Miesięczne archiwum: Listopad 2019

Zero tolerancji dla amorów!

  • Zapowiedź

    Odwołując znienacka, z soboty na niedzielę, prezesa globalnej korporacji, rada dyrektorów nie postawiła mu konkretnych zarzutów;

  • Niemniej powszechnie wiadomo, że poszło o naruszenie etyki korporacyjnej, która nie dopuszcza osobistych relacji menedżerów z podwładnymi;
  • Odwołany „w żadnym trybie” CEO stracił wprawdzie posadę, ale zachował wszelkie bonusy i tytuły do przyszłych wynagrodzeń;
  • Szef McDonald’s Corp. jest kolejnym z łańcuszka amerykańskich prezesów opuszczających posadę z powodu amorów z podwładnymi.

Nie było gwałtu ni usiłowania, wymuszonego seksu, niechcianych zalotów. Nie było zazdrosnej żony tłukącej rywalkę parasolką. Relacja była dobrowolna. Niemniej naruszony został standard korporacyjnej etyki McDonald’s, więc musiał opuścić stanowisko zasłużony CEO Steve Easterbrook. Ponieważ spółka nie sprecyzowała przyczyny (cause) odejścia CEO, zachowuje on bogate uprawnienia w postaci opcji, premii i bonusów. Nie każdy romantyczny amerykański prezes został tak hojnie potraktowany.

Przypadków odwołania lub rezygnacji prezesów amerykańskich gigantów z uwagi na relacje z podwładnymi jest wiele. W czerwcu 2018 r. z takiego powodu opuścił stanowisko szef Intel Corp. Brian Krzanich. Christopher Kubasik nawet nie zdążył objąć powierzonej mu prezesury Lockheed Martin (2012). Marc Hurd musiał opuścić stanowisko szefa Hewlett Packard (2010), Steven Heyer fotel CEO Starwood Hotels (2007), a Harry Stonecipher prezesurę Boeinga (2005). Niektórzy z nich stracili spore pieniądze. Można stwierdzić, że obecnie w USA niedopuszczalne są wszelkie relacje osobiste menedżerów z podwładnymi – nawet niewymuszone, manifestacyjnie dobrowolne, oparte na uczuciach. Wiele wskazuje, że ten standard etyki korporacyjnej utrwalił się już w praktyce.

Odchodząc ze stanowisk, prezesi amoroso zazwyczaj tracili sporo. Natomiast Easterbrook zachował zapracowane już akcje i prawa do realizacji opcji. Łącznie jego rozłożone w czasie benefity oszacowano na ponad 60 milionów USD. Wywołało to ekscytację mediów. I oburzyło Nell Minow, wpływową ekspertkę corporate governance, która dopatruje się podwójnych standardów: oto CEO zachowuje uprawnienia, a menedżer na niższym stanowisku zostałby w podobnej sytuacji wyprowadzony z firmy pod eskortą z osobistymi rzeczami spakowanymi pośpiesznie do pudełka po butach (w Polsce pakuje się do większych pudeł). Lecz w tym przypadku nie doszło do sytuacji nazywanej sexual harassment, relacja miała charakter niezaprzeczalnie dobrowolny (consensual), co zmniejszyło szkody reputacyjne spółki.

Przy tym Easterbrook wniósł do McDonald’s Corp. niezaprzeczalne wartości. Brytyjczyk, już w wieku 29 lat kierował operacjami firmy w Wielkiej Brytanii. Rok później objął nadzór nad 1800 restauracjami McDonald’s w Europie Północnej. Z firmy odszedł na krótko w 2011 r. obejmując prezesurę Pizza Express i Wagamama, by w 2013 podjąć pracę w centrali McDonald’s w Chicago. Prezesem został w 2015 r., pod jego kierownictwem firma rozwijała się, jej kapitalizacja rosła. Na marginesie można odnotować, że jest rozwiedziony, a z małżeństwa ma trzy córki. Easterbrook jest członkiem rady dyrektorów Walmart; Catalyst – organizacja dbała o warunki pracy kobiet – przyznała mu tytuł CEO Champion for Change.

Stanowisko Easterbrooka objął jego współpracownik Chris Kempczinski. W centrali firmy panuje spory ruch. Ostatnio, prócz prezesa, odeszli z jej C-Suite: Chief Marketing Officer Silvia Lagnado i Chief Communication Officer Robert Gibbs, a nazajutrz po prezesie „opuścił spółkę” (departed the company – to sformułowanie nieodparcie sugeruje, że nie chodzi o rezygnację) Chief People Officer David Fairhurst. Zapewne nie poznamy tła tych spraw.

Easterbrook został objęty dwuletnim zakazem pracy w licznych wymienionych firmach (m.in. Wendy’s, Burger King, Jamba Juice, Quiznas, Costa) oraz pięcioletnim zakazem wypowiadania się na temat McDonald’s Corp. w mediach, mediach społecznościowych, wywiadach, książkach itd. Jednak zapewne niebawem usłyszymy o jego nowym stanowisku.

Tekst ogłoszony 18 listopada 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Wielka Brytania: bezpieczna przystań dla brudnych pieniędzy

Założenie spółki przez internet trwa 24 godziny i kosztuje 12 GBP. Nie ma potrzeby uwidoczniania w rejestrze piastunów spółki. Należy ujawnić PSC: person with significant control, czyli osobę sprawującą znaczny wpływ na spółkę. W Wołominie nazywa się ją słupem, reszta działa tak samo.

  • Wielka Brytania stopniowo urzeczywistnia zamiar zbudowania modelowego systemu corporate governance. Właśnie przyjęła nowy Stewardship Code;
  • Zarazem ta sama Brytania zbudowała najbezpieczniejszy schron dla brudnych fortun lokowanych tam przez dyktatorów, złodziei i aferzystów;
  • Niełatwo pojąć kraj, w którym współistnieją obok siebie dobre praktyki, wysokie standardy, przejrzyste zasady – i instrumenty wspierania szemranych interesów;
  • Brexit uwieńczy starania brytyjskiej klasy próżniaczej i światowych aferzystów, by mroczne interesy i fortuny przesłonić gęstą kurtyną, a za nią prosperować.

Kiedy premier Johnson obiecał w Izbie Gmin, że po wyjściu z Unii Wielka Brytania będzie rozwijać stosunki z przyjaciółmi z całego świata, pomyślałem: Współczesna Wielka Brytania nie ma prawdziwych przyjaciół – chyba, że wśród złodziei.

Kraj stał się rajem dla bogaczy, skorumpowanych dyktatorów i międzynarodowych krętaczy. Oraz prowadzoną na przemysłową skalę pralnią kradzionych pieniędzy. Oferuje aferzystom i złodziejom bezpieczny dostęp do kosmicznie drogich luksusów, manifestacyjnych oznak prestiżu, wykwintnego stylu życia. Można tam kupić i nieprawdopodobnie drogi samochód, i członkostwo elitarnego klubu dżentelmenów, a także, wraz z posiadłością ziemską, przynależny do niej tytuł arystokratyczny. Można tam poczuć się lepszym, ale trzeba mieć na to pieniądze. Niekoniecznie uczciwie zarobione.

PRALNIA, CZYLI LAUNDROMAT. W październiku 2019 r. wiarygodna organizacja pozarządowa Transparency International UK ogłosiła raport przedstawiający Zjednoczone Królestwo jako wartki kanał przepływu brudnych pieniędzy świata na drogie nieruchomości, wykwintną biżuterię, luksusowe jachty, prywatne odrzutowce, czesne w prywatnych szkołach dających paszport do elit. Poprzez firmy rachunkowe, banki i kancelarie prawne do Wielkiej Brytanii, bezpiecznego schronu dla owoców korupcji, napłynęło ponad 300 miliardów funtów.

Operacje prania pieniędzy i czyszczenia reputacji ich posiadaczy prowadzone są zręcznie przez firmy inkorporowane w Wielkiej Brytanii i powiązanych z nią rajach podatkowych. Znaczna część środków należy, pośrednio lub bezpośrednio, do skorumpowanych piastunów władzy wykorzystujących publiczne pieniądze dla osobistych korzyści. Wśród brytyjskich podmiotów uczestniczących w tych praktykach Transparency International zidentyfikowała 86 instytucji finansowych, 81 kancelarii prawnych i 62 biura rachunkowe. W procesach zamiany tego, co ukradzione, na to, co pożądane, uczestniczą (świadomie lub nie) prawnicy, handlarze nieruchomości, architekci, dekoratorzy wnętrz, prywatne szkoły i uniwersytety, agencje PR, kluby sportowe.

Raport TI wspomina o 421 świetnych posiadłościach o wartości ok. 5 miliardów GBP nabytych za pieniądze z ukrytą przeszłością. Lecz nie wszystko udało się odsłonić: w Anglii i Walii aż 87 tysięcy posiadłości należy do spółek zarejestrowanych w jurysdykcjach chroniących anonimowość posiadaczy.

RZĄD, KTÓRY JEST ZAKAŁĄ. Pranie pieniędzy to proceder wyrafinowany, nietrudny do wykrycia i zagrożony surowymi karami. Owszem, lecz w Wielkiej Brytanii jest inaczej. Gdybym miał brudne pieniądze (lecz nie mam nawet czystych), prałbym je w tylko Londynie. Stamtąd najłatwiej wprowadzać środki do światowego obiegu finansowego. Pieniądz raz do niego wpompowany odtąd może już bezkarnie krążyć jako wolny, czysty, przyzwoity. Klientem brytyjskich pralni bywał Paul Manafort, niesławnej pamięci szef kampanii Donalda Trumpa, był Wiktor Janukowycz, a poprzez Lantana Trade LLP z Harrow ślady wiodą hen, wyżej kremlowskich wież… Nie wspomina się o tym w parlamencie, nie poruszają tematu premierzy i ich ministrowie. Zjednoczone Królestwo milczy i korzysta.

W Wielkiej Brytanii miano pracza zdobył HSBC czyszcząc środki południowoamerykańskich karteli narkotykowych. Został za to ukarany w USA grzywną w wysokości 1,9 mld USD, niemniej wyszedł na swoje. Ale za środki wyprane w estońskiej filii Danske Banku (przepłynęło tamtędy ok. 200 mld eur, w ogromnej większości z Rosji) można byłoby kupić cały HSBC, a za resztę jeszcze Danske Bank, acz taki zakup odradzam. Whistleblower Howard Wilkinson, który wykrył estoński mechanizm, stwierdził przed Parlamentem Europejskim, że winne były także rządy, a wśród nich zakałą jest brytyjski.

INSTRUKCJA PRANIA. The Guardian opracował instrukcję prania pieniędzy. Należy unikać gotówki. Zostawia ślad! Gdyby sumy wyprane w Tallinie gromadzić w najwyższym nominale, ważyłyby 400 ton. Pieniądz elektroniczny nie ma wagi; czytam, że cały internet świata waży 50 gramów. Należy także unikać podejrzanych rajów podatkowych, gdzie plaże pławią się w słońcu, a ludzie nikną w cieniu. Afera Panama Papers uczy, ze należy unikać papieru. Wreszcie należy unikać rachunku bankowego na imię i nazwisko posiadacza. Lepiej skorzystać ze spółek – wydmuszek.

Zachęca do tego brytyjski rejestr handlowy, Companies House, szeroko otwarty dla internautów. Założenie spółki przez internet trwa 24 godziny i kosztuje 12 GBP. Nie ma potrzeby uwidoczniania w rejestrze piastunów spółki. Należy ujawnić PSC: person with significant control, czyli osobę sprawującą znaczny wpływ na spółkę. W Wołominie nazywa się ją słupem, reszta działa tak samo. Można rejestrować spółkę na rzeczywistą postać, jak belgijski dentysta z książki telefonicznej, ale dla bezpieczeństwa lepiej popełnić literówkę w nazwisku, bądź użyć liter nieznanych miejscowemu alfabetowi. Polecam wobec tego nazwiska Żołędź, Banaś, Łóńć itp. Komentator Guardiana tropiąc słupa nazwanego Xxx Stalin (miał być nim Francuz ze wschodniego Londynu) wykrył fantom kontrolujący 6 tysięcy podmiotów. Odkrył także legiony niemowląt, nawet płodów dopiero poczętych. A dwumiesięczna dziewczynka zdążyła nie tylko wyjść za mąż  (figuruje jako Mrs), lecz i założyć spółkę, której statut wskazuje ją jako osobę uprawnioną do powołania lub odwołania, osobiście lub przez pełnomocnika, większości zarządzających.

Kto nie ma poczucia humoru, kłamie sprytniej. Wymyśli spółkę o elegancko brzmiącej firmie, jak Mount & Royal Investment Co. Ltd, zależną od pozornie wiarygodnej globalnej korporacji. Warto oświadczyć, że księgi zostały zbadane przez audytora, najlepiej nieistniejącego, bo ci istniejący to już całkiem stracili wiarygodność. Kto otrzymuję propozycje biznesowe z Nigerii, być może figuruje także w Companies House. Wpisów jest tyle milionów, że nikt się w tym nie połapie. Nie sprawdza się ich, ponieważ – jak ujawnił właściwy minister – byłoby to kosztowne.

Dlatego brudne pieniądze są prane. Szkody wywołane przez oszustwa vatowskie wycenia się na miliard funtów szterlingów rocznie. Łączne koszty oszustw szacowane są na 190 mld GBP. Lecz widać korzyści są wyższe, skoro państwo szeroko zamyka oczy.

ROZMACH ZAKUPÓW. Jak wydawać, to tylko w Londynie. Kupując u Cartiera brylantowy naszyjnik za milion funtów szterlingów. Zamawiając bentleya bentayga za 220 tysięcy GBP. Żakiecik ze skóry krokodyla z takąż torebką w komplecie za 50 690 funtów (tylko u Harrodsa!). Lożę na stadionie piłkarskim Stamford Bridge (kibice wiedzą, do kogo należy klub rozgrywający tam mecze) za 126 tysięcy funtów. Nieczynne lądowisko dla poduszkowców w hrabstwie Kent za 34 827 funtów; aż prosi się, by na kanwie tej transakcji osnuć intrygę powieści szpiegowskiej z wątkiem politycznym…

Bentley należy do syna Vlada Fileta, b. premiera Mołdawii odsiadującego tam wyrok 9 lat za „kradzież stulecia”. Chłopak studiuje w City University of London, za tysiąc funtów dziennie wynajmuje penthouse w Chelsea, a St Tropez pija szampana Dom Pérignon przez plastikową słomkę. Prostak.

Zamira Hadżijewa, żona uwięzionego w Azerbejdżanie za oszustwa „tłustego kota międzynarodowej bankowości”, ma w Zjednoczonym Królestwie dwie posiadłości szacowane na 22 miliony funtów, odrzutowiec Gulfstream, pole golfowe w Ascot, plus 4 tysiące funtów dziennie na zakupy u Harrodsa.

W następstwie skandalu Panama Papers nowojorscy policjanci seryjnie zakuwali w kajdanki oszustów podatkowych, Niemcy oddelegowali do sprawy 81 prokuratorów, Hiszpanie dopadli Lionela Messi i Christiano Ronaldo, Pakistańczycy uwięzili premiera na 10 lat. Brytyjczycy aresztowali raptem 4 osoby. Transagraniczni milionerzy wciąż są tam nietykalni.

Przepływem ich pieniędzy do Wielkiej Brytanii steruje ok. 17 tysięcy wydmuszek, z czego 1455 ma rejestrową siedzibę w niepozornym biurze nad barem w Birmingham. Lecz bywa, że w pranie pieniędzy angażują się znane podmioty. Odział EY w Dubaju nie tylko nie zgłosił podejrzanych transakcji złotem, nawet sfałszował raport kryjący proceder przejmowania pieniędzy handlarzy narkotyków, by kupować za nie na czarnym rynku złoto; do rafinerii Kaloti przerzucono 3,6 tony kruszcu. Owszem, aresztowano 27 członków gangu, ale we Francji.

TROJKA W GALOPIE. Ślady brudnych pieniędzy czytelnie prowadzą do Rosji. Prowadzą przez Estonię, Łotwę, Litwę, Finlandię, Austrię, Niemcy – a wraz z nimi przez cały już świat. Do Wielkiej Brytanii przepłynęło co najmniej 3 i pół miliarda funtów. Wielu ekspertów uważa, że wymieniona tu kwota to jedynie „wierzchołek góry lodowej”. Proceder nazwano Trojką (lub Troika Laundromat) od nazwy rosyjskiego banku Troika Dialog, którego – rzecz jasna – już nie ma. Banki uwikłane w pranie pieniędzy zostały pozamykane, ale pieniądze wyprane przy ich udziale mają się wyśmienicie.

Brytyjskie zaprzeczenia w sprawie hurtowego prania rosyjskich pieniędzy są równie wiarygodne, co rosyjskie zaprzeczenia w sprawie trucia szpiegów. Prano nie tylko poprzez nieszczęsny Danske Bank z Estonii. Inne państwa bałtyckie nie pozostały w tyle. Bardzo aktywny był litewski bank Ukio (zamknięty w lutym 2013 r.), który obsłużył 1,3 miliona transakcji pralniczych z udziałem ok. 238 tysięcy klientów. Kanałami Ukio przepłynęło ok. 230 tysięcy USD z afery Magnickiego (który aferę wykrył i za to stracił życie). Uwikłany w proceder łotewski ABLV Bank zamknięto dopiero w 2018 r. Przez fiński Nordea Bank wyprano ok. 700 milionów eur. Śledztwami w tej sprawie objęto austriacki Raiffeisen Bank International i Raiffeisen Zentralbank Österreich. Pełnej roli Deutsche Banku nie udało się dotąd ogarnąć.

Transakcje przeprowadzano metodą „na rympał”. Dobierano niewiarygodne słupy, fałszowano ich podpisy. Na przykład Ormianin Armen Ustian miał udzielić panamskiej spółce Dino Capital pożyczki w kwocie 40 tysięcy USD. Kiedy dziennikarze dotarli do niego, okazało się, że mieszka na armeńskiej prowincji z żoną i rodzicami w nieopalanym mieszkaniu, a do Moskwy, owszem, jeździ, lecz nie w interesach, a za pracą na budowach.

GET BREXIT DONE! Nikt nie wie, ile wypranych pieniędzy zostało obróconych na wsparcie Brexitu. Albowiem nic tak nie uwiera praczy, jak Unia Europejska i przynależność do niej Zjednoczonego Królestwa sympatycznie wyrozumiałego dla napływu pieniędzy na Wyspy. Dlatego o wyjście Wielkiej Brytanii z UE najbardziej gorliwie zabiega Rosja i jej protegowani. Londongrad, jak Rosjanie nazywają Londyn, czeka na ich pieniądze.

Tekst ogłoszony 9 listopada w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET.

 

 

 

Polowanie na Huntera, czyli…

…międzykontynentalna intryga polityczna, wybory w USA, korupcja na Ukrainie, strategiczne paliwo, konflikt interesów, whistleblowing, szantaż, niejasne płatności, ornamentariusze w radzie dyrektorów – tematów wystarczyłoby na kilka sensacyjnych scenariuszy.

  • Czy prezydentowi Stanów Zjednoczonych grozi złożenie z urzędu za szantażowanie Ukrainy?
  • Czy Hunter Biden, syn b. wiceprezydenta USA i pretendenta do prezydentury w wyborach 2020, jest niewinną ofiarą intrygi?
  • Czy wiceprezydent Joe Biden interweniował w Kijowie w sprawach spółki powiązanej z synem?
  • Czy ukraińska spółka wypłacała członkom rady dyrektorów wynagrodzenia za pracę dla spółki, czy za wpływy?

Łowcą jest Donald Trump. Obiektem polowania jest Hunter Biden. W istocie chodzi o to, by trafić jego ojca i wyeliminować go z wyborów prezydenckich w USA w 2020 roku. Joe Biden przez dwie kadencje pełnił urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych (2009-2017), obecnie jest bodaj najpoważniejszym pretendentem do nominacji Partii Demokratycznej i do Białego Domu. Rzecz w tym, że sprawa może wypalić w odwrotnym kierunku i ugodzić zawziętego myśliwego.

Hunter Biden, lat 49, jest prawnikiem i lobbystą. W latach 2014-2019 „zasiadał” w radzie dyrektorów ukraińskiej spółki paliwowej Burisma Holdings Ltd. Słowo „zasiadał” ująłem w cudzysłów, ponieważ w sprawach spółki Hunter na Ukrainie nigdy się nie pojawił, nie brał udziału w posiedzeniach rady, a został do niej powołany z uwagi na wpływy i nazwisko. Co nie oznacza, by naruszył prawo, ukraińskie czy amerykańskie. Twierdzi się, że świadczył spółce porady dotyczące kwestii prawnych, finansów i strategii. Mogło być takich spraw wiele, spółka została zawiązana przez oligarchę o kwestionowanej reputacji, który z czasem popadł w niełaskę.

Można przyjąć, że Hunter Biden pełnił w Burismie rolę ornamentariusza. Agencja Reuters donosi: „Mówi się, że jego obecność w radzie nie uchroniła spółki przed najpoważniejszym z zagrożeń: serią śledztw wszczętych przez władze Ukrainy przeciwko właścicielowi, Mykole Zloczewskiemu, multimilionerowi i byłemu ministrowi środowiska i zasobów naturalnych. Zarzuty dotyczyły przestępstw podatkowych, prania pieniędzy i przyznania Burismie licencji w czasie, gdy Zloczewski był ministrem”.

Lecz warto wziąć pod uwagę, że spółka zajmowała się międzynarodowym obrotem paliwem strategicznym, czyli gazem; że eksportowała go na zachód; że potrzebowała wiedzy o realiach polityki międzynarodowej – przeto angażowała do rady dyrektorów nie ekspertów corporate governance, ale doświadczonych polityków. Należał do nich Aleksander Kwaśniewski, rozumiejący dobrze Wschód i Zachód. Od Bidena Juniora nie oczekiwano staranności wynikającej z zawodowego charakteru jego działalności. W tym kontekście blednie wymowa moich pouczeń o time commitment członków rad, obowiązku uczestniczenia w posiedzeniach, odpowiedzialności za nienależyte wywiązywanie się z obowiązków…

Trump obawia się kandydatury Bidena Seniora. To polityk z krwi i kości, zanim został 47. wiceprezydentem przez 26 lat reprezentował w Senacie stan Delaware. Zna wszystkich, jest popularny. Trump, prostak, obrzucił arystokratę Kongresu epitetami i próbował zmontować intrygę, jakoby Hunter był na Ukrainie zamieszany w ciemne interesy, wobec czego jego prominentny ojciec wykorzystał stanowisko i wymusił dymisję prokuratora generalnego Szokina (skorumpowanego nawet ponad miejscowe zwyczaje!). W ten sposób Hunter, zapewne incydentalny uczestnik wydarzeń, stałby się demonem z opowieści, w której jest wszystko, co trzeba: międzykontynentalna intryga polityczna, wybory w USA, korupcja na Ukrainie, strategiczne paliwo, konflikt interesów, whistleblowing, szantaż, niejasne płatności, ornamentariusze w radzie dyrektorów – tematów wystarczyłoby na kilka sensacyjnych scenariuszy.

Nie kryję sympatii dla demaskatorów (whistleblowerów), którzy z drugiego lub trzeciego planu ślą na jaw informacje o niegodziwych postępkach. Dzięki nim świat poznał prawdę, że Trump osobiście, oraz jego prawnik Rudy Giuliani, naciskali na młodego prezydenta Ukrainy, by uprzykrzył życie Hunterowi, szkodząc zarazem ojcu uwikłanemu w konflikt interesów. Stany Zjednoczone mogą przecież wstrzymać pomoc wojskową dla dotkniętej wojną Ukrainy. Ten szantaż to niegodziwość, dlatego Demokraci w Izbie Reprezentantów wszczynają procedurę impeachment, która – za zgodą Senatu – może doprowadzić do złożenia prezydenta z urzędu.

Bidenowie utrzymują, że Hunter nie informował ojca o sprawach Burismy, a wiceprezydent nie interweniował w sprawie syna. Większość daje im wiarę, a zarzuty Trumpa uważa za brednie. Ciekaw jestem rozwoju wydarzeń.

Tekst ogłoszony 2 listopada 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Upadek olbrzyma zbyt wielkiego by upaść, czyli o skandalu Thomas Cook Group plc

  • Brytyjskie spółki upadają znienacka, w atmosferze skandalu: do listy obejmującej m.in. British Home Stores, Carilliona, Patisserie Valerie, dołączył Thomas Cook;
  • Ta znana i lubiana firma miała za sobą 178 lat działalności, legendę historycznego tour-operatora Imperium Brytyjskiego, globalny zasięg działalności;
  • Upadek Thomas Cook Group Plc dotknął setek tysięcy podróżnych, 22 tysiące osób straciło pracę, zagrożony został byt kontrahentów i kooperantów, a straty finansowe są wciąż niepoliczone;
  • Krąg winnych katastrofy obejmuje bezdyskusyjnie kierownictwo spółki, ale nadto rząd Wielkiej Brytanii. Tradycyjnie wini się audytorów i standardy rachunkowości.  

U schyłku lata nieszczęście spotkało 600 tysięcy turystów. Od wielu z nich zażądano natychmiastowych wpłat należności za pobyt w hotelu, niektórych z hoteli wyrzucono. Rząd stanął przed trudnym zadaniem szybkiego sprowadzenia do kraju 150 tysięcy Brytyjczyków. Była to największa operacja tego typu w czasie pokoju, jej skalę porównywano do dramatycznej ewakuacji wojsk z Dunkierki w 1940 r. Dochodziło do udarów i zawałów, w łeb wzięły marzenia o wakacjach i plany osobiste. Podróżni znaleźli się w kłopotach, kontrahenci ponieśli znaczące straty, dotknęły one też państwo. Wprawdzie część spadnie na ubezpieczycieli, lecz w końcu dotkną one społeczeństwo. Wstępnie szacuje się koszty upadku turystycznego imperium na 500 milionów GBP. Jak do tego doszło?

Kierownictwo bankruta wykazało znaczną pomysłowość w wynajdywaniu usprawiedliwień. Zawinić miała pogoda, w dodatku ubiegłoroczna: lato 2018 roku było na Wyspach upalne, co miało skłonić wielu Brytyjczyków do spędzenia urlopu w kraju. Ponoć liczyli oni na dobrą pogodę także w tym roku, wobec czego ponownie spadło zainteresowanie zagranicznymi podróżami z Thomas Cook Group. Winna jest także Turcja, tradycyjnie ulubiony kierunek wyjazdów wakacyjnych, gdyż polityczna atmosfera w tym kraju miała zniechęcać Wyspiarzy do podróży. Winien jest złowrogi brexit, ponieważ niepewność co do jego terminu i następstw dezorganizuje społeczeństwu plany. Winne są banki, które (słusznie!) odmówiły ratunku tak zasłużonej i lubianej firmie. Winna jest zła koniunktura, skandale korporacyjne, mnożące się upadłości, spadek inwestycji i produkcji, kryzys zaufania w lepszą przyszłość. Jakże w obliczu tylu przeciwności rozwijać turystykę?

Było inaczej. Winę za katastrofę spółki ponoszą jej dyrektorzy. Nie cechowała ich chciwość, ale niekompetencja. W ostatnich latach wykazali oni porażającą krótkowzroczność. Zlekceważyli rosnące zadłużenie skutkujące ogromnymi odsetkami. Spółce zabrakło trzeźwej, konserwatywnej rachunkowości. Firma o imponującym rodowodzie nie była przygotowana na realia XXI wieku. Mnożono wydatki „nadzwyczajne”. Przed dziesięcioma laty Thomas Cook taśmowo skupował mniejsze i chwiejne firmy turystyczne. Były to brick-and-mortar stores: tradycyjne sklepy z wycieczkami sprzedające ofertę z wystaw przy ulicach handlowych, obywające się bez internetu. Takie nabytki obciążały spółkę, nie napędzały obrotu. Tylko na Wyspach zatrudniano 9 tysięcy pracowników, 30 września nie wypłacono im już wynagrodzeń.

Wynagrodzenia kadry nie były skorelowane z wynikami. Jeszcze w maju 2018 r. kapitalizacja spółki oscylowała wokół 2 miliardów funtów, pomimo mizernego (9 milionów) zysku w roku obrachunkowym zamkniętym we wrześniu 2017 r. Rok później sprawozdanie wykazało stratę w kwocie 163 milionów funtów. Następne półrocze przyniosło katastrofalną stratę ok. 1,5 miliarda funtów. Ostatecznie w Czarnej Dziurze zniknęło 3,1 mld GBP.

Los spółki podzielił jej przewoźnik, Thomas Cook Airlines. Samoloty pozostały na obcych lotniskach, pilotów i załogi sprowadzano wraz z pasażerami.

Akcjonariusze przyczynili się walnie do upadku spółki. Gdy ona flirtowała z katastrofą, oni radośnie uchwalali bonusy dla dyrektorów. Także dla non-executives. W 2018 r. przewodniczący rady dyrektorów otrzymał 307 tysięcy funtów, jej członkowie od 60 do 106 tysięcy. Podliczono, że kierownictwo upadłej spółki „w ostatnich latach” zarobiło 47 milionów funtów. Prezes zarządu Peter Fankhauser zarabiał miliony: w 2015 roku 4,3 mln funtów, w 2016 „tylko” 1,2 mln, w 2017 1,8 mln, w fatalnym 2018 1 mln GBP. Kolejni dyrektorzy finansowi pobierali zbliżone kwoty. Od 2010 r., w czasach niskich stóp procentowych, spółka zapłaciła 1,2 miliarda funtów odsetek. W tym czasie zadłużenie rosło, dlaczego nie starano się go zredukować? Kapitalizacja spółki spadła o 95 proc. Co robił komitet audytu? Czym zajmowała się rada dyrektorów? Za co płacono wynagrodzenia?

Lecz proszę nie zaciskać zębów w złości: część wynagrodzeń wypłacano w akcjach, okazały się one całkiem bezwartościowe, nawet nie można palić nimi w kominkach. Powinni wziąć to pod uwagę politycy, którzy w ferworze populistycznych przemówień orzekają o moralnej odpowiedzialności dyrektorów skutkującej obowiązkiem zwrotu niezasłużonych, niesłusznych bonusów (clawback). Bardziej racjonalny jest postulat dyskwalifikacji dyrektorów, pozbawienia ich – na określony czas – prawa członkostwa w radach. Niestety, politycy unikają dyskwalifikacji.

Rząd Zjednoczonego Królestwa także nie jest bez winy. Nikt nie podnosi zarzutu, że nie dofinansowano spółki, nieudolnie przecież zarządzanej, lekkomyślnie zadłużanej. Upadek Thomas Cook Group Plc zawiniony był przez samą spółkę źle strzeżoną przez akcjonariuszy, ale można było podjąć kroki ku ograniczeniu jego fatalnych skutków. Zabrakło chęci, a także koordynacji działań odpowiedzialnych agend. Zaważyły na tym kłótnie dotyczące brexitu. Boris Johnson podniósł, że inwestowanie przez rząd w spółkę byłoby oznaką braku odpowiedzialności (moral hazard): w odpowiedzi związek transportowców nazwał go premierem-zombie, kierującym kohortą niemoralnych i nieudolnych ministrów. Może trafnie.

Chociaż rząd od miesięcy wiedział, lub wiedzieć powinien, o nadciągającej upadłości spółki i jej wielorakich konsekwencjach – Andrea Leadsom, stojąca na czele Ministerstwa Gospodarki, Energii i Strategii Przemysłu (BEIS) nie interesowała się próbami uniknięcia przez spółkę upadłości i rozpaczliwymi dążeniami do nawiązania z nią kontaktu. Do spotkania nie doszło. Inny minister wygłosił płomienne przemówienie będące powtórzeniem mowy wygłoszonej przez kolejnego ministra po poprzedniej katastrofie dotykającej Brytyjczyków porzuconych poza granicami, mianowicie po upadku w 2017 r. spółki Monarch Airlines – i tylko odpowiednio zmienił liczby porzuconych turystów. Recykling cudzych przemówień świadczy, na co stać polityków.

Tamten przypadek nagłej ewakuacji tysięcy podróżnych powinien dać asumpt do wprowadzenia procedur repatriacji obywateli pozostających poza krajem, a także dotyczących przejrzystości finansów linii lotniczych. Poprzestano na słowach. Niemniej należy uznać sprawność działania Ministerstwa Transportu. Jego agenda, Civil Aviation Authority, wzorowo przeprowadziła operację sprowadzania do kraju z kilku kontynentów 150 tysięcy brytyjskich turystów. W toku trzech pierwszych dni przetransportowano z 30 destynacji 46 tysięcy pasażerów. Koszty tej operacji wyniosły ok. 100 milionów funtów szterlingów, kosztów poniesionych przez wpędzonych w kłopoty turystów wyliczyć się już nie da.

Losem Thomasa Cooka zajmują się też parlamentarzyści. Odbędą się przesłuchania, padną ostre słowa. Tak było po kilku głośnych katastrofach korporacyjnych. Nic istotnego z tego nie wynikło.

Ruth Morse z Halewesan wykupiła u Cooka organizację wesela na Cyprze: transport i zakwaterowanie gości, lokal, tort, dekoracje. Sama wzięła na siebie jedynie wybór pana młodego. Wydarzenie zaplanowano na 8 października. Daremnie wyczekiwała wiadomości od upadłej firmy. Takie przypadki trafiły na pierwsze strony popularnych gazet.

Nieopisane wciąż straty ponieśli kontrahenci. Na samej Krecie spółka zatrudniała 1000 osób. Korzystała z ponad połowy spośród 20 tysięcy tamtejszych hoteli, wysyłając do nich corocznie 3 miliony turystów. Rachunki regulowano z trzymiesięcznym opóźnieniem. Ile hoteli teraz znajdzie się w kłopotach? Wstępnie obliczono, że hotelom w Grecji, kraju wciąż zadłużonym, upadający był winien ok. 500 milionów eur. Z tamtejszej perspektywy potentat europejskiej turystyki był nazbyt wielki, by upaść.

Rzecz charakterystyczna: upadek niemieckiej spółki zależnej Thomasa Cooka, także groźny, skoro z linii lotniczej Condor korzystało corocznie 100 tysięcy pasażerów, pokazał determinację rządu federalnego, a także rządu krajowego Hesji – siedziby firmy, do ratowania jej marki przez wspomaganie spółki i turystów.

Audytorzy są dyżurnymi chłopcami do bicia za upadki brytyjskich spółek. Trudno się temu dziwić. Są bezczelni (Grant Thornton uznał, że nie interesują go nieprawidłowości w badanej firmie). Są leniwi (w zagrożonej spółce BHS partner PwC poświęcił badaniu sprawozdań 2 godziny, przeznaczając 31 godzin na bardziej opłacalne „konsultacje”). Są chciwi (zwłaszcza firmy Tłustej Czwórki nie znają miary, z Carilliona ściągnęły ponad sto milionów GBP!). W latach 2018-2016 finanse Thomasa Cooka badała PwC zgarniając 3 miliony funtów za audyt i milion za konsultacje. Zastąpiła ją EY, obciążając spółkę w 2018 r. 3 milionami funtów za audyt i milionem za konsultacje. Co mądrego doradzali, skoro gasnąca w oczach spółka wpisywała do bilansu niedorzeczną wartość goodwill? Stwierdzono brak zagrożenia dla kontynuowania działalności.

Financial Reporting Council zapowiedziała postępowanie w sprawie audytu EY. Nie sądzę, by ktokolwiek się tym przejął. Po pierwsze, krytykowana za brak skuteczności FRC zostanie niebawem zastąpiona przez nowy organ, Audit, Reporting and Governance Authority (ARGA). Po drugie, po szokującym upadku Carilliona z początkiem 2018 r. zapowiedziano energiczne postępowanie na rzecz wyjaśnienia sprawy; nie zostało ono dotąd zakończone.

Standard dotyczący kontynuacji działalności także często bywa uważany za przyczynę kłopotów korporacyjnych. Otóż Revised Standard ISA UK 570 Going Concern wymaga od brytyjskich audytorów, by w badaniach spółek i ich sprawozdań kierowali się surowszymi wymaganiami niż te przewidziane w obecnych standardach międzynarodowych. Co więcej, Brytyjczycy przewidują dalsze zaostrzenie tej zasady. Wspomniałem już o planowanym utworzeniu (jeszcze w tym roku) nowego organu nadzoru o wzmocnionych kompetencjach. Lecz czy uda się wymusić większą skuteczność opornej profesji audytorskiej nowymi zasadami postępowania, nowymi organami stojącymi na straży tych zasad?

Koniunktura na światowych rynkach, a także w Wielkiej Brytanii, nie sprzyja ratowaniu zagrożonych spółek. Nadchodzi recesja, która zmiecie z rynku wiele słabszych podmiotów. Trzeba poważnie traktować trudności. Menedżerowie Thomas Cook Group znali sytuację spółki, jej finanse, zadłużenie, przychody. W obliczu tak wielu zagrożeń dla kontynuowania działalności należało zachować rozwagę, podjąć usiłowania ku ograniczeniu negatywnych następstw nagłego upadku spółki, który dotknął tak wielu turystów, pracowników i współpracowników. Wkrótce wybuchną kolejne skandale korporacyjne, wyjdą na jaw przypadki zadziwiającej niekompetencji dyrektorów, Brytyjczycy dźwigną jeszcze wyżej zasady corporate governance, powołają nowe organy wzmocnionego nadzoru, upadną kolejne spółki, a publiczność znudzi się tematem.

Tekst ogłoszony 21 października 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET