Miesięczne archiwum: Grudzień 2020

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2020

Od kilku lat opisuję w Parkiecie spotkania stajenne zwierzątek przemawiających w noc wigilijną ludzkimi głosami. Poniżej tegoroczne sprawozdanie:

Opowieść wigilijna 2020

       Zamiast oczekiwanego stada Jednorożców i Czarnego Łabędzia   
                               niespodziewaną wizytę złożył nam złowrogi NIETOPERZ z Wuhanu

W poprzednich latach, by podsłuchać, co mówią ludzkimi głosami zwierzęta w stajence, korzystałem z programu Pegasus. Tym razem nie było takiej potrzeby. Uhonorowany przez Parkiet zaszczytną Nagrodą Byka i Niedźwiedzia, zostałem uznany za swojego i zająłem miejsce w loży SOWY, przewodniczącej senatu zwierzyńca.

Uwaga obecnych skupiła się, jak zwykle, na zmaganiach BYKA i NIEDŹWIEDZIA. W tym burzliwym roku raz jeden, raz drugi brał górę. Zanosiło się na duże zmiany, wróżono przełom. Niestety, zamiast oczekiwanego stada Jednorożców i Czarnego Łabędzia niespodziewaną wizytę złożył nam złowrogi NIETOPERZ z Wuhanu. Kiedy zamknięto lasy, Niedźwiedź uciekł z matecznika na giełdowy parkiet i rządził nim absolutnie. Trzymał z Nietoperzem, dusił notowania, kursom zabrakło tlenu – masakra, jak mówią szczenięta. W następstwie tych poczynań nad parkiet nadleciała na miotle bessa, później Byk musiał pracowicie odrabiać straty. Liczył, że misiu w końcu pójdzie spać na zimowe leże, niemniej widać, że się nie wybiera.

Bohaterami tej nocy były NORKI, które doświadczyły wiele zła, wiec współczuje im cały zwierzyniec. Sprawę groźnego zamachu na norki objaśniły WIEWIÓRKI, zawsze najlepiej poinformowane: kto pamięta PSA POLICYJNEGO, który tropił nieprawidłowości i został za to uśpiony, zna przypadek poszkodowanego, o którym mawiano „Nurek”. Chciano się na nim zemścić i bardzo mu zaszkodzić, ale ktoś ważny źle słyszy, pogrąża się w demencji, wiec zamiast nurka – na męki i zagładę skazał norki. Obroną Nurka zajmuje się KOŃ. Próbują go ujeżdżać, ale jest narowisty. Kopie każdego, kto podchodzi doń z tyłu. I zapowiada, że wszystkich wykopie. Chociaż może pójdzie na kompromis przystając na to, że KOT może zostać.

Nie przybył GŁUPTAK ZWYCZAJNY (Morus bassanus) objęty ścisłą ochroną, podobno odleciał w góry. Gdy tylko o nim wspomniano, rozległy się śmichy-chichy, przez co nie dosłyszałem, czy przezywają go puchaczem rolnym, czy może ruchaczem polnym. Nie przybyli także szefowie Zjednoczonej Menażerii, którzy stale obradują we własnym gronie, by przezwyciężyć problemy, jakie sami kreują. Najważniejszy z nich, TCHÓRZ, porusza się wyłącznie w towarzystwie osiemnastu GORYLI, rynku nie lubi, bo nie ma wpływu na kursy, zresztą nie lubi niczego. Inny ważniak, ROPUCH, ma za sobą trudny rok, zdradziła go o świcie przygłucha PASKUDNA ŻABA, za to zyskał pewną popularność wśród GOŁĘBI POCZTOWYCH, które ocalił przed powierzeniem im niewykonalnych zadań. Ropuch lubi się przedstawiać jako przyjaciel Byka, ale kto go tam wie? Najwięcej kłopotów ma SKUNKS, powszechnie nielubiany, bo wszystkim grozi, że ich upaprze. Skunksy tak mają. Całe to towarzystwo ma koszmary, że przepędzi je Ruch Ośmiu Gwiazd, albo z brabanckich lasów wróci WILK i zrobi z nimi porządek. Imię jego brzmi złowróżbnie, wilcze jego oczy budzą postrach.

Zwierzęta rywalizowały po cichutku, kto więcej nabroi i pójdzie w koszty. Za faworyta tej rywalizacji uchodził HIPOPOTAM, powszechnie znany pechowiec, czego bowiem dotknie – nieodwołalnie popsuje. Szło mu dobrze, udał się na pocztę, zamówił drogie usługi, nadrukował miliony pakietów, aby gołębie pocztowe rozniosły je migiem po kraju, atoli Hipopotam porusza się tak niezdarnie, że niemal w ostatniej chwili poślizgnął się na Ropuchu. Rywalizację nieoczekiwanie wygrał RUDY LIS z podkrążonymi oczyma. Przechera miał przepędzić Nietoperza, ale zamiast niego pogromił budżet, narobił strat i czmychnął. Podobno słuch o nim zaginął.

Zwyczajowo zapada trwożna cisza, kiedy zabiera głos HIENA. Wymachuje łapami i gada bez końca. Opowiada o swoich sukcesach, których jakoś nie widać. Kłamie jak mało kto.  Obiecuje, że nie podniesie podatków. Lecz ponieważ zapowiada mnożenie wydatków, więc tylnymi drzwiami, po cichutku, wprowadzi nowe podatki, podniesie rozliczne opłaty, a to wszystko niby dla dobra zwierzyńca i jego mieszkańców. Nie dopuszczając pytań, Hiena niebawem opuszcza stajenkę strzeżona przez przybocznych SZAKALI. Ochrona jest niezbędna, ponieważ skunks nie ukrywa, że czai się na hienę.

Zwierzęta żyją plotkami, że CD Projekt planuje przygotowanie gry o nich. Roboczy tytuł to „Godzina W”, czyli godzina, w której ci niegrzeczni będą wy… wychodzić ze zwierzyńca do klatek w ZOO. Tutaj powróci Wilk, z ptasiej budki wyfrunie SIKORKA, z czasem Sowa zastąpi Głuptaka Zwyczajnego. – Tylko, proszę pana – pyta Sowa – kto będzie chciał w to zagrać?

Czytaj także:

2018.12.31 Opowieść wigilijna 2018

2019.12.30 Opowieść wigilijna 2019

 

Złowrogi zapach gotówki

  • Fundamentem gospodarki jest zaufanie. Im go więcej w kraju i do kraju, tym więcej inwestycji, tym większy napływ pieniądza;
  • Nie lekceważąc powagi Produktu Krajowego Brutto, więcej znaczenia przyznaję Zaufaniu Krajowemu Netto;
  • Gdybyśmy potrafili go wyliczyć, zapewne byłby on w dzisiejszej Polsce katastrofalnie niski;
  • Niepokoją mnie usiłowania ku osłabieniu zaufania do pieniądza, banków i systemu płatniczego.

Polska ma niemałe osiągnięcia w procesie upowszechniania obrotu bezgotówkowego. Służy to gospodarce. Służy corporate governance, ponieważ wzmacnia przejrzystość podmiotów gospodarczych i transakcji przez nie zawieranych. Służy budowaniu zaufania. Służy także bezpieczeństwu państwa.

Przed blisko dwudziestu laty, pod wpływem tragedii 11 września 2001 roku, wyobrażałem sobie, że podejmując walkę z terroryzmem świat przemyśli sens i kształt tajemnic: bankowej i handlowej, że uda się skierować silny snop światła na rynki, spółki, transakcje. Przecież właśnie światło jest najlepszym środkiem dezynfekcyjnym. Pieniądz bywa niebezpieczny nie dlatego, że pochodzi z niegodziwych źródeł, ale z uwagi na to, że może być obrócony na niegodziwe cele. Dlatego nie wystarczy badać metrykę pieniędzy, należy śledzić je na każdym kroku. Uniemożliwić im dotarcie do niegodziwych celów.

Nie jest to łatwe. Public Accounts Committee Izby Gmin zarzuca Bankowi Anglii, że stracił kontrolę nad losem banknotów o wartości 50 mld GBP. Posłowie obrazowo wywodzą, że gdyby tę ułożyć tę sumę w banknotach pięciofuntowych, powstałby słup o wysokości 800 mil. Bank Anglii lekceważy te zarzuty: jego zadaniem jest zaspokojenie popytu na banknoty i monety, nie pilnowanie ich. Może leżą pod materacami lub zostały wywiezione za granicę? Wiadomo, pieniądz jest lotny, potrafi przemykać opłotkami, może dyskretnie wspiera cele charytatywne, może tajemnie służy ekstremistom albo terrorystom?

Polaków niepokoi, że państwo pragnie policzyć rachunki i skrytki bankowe. Gdybyśmy ufali państwu, nie byłoby powodu do obaw. Lecz nasze zaufanie jest mocno nadwerężone. Rządzący patrzą z podziwem na Turcję, gdzie nieudolna polityka gospodarcza spowodowała kryzys, jaki i nam zagraża: rząd „poprosił” więc obywateli, by sprzedali mu swoje dewizy. Być może właśnie obawa przed taką polityką napędza w Polsce gorączkę złota (chociaż nie bez znaczenia jest wysokość oprocentowania lokat bankowych). Lecz zdaję sobie sprawę, że rozeznanie w rachunkach i skrytkach bankowych może ułatwić państwu walkę z plagami współczesnego świata: terroryzmem, ekstremizmem, narkobiznesem.

Jednym z komponentów Zaufania Krajowego Netto jest bezsprzecznie zaufanie do pieniądza. Złoty przeżywał częściej bolesne upadki, niż wzloty. Jak przez mgłę pamiętam szok społeczeństwa wywołany wymianą pieniądza w 1950 roku. Pamiętam narastającą od lat sześćdziesiątych dwuwalutowość obrotu: za złote można było kupić zapałki (ocet nie zawsze był dostępny), towary atrakcyjne bywały sprzedawane za dolary, co fatalnie wpływało na samoocenę pracujących i ocenę państwa. Potem nadeszła inflacja, chwilami bardzo wysoka. Wielkim osiągnięciem była za to płynna denominacja złotego (1:10000). W miarę postępów transformacji złoty jednał sobie zaufanie. Wykorzystali je krótkowzroczni politycy blokując zastąpienie go przez euro.

Niedawno prezes NBP wystąpił z płomiennym apelem w obronie gotówki. Nikt jej nie atakuje, sam gotówką płacę przekupce za ser, kelnerom za dobrą obsługę, pani Beacie za sprzątnie mieszkania, „złotej rączce” za drobne usługi. Zdaję sobie sprawę, że wspomagam szarą strefę, krzywdzę fiskusa, pośrednio i siebie, ale – niestety! – nie w każdej sytuacji można gotówki uniknąć. Lecz nie da się już zatrzymać płatności bezgotówkowych, szczególnie przyjaznych w pandemii. Nie pójdę z gotówką do maklera, by złożyć zapis na akcje – a spółka, której akcje zapragnę objąć, nie zapłaci gotówką za audyt. Kiedyś polityk oświadczył, że nie ma konta w banku, bo nie jest aferzystą. Ja z tego samego powodu korzystam z usług bankowych. NBP też nie przesyła gotówką dofinansowania pewnej szkole w Toruniu (w 2020 r. ponoć aż 268 340 zł). Gotówka pachnie złowrogo: przestępstwem lub choćby szwindlem. Preferencja dla gotówki bywa zrozumiała u gangsterów, oszustów podatkowych, złodziei, ekstremistów. Gotowość banku centralnego do rozpaczliwej obrony gotówki można przyrównać do sytuacji generała Sowińskiego na szańcach Woli.

Tekst ogłoszony przez Gazetę Giełdy i Inwestorów PARKIET 19 grudnia 2020 r.

 

Naśladownictwo Sejmu niewskazane. O reasumpcji uchwał w spółce handlowej

  • Niniejszy wpis jest 699. tekstem na blogu andrzejnartowski.pl, a w żadnym z poprzednich, przez ponad 20 lat, nie użyłem terminu „reasumpcja”;
  • Jestem bowiem wstrzemięźliwy w kwestii przenoszenia do prawa prywatnego instytucji prawa publicznego;
  • Staram się krzewić na rynku dobre obyczaje i kulturę, zatem przestrzegam przed naśladowaniem Sejmu, któremu brak tych przymiotów;
  • Rynek kapitałowy jest produktem zaufania, natomiast polityka zazwyczaj zaufania nie kreuje.

Słownik Języka Polskiego PWN określa reasumpcję jako „ponowne poddanie pod głosowanie powziętej już uchwały z jednoczesnym unieważnieniem jej w brzmieniu poprzednim”. Kodeks spółek handlowych oraz inne ustawy dotyczące rynku kapitałowego nie operują pojęciem „reasumpcja uchwały”, choć nie zabraniają tej czynności. Jest ona najpełniej uregulowana w regulaminie Sejmu. Zgodnie z art. 199, gdy wynik głosowania budzi uzasadnione wątpliwości, Sejm może dokonać reasumpcji głosowania. Wniosek zgłasza się na posiedzeniu, na którym głosowano; składa go co najmniej 30 posłów. Reasumpcja głosowania nie obejmuje głosowania imiennego. Podkreślam: w Sejmie RP powodem reasumpcji (unicestwia) nie jest treść uchwały lub zawarte w niej błędy, ale… budzący wątpliwości wynik głosowania,.

Inne zasady rządzą Senatem RP. Art. 56 regulaminu tego organu dopuszcza reasumpcję tylko w trakcie tego samego posiedzenia i wyłącznie w przypadku oczywistego błędu w podjętej uprzednio uchwale. Podkreślam: reasumpcja służy tu sprostowaniu oczywistej pomyłki. Nie budzi to wątpliwości i nie otwiera wrót do nieprawidłowości, jakie – niestety! – zdarzają się w Sejmie. Przykładem przestroga udzielona przez posłankę: „Pani marszałek, trzeba anulować, bo przegramy”. Innym głośnym przykładem uwaga wicepremiera Piotra Glińskiego do marszałkini: „Elżbieta, jest prośba szefa o przerwę, bo chyba reasumpcję trzeba będzie zrobić”. Najbardziej oburza wyjaśnienie CIS, że taki eksces to „wieloletni obyczaj parlamentarny”. Reasumpcja prawidłowo przegłosowanej uchwały dokonywana tutaj bywa nie dlatego, że w treści aktu zaszła pomyłka – ale dlatego, że wynik głosowania jest niekorzystny dla rządzących. Jest to bolesne nadużycie, obraza prawa. W szczególności obraza art. 10.1.1) Regulaminu Sejmu głoszącego, iż „Marszałek Sejmu stoi na straży prawa, godności i powagi Sejmu”.

Owszem, spotkałem się także z przykładami reasumpcji uchwał organów spółek handlowych. Dochodzi do tego najczęściej na walnym zgromadzeniu. Pamiętam sprzed lat, że walne Vistuli SA nie uchwaliło tantiem dla członków rady nadzorczej (oczywistym było, że rada nie zasłużyła na takie wyróżnienie!). Protokołująca uchwały pani rejent oświadczyła, że zaszły powody formalne, dla których głosowanie o tantiemach trzeba będzie powtórzyć, do czego doszło po przerwie, a w jej trakcie zmontowano większość dla odrzuconej przed chwilą uchwały. Podczas burzliwych walnych powtarza się niekiedy głosowanie, bowiem w zamęcie awantur nie można ustalić jego wyniku. Ale powtórzenie głosowania wobec niemożności ustalenia jego wyniku nie jest reasumpcją prawidłowo przyjętej uchwały. Jeżeli wynik jest jasny, powtarzać głosowań nie należy.

Niedawno prowadziłem webinarium na temat technik manipulowania radą nadzorczą i zapobiegania manipulacjom. W programie, zwięzłym z uwagi na ograniczenia czasowe, nie uwzględniłem reasumpcji uchwał, jest to wprawdzie potencjalna manipulacja, ale rzadko występująca w praktyce. Powodem może być pomyłka w treści uchwały (co byłoby zrozumiałe), bądź nagła zmiana stanowiska rady, co niełatwo byłoby wyjaśnić. Bywa, że pod wpływem zmian stanu rzeczy rada z czasem dochodzi do wniosku, że należy uchylić wcześniejszą uchwałę i przyjąć zamiast niej uchwałę innej treści, bądź pozostawić sprawę bez biegu, lecz nie będzie to reasumpcja, do jakiej doszłoby w przypadku unicestwienia prawidłowo powziętej uchwały inną uchwałą przyjętą na tym samym posiedzeniu. Kiedy rada działa w trybie online, wykorzystując środki bezpośredniego porozumiewania się na odległość, jej posiedzenia zazwyczaj trwają krócej, więc trudniej zmieścić w ich trakcie podejmowanie uchwał – i ich unicestwianie poprzez zastąpienie ich innymi.

Czy reasumpcja uchwały tworzy wartość dla spółki? Zapewne tylko wtedy, gdy zmierza do usunięcia oczywistego błędu w prawidłowo powziętej uchwale. Dopuszczanie reasumpcji uchwał z powodu wątpliwości dotyczących wyniku głosowania może budzić znaczne wątpliwości. Głosowanie wymaga skupienia i dyscypliny organizacyjnej, co pozwoli zapobiegać niejasnościom. Natomiast nie należy dokonywać reasumpcji uchwał, bo komuś nie odpowiada ich treść lub jej następstwa. Taka praktyka zakłóciłaby pewność obrotu prawnego.

 

 

Okno z widokiem na spółkę

  • Skuteczność nadzoru nad działalnością spółki akcyjnej wymaga „włączenia” rady w sprawy spółki, czyli pracy w trybie „plug-in”;
  • Wiele rad nadzorczych działa w trybie „unplugged”: nie poświęcają one należytej uwagi sprawom spółki;
  • O niektórych radach nadzorczych można posiedzieć, że zajmują się głównie sobą, bądź kontaktują się tylko z zarządem;
  • Rada powinna nie tylko zająć pozycję przy oknie z dobrym widokiem na spółkę, powinna jeszcze to okno otworzyć.

Kiedy spółce przydarzy się katastrofa, na dojrzałych rynkach stawia się pytania: Gdzie była rada? Jak mogła do tego dopuścić? Dlaczego w porę nie reagowała? Na naszym rynku kwestię odpowiedzialności rady często zamyka stwierdzenie, że przecież rada nadzorcza o niczym nie wiedziała. Zarząd o niczym jej nie informował, nawet audytor nie ostrzegł, więc nie należy rady niepokoić. Przykładem afera WGI: sąd przez osiem lat wnikliwie badał odpowiedzialność zarządu, by obdzielić nią prokuraturę i Komisję Papierów Wartościowych i Giełd (w 2006 r. zastąpioną przez Komisję Nadzoru Finansowego). Rad nadzorczych spółek grupy WGI, skomponowanych ze sław ekonomii żyrujących nazwiskami poczynania młodych (wówczas) zarządzających – znikającymi w czarnej dziurze! – pieniędzmi klientów, już nie fatygowano. Przecież jeden z członków rady spółki stojącej na czele grupy oświadczył jednoznacznie: „Myśmy o niczym nie wiedzieli”. Wszak nie po to ich powoływano, żeby wiedzieli cokolwiek.

Podzielam przekonanie celnie obrazowane anglosaskim powiedzeniem Noses in, Fingers out: rada nadzorcza powinna wtykać nos we wszystkie sprawy spółki, trzymając ręce od tych spraw z daleka. Nie jest to jednak praktyką powszechną. Bywa, że rada nie odwiedza spółki, bądź odwiedza ją co kilka lat. Dzieje się tak, kiedy spółka prowadzi działalność gdzieś w Polsce, a członkami jej rady nadzorczej są w większości mieszkańcy stolicy. Ściąga się więc do Warszawy prezesa spółki i kogo potrzeba, by miejscowi nie musieli ruszać w drogę. Ich wiedza o spółce pochodzi z lektury sprawozdań, analizy wskaźników, wyjaśnień członków zarządu, ale nie sięga realiów. Niekiedy nie zaprasza się prezesa, by wysłać doń kuriera z wiadomością, że został odwołany.

Rada, która nie reprezentuje należytej znajomości pracowników, gospodarstwa, zaplecza zarządu – dysponuje wiedzą z drugiej ręki. Pandemia COVID-19 daje komfort radom obradującym online, ale zamyka przed nimi okno z widokiem na spółkę. Za ułatwienie zwoływania rady, procedowania uchwał, za poskromienie gadulstwa na posiedzeniach rady, płaci się ograniczeniem dopływu informacji ze spółki i o spółce. Stąd projekt nowelizacji Kodeksu spółek handlowych próbuje regulować tę materię.

Teoretycznie rada dyrektorów, skomponowana zarówno z zarządzających, jak nadzorujących, ma lepszy wgląd w sprawy spółki. Lecz owo przekonanie niekoniecznie sprawdza się w praktyce. Dowodzi tego na przykład upadek brytyjskiego konglomeratu Carillion PLC (7 mld GBP długów pokrytych przez podatników). Katastrofa nadeszła nieoczekiwanie, dyrektorzy do ostatniej chwili nie byli jej świadomi. Blisko trzy lata po bankructwie spółki Financial Conduct Authority typuje winnych zaniedbań. Zdaniem FCA największą odpowiedzialność ponoszą CEO Richard Howson, szef finansów Richard Adam, oraz niewykonawczy przewodniczący rady Philip Green. Stał on w oknie z widokiem na spółkę, oknie szeroko rozwartym, miał nieograniczony dostęp do informacji na temat wszystkich gałęzi nadzorowanego organizmu, zostaje więc obwiniony na równi z dyrektorami sprawującymi zarząd.

Czy w Polsce przewodniczący rady nadzorczej stoi w oknie otwartym na spółkę, czy dysponuje pełną o niej wiedzą? Kiedyś przewodniczyłem radzie nadzorczej spółki notowanej na warszawskiej giełdzie i w czasie mojej tenury zarząd dopuścił się nieprawidłowości, która wyszła na jaw z biegiem czasu. Jestem do dziś przekonany, że dołożyłem staranności wynikającej z zawodowego charakteru mojej działalności, ale mimo należytych starań nie wykryłem kwestionowanego wycieku pieniędzy ze spółki; o audytorze nie wspomnę, ten bowiem działał na oślep. Lecz czasy zmieniły się, dzisiaj od rady i osobiście jej przewodniczącego oczekuje się więcej. Misselling obligacji pewnej niesławnej spółki (w raporcie o Getback SA zdefiniowałem go jako „oferowanie przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów”) kieruje organy ścigania przeciwko przewodniczącemu rady nadzorczej jednego z „niewłaściwych podmiotów”. Podobno nie wiedział on o procederze. Czy był należycie plugged-in? Czy prokuratura zna realia rynku?

Tekst ogłoszony 4 grudnia 2020 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

 

 

 

 

Czy rektor uniwersytetu jest zarazem ornamentariuszem?

  • Nie istnieje powszechny standard zaangażowania czasowego (time commitment) członka rady nadzorczej w jej prace;
  • Szczególnie wymagające i czasochłonne jest członkostwo w komitetach audytu dużych spółek giełdowych;
  • Należy przeciwdziałać zjawisku overboardingu – rozsiadania się w tak wielu radach, że zabraknie czasu na rzetelne wykonywanie obowiązków;
  • Nawet wybitnym ekspertom zagraża wtedy status ornamentariuszy ubogacających spółki nie tyle pracą, co blaskiem nazwiska.

Nie naruszono prawa, jedynie dobre praktyki. Rektor dużego uniwersytetu, uczony z pokaźnym dorobkiem w dziedzinie zarządzania, wytrawny znawca rynku, zadziwił opinię publiczną mnogością obowiązków, jakich podjął się bez gronostajów. Profesor Alojzy Z. Nowak, prócz obowiązków rektorskich i pracy naukowej, oraz prócz doradzania wielkiemu zakładowi ubezpieczeń, zasiada w kilku radach nadzorczych. Uczelnia udzieliła mu zgody na jednoczesne członkostwo w radach JSW SA, Banku Millenium SA, Zepak SA oraz spółki Norge.

Rzeczniczka Uniwersytetu Warszawskiego dr Anna Modzelewska podjęła próbę zgaszenia krytyki oświadczeniem: „Uczestnictwo w radach nadzorczych zajmuje rektorowi od kilku do kilkunastu godzin miesięcznie i nie koliduje z obowiązkami rektorskimi”. Czy koliduje, nie wiem, natomiast sądzę, że „kilka, kilkanaście godzin miesięcznie” w najlepszym przypadku może odnosić się do każdej z rad z osobna, w żadnym wypadku do wszystkich.

JASTRZĘBSKA SPÓŁKA WĘGLOWA SA jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych. Przedmiot działalności spółki obejmuje 68 pozycji, kapitał zakładowy wynosi 587 057 980 zł. Grupa JSW obejmuje liczne podmioty zależne. Kompetencje rady nadzorczej są rozległe, bo też jest co nadzorować. O jej pracach wiadomo niewiele, ostatnie sprawozdanie z działalności rady udostępnione na stronie internetowej spółki dotyczy roku 2014. Spółka nie ujawnia składu komitetu audytu, ani innych komitetów rady, jeżeli zostały powołane. Z tego punktu widzenia wypada współczuć akcjonariuszom JSW SA.

BANK MILLENNIUM SA jest notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych. Stoi on na czele grupy spółek, obejmującej m.in. dom maklerski, firmę leasingową, towarzystwo funduszy inwestycyjnych. Kapitał zakładowy banku wynosi 1 213 116 777 zł. Prof. Nowak jest przedstawiony jako niezależny członek rady nadzorczej i członek komitetu audytu. Zadania rady nadzorczej i komitetu audytu są rozległe. Ze sprawozdania rady za rok 2019 wynika, że odbyła ona 9 posiedzeń przy wysokiej frekwencji: attendance record wyniósł 94%. Komitet audytu odbył w 2019 r. 7 posiedzeń, podejmując wiele tematów wymagających nie tylko wysokich kwalifikacji, także sporego zaangażowania czasowego. Opis dokonań samego tylko komitetu audytu zajmuje w sprawozdaniu rady nadzorczej wiele miejsca (strony 5 – 11).

„Zepak” to ZE PAK ZESPÓŁ ELEKTROWNI PĄTNÓW ADAMÓW KONIN SA notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych. Grupa kapitałowa ZE PAK to 9 podmiotów zależnych, przedmiot działalności obejmuje 58 pozycji, kapitał zakładowy spółki wynosi 101 647 094 zł. Na swojej stronie spółka udziela nazbyt skąpych informacji o radzie nadzorczej. Wiemy, że prof. Nowak został do niej powołany w 2020 r., a jego kandydaturę zgłosiło Powszechne Towarzystwo Emerytalne PZU SA, podmiot zależny spółki zatrudniającej profesora jako doradcę. Prof. Nowak jest członkiem komitetu audytu.

NORGE to zapewne LOTOS EXPLORATION & PRODUCTIO NORGE AS (LEPN), spółka Grupy Lotos SA zajmująca się poszukiwaniem i wydobyciem węglowodorów na norweskim szelfie kontynentalnym. Nie będąc spółką publiczną, LEPN as nie jest objęta obowiązkiem informowania o działalności oraz składzie rady nadzorczej i jej komitetów. Prof. Alojzy Z. Nowak, uczony o międzynarodowej reputacji, może być przydatnym członkiem rady tego podmiotu, ale koniecznego zaangażowania czasowego w prace rady LEPN AS nie potrafię określić.

Udział uczonych z doświadczeniem menedżerskim w organach spółek handlowych nie jest w świecie rzadkością. Nie wyobrażam sobie jednak możliwości połączenia obowiązków rektora uniwersytetu (zaliczanego bodaj do światowej szóstej setki***) z tak intensywną posługą w doradztwie i radach nadzorczych, w szczególności w wyjątkowo czasochłonnych komitetach audytu. Także w toku dotyczącej omawianego przypadku wymiany poglądów na LinkedIn kwestionowano możliwość spełniania rozległych obowiązków w radach nadzorczych w kilka, kilkanaście godzin miesięcznie. Nieświadoma realiów rynku kapitałowego rzeczniczka UW mimowolnie przedstawiła prof. Alojzego Z. Nowaka, dzielącego czas na obowiązki rektora uniwersytetu i dodatkowo piastowane ważne i czasochłonne funkcje korporacyjne – jako ornamentariusza.

***) SPROSTOWANIE: w tegorocznym rangingu szanghajskim Uniwersytet Warszawski plasuje się w przedziale miejsc 301-400. Prostuję, przepraszam, dziękuję dr. Janowi Sadlakowi z Paryża za wytknięcie oczywistego (niezamierzonego) błędu.

 

 

 

 

GPW nie jest “instytucją państwa”

  • Polityka tak nagina język, by trwale deformował rzeczywistość, stąd termin „spółki Skarbu Państwa” oznacza spółki z jego udziałem;
  • Podobną deformacją rzeczywistości jest określanie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie SA jako „instytucji państwa”;
  • Państwo jest ważnym akcjonariuszem GPW i dysponuje w niej szczególnymi uprawnieniami, lecz w swojej działalności spółka jest niezależna;
  • Obecność państwa w akcjonariacie giełdy nie przydaje jej korzyści i utrudnia możliwości ekspansji zagranicznej.

Twórca polskiego rynku kapitałowego Krzysztof A. Lis powiadał, że państwo nie wtrąca się w warszawską giełdę z uwagi na opiekę roztaczaną nad spółką przez Najświętszą Panienkę. Niestety, w 2005 r. dr Lis zginął w wypadku drogowym, a Panienka wyjechała na wakacje. Państwo wkraczało na giełdę krok po kroku, przez lata poprzestając na budzących niekiedy zdumienie decyzjach personalnych, z czasem jednak umacniając swoje władztwo. Lecz państwo nie decyduje, jak ostatnio zdarzyło się w Chinach, które spółki mogą wejść na parkiet. Nie decyduje też o notowaniach, chociaż kursy spółek z jego udziałem nie zachwycają. Najwyżej próbuje ono dawać impuls ku łączeniu się niektórych spółek, nie pytając o to innych akcjonariuszy. Opinia publiczna bywa jednak karmiona nieprawdziwymi informacjami, że warszawska Giełda jest instytucją państwa, wręcz jego organem.

Przykładem cytat z poważnej gazety: „Na działania spółki (chodzi o Getback SA – ASN) nie reagowały wyznaczone do tego instytucje państwa kierowane przez nominatów PiS: Komisja Nadzoru Finansowego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Giełda Papierów Wartościowych i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Lecz nie powinno się zaliczać giełdy do instytucji państwa, nie jest ona bowiem zarządzana przez państwo i nie służy jego polityce: jest publiczną spółką akcyjną notowaną na rynku papierów wartościowych. Nie do twarzy jej w jednym koszyku ze sprawującą nadzór nad rynkiem kapitałowym – i nad samą giełdą – KNF, bądź z ABW. Są to byty z odmiennych wymiarów: państwa i rynku prywatnego, na którym państwo jest akcjonariuszem niektórych spółek.

Podobny błąd popełniła wcześniej Najwyższa Izba Kontroli w zwięzłym i powierzchownym raporcie o sprawie Getback SA „Bez ochrony państwa”. Izba zwróciła uwagę na bezczynność, lub niedostateczną aktywność „instytucji państwowych”, do których – obok Giełdy Papierów Wartościowych zaliczyła KNF i jej Urząd, UOKiK, Rzecznika Finansowego, Ministerstwo Finansów i Komisję Nadzoru Audytowego. I tym razem uznano notowaną na rynku spółkę akcyjną za „instytucję państwa”. Prawda, że Skarb Państwa jest akcjonariuszem GPW w Warszawie SA, korzystającym w tej spółce z pewnych szczególnych uprawnień, lecz nie jest ona instytucją prawa publicznego, a prawa cywilnego.

W dominacji państwa nad spółką prowadzącą giełdę nie dostrzegam wymiernych korzyści. Na rynku kapitałowym państwo nie ma dobrej reputacji, co negatywnie rzutuje na możliwość ekspansji zagranicznej naszej giełdy. Był czas, kiedy mówiono o możliwości przejęcia którejś z giełd w krajach bałkańskich lub bałtyckich, nawet o możliwości korzystnej fuzji giełd z Warszawy i Wiednia; pozostała tylko szansa związku z giełdą w Armenii. Polski rynek zawdzięczał swój rozwój kolejnym prywatyzacjom, całkowitym lub tylko częściowym, mógł przyciągać zagraniczne spółki, lecz ten korzystny obraz zdecydowanie psuła obecność państwa w akcjonariacie GPW SA. Nawet wejście giełdy do notowań na własnym parkiecie nie zaowocowało wyjściem państwa z akcjonariatu, co może daje kilku urzędnikom złudne przekonanie o ich mocy, lecz negatywnie ciąży nad przyszłością tak warszawskiej giełdy, jak polskiego rynku.

GPW nie tylko nie jest „instytucją państwa”, nie jest też „państwową spółką”. Jest spółką akcyjną z udziałem Skarbu Państwa reprezentowanego obecnie przez Ministerstwo Aktywów Państwowych, co znowu ciąży na obrazie giełdy. W niektórych spółkach ze swoim udziałem państwo jest akcjonariuszem mniejszościowym, z niektórych wyszło (Bogdanka), lecz wraca za sprawą częściowej renacjonalizacji. Dążenie rządu do sklejania spółek, nawet o zgoła innym przedmiocie działalności, podyktowane jest m.in. dążeniem do bezinwestycyjnego zwiększenia udziału państwa w spółkach szczególnie dlań ważnych. Nastąpi to zapewne ze szkodą dla notowań tych podmiotów. Postulat pełnej prywatyzacji warszawskiej giełdy wydaje się obecnie nierealny, ale nadejdzie czas, gdy staniemy przed wyborem: prywatyzacja – lub istnienie giełdy.

Tekst ogłoszony 20 listopada 2020 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET