pobieżnie przeprowadzony audyt grozi przeoczeniem bardzo poważnych nieprawidłowości, co przecież zdarzało się często, ku oburzeniu opinii publicznej i surowym reakcjom nadzoru. Natomiast audyt wnikliwy, rzetelny, bywa mniej owocny finansowo. Dlatego wielkie firmy audytorskie wprowadzają selekcję klientów.

Przykład dały firmy najbardziej skompromitowane. Grant Thornton (na firmie ciąży skandal Patisserie Valerie) w ostatniej chwili odmawia badania sprawozdań Sports Direct, spółki pozbawionej corporate governance (w tym funkcji audytu wewnętrznego), rezygnując w wynagrodzenia rzędu 1,4 miliona funtów. KPMG, audytor skompromitowany nieoczekiwanym upadkiem Carilliona, wyrzuca z portfela zleceń najbardziej kontrowersyjnych klientów: firmę logistyczną Eddie Stobart i operatora telekomunikacyjnego Lycamobile. PwC wycofuje się z badania największego w Wielkiej Brytanii pośrednika na rynku pracy, Staffline.

Niewątpliwie filtrowanie klienteli jest ważnym instrumentem zarządzania ryzykiem firmy audytorskiej. Lepiej odmawiać usług spółkom budzącym wątpliwości, niż odmawiać wydania opinii po przeprowadzeniu pracochłonnego badania, lub wydać opinię fałszywą, pozytywnie oceniając spółkę na krótko przed jej spektakularnym upadkiem. Niemniej niektóre przypadki selekcji klientów budzą niepokój rynku: technologiczna spółka RNS została porzucona przez BDO bez należytych wyjaśnień. Stowarzyszenia akcjonariuszy ShareSoc (nie mylić z grami komputerowymi) i UKSA (nie mylić z brytyjską agencją kosmiczną) zwracają uwagę na potrzebę ujawniania powodów odstąpienia od badania sprawozdań.

Ostrożność audytorów bywa uzasadniana wysokimi sankcjami wymierzanymi za błędy w badaniu sprawozdań. PwC stoi przed groźbą kary w wysokości nawet 10 milionów GBP za udział w aferze British Home Stores, firmie wymierzono także karę w kwocie 4,7 miliona GBP za audyt Redcentric (usługi IT); ponadto sankcjami objęto dwóch partnerów. KPMG ukarano kwotą 5 milionów GBP (ostatecznie karę zmniejszono do 3,5 miliona GBP) za niestaranne badania brytyjskiej odnogi BNY Mellon, a także kwotą 6 mln GBP za przypadek Equity Syndicate Management. Nadzór surowo napomniał Deloitte i partnera firmy karząc ją kwotą 4,2 miliona GBP (pierwotnie 6,65 miliona) za skandalicznie niedoróbki w badaniu spółki outsourcingowej Serco Geografix.

Brytyjska spółka Deloitte budzi krytyczne zainteresowanie także z innego powodu. 31 maja, jako pierwsza z Tłustej Czwórki, ogłosiła roczne sprawozdanie. Wykazało ono rekordowy przychód w wysokości 3,97 miliarda funtów szterlingów (są w tej sumie przychody Deloitte ze Szwajcarii). Złożyły się na to m. in. działy audytu (582 mln), konsultingu (952 mln) oraz doradztwa prawnego i podatkowego (682 mln). Audyt i doradztwa napędzają się wzajemnie, przysparzając spółkom audytorskim klientelę i przychody. Firma zatrudnia 19 000 pracowników, ma 1070 partnerów, z czego 699 to equity partners uczestniczący w zyskach, pozostali to salaried partners wynagradzani pensjami. Ci pierwsi otrzymują do podziału 617 mln funtów, co daje rekordową przeciętną ponad 882 tysięcy funtów. Krytyczny odbiór spółki przez rynek, media, opinię publiczną nie wpływa przeto na dochody jej partnerów.

Podział spółek audytorskich, rozdzielenie audytu od doradztwa, budzi opór zainteresowanych, niemniej jest konieczny. Projekty nowych regulacji dojrzewają, lecz są odwlekane, podobnie jak powołanie Audit, Reporting and Governance Authority, nowego organu nadzoru mającego zastąpić zasłużoną Financial Reporting Council. Wypada czekać, aż opadnie kurz bitewny po wydarzeniach prowadzących do katastrofy brexitu.

Tekst ogłoszony 21 września 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIER

 

 

 

Dlaczego “Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

  • Rynek jest żywiołem, którego nie można wziąć w karby, narzucać mu decyzji politycznych, wymuszać na nim procesy korzystne dla rządzących;
  • Rynek ma charakter twórczy, kreuje wartości materialne i niematerialne pobudzając rozwój gospodarczy;
  • Im mniej dotkliwa jest obecność państwa w gospodarce, im bardziej roztropne regulacje, tym bardziej korzystne warunki inwestowania na rynku;
  • Rynek rozwija się dzięki silnej własności prywatnej, preferencje dla własności państwa dotkliwie ograniczają swobodną przedsiębiorczość.

Stawką w wyborach jest nie tylko demokracja, także rynek, przedsiębiorczość, inwestycje. Partia nosząca nazwę „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, nie rozumie natury przedsiębiorczości, nie sprzyja inwestycjom zagranicznym. Dyskurs publiczny pomija te kwestie, toczy się głownie wokół wydarzeń politycznych, lekceważy sprawy gospodarki, zwłaszcza coraz trudniejsze problemy rynku kapitałowego. A ten więdnie, nie rozwija się, ubywa na nim spółek i pieniędzy, ubywa poszanowania dla zasad corporate governance, bez których kapitał nie napłynie.

Polska transformacja gospodarcza wiele zawdzięcza prywatyzacji niektórych składników majątku państwowego. Objęła ona głównie udziały w przedsiębiorstwach państwowych przekształconych w spółki handlowe. Prywatyzowano ostrożnie i odpłatnie. Ostrożność polegała na udostępnieniu zaledwie części udziałów w większych spółkach wprowadzanych na giełdę; jeszcze po latach Skarb Państwa jest w wielu z nich największym akcjonariuszem. Odpłatność, nie zawsze pełna, co było zrozumiałe w świetle okoliczności, była zaprzeczeniem powszechnego rozdawnictwa, którym objęto uprawnionych pracowników. Czarna propaganda o „złodziejskiej prywatyzacji” wyraża nie tylko brak zrozumienia realiów rynku, także – przede wszystkim – złą wolę, zaślepienie.

Rzecz charakterystyczna: o rzekomo złodziejskim charakterze prywatyzacji głośno mówią na przykład panowie Kaczyński i Jędraszewski – reprezentanci środowisk, które najwięcej uwłaszczyły się na państwowym majątku: Porozumienia Centrum sięgającego po składniki RSW Prasa Książka Ruch (z niego wylęgła się partia „Prawo i Sprawiedliwość”), oraz kościoła rzymsko-katolickiego sięgającego z rozmachem po dobra różnorodne i wszelakie. Przeto prywatyzacja byłaby naganna wtedy, gdy nie ubogaca wspomnianych podmiotów

Z czasem prywatyzacja gasła nie dlatego, że już „nie było czego prywatyzować”, jak głosili politycy różnych orientacji, lecz dlatego, że brakło odwagi stawiania czoło potrzebom rynku kapitałowego i gospodarki w ogóle. Wybitny liberał, gorzko doświadczony posługą w polskim banku należącym podówczas do obcego inwestora, rzucił hasło „udomowienia banków”. Wspomniany bank został z czasem „udomowiony” pod rządami PiS. Dla porządku zaproponowałem sprzedanie udziałów państwa w tym banku przez giełdę, można było uzyskać za nie znacznie więcej, niż wyniosły koszty ich nabycia. Propozycja była nierealna, partii rządzącej chodziło nie o zysk wcale, ale o schronienie dla swoich protegowanych obejmujących, często bez należytych kompetencji, wysoko opłacane stanowiska. Dzisiaj kapitalizacja banku jest znacznie niższa niż w chwili przejęcia, ale za to bank jest polski, narodowy, tromtadrata.

Przyczyną, dla której „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, jest przekonanie kierownictwa partii o wyższości własności państwowej nad prywatną. Własność  państwowa czyni partię rządzącą gospodarzem wielu tysięcy posad dla swoich popleczników, oraz dysponentem środków spółek z udziałem państwa na cele polityczne, choćby gospodarczo niedorzeczne, jak Polska Fundacja Narodowa. Własnością państwową można dowolnie sterować, łączyć Orlen z Lotosem i na dodatek z Ruchem, łączyć studia filmowe, by je tym sposobem upaństwowić, łączyć Bank Pekao z Aliorem (taki był zamiar prezesa PiS), aż w rozpaczy zakpiłem, że jeszcze połączą LOT ze spółkami górniczymi, a samoloty przerobią na węgiel.

W notowanych na GPW spółkach z udziałem państwa (mylnie nazywanych przez media „spółkami Skarbu Państwa”) są wprawdzie także inni akcjonariusze, krajowi i zagraniczni, instytucjonalni i prywatni, niekiedy reprezentują oni łącznie przewagę udziałów, czyniąc Skarb Państwa akcjonariuszem mniejszościowym, lecz ich głos „i tak nic nie znaczy”, zły wspólnik ich lekceważy, zniechęca do współwłasności, narusza ich interesy i dobre obyczaje. Nie widzę powodu, by Skarb Państwa korzystał w spółkach ze swoim udziałem z przywilejów nieproporcjonalnych do jego współwłasności, gdyż ze współwłasności tej korzysta niezgodnie z interesami i owych spółek, i ich pozostałych akcjonariuszy.

Konsekwentnie upominam się o dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Przygotowałem pierwszy projekt dobrych praktyk (2001), opracowałem podręczniki stosowania kolejnych edycji dobrych praktyk (2008, 2016), starałem się inspirować rynek w kierunku poszanowania dobrych praktyk. Lecz często słyszą argument, że nie rozumiem specyfiki spółek z udziałem Skarbu Państwa, dla których dobre praktyki są nazbyt wymagające. Oraz że dobrze byłoby opracować odrębny zbiór dobrych praktyk dla spółek z udziałem państwa, któremu trzeba pozwolić na więcej. Odpowiadam na to, że jeżeli dobre praktyki są dla państwa krępujące, niewygodne – niech sprzeda ono swoje udziały w spółkach notowanych, co wyjdzie tym spółkom na dobre. Lub niech ogłosi wezwania na akcje owych spółek, skupi je i wycofa z giełdy, niech z czasem upadną w ciszy. Ewentualnie niech państwo otworzy osobną giełdę dla spółek ze swoim udziałem. Wtedy liderzy partii rządzącej będą mogli nawet wyznaczać kursy walorów spółek, jeżeli dowiedzą się, co to akcja, kwotowanie itd.

Można naśmiewać się z polityka usiłującego rządzić państwem w XXI wieku, który nie odróżnia akcji od obligacji. Lecz PiS nie dlatego nie lubi rynku, że go nie rozumie. Nie lubi rynku, bo wie, że rynek jest żywiołem swobody, którym politycy nie zdołają bez reszty zawładnąć. Z tego wynika dążenie ku minimalizacji rynku kapitałowego, ku systematycznemu osłabianiu giełdy, do skierowaniu jej do handlu innymi walorami, niż papiery spółek. Akcjonariuszy ubywa, więc ich potencjał wyborczy jest w sumie niewielki, niestety. Szkoda: nie tak miało być!

Jak nowojorską Nieustraszoną Dziewczynkę zamieszano w gorszący konflikt

  • Posążek Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) zdobył w mgnieniu oka fenomenalny rozgłos stając się jednym z symboli XXI stulecia;
  • Jego powstaniu przyświecały światłe i szlachetne zamiary promocji kobiet na rynkach kapitałowych oraz spółek zarządzanych przez kobiety;
  • Nie wystarczą dobre chęci, ogromne pieniądze globalnego funduszu i doświadczenie szanowanej firmy reklamowej: sukces został okupiony katastrofą wizerunkową;
  • Płynącą z dzieła twórczą inspirację przesłonił fatalny konflikt między rzeźbiarką a mecenasem przedsięwzięcia, a na procesie skorzystali tylko prawnicy obu stron.  

Tam, gdzie Broadway rozpoczyna swój szlak biegnący na przełaj przez Manhattan, na placyku Bowling Green nazwanym na wyrost parkiem, w 1989 roku posadowiono słynny postument Szarżującego Byka (Charging Bull). Naprzeciw niego, w wyzywającej go pozie, stanęła w 2017 r., statuetka łobuzerskiej Nieustraszonej Dziewczynki (Fearless Girl) z rękoma wspartymi na biodrach. Ogromne wrażenie wywołał kontrast między obu figurami: pędzący kolos waży 3200 ton, mierzy 3,4 m wysokości i rozciąga się na blisko 5 m, Dziewczynka mierzy ok. 1,25 m, ale nie cofa się przed nacierająca bestią, demonstruje gotowość stawienia jej czoła.

Obie rzeźby mają swoje historię. Obie związane są przecież z nowojorskim rynkiem kapitałowym, gdzie często dzieją się niezwykłe wydarzenia. Szarżujący Byk wstąpił na Dolny Manhattan po wielkim kryzysie giełdowym u schyłku lat osiemdziesiątych ub. stulenia. Twórcą jest Alfredo di Modica, który wpierw ustawił dzieło na Wall Street (stąd nazwa Toro di Wall Street), gdzie rzeźbę skonfiskowano jako nielegalną ingerencję w substancję miejską. Gdy byka ułaskawiono, wskazano mu kwaterę na Bowling Green. Stał się jednym z symboli miasta, wyrazem przekonania, że giełda jeszcze nieraz popędzi jak szalona, nie zważając na wszelkie trudności.

Szarżujący Byk to pomnik optymizmu. Nieustraszona Dziewczynka to pomnik feminizmu. Figurkę postawiono na placyku pod osłoną nocy z 7 na 8 marca 2017 r., nie bez związku z Międzynarodowym Dniem Kobiet, ale przede wszystkim – w rocznicę powstania SHE Fund (SPDR SSGA Gender Diversity Index ETF), prowadzonego przez State Street Global Advisors funduszu inwestującego w spółki zarządzane lub współzarządzane przez kobiety. State Street GA to jeden z trzech największych na świecie potentatów zarządzania funduszami. Pragnąc zwrócić uwagę na SHE Fund i swoją politykę wspierania udziału kobiet w radach dyrektorów oraz zasypywania przepaści między wynagrodzeniami mężczyzn i kobiet, fundusz zamówił, za pośrednictwem wielkiej agencji reklamowej McCann New York,  figurkę Nieustraszonej, podobno wydając na to 250 tysięcy USD.

W sprawozdaniu agencji wyliczono, że przy projekcie działało kilkadziesiąt osób (oni potrafią zatrudnić dwadzieścia siedem osób do nakręcenia budzika). Dopiero na końcu tej litanii pojawiło się nazwisko Kristen Visbal, artystki rzeźbiarki, która… Właśnie, jaka naprawdę była jej rola?

Nieustraszona Dziewczynka zrobiła ogromną furorę. Wspomnianej nocy wyładowano ją z samochodu około północy, instalowanie potrwało do świtu, kiedy zaczęto robić sobie selfie z figurką. Wybuchła sensacja, już pierwszego dnia Nieustraszona podbiła media społecznościowe, zyskała miliony wzmianek, fotek, polubień. Niebawem obwołano ja symbolem XXI stulecia. Oraz inspiracją dla dążeń o rzeczywiste równouprawnienie kobiet, ich przywództwo w spółkach, udział w radach dyrektorów, sprawiedliwe płace. Aspiracje ku temu wzbierały latami, teraz przerwały niewidoczną tamę, rozlały się po rynku.

State Street Global Advisors to gigantyczna firma, o której mało kto wie. Nieustraszoną uznano za świetny znak rozpoznawczy. Rozgłos wokół rzeźby pomógł jej patronowi wyciszyć wzburzenie społeczne wywołane dochodzeniem dotyczącym kontrowersyjnej polityki płacowej SSGA względem kobiet i mniejszości. Spółka zapłaciła ponad 300 pracownikom 5 milionów USD, by ich uciszyć i przezwyciężyć kryzys. Odkryto, że figurka ma nieprzeciętną wartość marketingową.

Lecz sławą Nieustraszonej przyszło dzielić się z rzeźbiarką. Fundusz, który nieoczekiwanie wstąpił w rolę mecenasa sztuki, sprzeciwiał się produkcji i wprowadzaniu na rynek niezliczonych kopii i miniatur najsłynniejszej rzeźby naszych czasów. Kiedy doszło do procesu o prawa do figurki, fundusz twierdził, że on jest autorem koncepcji słynnego dzieła, a Visbal została wynajęta do prac wykończeniowych. Artystka twierdziła natomiast, że pomnik stworzyła samodzielnie, ma do niego określone prawa, State Street je kwestionuje, dopuszcza się działania wbrew umowie, usiłuje pozbawić ją możliwości reprodukowania figurki. SSGA replikuje, że chodzi mu jedynie o zapobieżenie sprzedawania kopii dzieła „nieuprawnionym nabywcom”. Agencja reklamowa wspiera swojego klienta dowodząc, że Visbal została wynajęta dopiero kilka tygodni przed odsłonięciem pomnika, więc jej rola była mniej istotna: ot, miała przekształcić model z gliny w odlew w brązie.

Innym powodem do kłótni było wykorzystanie przez rzeźbiarkę repliki Nieustraszonej na 2019 Women’s March w Los Angeles. Takie imprezy nie leżą w centrum zainteresowania instytucji finansowych. Zamiast wzmacniać chwałę bostońskiego funduszu, elektryzująca społeczeństwo rzeźba działa jako manifest praw kobiet. Sąd uwzględnił wiele argumentów Visbal, niemniej kontrowersje nie ustają.

Obraził się twórca Szarżującego Byka. Ponoć Nieustraszona zgasiła dynamikę jego dzieła. Ktoś twierdził, że Dziewczynka nadaje się najwyżej do reklamy hamburgerów. Ktoś dostawił do niej figurkę sikającego psa. Dziewczynkę przeniesiono na Wall Street, przed siedzibę nowojorskiej giełdy, gdzie nadal budzi sensację. Awantura o prawa autorskie i pieniądze zapewne zaciążyła na jej magii. Szkoda. Ale Gender Diversity Goals pozostają wyzwaniem dla wszystkich rynków kapitałowych.

Zdjęcie Bowling Green z domeny publicznej