Miesięczne archiwum: styczeń 2020

Dwa raporty, jedna prawda, ale wciąż niepełna – czyli znowu o Getback SA

  • Raport Najwyższej Izby Kontroli trafnie podkreśla, że w sprawie Getback SA zawiodło państwo;
  • Akcjonariusze i obligatariusze spółki zostali oszukani, a państwo nie zrobiło wszystkiego, by temu zapobiec, by sprawę rozpoznać, rozwikłać, rozwiązać;
  • NIK nie zajrzała do wnętrza spółki, ani do wnętrza rynku, natomiast wskazała na pęknięcia na jednej z jego fasad, za którą nie zadziałały instytucje państwowe;
  • Wbrew oczekiwaniom, lub obawom, NIK przedstawiła temat wstrzemięźliwie, unikając politycznych konotacji.

Z uwagą przestudiowałem raport „Bez ochrony państwa” prezentujący ocenę sprawy Getback SA dokonaną przez Najwyższą Izbę Kontroli. Jest to tekst zwięzły, gęsty od ocen, skupiony wokół ważnego, acz jednego tylko, aspektu problemu: do kryzysowej sytuacji walnie przyczyniło się państwo. Zaniedbało sprawę – i zawiodło!

To prawda, ale niepełna. Zawiodło nie tylko państwo. Pozwolę sobie przypomnieć moje opracowanie: RAPORT NARTOWSKIEGO. Sprawa Getback SA w świetle corporate governance (2018) ogłoszone z początkiem ub. r. Tytuł materiału świadczy, że i on nie podejmował wszystkich aspektów sprawy. Lecz konkluzja idzie dalej, niż sięga Najwyższa Izba Kontroli. Brzmi ona: Zawiódł system. Zawiódł na całej linii.

Z całym szacunkiem dla NIK i jej opracowania, pragnę podkreślić odmienność punktów widzenia sprawy Getback SA. W oczach Izby zawiodło państwo, w moich – cały system rynku kapitałowego. Państwo jest tylko jednym z jego elementów. Ważnym, lecz nie jedynym, ale czy najważniejszym? Dla urzędnika – niewątpliwie tak. Dla ludzi rynku (mienię się być jednym z nich) wcale niekoniecznie.

W Polsce państwo jest zwornikiem, ale i psujem rynku. Zwornikiem, ponieważ stanowi prawo i kontroluje jego przestrzeganie. Psujem, gdyż w naszych warunkach jest ono także uczestnikiem obrotu uzurpującym sobie przywileje niedostępne innym uczestnikom. Pełniąc na przemian te role, państwo pogrąża się w konflikcie interesów. Nie wspomaga ono zaufania na rynku i do rynku, nie tworzy trwałych wartości, nie jest sumieniem rynku kreującym należyte wzorce postępowania na nim. Jest częścią systemu, który zawiódł.

„Kryzys Getback SA boleśnie dotknął rynek, ale niezaprzeczalnie także kryzys rynku dotknął spółkę. Objawił się on tym, że w niej i wokół niej nie zadziałał żaden z bezpieczników mających chronić przed nadużyciami”(wytłuszczone cytaty pochodzą z mojego raportu – ten ze strony 11). Raport NIK nie obejmuje tych bezpieczników, natomiast dotyczy działań „instytucji państwowych”, a konkretnie kolejno: Komisji Nadzoru Finansowego i jej Urzędu, Giełdy Papierów Wartościowych, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznika Finansowego, Ministerstwa Finansów i Komisji Nadzoru Audytowego. Jest to zbiór niezborny: obok organów administracji powołanych do ochrony rynku znalazła się w nim giełda powołana do organizowania obrotu. Kontroler zapewne uznaje ją za instytucję państwową, skoro państwo ma w niej znaczące udziały oraz decyduje (w istocie z pominięciem pozostałych akcjonariuszy) o obsadzie jej organów. Lecz GPW jest instytucją rynku, spółką akcyjną notowaną na prowadzonym przez nią parkiecie. Byłoby lepiej dla niej, dla jej udziałowców i dla rynku, gdyby państwo ograniczyło swój zgubny wpływ na giełdę i na rynek. Przyznanie przez GPW pamiętnej nagrody spółce Getback (tuż przed jej katastrofą) nie było gestem przyjętym na rynku, nie wszyscy widzą za nim inicjatywę giełdy.

„Kiedy Getback SA zakopywała się w pułapce braku płynności, źle działo się w Komisji Nadzoru Finansowego. (…) Odpryski sprawy korupcji w KNF ugodziły w powagę Narodowego Banku Polskiego (NBP) i jego prezesa (…) Znaki zapytania postawiono nad prezesem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.” (s. 11-12). Wspomniane zjawiska wspomogły atmosferę braku zaufania do państwa i jego struktur. Zdiagnozowałem przeto kryzys rynku, kryzys państwa i kryzys systemu (s.11-13).

Wśród symptomów kryzysu państwa wymieniam opieszałość jego organów w działaniach na rzecz ustalenia prawdy o aferze KNF i jej pobocznych wątkach, zatrzymanie Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka i niezwykły komentarz ministra sprawiedliwości, polityczne wzmożenie komisji do sprawy Amber Gold (teraz wiemy, że nie wniosła ona wiele do sprawy), komisji do sprawy podatku VAT (jak wyżej), oraz komisji ds. reprywatyzacji warszawskich nieruchomości (jak wyżej), ślimaczące się śledztwo w sprawie SKOK Wołomin… Nie są to sprawy powiązane z Getback SA, ale w swoim splocie ukazują one słabość państwa.

„Za spółką emitująca akcje i obligacje przemawiał system. Wszak nieprawidłowości dotknęły jego rdzenia. Prócz piastunów spółki objęły one także środowisko towarzystw funduszy inwestycyjnych, banki, domy maklerskie, analityków giełdowych, agencje ratingowe, audytora.” (s. 12). Wiele wskazuje, że niektórych sprawców lub współsprawców owych nieprawidłowości sprawiedliwość już dotknęła lub dotyka, natomiast innych ominie. Nikt nie pozwie analityków lub agencje ratingowe wysoko windujące oceny i wyceny spółki, kary ominą media robiące klakę spółce i jej prezesowi.

„Znaki zapytania dotyczą Deloitte, audytora badającego księgi Getback SA” (s. 30). W postępowaniu audytora wielu upatruje oznaki niedbalstwa i braku profesjonalnej staranności, lecz nie jest pewne, czy zostanie ono przykładnie rozliczone.

Najwyższa Izba Kontroli podjęła i rozwinęła przede wszystkim wątek KNF – UKNF, wskazując na liczne nieprawidłowości w pracy Urzędu Komisji. Lecz ogłaszając swoje opracowanie niemal pełny rok po moim, Izba dysponowała pełniejszymi informacjami o wydarzeniach. Niemniej materiał NIK jest cennym przyczynkiem do sprawy Getback SA, ponieważ rzetelnie wskazuje na niedoskonałość pracy Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. Nie podejmuje natomiast rzutującej na ocenę KNF i UKNF afery Marka Chrzanowskiego.

Na marginesie materiału KNF: po ogłoszeniu mojego raportu na temat Getback SA wpłynęło jedno jedynie sprostowanie. Dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej KNF zakwestionował sformułowanie, że NIK wykryła wiele nieprawidłowości w działaniach Komisji (s. 38). Zwrócił on uwagę, że kontrola NIK dotycząca Getback SA nie została jeszcze zakończona. Za nieścisłość przeprosiłem. Lecz teraz kontrola została zakończona, a NIK wskazała na tak wiele nieprawidłowości, że aż wstyd je wspominać.

„W procesie dystrybucji obligacji występowało więc zjawisko missellingu polegające na oferowaniu przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów” (s. 37). Nazwałem to „czarnym procederem” (tamże). Raport NIK zawiera krytyczne oceny dystrybucji obligacji Getback SA i zwraca uwagę, że temu procederowi można było wcześniej położyć kres, gdyby nie ogrom zaniedbań ze strony UKNF.

Najwyższa Izba Kontroli sformułowała praktyczne wnioski końcowe zmierzające do ułatwienia dochodzenia roszczeń przez osoby poszkodowane, oraz do wzmocnienia pozycji inwestora na rynku finansowym. Oby tych wniosków nie spotkał smutny los zaleceń mojego raportu, czyli brak reakcji adresatów.

Po ogłoszeniu mojego raportu i post scriptum spotkałem się z zarzutami, że pominąłem polityczne wątki sprawy. Nie widziałem powodu do ich rozdmuchiwania. Także Najwyższa Izba Kontroli okazała w tej materii wstrzemięźliwość. To pole dla badaczy polityki.

 

 

AUSTRALIA: Bank dokazywał, inwestorzy płacą

  • Westpac Banking Corporation, najstarszy bank Australii, dopuścił się 23 milionów (!) naruszeń przepisów o zakazie prania pieniędzy;
  • Przez lata bank systematycznie ułatwiał przepływy pieniężne do grup i osób winnych seksualnemu wykorzystywaniu dzieci;
  • Winnych potraktowano łagodnie: walne zgromadzenie nie dokonało radykalnych zmian w radzie dyrektorów, a prezes odszedł unosząc miliony;
  • Zapewne regulator nałoży na bank kary finansowe, ale ich surowe konsekwencje poniosą akcjonariusze.

Po wykryciu afery minister spraw wewnętrznych otwarcie zarzucił bankowi wspieranie pedofilii. Znaczna część spośród 23 milionów nielegalnych transakcji dotyczyła stosunkowo niewielkich przepływów pieniężnych do mafii filipińskich pedofilów. Nadało to przestępstwu paskudny posmak moralny. Bank zaniedbał nadzór nad niezgodnymi z prawem operacjami, a kiedy je odkrył, zaniechał powiadomić o tym właściwe instytucje. Wolumen operacji związanych z praniem pieniędzy szacowany jest na 11 mld USD. Do sprawy włączyły się organy ścigania i nadzoru nad rynkiem kapitałowym: Australian Securities and Investment Commission (ASIC) oraz Australian Prudential Regulatory Authority (APRA). Powszechnie komentowano: jedynie ścięcie głów uspokoi gniew akcjonariatu. Obiecanki cacanki!

Grudniowe walne zgromadzenie Westpac w Sydney z udziałem 600 akcjonariuszy trwało 6 godzin i miało burzliwy przebieg. Występując jako akcjonariusz były senator Chris Schacht zadawał pytania: Jak, u diabła, można było kontynuować przestępstwo przez pięć lat? Austrac ostrzegała was rok temu, i jeszcze rok wcześniej! Austrac to krajowa agencja do spraw przestępczości finansowej, powołana do działalności jeszcze przy udziale Schachta.

Wykrzyczano wiele ostrych słów. O największej grandzie w dziejach australijskiej bankowości, skądinąd bogatej w skandale. O prowadzonym przez 5 lat czynem ciągłym finansowaniu wykorzystywania dzieci. O tym, że przepisy dotyczące AML (anti-money laundering) i CTF (counter-terror finance) były systematycznie ignorowane. O tym, że nikomu w kierownictwie banku nawet nie przyszło do głowy, iż coś jest nie w porządku. O tym, że przewodniczący rady chyba zasnął przy kole sterowym. O tym, że w najlepszym razie menedżerom brakło kompetencji i należytej staranności, a w najgorszym są współwinnymi przestępstw. O tym, że pobierają oni wynagrodzenia nie świadcząc wymaganej od nich pracy. Oraz o tym, że ilekroć otwierają usta – dają oni dowody braku kwalifikacji.

Ta rada nie zasługuje, by utrzymać ją w obecnym kształcie! – apelował dr Peter Brandon, szef ruchu aktywistów rynkowych Banking Reform Now. Akcjonariusze odrzucili, podobnie jak rok wcześniej, uchwałę o wynagrodzeniu dyrektorów. Lecz czystki wśród nich zaniechano. Kiedy doszło do głosowania innych zmian personalnych, powstrzymali je inwestorzy instytucjonalni. Kozłem ofiarnym została szefowa compliance. CEO zrezygnował jeszcze przed zgromadzeniem, ale wziął sporo pieniędzy (2,7 mln USD, stracił natomiast bonus).

Przepadły także bonusy innych menedżerów za rok 2019. Odwołano przyjęcie z okazji Bożego Narodzenia. Wycofano z oferty ulubioną przez pedofilów usługę LitePay. Przewodniczący rady od pewnego czasu zapowiada, że wkrótce ustąpi. Ponieważ oczekuje się, że Austrac nałoży na bank karę w wysokości co najmniej 1 miliarda dolarów australijskich (równowartość 678,6 mln USD) – wszystko  wskazuje na to, że konsekwencje afery poniosą z akcjonariusze banku. Dwa tygodnie przed wybuchem afery Westpac przeprowadził kolejną emisję akcji ze sporym dyskontem do notowań. Afera spowodowała znaczące spadki kursu. Akcjonariusze „znaleźli się pod wodą” i rozważają pozew zbiorowy, lecz to im samym przyszłoby zapłacić za szkody zasądzone na ich rzecz.

Westpac dopuścił się największego skandalu w dziejach australijskiej bankowości, ale nie jedynego. W ostatnich latach zarówno nadzwyczajna Royal Commission into Misconduct in the Financial Industry, jak regularny nadzór bankowy, brały na warsztat delikty także innych instytucji finansowych: ANZ, Macquarie, Commonwealth Bank, NAB, CBA. Karano menedżerów średnich i niskich szczebli. Ci z najwyższych – liczyli pieniądze. Swoje, rzecz jasna.

Tekst ogłoszony 7 stycznia 2020 w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

O potrzebie wnikliwej dyskusji na temat raportów kwartalnych spółek notowanych na GPW

  • Mimowolnie sprowokowałem na Twitterze dyskusję, czy należy znieść, czy też utrzymać obowiązek ogłaszania przez notowane spółki raportów kwartalnych;
  • Więcej głosów opowiedziało się za utrzymaniem raportów kwartalnych, chociaż nie brakło opinii, że mogą one być „lżejsze”, łatwiejsze w odbiorze;
  • Twierdzono: raportowanie co kwartał wymaga nakładu pracy i kosztów – ale należy do obowiązków spółki giełdowej wobec rynku;
  • Istnieje zgoda co do potrzeby usprawnienia raportowania, opracowania standardów komunikacji spółek z inwestorami – ale kto miałby to zrobić?

Warren Buffett i Donald Trump mają niewiele cech wspólnych, lecz łączy ich sceptycyzm wobec raportów kwartalnych. Kiedyś (14 VI 2008 r.) wyczytałem w New York Times, jak Warren Buffett zainwestował 4 mln USD w 80-procentowy udział w ISCAR, izraelskim producencie mechaniki precyzyjnej. Ledwo kilka dni po transakcji zaatakował Hezbollah (czerwiec 2006 r.), jego pociski wylądowały na parkingu spółki. Buffett machnął ręką: Mnie nie interesują perspektywy najbliższego kwartału, ale najbliższych 20 lat. W liście do akcjonariuszy Berkshire Hathaway nazwał transakcję wymarzoną. Lata płyną, ISCAR ma się dobrze, Hezbollah mu nie straszny. A kiedy Donald Trump wyraził wątpliwości na temat przydatności raportów kwartalnych i zwrócił się do SEC o zbadanie tematu, Financial Times uznał to (2018 r.) za najbardziej sensowny tweet od początku jego prezydentury.

Wypowiadałem się tu kilkakrotnie, chociaż z umiarem, przeciwko raportom kwartalnym (można to sprawdzić wpisując hasło raport kwartalny do wyszukiwarki blogu). Są one produktem myślenia zmierzającemu ku krótkoterminowemu horyzontowi inwestycyjnemu. Wartość na rynku buduje się długo, bywają i gorsze okresy, obrazujący je raport kwartalny może rozhuśtać notowania spółki ze szkodą dla inwestorów. Wieczorem 10 stycznia wysłałem tweeta o treści: Singapore Exchange, idąc śladem giełd Londynu i Hongkongu, rezygnuje z wymogu ogłaszania przez notowane spółki sprawozdań kwartalnych. Ma to oszczędzić czas i pieniądze. Jestem za naśladownictwem w Polsce. Tym sposobem wsadziłem kij w mrowisko.

Temat został podjęty przez dziesięciu specjalistów i kilkunastu obserwatorów podających tweety dalej lub lajkujących je. Otrzymałem przesłanie: Nie idźmy ta drogą. Niemniej nie dostrzegłem entuzjazmu wobec raportów kwartalnych w ich obecnym kształcie. Stanowisko im przeciwne głosi, że raporty powodują koszty i angażują pracę, a dają niewielkie korzyści. Jest to poważny wysiłek, szczególnie dla małych spółek. Warto zapytać akcjonariuszy, czy życzą sobie raportów – i jakich. Inwestorów nie interesuje 75 proc. sprawozdawanych treści. Tyle samo not tworzy się po to, by odhaczyć wymogi. Czyta to tylko autor i audytor. Liczy się szybkość publikacji raportu, a w polskiej praktyce raporty kwartalne bywają często publikowane na 30 dni przed początkiem następnego kwartału. Orlen, Kęty, raportują żwawo, ale co z tego wynika?

Więcej głosów wskazuje na korzyści płynące z raportowania co kwartał, acz niekoniecznie opowiada się za obowiązkiem sprawozdawczym. Publikacja wyników okresowych to święto inwestorów fundamentalnych. Lepiej mieć informacje o sytuacji w spółce, niż ich nie mieć. Zarządy nie lubią być kontrolowane, ale raportowanie uspokaja biznes. Pomysł likwidacji raportów kwartalnych jest bardzo zły, doprowadziłby do pełnej asymetrii informacji na GPW. Zarządzający funduszami mogliby wtedy wodzić indywidualnych  przez rok. Na swój użytek spółki sporządzają sprawozdania w rytmie miesięcznym. Inwestor większościowy otrzymuje dane na talerzu, indywidualny nie powinien być pokrzywdzony, dbajmy o równy dostęp do informacji. Replika: jeżeli większościowy ma ułatwiony dostęp do informacji – należy powiadomić o tym nadzór.

Unia Europejska nie wymaga raportów kwartalnych – ale co z tego? Spółka i tak co miesiąc śle dane do Urzędu Skarbowego. Opracowuje szczegółowe informacje dla zarządu. Wobec tego raport kwartalny nie jest dla niej obciążeniem. A gdyby nie było obowiązku ogłaszania raportów kwartalnych, porządne spółki i tak sprawozdawałyby rynkowi co kwartał. Lepiej podyskutować o szczegółowości raportów, ich lekkości, przystępności. Ktoś proponuje, by spółki szybko publikowały kluczowe dane finansowe; ktoś oponuje, ponieważ owe dane nie byłyby zbadane przez audytora.

Nie brakło kontrowersji. Z krytyką spotkał się pogląd, że środowisko (emitenci, inwestorzy, maklerzy, instytucjonalni) mogłoby wypracować standard raportu kwartalnego – ponieważ póki są one obligatoryjne, nic się nie zmieni. Albowiem gdyby zlikwidować obowiązek raportów kwartalnych, powstanie sytuacja podobna do możliwości zdalnego uczestnictwa w walnych zgromadzeniach: środowisko nie wypracowało żadnych standardów. Spółki cieszą się z możliwości monitorowania zmian w akcjonariacie, ale nie chcą korzystać możliwości, jakie daje #e-Voting na walnym zgromadzeniu. Środowisko nie próbowało się oczyścić, nie reagowało na przypadki spółek Getback, Kania, Krezus, Ursus, ABC Data.

Inna kanwa sporu: Nie dość, że pokazujesz bebechy konkurencji; nie dość, że masz dodatkowe koszty stałe – to jeszcze na każdym kroku straszą cię wysokimi karami. Na co odpowiedź (osoby kładącej się na podłodze przeciwko likwidacji raportów kwartalnych): koszty odsłaniania się konkurencji lub przygotowania raportów to po prostu koszty bycia spółką giełdową.

Trafne są postulaty usprawniania procesu komunikacji spółki z rynkiem. Wskazuje się na możliwość zobowiązania spółek do publikowania transkryptów wszystkich spotkań z inwestorami. Powtarzają się głosy, by ze sprawozdań usuwać to, co niepotrzebne (czyli co?), by zastąpić obecne raporty „lekkimi” (czyli jakimi?), by przyśpieszyć raportowanie (ale jak?). I postulaty praktykowania naming & shaming: wszak nawet notowany dom maklerski nie wie, jak sprawozdawać. Nie zgadzamy się nawet w materii, czy spółek jest na giełdzie za dużo – czy za mało?

Twitter nie jest platformą do rozwiązywania ważnych problemów rynku. Lecz rynek zasługuje na poważną merytoryczną debatę i jest do niej przygotowany. Kto wystąpi w roli moderatora? Czas zaapelować: Do roboty!

 

Poszanowanie praw akcjonariuszy warunkiem przetrwania polskiego rynku kapitałowego

  • Źle rządzona, Polska zeszła na ubocze świata, izoluje się od jego wpływów, więc omijają nas współczesne prądy zmierzające do reformy rynków;
  • Szerokim frontem przechodzi przez rynki postulat, by z dobrodziejstw spółki korzystali nie tylko akcjonariusze, także wszelcy interesariusze;
  • Niestety, w Polsce niewiele jest spółek świadczących dobrodziejstwa inne niż dywidenda, należna wyłącznie akcjonariuszom;
  • Nie oczekujmy od akcjonariuszy, by posunęli się i dopuścili do dobrodziejstw spółki interesariuszy, dopóki prawa tych pierwszych nie będą respektowane.

Reformę polskiego rynku kapitałowego należy zacząć od bezwzględnego poszanowania praw akcjonariuszy. Nie lekceważę interesariuszy: pracowników, dostawców (i innych uczestników łańcucha dostaw), konsumentów, lokalnych społeczności, niekiedy ogółu społeczeństwa. Lecz bez akcjonariatu nie będzie rynku, przeto nie będzie komu wspierać interesariatu spółek kapitałowych. Prawa akcjonariuszy są często naruszane, a w spółkach z udziałem Skarbu Państwa można dostrzec symptomy ich lekceważenia i oszukiwania. Świadczą o tym przynajmniej trzy zjawiska:

  1. Fatalne zarządzanie majątkiem państwa, w tym udziałami w spółkach notowanych na GPW, wobec czego ich kapitalizacja zmniejszyła się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości nawet o kilkadziesiąt procent, co dla akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, w kilku wypadkach większościowych, oznacza stratę rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych.
  2. Ograniczanie wpływu akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa na spółki z jego udziałem, niekiedy mniejszościowym, co szkodzi rynkowi, spółkom i ich akcjonariatom.
  3. Beztroskie wydawanie przez notowane spółki z udziałem Skarbu Państwa – bez uzgodnienia tego z akcjonariatem – znacznych sum na cele nie mające nic wspólnego z interesami tych spółek.

Przykładów rozpasanego marnotrawstwa pieniędzy spółek przez ich zarządy można wskazywać wiele. Należy do nich lokowanie reklam – pozbawionych merytorycznego uzasadnienia i ekonomicznego znaczenia – w mediach ulubionych przez rządzących, niekoniecznie reprezentujących należyty poziom i znaczący zasięg. Oraz kierowanie pieniędzy spółek na patronaty i sponsoringi przedsięwzięć i wydarzeń, które grabionym w ten sposób spółkom i ich akcjonariuszom nie przynoszą żadnych korzyści, a politykom honorowanym za te pieniądze prestiżowymi wyróżnieniami – najwyżej ulotną chwałę. Czy akcjonariaty spółek z udziałem Skarbu Państwa były konsultowane w sprawie dotacji na kontrowersyjną „Polską Fundację Narodową”, która przynosi Polsce głównie wstyd, a kierowane do niej fundusze znikają w czarnej dziurze, co rodzi podejrzenia znacznych nadużyć?

Lech Kaczyński zasłynął kiedyś powiedzeniem „Jak ktoś posiada pieniądze, to skądś je ma”. Można te słowa interpretować dwojako. Albo jako wskazówkę „Follow the money”, co pomoże ukazać źródła finansowania rozmaitych przedsięwzięć, albo jako charakterystyczną dla braci Kaczyńskich insynuację, że czyjeś pieniądze nie mają należytej proweniencji. W przypadku Fundacji Narodowej znamy źródła pochodzenia kapitału,  natomiast nie wiemy dokładnie jak i na co jest on obracany. Nie kwestionuję poszczególnych pozycji sprawozdania fundacji, odrzucam całe sprawozdanie jako nieścisłe, mętne – i domagam się od fundatorów, oraz patronującego tej hucpie rządu, postępowania wyjaśniającego, gdzie są pieniądze polskich podatników i akcjonariuszy kilkunastu spółek.

Cała ta granda budzi oburzenie także z punktu widzenia corporate governance. Przypuszczam, że premierzy wydają spółkom polecenia, że fundacji te pieniądze „po prostu się należą”. Otóż członkowie zarządów wykonujący takie dyspozycje powinni zostać przez akcjonariuszy pociągnięci do odpowiedzialności korporacyjnej, finansowej, nie pomijając karnej. Nie potrafię zrozumieć bezczynności rad nadzorczych spółek obrabowanych datkami na Fundację. Statuty wielu z nich przyznają radzie nadzorczej ogromne uprawnienia: czemuż rady nie sięgają po nie? Fundatorzy (darczyńcy) nie mają wpływu na działalność wspomnianej fundacji i nie zabiegają o niego. Muszą mieć świadomość, że działalność finansowana ze szkatuły spółki nie służy spółce, jej akcjonariuszom, interesariuszom, ani dobrej sprawie.

Spędziłem kilkadziesiąt lat we władzach organizacji pozarządowych: Studenckiego  Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Polskiego Towarzystwa Przyjaciół ONZ, Fundacji Polski Instytut Dyrektorów. Wiem, jak trudno prowadzić działalność w oparciu o skromne środki; wiem także, że nawet skromne środki nie uniemożliwiają przyzwoitych osiągnięć. W kategorii value for money Polska Fundacja Narodowa bije rekordy lekceważenia zasad gospodarności. Powinniśmy reagować.