Miesięczne archiwum: Kwiecień 2021

Ksh po dwudziestu latach (I). Z dystansu widać lepiej

Współcześnie komitet audytu jest rdzeniem rady nadzorczej, funkcji gospodarza Ksh podjęło się – z marnym skutkiem! – Ministerstwo Aktywów Państwowych, a Komisja Kodyfikacyjna została rozpędzona, co ułatwia psucie prawa spółek.  

  • 1 stycznia minęło dwadzieścia lat od wejścia w życie Kodeksu spółek handlowych uchwalonego 15 września 2000 r.;
  • Długo wyczekiwany, Ksh został dobrze przyjęty. Porządkował ustrój i działalność spółek handlowych, wprowadził kilka ciekawych nowości.
  • Nie znaczy to, niestety, że Ksh był dziełem doskonałym. Niektóre z zaszytych w nim błędów zostały poprawione dopiero po latach.
  • Z dystansu widać, jak głęboko Ksh został zanurzony w tradycji niemieckiej ze szkodą dla współczesnego nurtu anglosaskiego.

Pod koniec XX wieku nasiliły się w świecie tendencje zmierzające do rozwijania zasad corporate governance. Ich kulminacją był brytyjski Raport Cadbury’ego (1992), czyli zgodna odpowiedź City i Westminsteru na skandaliczne nieprawidłowości trapiące brytyjski rynek kapitałowy. Pod jego wpływem wkrótce ukształtował się powszechny standard wprowadzania do rad dyrektorów / rad nadzorczych komitetów audytu i komitetów wynagrodzeń.

Kodeks spółek handlowych wszedł w życie 1 stycznia 2001 r. Został dobrze przyjęty, lecz nie był wolny od błędów. Już wtedy niektóre przepisy sprawiały wrażenie, że pochodzą z poprzedniej epoki. Zabrakło w nich jasnej zachęty na rzecz wyposażania rad nadzorczych w komitety. Owszem, można było powoływać komitety bezwstydnie naciągając przepis o delegowaniu członków rady do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych. Niemniej większość spółek wybierała wygodniejsze dla nich rozwiązanie: utrzymanie poprzedniego stanu rzeczy. Skutek był taki, że najważniejszej w historii polskiego prawa reformy rady nadzorczej spółki akcyjnej dokonano hen!, daleko poza Ksh, w ustawie o biegłych rewidentach. I dokonano jej źle.

W tym czasie w Genewie ruszył Wielki Zderzacz Hadronów (Great Hadron Collider), zatem nazwałem ustawę o biegłych Wielkim Zderzaczem Andronów. Po pierwsze, dała ona spółkom możliwość uniknięcia powołania w składzie rady komitetu audytu: wystarczyło, by rada liczyła minimalną dopuszczalną liczbę członków. Po drugie, przepustką do członkostwa komitetu były niejasne „kwalifikacje”, co niebawem sprowadzono do absurdu. Po trzecie, przyjęto kontrowersyjne kryterium obligatoryjnej niezależności członka / członków komitetu. Po kilku latach ustawie o biegłych nadano nowy kształt, lecz pozostało pytanie: dlaczego tak doniosła regulacja została wyłączona z Ksh?

Przyczyna nie tkwiła w tym, jakoby patronujące ustawie o biegłych Ministerstwo Finansów wtargnęło w sferę kompetencji Ministerstwa Sprawiedliwości uważanego za gospodarza Ksh. Otóż to drugie lekkomyślnie uznało komitety audytu za temat mało istotny, który nie zasługuje na poświęcenie mu kolejnej (czyli jednej z nazbyt wielu) nowelizacji Ksh. Wobec tego Ministerstwo Finansów zajęło się sprawą, jak umiało. Współcześnie komitet audytu jest rdzeniem rady nadzorczej, funkcji gospodarza Ksh podjęło się – z marnym skutkiem! – Ministerstwo Aktywów Państwowych, a Komisja Kodyfikacyjna została rozpędzona, co ułatwia psucie prawa spółek.

Ksh wszedł w życie z założeniem, że rada nadzorcza spółki akcyjnej składa się co najmniej z trojga członków. Była to zmiana znacząca, ponieważ wcześniejszy przepis wymagał w radzie nadzorczej przynajmniej pięciorga członków. Rzecz w tym, że trzyosobowy skład rady praktycznie uniemożliwia mniejszości realizację jej podstawowego prawa do obsady rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, bowiem grupę mogą utworzyć jedynie osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału ogólnej liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Mogło to prowadzić do sytuacji, że prawo do wyboru „swojego” członka rady miałaby grupa reprezentująca aż jedną trzecią głosów na WZ. Błąd ten naprawiono dopiero w 2003 r., acz jedynie w odniesieniu do spółki publicznej, przywracając dla niej wymóg co najmniej pięcioosobowej rady. W spółce niepublicznej pozostało po staremu. Czy tam prawa mniejszości mniej znaczą?

Za anachronizm uznaje się przepis Ksh dający akcjonariuszom prawo do żądania odpisu listy uprawnionych do udziału w walnym zgromadzeniu „za zwrotem kosztów jego sporządzenia”. O kosztach sporządzenia odpisu listy można było mówić w czasach przed wynalezieniem urządzeń kopiujących. W czasach, gdy uchwalano Ksh, kserografy były w powszechnym już użyciu, a żądanie zwrotu kosztów odpisu powinno uchodzić za szykanę. C.d.n.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 17 kwietnia 2021 r.  

 

 

 

Bez niezależnych mediów nie ma rynku kapitałowego

  • Rynek kapitałowy polega na przepływie pieniędzy i informacji.
  • Strumienie pieniędzy płyną tam i z powrotem między inwestorami i emitentami…
  • … oraz od jednych i drugich do fiskusa.
  • Strumienie informacji płyną tam i z powrotem między mediami i pozostałymi uczestnikami rynku.

Inwestorzy, emitenci, fiskus, są mniej więcej tacy, jacy byli – i jakimi zapewne zostaną w przewidywalnej przyszłości. Natomiast media stale zmieniają swoją naturę. Są one tradycyjnie określane jako „czwarty stan”. Anglojęzyczny termin The Fourth Estate bywa często mylnie przekładany jako „czwarta władza”, chociaż nie koresponduje on wcale z monteskiuszowskim trójpodziałem władzy, a z trzema stanami społeczeństwa u schyłku feudalizmu.

Tradycyjnie „czwartym stanem” była prasa. Rynek kapitałowy dał impuls dla jej rozwoju: najpierw informowano inwestorów o notowaniach, później także o tym, co dzieje się w spółkach i wokół nich. Notowania rozpowszechniano także za pomocą telegrafu. Znaczący postęp przyniosły kolejno radio i telewizja. Na przełomie tysiącleci szczególną pozycję zyskały media internetowe: portale gospodarcze, wortale giełdowe, coraz liczniejsze, coraz bardziej profesjonalne, poczytne, wiarygodne prywatne gniazda informacji o rynku, giełdach (nie tylko GPW!), spółkach, akcjach, obligacjach, ryzyku, obrocie, relacjach inwestorskich, rynkowych obyczajach i kulturze komunikowania. Informacja nie przestała być towarem, lecz towar ów pod wieloma postaciami udostępniany jest powszechnie i nieodpłatnie. Niektóre darmowe gniazda wiedzy o rynku kapitałowym nie ustępują poziomem profesjonalnym mediom, nawet niekiedy przewyższają je liczbą stałych i wiernych odbiorców.

Odcięty od strumieni informacji, rynek kapitałowy nie przetrwa długo, zwiędnie. Muszą być to informacje niezależne – napływające na rynek różnymi kanałami. Nie mogą być one poddane kontroli lub cenzurze. Reżymy totalitarne pragną zawładnąć nie tylko mediami, pragną one regulować także prywatne, niezależne strumienie informacji o rynku i dla rynku. Państwo totalitarne staje się wszechobecne, na rynku bywa nie tylko srogim regulatorem, także osobliwym uczestnikiem stawiającym swoje interesy nad interesy innych inwestorów. Spółki z udziałem państwa działają pod jego dyktando, kierują swoje środki i zasoby ku celom wyznaczonym przez rządzących, a nadto stają się rezerwuarem posad dla sprzymierzeńców kasty panującej. Media publiczne zostały przejęte, prywatnym grozi marginalizacja, a niezależne strony internetu, służące rozpowszechnianiu niewygodnych treści, uwierające władze – mogą zostać wyłączone lub trwale zakłócane przez hackerów w służbie państwa.

W Polsce władza pragnie ingerować w rynek kapitałowy. Jeden polityk powiada: „Musimy mieć pewność, że wszystko, co dzieje się w Polsce, jest kontrolowane przez polskie władze”. Do jego lotu nad kukułczym gniazdem przyłącza się despota: „Media w Polsce powinny być polskie”. Chcieliby „udomowić”, „repolonizować” media, spółki, banki, rynek. „Udomowienie” gazet regionalnych tylko pozornie nie godzi w rynek kapitałowy. Potwierdza ono doktrynę, że spółki z udziałem państwa mają – na niekorzyść innych akcjonariuszy – wspierać pomysły rządu, niekiedy totalitarne, zazwyczaj absurdalne.

Puszczę tu wodze fantazji: pozornie zjednoczone partie władzy mogą zapragnąć ustalania notowań spółek. Kurs Orlenu wyznaczałby prezes. Ziobryści otrzymaliby jedną spółkę z indeksu WIG20, jedną z WIG40, dwie z WIG80, gowinowcy mniej, ponieważ kurs jednej spółki z przyznanej im puli ustalałby pokątnie Bielan. Za upadłości spółek odpowiadać będzie opozycja, jeżeli się uchowa. Wyrzucimy z rdzennie polskiej giełdy zabłąkane na nią spółki zagraniczne. Zakaże się inwestowania przez kapitał zagraniczny, zwłaszcza niemiecki. IPN zadba, by zagraniczne media nie wycierały swoich brudnych pysków polskimi tematami. „Wysoki trybunał” orzeknie, że regulacje unijne są niekonstytucyjne. Publikacje na temat rynku będą zatwierdzane przez Komisję Nadzoru Rynkowego pod kierownictwem dr. Marka Chrzanowskiego. Tu kończę, wstydu oszczędzę…

Każdy zamach na media, jakakolwiek bywa jego postać, jest dotkliwym ciosem w rynek kapitałowy i pieniądze inwestorów. Kto zamierza „udomowić” media, pragnie pozbawić rynek jednego z najważniejszych komponentów. Bez niezależnych mediów emitenci, inwestorzy i regulatorzy nie będą w stanie zdobyć zaufania umożliwiającego pozyskiwanie kapitału. Zaufanie to fundament gospodarki, lecz w systemie totalitarnym władza radzi sobie i bez niego. Zaufania potrzebują także media już bez reszty zawłaszczone przez kastę panującą, jak telewizja „publiczna” i drogie mi Polskie Radio. Żadne koncesje nie wchodzą w rachubę. Wyprowadzenie mediów spod kontroli politycznej dobrze przysłuży się rynkowi kapitałowemu.

Czytaj także:

2005.10.17 Czwarty Stan rynku
2018.02.18 Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany!

2021.01.18 Dlaczego przejęcie przez Orlen mediów regionalnych zagraża prawdzie i prawu

Jak kryptokolekcjoner nabył kryptosztukę za kryptowalutę

Czy jest możliwe, że fantom: nie obraz, rzeźba, sztych, lecz fantom właśnie, obiekt nierzeczywisty, nienamacalny, pozbawiony postaci materialnej, bliższy wyobrażeniu – został uznany za dzieło sztuki i sprzedany za niewyobrażalną, acz rzeczywistą cenę?

  • Najnowsza moda na rynku sztuki to inwestowanie w Nifties: niepowtarzalne, nierzeczywiste kryptodzieła;
  • Właśnie pobito rekord: na aukcji Christie’s wylicytowano kryptoobiekt za sensacyjną cenę 69,3 mln USD;
  • Nabywca posługujący się pseudonimem Metakoven jest posiadaczem gromadzącej Nifties kolekcji o nazwie Metapurse;
  • Autorem sensacyjnie wylicytowanego obiektu jest Beeple, artysta do tej pory „mało znany w świecie sztuki głównego nurtu”.

Ważne, może przełomowe, wydarzenie na rynku sztuki: czynny od stuleci w handlu antykwarycznym dostojny dom aukcyjny Christie’s (założony w 1766 r.) po raz pierwszy wystawił na aukcję NFT, czyli w pełni cyfrowy obiekt artystyczny. Transakcję przeprowadzono osiągając zdumiewająco wysoką cenę.

Jest to jeden z powodów oszołamiającej kariery terminu Non-Fungible Token (NFT, potocznie Nifty, w liczbie mnogiej Nifties). Chodzi o token niezamienialny, nierozmienialny,  obiekt z niczym nieporównywalny, o niepowtarzalnych właściwościach, jedyne w swoim rodzaju „aktywo”, jak Mona Lisa pośród arcydzieł sztuki klasycznej. Pomimo tych osobliwych właściwościach NFT assets mogą być, i bywają, przedmiotami obrotu rynkowego. Entuzjaści powiadają, że jak bitcoin jest cyfrowym odpowiednikiem pieniądza, NFT jest cyfrową postacią dzieła sztuki. Sceptycy twierdzą, że to tylko pęczniejąca bańka, która zapewne pęknie lada moment, ale z ostrożności (od zawsze cechującej obrót sztuką) poprzedzają krytykę słowem „prawdopodobnie”. O bańce mówi nawet twórca omawianego tu Nifty…

CO KUSI KOLEKCJONERÓW? Token nie jest dziełem sztuki. Nawet nie odzwierciedla jego cech. Nie ma wartości artystycznej, estetycznej, emocjonalnej. Reprezentuje tytuł własności, którego ponoć nie można podważyć – dzisiaj. Zaświadcza o autentyczności obiektu, czego ponoć nie można podważyć – dzisiaj. Nie wiemy, w jakim kierunku podąży technika, jakich dokona przekształceń otaczającej nas rzeczywistości. Nie wiemy także, w jakim kierunku podąży rynek sztuki. Czy moda uniesie Nifties, czy zyskają one na wartości?

ZADZIWIAJĄCA AUKCJA. Rzecz nie byłaby warta analizy, gdyby nie marcowa aukcja Christie’s – jednej z dwóch katedr światowego handlu antykwarycznego. W formule single lot sale licytowano online obiekt wystawiony z ceną wywoławczą 100 USD. Zaplanowana na 14 dni, zrazu toczyła się zniechęcająco ospale, za to w ostatnich chwilach eksplodowała pod niebiosa emocjami i postąpieniami, by – po niecodziennym wydłużeniu czasu licytacji o 90 sekund – zamknąć się przybiciem na pułapie 69 346 250 USD (objaśnienia użytych terminów aukcyjnych poniżej).

Kiedy zagłębiałem się w szczegóły, raz po raz przecierałem okulary: czy to, co czytam w wiarygodnych źródłach zdarzyło się naprawdę? Czy aby w relacjach BBC lub New York Times czegoś nie przekręcono? Czy jest możliwe, że fantom: nie obraz, rzeźba, sztych, lecz fantom właśnie, obiekt nierzeczywisty, nienamacalny, pozbawiony postaci materialnej, bliższy wyobrażeniu – został uznany za dzieło sztuki i sprzedany za niewyobrażalną, acz rzeczywistą cenę? Czy jest możliwe, że renomowany dom aukcyjny przyjął od anonimowego nabywcy zapłatę w kryptowalucie? Czy służba kontroli skarbowej powołana do przeciwdziałania procederowi prania pieniędzy nie została poderwana to działania? Transakcję dopełniono przelewem ekwiwalentu ceny dolarowej w postaci 42 329,453 jednostek czegoś, co nosi nazwę Ether. Przyjmuję te fakty z pokorą: nabieram przekonania, że Ziemia obraca się już nie w tę stronę, do jakiej nawykłem.

AUTOREM (TWÓRCĄ NOWEJ POSTACI WYRAZU?) JEST BEEPLE. Kryptonim może przywołać odległe skojarzenie do The Beatles. Za to maniera jest oryginalna: nikt wcześniej nie wymyślił czegoś równie cudacznego. Innowacyjnym artystą jest urodzony w 1981 r. Mike Winkelman, grafik i designer z Charleston w Południowej Karolinie. Uprawia on wielorakie postacie digital artworks: tapety, ilustracje, szkice, krótkie filmy, kompozycje muzyczne, formaty VJ Loops i VR AR (nie śmiem tu objaśniać tych terminów, moja wyobraźnia już nie wzbija się na te orbity). Swoją twórczość opisuje wyświechtanymi wulgaryzmami (four letters words). Chociaż ma blisko dwa miliony instagramowych fanów, nie był szeroko znany w kręgach antykwarycznych. Lecz teraz dołączył do grona żyjących autorów nowoczesnej sztuki, których dzieła osiągnęły najwyższe cenę. Na podium światowych rynków wyprzedzają go obecnie tylko David Hockney i Jeff Koons.

DZIEŁEM ZA CIĘŻKIE MILIONY JEST… PLIK jpg. To osobliwy kolaż wszystkich grafik, jakie Beeple ogłosił online od 1 maja 2007 r. Od tegoż dnia codzienne kreował nowy cyfrowy produkt, a kiedy zgromadził ich 5 tysięcy (co zajęło mu ponad 13 i pół roku), zmontował ich kompletny zbiór generując ogromną, nowatorską, niepospolitą, dziwaczną kompozycję cyfrową zatytułowaną Everydays: The First 5000 Days frapującą, barwną, nieczytelną bez radykalnego powiększenia, skoro jej wymiary to 21 069 x 21 069 pixeli (319 168 313 bitów). Można zobaczyć ją na facebookowej witrynie Christie’s Images. Prace zostały zgromadzone chronologicznie, ich formy i tematy są różnorodne, od przeciętnych rysunków po nasycone treścią dzieła trójwymiarowe. Obrazują one proces dojrzewania emocjonalnego Autora, jego obawy przed następstwami rozwoju techniki, pragnienie bogactwa i nieufność wobec niego, współczesne turbulencje polityczne Stanów Zjednoczonych.

NABYWCA JEST POSTACIĄ NIEMNIEJ EKSCENTRYCZNĄ OD AUTORA. Przedstawia się jako angel investor in blockchain technology since 2013. Używa kryptonimu Metakoven, jest związany/a z Metapurse (www.metapurse.fund), funduszem wspierającym kolekcjonerstwo sztuki cyfrowej. Wiadomo, że w grudniu 2020 r. nabył/a online kolekcję 20 non-fungible tokens autorstwa Beeple. Transakcji dokonano na popularnej już platformie Nifty Gateway (www.gemini.com/nifty-gateway). Podczas licytacji w Christie’s przebił o 250 000 USD ofertę rywala; był nim Justin Sun, 30-letni obywatel ChRL, przedsiębiorca uznany w świecie nowych technologii, twórca platformy krypto walutowej Tron. O wyniku licytacji zadecydowały oferty składane gorączkowo w ostatnich 20 sekundach. Zwycięzca cieszył się: Trafiła mi się prawdziwa okazja!

NIFTIES MAJĄ ZALETY. Obiekt zostaje „zapieczętowany” poprzez opatrzenie go cyfrowym certyfikatem własności. Zatem to nie sam obiekt będzie później przedmiotem obrotu, ale ów certyfikat. Podobnie jak w przypadku kryptowalut, tytuł własności jest przechowywany w księdze głównej blockchainu. Uważa się, że daje to dwojakie korzyści: po pierwsze, gwarantuje autentyczność obiektu, wyklucza jego podmianę; po drugie, gwarantuje niekłamaną, niepodważalną własność obiektu. Nie można powiesić go na ścianie, lub wstawić do gabloty, nie ucieszy oczu, nie nagrodzi dumnego posiadacza dywidendą prestiżu – za to nikt inny nie może go zawłaszczyć, nie wyłączając twórcy albo zbywcy. Blockchain nie da obiektowi ciekawego życia, ale da bezpieczeństwo. Tak się przynajmniej uważa.

KOMENTARZ KOLEKCJONERA. Żadnej z tych zalet nie ma obraz wiszący u mnie na ścianie. Za to ma inną zaletę: jest piękny. Kryje też w sobie wady: niewiedzę i zwątpienie. Przedstawia scenę rodzajową na cmentarzu w Jokohamie. Nie wątpię w jego autentyczność. Wiadomo, że artysta był w Jokohamie, oraz że podczas pobytu w Japonii stworzył jedno dzieło. Ale wiadomo także, że artysta lubił powtarzać tematy, powracać do nich po latach, by opatrywać obrazy datami i metrykami swoich wcześniejszych prac. Przeto nie mam pewności, czy mój obraz jest rzeczywiście tym pierwszym, czy może późniejszą repliką, namalowaną już w Polsce. Nie wiem także, czy repliki były, a jeżeli tak – ile ich powstało, gdzie się podziały, co się z nimi dzieje. Natomiast gdybym nabył Nifty, nie miałbym wątpliwości, niepodważalne dane byłyby zapieczętowane w księdze blockchainu. Tylko czy dałoby mi to radość?

MAŁY SŁOWNICZEK AUKCYJNY

Lot: obiekt wystawiony na licytację.
Single lot sale: aukcja jednego dzieła.
Cena wywoławcza: cena, po jakiej obiekt zostaje wystawiony. Nie znaczy to, że zawsze będzie, w braku innych ofert, ceną transakcyjną. C.w. ustawia się na niskim poziomie, by potencjalnych nabywców zainteresować i zachęcić do udziału w licytacji, niemniej niekiedy ustala się także poufną cenę zastrzeżoną, poniżej której obiekt nie może zostać sprzedany.
Postąpienie: minimalna wielkość, o jaką oferta uczestnika licytacji przebija ofertę poprzednika. Wysokość postąpienia wynika z regulaminu aukcji lub decyzji prowadzącego (aukcjonera). Wymagane postąpienie zazwyczaj rośnie wraz w wysokością ofert.
Przybicie: uderzenie przez aukcjonera młoteczkiem oznaczające przyjęcie najwyższej oferowanej ceny.

Tekst ogłoszony w numerze wielkanocnym (3-5 kwietnia 2021 r.) Gazety Giełdy i Inwestorów PARKIET. Na wszelki wypadek został poprzedzony nadtytułem TO NIE JEST PRIMA APRILIS!

Na temat handlu sztuką czytaj także:

2019.08.05 Sotheby’s schodzi z parkietu

Ceny zwierciadłem epoki (i katalizatorem zmian…)

Dzisiaj Śmigus-Dyngus… Z tej okazji poniżej przytaczam wybrane dane z cennika ogłoszonego w adresowanej do Polonii publikacji „ABC repatrianta” wydanej w 1956 r,. tak prymitywnie, niechlujnie – że mogła tylko zniechęcić do Polski.

  • Potencjalnymi nabywcami byli potencjalni repatrianci.
  • Ceny miały charakter obowiązujący w Polsce w 1956 r.
  • Podawane były wyłącznie w walutach wymienialnych.
  • Oferowano za nie towary uważane w owym czasie za luksusowe.
  • Dwuwalutowość gospodarki z czasem przyczyniła się do zmiany ustroju.

Ceny towarów i usług są cennym źródeł wiedzy o kraju i czasie, jakiego dotyczą. Ciekawym rodzimej przeszłości polecam wybrane dane z cennika tzw. akcji eksportu wewnętrznego z 1956 roku. Był to rok polskich przeobrażeń skumulowanych podczas Października – jak potocznie nazywamy wydarzenia, w których współcześni upatrywali znamiona dziejowego przełomu. Bezpodstawnie, wszak niebawem „dokręcono śrubę”, sprawy wróciły w utarte koleiny. Lecz z czasem ujawniły się przemiany wywierające wpływ na życie społeczeństwa, wpływające na myślenie i postępowanie Polaków w II połowie XX wieku.

Oto w 1956 r., w nadziei na skłonienie środowisk polonijnych na powrót do Ojczyzny rozwinięto skierowaną do potencjalnych repatriantów działalność propagandową. Prowadziły ją rozgłośnia radiowa i wydawnictwo „Kraj”. Rozgłośnia nadawała audycje i publikowała tygodnik ilustrowany oraz biuletyny, a dział listów deklarował, że odpowie na wszelkie pytania o repatriacji i stosunkach w Polsce, oraz pomoże w poszukiwaniu zaginionych. Wydawnictwo ogłaszało propagandowe materiały „Zrozum i powróć!”, „Porzućcie warty obcej sprawy”, „Po tamtej stronie”, itd. Zachętę do powrotu miała też dać możliwość nabywania przez repatriantów za waluty wymienialne niedostępnych tu dóbr. Przytaczam wybrane dane z cennika ogłoszonego w adresowanej do Polonii publikacji „ABC repatrianta”, wydanej w 1956 r,. tak prymitywnie, niechlujnie – że mogła tylko zniechęcić do Polski.

Ceny podane są w trzech walutach: dolarach, funtach szterlingach i frankach francuskich. Funty dzieliły się wówczas na 20 szylingów po 12 pensów każdy, więc cena za parnik do kartofli PG 100 zapisana jako 5.15.3 wynosiła 5 funtów, 15 szylingów i 3 pensy. W przeliczaniu na franki dawało to 8.400 FF. Reforma walutowa w Wielkiej Brytanii zniosła szylingi wprowadzając podział funta na 100 pensów, reforma we Francji zrazu zastąpiła ówczesne „stare” franki „nowymi” w proporcji 100:1, a z czasem frank został zastąpiony eurem. Wszystkie ceny podaję więc, za oryginałem, w dolarach (ów parnik to 16,00 USD).

Krowę czerwoną polską, wiek 2,5 do 8 lat, wydajność 8 do 12 l, mógł repatriant odebrać na spędzie za 195 USD, a takąż czarno-białą nizinną, nieco bardziej wydajną, za 220 USD. Kupon wełny płaszczowej męskiej (3 m) kosztował od 16,60 do 33,00 USD. Kupon wełny ubraniowej (spory wybór) od 12 USD (tropik) po 25 USD. Kupon czarny sutannowy o szerokości 140 cm oferowano za 13 USD, a takiż o szerokości 148 cm już za 20,50 USD. Kupon popeliny piżamowej (10 m) kosztował od 7,00 do 8,50 USD, a 1 m kretonu 0,30 USD. Bogata oferta tkanin lnianych obejmowała m.in. kupon 18 m, szer. 0,65 m na ścierki za 10 USD, materacowy 1 m szer. 1,20 od 1,05 do 1,40 US, obrus 1,20 x 1,20 z 4 serwetkami za 3,60 USD; tańszy był „z plasticu” za 1,30 USD. Zagraniczne damskie kostiumy kąpielowe oferowano w cenach od 5 do 20 USD, wełniany szalik męski za 3 USD. Chustka do nosa krajowa męska wyceniona była na 0,12 USD.

Para pończoch nylonowych zagranicznych gatunek extra to 1,8 USD, zaś szytych to 3 USD. Para skarpet crepe-nylon kosztowała od 1 do 1,5 USD. Półbuty męskie mops, emerson, golf  czarne lub brązowe nr 39-44, na podeszwie skórzanej, kosztowały po 12 USD. Oferowano wyroby ze świńskiej skóry: walizka o dług. 65 cm, tłoczona, to 15 USD, teczka biglowa (?) tłoczona już tylko 6 USD, zaś portmonetka podkówka kosztowała 0,60 USD.

Bogaty był wybór artykułów toaletowych: angielski grzebień nylonowy (0,22 USD za sztukę), szczoteczka do zębów (0,25), żyletki (nazywane nożykami do golenia) szwedzkie i angielskie, brzytwy solingen, mydła toaletowe (od 0,08 do 0,40 USD), krem do golenia, wody kolońskie („w oryg. opak.”), kremy, puder, pomadki do ust w oprawce i zapasy do nich, róż, tusz, lakier do paznokci. W ofercie były fajki, duży wybór zapalniczek (od 2 do 8,50 USD) oraz kamienie do nich: paczka 8 sztuk kosztowała 0,30 USD.

Można było zaopatrzyć się w węgierski termos, nożyce do drobiu, karty pasjansowe, pastę do butów kiwi, pióra wieczne (od watermana ze złotą stalówką za 2 USD po sheaffersa za 22 USD), „ołówki kulkowe” (od 0,35 do 1,20 USD) i zapasy do nich, zegarki szwajcarskie (od 25 do 135 USD), złote obrączki, aparaty fotograficzne i radiowe, rowery, motocykle, skuter lambretta (250 USD lub samochód M-20 warszawa (1200 USD), wózki dziecięce, meble, materiały budowlane, maszyny i narzędzia rolnicze, nawet węgiel (tona loco podwórze 30 USD). Repatriant mógł od ręki nabyć za waluty wymienialne wszystko, co było dla krajowca niedostępne. A ponieważ repatriantów bywało niewielu, wkrótce wspomniane towary zaczęto udostępniać i krajowcom, zrazu za twardą walutę, później także za bony dolarowe. Gospodarka przybrała charakter dwuwalutowy – i rozwijała się niczym rolka papieru toaletowego (niedostępnego nawet za waluty), aż rozwinęła się do końca. Upadła, a wraz z nią PRL.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 27 marca 2021 r.