Miesięczne archiwum: październik 2020

Rozterki względem instytucji absolutorium w prawie spółek

  • Skoro nie potrafimy przezwyciężyć kłopotów z absolutorium w prawie spółek, może należy znieść tę instytucję?
  • Nie można rozważać zalet absolutorium w oderwaniu od praktyki, a ton nadają jej nie spółki, lecz ich akcjonariusze;
  • Kryteria i konsekwencje udzielenia absolutorium są niedookreślone, a przypadki jego uchylenia budzą zasadnicze kontrowersje;
  • O braku absolutorium rzadko decyduje uchwała, częściej brak uchwały, ale skutki tej sytuacji mogą być dotkliwe dla spółki i jej piastuna.

W „Słowniku wyrazów” zamieściłem zwięzłą charakterystykę omawianej instytucji:

ABSOLUTORIUM. Czynność prawna o mglistym znaczeniu podejmowana(wyłącznie) przez walne zgromadzenie. Niby jej treścią jest stwierdzenie, że imiennie oznaczony piastun spółki należycie wykonywał swoje powinności w danym roku obrachunkowym. Lecz niekoniecznie: otóż absolutorium nie daje immunitetu przed ewentualnym dochodzeniem roszczeń, zwłaszcza jeżeli ich podstawa nie była znana w chwili udzielania absolutorium. Gorszące są przypadki odmowy udzielenia absolutorium z powodów politycznych, bądź nawet uchylenia udzielonego absolutorium bez rzeczowego uzasadnienia. Fantazję akcjonariuszy winny miarkować dobre obyczaje.

Z biegiem lat niknie moja wiara w moc sprawczą dobrych obyczajów. Jak wszystko wokół, absolutorium ulega znacznej degeneracji. Coraz częściej piętnuje się menedżerów brakiem absolutorium nie w formie przegłosowania przez zwyczajne walne zgromadzenie w obecności kwitowanego uchwały o odmowie udzielenia absolutorium (nie wspominając już nawet o potrzebie rzeczowego uzasadnienia takiego wniosku), lecz poprzez prozaiczny brak wymaganej większości głosów na uchwałę o udzieleniu absolutorium.

Przyczyny braku poparcia dla uchwały o udzieleniu absolutorium bywają rozmaite. Może stać za nim rzetelne przekonanie udziałowców, że kwitowany nabroił, naraził spółkę na stratę, nie potrafił wybrnąć z kłopotliwego dla spółki konfliktu interesów, więc nie zasłużył na absolutorium. Jednak za brakiem poparcia dla absolutorium piastuna spółka mogą stać inne względy: ocenia się, że menedżer nie jest „swój”, gdyż został powołany z poparciem poprzedniej ekipy rządzącej, bądź nie należy do grupy trzymającej władzę w branży lub regionie, bądź zawdzięcza funkcję inwestorom, którzy już wyszli ze spółki. Lecz bywa, że przyczyną braku absolutorium są harce akcjonariuszy, którzy bawią się na walnym zgromadzeniu kosztem piastunów spółek, albo nie wiedzą, czego dotyczy głosowanie.

Przed laty, na seminarium Polskiego Instytutu Dyrektorów na temat absolutorium posłużyłem się kapitalnym cytatem z relacji red. Bartłomieja Mayera w Parkiecie: Gwiazdą wczorajszego walnego zgromadzenia akcjonariuszy Ciechu była Katarzyna Królak, przedstawicielka MSP i przewodnicząca walnego zgromadzenia w jednej osobie. Choć to ona dysponowała ponad 64% ogółu głosów, sprawiała nieodparte wrażenie, że niektóre decyzje podjęte przez walne zgromadzenie i dla niej są zaskoczeniem. Tak było podczas głosowania nad uchwałą dotyczącą skwitowania prezesa Mirosława Kochalskiego. Pani Królak najpierw oddała głos wstrzymujący, a następnie zaczęła się zastanawiać, co to właściwie oznacza. Sama nie zdołała najwyraźniej tego ustalić, bo zdecydowała się ogłosić 5-minutową – jak to określiła – techniczną przerwę. Dopiero po niej, po konsultacjach z prawnikami ogłosiła, że uchwała nie przeszła. Wstrzymywanie się od głosu weszło jej na tyle w krew, że w taki sposób zagłosowała także nad jedną ze zgłoszonych przez siebie kandydatur do rady nadzorczej (za: „Przegląd Corporate Governance” 2008 nr 3 (15), s. 7).

Kultura walnych zgromadzeń jest niska, wielu akcjonariuszy nie zdaje sobie sprawę, że głos wstrzymujący się jest w istocie głosem oddanym przeciw uchwale, co może prowadzić do pokrzywdzenia piastuna spółki. Powodem wstrzymania się od głosu, lub głosowania przeciw, może być także niewiedza, czym jest absolutorium i jakie są jego konsekwencje. Pamiętam radę nadzorczą obradującą w języku angielskim, dyskutowaliśmy nad wnioskami rady do walnego zgromadzenia o udzielenie absolutorium członkom zarządu, co im się należało. Obcokrajowiec długo dopytywał, o co właściwie chodzi. Usiłowałem wyjaśnić: absolutorium to dischargement of liability for actions in the year under review. Ale inni twierdzą, że to acknowledgement of the fulfillment of director’s duties. Biedak miał wątpliwości: Czy zamkniemy drogę do ewentualnych roszczeń, gdyby wyszły na jaw nieprawidłowości? Nie? Wobec tego jaki jest sens absolutorium?

Sens absolutorium jest za to w prawie wodnym. Menedżerowie spółki wodnej, krórzy nie uzyskali absolutorium, z mocy prawa tracą stanowiska. Przynajmniej wiadomo, o co chodzi.

Szczególnie przykre są przypadki nieuzasadnionych decyzji o uchyleniu prawidłowo udzielonego absolutorium (co spotkało Cezarego Stypułkowskiego w PZU i zostało napiętnowane przez sąd) lub oczywiście nieuzasadnionej odmowy absolutorium. Dawniej panowało przekonanie, że pokrzywdzonemu nie przysługuje roszczenie o absolutorium. Światli menedżerowie poczęli jednak dochodzić swoich praw. Nierzadko z powodzeniem. W swoim czasie głośny był przypadek “odzyskania” absolutorium w PGNiG przez Jarosława Bauca.

Piastun spółki, któremu nie udzielono absolutorium, złośliwie lub przypadkowo, nie ma legitymacji do skarżenia akcjonariuszy, którym zawdzięcza krzywdę; zresztą głosowanie było tajne, chociaż jak kto głosował – nietrudno odczytać, analizując wynik. Pokrzywdzony może skarżyć spółkę, chociaż formalnie nie ona jest winna. Jeżeli za odmową udzielenia absolutorium stoi główny akcjonariusz – lub Skarb Państwa, co zdarza się często – spółka pójdzie w zaparte, przeciągnie postępowanie na lata, co ją w sumie pokosztuje więcej. Sąd nie orzeka w kwestii, czy absolutorium się należy. Jeżeli z projektem uchwały o pozbawieniu absolutorium piastuna spółki zostało przedstawione walnemu zgromadzeniu wnikliwe uzasadnienie, a zgromadzenie poświęciło sprawie należną jej uwagę – sąd nie uchyli uchwały.

W mediach społecznościowych toczy się żywa dyskusja na temat przypadku Jakuba Karnowskiego, prezesa PKP SA w latach 2012-2015. W 2016 r. walne zgromadzenie PKP, czyli w istocie Skarb Państwa reprezentowany przez Ministra Infrastruktury, podjęło uchwałę o nieudzieleniu byłemu prezesowi absolutorium za ostatni rok posługi w spółce. Karnowski, świadomy sukcesów osiągniętych w zarządzaniu PKP, zabiegał o uzasadnienie odmowy, na co minister odpisał, że uchwała “nie wymaga uzasadnienia”. Rzecz w tym, że brak wymogu uzasadnienia nie powinien służyć mrocznym celom.

Karnowski poszedł do sądu, postępowanie trwało do stycznia 2020 r. i zakończyło zobowiązaniem spółki do ogłoszenia, iż: “PKP S.A. w Warszawie oświadcza, że nie było podstaw do nieudzielenia panu Jakubowi Karnowskiemu absolutorium z wykonania obowiązków prezesa zarządu PKP S.A. w okresie od dnia 1 stycznia 2015 roku do dnia 30 listopada 2015 roku”. Spółka zamieściła cytowane ogłoszenie 23 października 2020 r, czyli po 10 miesiącach. Może tyle czasu zajęło jej uciułanie 30 tysięcy złotych do zasądzonej wpłaty na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W swoim czasie proponowałem zniesienie w prawie spółek instytucji absolutorium, ponieważ jest to instrument wymyślony przez dżentelmenów dla dżentelmenów, ale stosowany przez szubrawców jest jak brzytwa w ręku małpy. Moja argumentacja nie wywołała odzewu. Dzisiaj zapewne także nie odwoła, wszystko pozostanie po staremu…

Na temat absolutorium pisałem tu wielokrotnie (wystarczy wpisać do wyszukiwarki blogu hasło “absolutorium”). Najbardziej polecam lekturę tekstu sprzed trzech lat:

2016.10.17 Czy należy zrezygnować z instytucji absolutorium?

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas interesariuszy

  • Spółka ponosi odpowiedzialność nie tylko wobec akcjonariuszy, także wobec środowisk dotkniętych jej działaniami lub zaniechaniami;
  • Jednostki są wciąż bezradne, ale społeczeństwa zyskują już zdolność do egzekwowania tej odpowiedzialności;
  • Pora, by w spółkach dojrzała świadomość, jaki jest zasięg ich oddziaływania na społeczeństwa i klimat;
  • Spółki muszą być świadome ryzyka związanego z ich wpływem na poszczególne kategorie interesariuszy.

Interesariusz (ang. stakeholders) to ktoś, czyje interesy lub interes leżą w obszarze działania spółki. Kiedyś pojęcie interesariusza bywało utożsamiane z akcjonariuszem (ang. shareholder, ameryk. stockholder), czyli posiadaczem akcji. Współcześnie  – nie ujmując akcjonariuszom ich praw, na przykład do dywidendy, z którego jakże chętnie korzystają, bądź do udziału w walnym zgromadzeniu, z którego jakże chętnie rezygnują – dostrzega się też inne grupy, z którymi spółka powinna się liczyć, ponieważ wywiera na nie wpływ. Niekiedy pozytywny, niekiedy negatywny lub zgoła katastrofalny.

Co światlejsze spółki już dawno przestały deklarować, że najwyższą racją ich działania jest przysparzanie korzyści akcjonariuszom. Modne stało się eksponowanie wartości dostarczanej przez kapitał ludzki – pracowników. Niemniej fakty często temu przeczą: wynagrodzenia tego kapitału są niewspółmiernie niskie w stosunku do zarobków menedżerów, zróżnicowanie płac mężczyzn i kobiet rodzi napięcia społeczne, związki zawodowe potrafią demonstrować błogą nieznajomość ekonomii. Pandemia odsłania prawdę o tym, jak pracodawcy naprawdę liczą się z pracownikami. Niejeden akcjonariusz jest posiadaczem akcji przez krótką tylko chwilę, ale kto czerpie z pracy utrzymanie – ma do niej poważny stosunek i pragnie być poważnie traktowany. Interwencja polityczna w stosunki pracownicze może zaowocować skutkami wbrew rozsądkowi i rachunkowi ekonomicznemu, jak w przypadku spółek górniczych mających zatrudniać załogi jeszcze przez ponad ćwierćwiecze. Wywoła to zapewne reakcję ważnego interesariusza – Unii Europejskiej.

Na spółkach ciążą liczne powinności wobec państwa: bez jego zasobów, z jakich nieodpłatnie korzystają, nie przetrwałyby dnia! Jest ono jednocześnie regulatorem, poborcą podatków i interesariuszem. W interesie państwa, a także nas wszystkich, leży skrupulatne opłacanie przez spółki podatków. Optymalizacja podatkowa, nawet jeżeli nie narusza prawa, godzi w tracące na tym społeczeństwo. Pod tym względem stanowimy wspólnotę.

Spółki bywają skłonne ujmować interes społeczny w wymiarze wyłącznie lokalnym. Fundują place zabaw, świetlice i boiska, posadzą kwiatki na klombie, dbają o otoczenie widoczne z okien budynku dyrekcji. Nie są świadome skutków swojego oddziaływania tam, gdzie wzrok nie sięga. Niejedna polska spółka globalnie zatruwa środowisko. Gdyby rozliczyć skutki tych poczynań, jej majątku nie starczyłoby na pokrycie zobowiązań z tytułu odpowiedzialności klimatycznej. Skutki reputacyjne poniesie cała polska gospodarkę, szkody zaciążą na opinii kraju, mogą zniechęcić do inwestowania na jego (potencjalnie skażonym) terytorium.  Warto zdać sobie sprawę, że jeżeli interesariuszem staje się cała ludzkość, prędzej lub później rachunek zostanie wystawiony.

Do katalogu interesariuszy należy zaliczyć także klientelę, w tym dostawców, odbiorców, wszystkich uczestników łańcucha dostaw, którzy powinni zostać prześwietleni pod kątem przestrzegania praw człowieka. Również na tym polu odpowiedzialność wobec interesariuszy może mieć zasięg globalny. Doświadcza tego branża odzieżowa korzystająca z dostawców w krajach na końcu świata, kiedy wychodzi na jaw, w jakich warunkach świadczy się tam pracę, jak wynagradza się jej wykonawców. Również producenci żywności lub leków muszą sprostać rozmaitym wymaganiom stawianym przez odbiorców. Z tej perspektywy blednie znaczenie organów nadzoru nad rynkiem kapitałowym, nabierają go natomiast instytucje egzekwujące stosowanie wymaganych praktyk wytwarzania, a także chroniące konkurencję i konsumentów: warto pamiętać, że także konkurenci są ważnymi interesariuszami.

Na marginesie relacji interesariuszy z akcjonariuszami dodam nieskromnie, że kiedyś ubogaciłem polszczyznę słowem „ornamentariusz”. To osoba bez kwalifikacji piastująca funkcje wymagające kwalifikacji, występująca w zarządzie lub radzie nadzorczej dla (wątpliwej) ozdoby i wynagrodzenia. Nadchodzący kryzys mocno dotknie akcjonariuszy oraz większość interesariuszy, lecz ornamentariusze będą się mieli dobrze, póki ozdabiane przez nich spółki nie upadną.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 7 października 2020 r.
 

 

 

Inwestycyjne randki w ciemno w nadziei na cud

LEGENDA ŚWIĘTEJ KINGI ZWANEJ TEŻ KUNEGUNDĄ. Węgierską królewnę wydano za polskiego księcia. Panna młoda, cnotliwa i skromna, nie łasiła się na złoto i klejnoty. Wywianowano ją kopalnią soli. Do jej szybu wrzuciła swój pierścień i wraz z gromadą górników wyruszyła do nowej ojczyzny. Świadectwa głoszą, że pierścień został odnaleziony w bryle urobku z wielickiej saliny. Od tego czasu szczęście nie opuściło kopalni, działa ona nieprzerwanie przez stulecia i zaliczana jest do cudów świata. Przypomniałem sobie tę legendę, gdy zapytano mnie o źródła niepowodzeń polskich inwestycji zagranicznych. Tym źródłem bywa daremne oczekiwanie na cud.

Każda inwestycja – to ryzyko. Nawet ta, która zostanie podjęta w dobrze znanym, swojskim otoczeniu. Inwestycja zagraniczna z natury niesie z sobą znacznie groźniejsze ryzyko. Szczególnie inwestycja poza strefą eura. Poza obszarem Unii Europejskiej. Na innym kontynencie. Inwestujący tam śmiałek powinien dobrze znać kraj, do którego zmierza z kapitałem. Lepiej, by władał miejscowym językiem. By znał miejscowy klimat inwestycyjny, lokalną kulturę, sekrety biznesowych obyczajów, praktykę zawierania interesów. By reprezentował wnikliwą znajomość konkurencji. By miał na miejscu zaufanych ludzi i dobre kontakty w sferach, w których przyjdzie mu się obracać.

POŻEGNANIE Z AFRYKĄ. Kiedyś KGHM SA podjęła śmiałą inwestycję w Kongu. Była to typowa randka w ciemno. Przyniosła rozczarowanie. Straty oszacowano na 40 mln USD. Eksploatacja złoża szła pomyślnie, hałdy urobku rosły, tylko nie wiedziano, co z nim robić, spółka znała bowiem technologii przetwarzania tamtejszych rud w miedź. Święta Kinga też działała po omacku, ale jej się akurat udało.

Może przy tej okazji kombinat nauczył się wiele, ale nie wyrobił sobie marki. Z reguły łatwiej bywa inwestorom nie tylko doświadczonym – także znanym, obdarzanym zaufaniem, szanowanym. Dobra reputacja otwiera wiele drzwi. Lecz kiedy KGHM Polska Miedź SA wyruszyła do obu Ameryk, wypytywano ją, czy skrót nazwy ma może coś wspólnego z KGB? Niezmienne podziwiam odwagę lubińskich menedżerów, tak wiernych swojskim klimatom, że zabiegali, zresztą z powodzeniem, o odwołanie z zarządu dwóch obcych, bo nie z regionu, za to z doświadczeniami na arenie międzynarodowej. Ich światowego obycia, kultury, sporych kwalifikacji – nie uznano za cechy przydatne w kontaktach z resztą świata.

JAKI PAN, TAKI KRAM. Informacji o kłopotach KGHM w Chile nie przykryje wiadomość o zamiarze nabycia przez GPW udziałów giełdy w Erewaniu. Warszawska giełda ma dobrą opinię, działa sprawnie, odnosi sukcesy… Rzecz w tym, że wciąż jest spółką zdominowaną przez państwo, a nie ma ono dobrej reputacji. Państwo powinno zajmować się zdrowiem publicznym, edukacją, budżetem, prawodawstwem – czyli tym, co mu dzisiaj jakże rozpaczliwie nie  wychodzi, nie zarządzaniem giełdą (co mu też nie wychodzi).

Niegdysiejsze aspiracje warszawskiej giełdy (z których naśmiewano się w Europie) do przejmowania giełd w Wiedniu, państwach bałtyckich lub bałkańskich, byłyby całkiem realne, gdyby była ona niezależna od kontroli państwa i wpływów polityki, gdyby nie była oficjalnie traktowana (vide raport NIK o Getback SA) jako instytucja wręcz państwowa. Prawa udziałowe państwa w warszawskiej giełdzie, oraz sposób ich realizacji, zamknęły tej świetnej firmie możliwość ekspansji w Europie – może z wyjątkiem Erewania właśnie.

EKSPANSJA A NOTOWANIA. Czytam o polskich spółkach przejmujących znaczące udziały w podmiotach zagranicznych, co nie przekłada się na notowania. Wielton SA przejęła  udziały w spółkach w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Włoszech, lecz kursy jej akcji na GPW uporczywie układają się mizernie. Cud nie nastąpił.

GEORGIA ON MY MIND. Złudne jest przekonanie, że inwestycje zagraniczne mogą zastąpić rozwój organiczny. Przykładem wręcz kryminalny przypadek Ponaru Wadowice SA. Spółka podobno nabyła (ponoć za 14 mln USD) większość udziałów jakimś niewielkim zakładzie hydrauliki w amerykańskim stanie Georgia, lecz pieniądze rozpłynęły się w powietrzu i nikt nie poszedł siedzieć. Czy w Wadowicach liczono na cud? Zapewne w spółce i wokół niej panowała wówczas kultura chadzania na skróty. Inwestor zjednał sobie miano „ofiary pękających lewarów”: nabył udziały w Ponarze na kredyt, zabezpieczył go owymi udziałami, kurs spadł, bank sprzedał akcje, więc cudu nie było i tym razem.

NIE MIESZAJ BIZNESU Z POLITYKĄ! Niezaprzeczalnie inwestycja Orlenu SA na Litwie miała czytelny podtekst polityczny. Skwituję temat znamiennym cytatem z mojej książeczki „Historia Polski dla menedżerów” (2008) dotyczącym Unii w Krewie (1385):

„Dążąc do fuzji z Litwą, nasi nie mieli biznesplanu przedsięwzięcia. Garnęli się do niego jak Orlen do Możejek. Kalkulowali, że istnieje groźba przejęcia Litwy przez ruskich inwestorów, więc należy jej przeciwdziałać. Nie przewidywali, że ściągają na siebie kłopoty: przyjdzie im zainwestować więcej, niż planowali, a stopa zwrotu okaże się niższa, niż wynosiły pierwotne szacunki; pełnej integracji obu przedsiębiorstw nigdy nie da się osiągnąć; litewskie aktywa staną w ogniu; dojdzie do wielu nieporozumień, a ruscy i tak nie dadzą się łatwo odeprzeć…”

Książeczki na rynku już nie ma, wydawca upadł (ale nie przez mnie), teraz sam liczę na cud w poszukiwaniach wydawcy nowego, wydatnie poszerzonego, wydania prezentacji burzliwych dziejów ojczystych językiem rynku kapitałowego. Lecz to już inna historia.

 

 

 

Jak odpartyjnić spółki?

  • Wszechobecność państwa w gospodarce nie jest zjawiskiem korzystnym ani dla gospodarki, ani dla społeczeństwa;
  • Szczególnie szkodliwe jest rozdawanie stanowisk w spółkach z udziałem państwa rodzinom i stronnikom polityków;
  • Pomysły odpartyjnienia stanowisk w spółkach ze znacznym udziałem państwa są, w świetle doświadczeń, niedorzeczne;
  • Odpartyjnić spółki można tylko przez ich prywatyzację: prywatny kapitał nie obsadza stanowisk według klucza partyjnego.

Spytano polityka, dlaczego chce upaństwowić zakłady pogrzebowe. Bo przynoszą dochód, odpowiedział. A kiedy już zostaną upaństwowione – przestaną. Niezaprzeczalnie był to wywód trafny. Własność państwowa nie służy rentowności. Wspomniany polityk był działaczem brytyjskiej Labour Party, jej „czerwonego” skrzydła. W latach siedemdziesiątych XX w. miało ono w partii znaczne wpływy. Grupa radykałów, uważających się , nie wiedzieć czemu, za marksistów, twierdziła, że wszelkie zyski są niemoralne i złe, więc te ze śmierci też, nawet podwójnie. Może kalkulowali, że kiedy pogrzeby przestaną przynosić zyski – ludzie przestaną umierać.

Ci szaleńcy byli idealistami. Chcieli wszystko upaństwowić dla zasady, nie w interesie partii ani swoim. Nie o zyski walczyli, lecz z nimi. Pięćdziesiąt lat później, w Polsce, także rośnie kult własności państwa. Skarb Państwa rozciąga wpływy na spółki ze swoim udziałem, zawłaszcza je – nie bacząc, że w niektórych jest akcjonariuszem zaledwie mniejszościowym. Państwo korzyści z tego nie ma żadnych, im gorzej zarządzane będą spółki, tym mniejsze dadzą wpływy do budżetu. Korzyści przypadają politykom sprawującym władzę: mogą obsadzać posady krewnymi i stronnikami. Bank stanowisk w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa daje rządzącym wpływy i pieniądze. Nominowani nierzadko odpalają  partiom część zarobków. A opanowane przez nich spółki finansują wydarzenia polityczne, wspierają szemrane fundacje, płacą mediom wspierającym rząd za niepotrzebne reklamy. Jest to korupcja instytucjonalna, bezczelna i bezkarna.

Mnożą się różne pomysły, jak ukrócić ten brzydki proceder, zapobiec nadużyciom, wyplenić złe praktyki. Jak odpartyjnić spółki. Niektóre z tych pomysłów bywają na pozór szlachetne: trzeba powołać jakiś organ nominacyjny, który będzie odpowiadał za obsadę zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem państwa. Utworzyć komisję selekcyjną. Kontrolować nominacje i zarobki. Stawiać i egzekwować wysokie wymagania. Uchwalić nową ustawę. I kilka rozporządzeń. Zakazać. Wypalić żelazem! I takie tam ecie-pecie.

Lecz to nie działa i działać nie może. Skutecznym sposobem na odpartyjnienie spółek jest prywatyzacja. Społeczeństwu wprasowano w głowy, że branże strategiczne: energetyka, paliwa, zbrojenia, górnictwo, coś tam jeszcze, muszą, dla naszego bezpieczeństwa, być zarządzane przez państwo. To samo, które poległo w dziedzinach ochrony zdrowia, oświaty, kultury, finansów – nie radzi sobie nawet z więziennictwem. Rozważany jest absurdalny projekt budowy państwowej sieci sklepów spożywczych. Tylko czekać, aż i u nas pojawią się pomysły upaństwowienia firm pogrzebowych. Państwo powinno być sprawnym regulatorem, lecz nie nadaje się na menedżera.

Nie sprawdza się ono także w trzeciej roli – inwestora. Dowodzi tego dramatyczny spadek kapitalizacji notowanych na GPW spółek z jego udziałem. Miliardy ulatniają się bez śladu. Co gorzej: niektóre z tych spółek straciły zdolność pozyskania kapitału w drodze emisji akcji. Najsłabsze można łączyć z silniejszymi, ale i te mogą z czasem nie unieść ogromu strat. Lecz nawet prywatyzacja nie rozwiąże wszystkich problemów.

Przyglądam się pewnemu, od początku na wskroś prywatnemu, konglomeratowi. I widzę, że własność prywatna także ugina się czasem przed państwem, gdyż wprawdzie może ono powstrzymać się od czynienia szkód, wstrętów, nieprzyjemności – ale nad prywatnym przedsiębiorcą stale wisi przecież groźba, że łaska polityków odwróci się odeń, odpłynie. Państwo demokratyczne nie rodzi takich zagrożeń, gdyż jest kontrolowane przez niezawisłe sądy, wolne media, światłą opinię publiczną. Czy Polska jest współcześnie takim państwem?

Na koniec gorzka uwaga: demokracja i własność prywatna wcale nie gwarantują oczekiwanej rentowności spółek, przezwyciężenia plagi nepotyzmu (kwitnie on przecież w najlepsze w wielu spółkach giełdowych z rodzinnym rodowodem), ani nie dają skutecznej ochrony przed aferami, niekiedy ogromnymi. Lecz to już inna historia.

Tekst ogłoszony 26 września 2020 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET