Miesięczne archiwum: marzec 2022

Pora głosować online

Internet jest niezbędnym instrumentem obrotu gospodarczego, bywa wszechstronnie wykorzystywany przez uczestniczące w nim podmioty, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele spółek wciąż jeszcze nie ufa internetowi w procesach głosowania.

  • Prawo zezwala zarządom i radom nadzorczym spółek akcyjnych na uproszczone formy głosowania poza posiedzeniami;
  • Spółki powinny w swoich wewnętrznych regulacjach dookreślić klarowne procedury takich głosowań;
  • Lecz przyjmowane przez nie rozwiązania nierzadko czynią zamęt i prowadzą do naruszeń prawa;
  • Często wynika to z nieuzasadnionej niechęci do internetu.

Zarządy i rady nadzorcze spółki akcyjnej mogą podejmować uchwały poza posiedzeniami (stacjonarnymi lub wirtualnymi) w uproszczonych formach. Spółki powinny jednak dopełnić ogólne w tej materii przepisy Kodeksu spółek handlowych wewnętrznymi regulacjami statutu lub regulaminów opisującymi sposób postępowania.

Przeglądając statuty i regulaminy spółek publicznych odkrywam rażące anachronizmem rozwiązania sprzed ery internetu. Jest on współcześnie wszechobecny, bywamy w nim zanurzeni, nie odrywając na ulicy oczu od ekranu smatfona wpadamy pod samochody, ale w organach spółek często praktykujemy stosowane w już w XIX wieku (a na uniwersytetach od średniowiecza!) głosowanie w formie obiegowej. Polega ono na tym, że goniec z tekstem uchwały odwiedza kolejno uprawnionych do oddania głosu i zbiera ich podpisy. A kiedy spółka dojrzewa do głosowań korespondencyjnych, wymaga od członków rady nadzorczej pisemnej zgody na  przesyłanie im projektów uchwał pocztą elektroniczną. Jakiemu interesowi ma służyć taka formalność? Czy jest w Polsce chociaż jeden członek rady nadzorczej pozbawiony dostępu do poczty elektronicznej?

Głosowanie w trybie obiegowym lub korespondencyjnym zarządzane jest najczęściej w sprawach pilnych, których nie można odwlec do najbliższego posiedzenia organu. Wprawdzie należy unikać głosowania pod palącą presją czasu, wszak oddający głos powinien sprawę przemyśleć, lecz przyjęty w pewnej znanej spółce termin aż 21 dni na oddanie głosu jest – moim zdaniem – zbyt długi.

Niektóre spółki mają kłopot z ustaleniem, kiedy zostaje przyjęta uchwała procedowana w uproszczonym trybie: czy z chwilą, kiedy do spółki wpłynęło tyle głosów, że spełniony jest wymóg większości – czy dopiero wtedy, kiedy oddadzą głos wszyscy uprawnieni? Możliwa jest sytuacja, że uprawniony do głosowania jest wprawdzie niechętny uchwale, lecz nie chce głosować przeciw, więc zwleka z oddaniem głosu, aż upłynie wyznaczony termin. Spotyka się rozwiązanie, że głos oddany po terminie, lub nie oddany w ogóle, zostaje uznany przez spółkę za wstrzymujący się (!). Jest to niezgodne z prawem, oznacza bowiem fałszerstwo wyniku głosowania.  

Spółki głowią się nie tylko nad ustaleniem daty przyjęcia uchwały głosowanej korespondencyjnie. Głowią się one także nad ustaleniem miejsca, w którym została przyjęta uchwała podjęta korespondencyjnie lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Niekiedy przyjmuje się, że miejscem przyjęcia uchwały jest miejsce pobytu zarządzającego głosowanie przewodniczącego rady nadzorczej lub prezesa zarządu. Nie rozumiem, czemu służy ta zabawa, skoro określenie miejsca przyjęcia uchwały nigdzie nie jest wymagane, ponieważ nie ma znaczenia.

Internet jest niezbędnym instrumentem obrotu gospodarczego, bywa wszechstronnie  wykorzystywany przez uczestniczące w nim podmioty, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele spółek wciąż jeszcze nie ufa internetowi w procesach głosowania. Stąd opory przed udostępnianiem akcjonariuszom możliwości zdalnego głosowania na walnych zgromadzeniach. Stąd częste zastrzeżenia w prawie wewnętrznym spółek, że do podjęcia uchwały poza tradycyjnym posiedzeniem, przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, może dojść tylko w szczególnych sytuacjach (na szczęście nikt nie próbuje objaśnić tego terminu).

Upowszechnianie zdalnego uczestnictwa w walnych gromadzeniach, w tym zdalnego głosowania uchwał, oraz wykorzystywania technik elektronicznego oddawania głosu przez obecnych na walnym zgromadzeniu, oraz organizowania online nie tylko incydentalnych głosowań, także formalnych posiedzeń zarządów spółek (jeżeli ich członkowie pracują w różnych miejscach), a przede wszystkim rad nadzorczych – usprawni działalność spółek i obrót gospodarczy. Czas dojrzeć do przekonania, że właściwie wykorzystywany internet buduje wartość. Goniec zasłużył na emeryturę.

Tekst ogłoszony 5 marca 2022 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Corporate governance cyrylicą. O braku zaufania do rosyjskiego rynku

Podejmując temat corporate governance w Rosji należy wspomnieć i napiętnować zbrodnię dokonaną na Siergieju Magnickim, niesłusznie uwięzionym po wykryciu przezeń idącej w setki milionów korupcji czynowników i zamęczonym w moskiewskim więzieniu.

Pisywałem o corporate governance w rozmaitych krajach: od Japonii po RPA, od Norwegii po Nową Zelandię, nigdy natomiast o Rosji, ponieważ nie było powodu. Idee i zasady porządku korporacyjnego zdecydowanie się tam nie przyjęły. Żywiołowa prywatyzacja początku lat 90. ub. wieku zmierzała w niewłaściwą stronę. W założeniu powszechna, okazała się elitarną. Społeczeństwo nieufnie przyjęło vouchery, jego ugruntowane przekonania rodziły oczekiwania, że przemysł pozostanie w ręku państwa, będzie ono dbać o pełne zatrudnienie i kontrolować dochody. Tanio udostępniany majątek uległ szybkiej koncentracji. Powstały ogromne fortuny. Prawa inwestorów mniejszościowych nie były respektowane. Nad rynkiem rozpostarto kontrolę polityczną.

Michaił Chodorkowski nie trafił za kraty pod zarzutem przenoszenia, w ostatniej chwili, walnych zgromadzeń Jukosu o tysiące kilometrów, w miejsca trudno dostępne dla drobnych akcjonariuszy, ale z powodów politycznych. Nawiasem: jako jedyny z oligarchów deklarował on zainteresowanie tematyką corporate governance, nawet sfinansował przekład na rosyjski świetnego poradnika The Economist pióra Boba Trickera. Podejmując temat corporate governance w Rosji należy wspomnieć i napiętnować zbrodnię dokonaną na Siergieju Magnickim, niesłusznie uwięzionym po wykryciu przezeń idącej w setki milionów korupcji czynowników i zamęczonym w moskiewskim więzieniu. Usiłował on zwrócić uwagę na nadużycia urzędników podatkowych, aż sam został oskarżony i uznany – już pośmiertnie – za winnego. Rosja została za to pokarana sankcjami Zachodu, odtąd uczy się życia pod ich ciężarem. Jej odpowiedzią na sankcje był zakaz adopcji rosyjskich dzieci przez Amerykanów.

W 2002 r. ogłoszono pierwszy rosyjski zbiór dobrych praktyk spółek giełdowych w oparciu o zasadę „stosuj lub wyjaśniaj”, lecz stosowanie kulało, a wyjaśnianie nigdy nie zostało potraktowane poważnie. W tym samym czasie także w Polsce ogłoszono pierwszy zbiór dobrych praktyk. Lecz podobieństwo metryki nie powinno przesłonić różnicy: u nas dobre praktyki powstały na rynku i z jego inicjatywy, a przyjęła je giełda; tam kleciła je administracja, a zatwierdzeniem zajął się sam rząd. Rosja pracowała nad ustawami o rynku kapitałowym, lecz nie była w stanie zapobiec ani nadmiernej koncentracji własności, ani niedostatkom przejrzystości. Inicjatywy na rzecz poprawy rynku podejmowane były na zewnątrz, przez międzynarodowe instytucje finansowe. Należy wspomnieć, że także Krzysztof Lis, wielki inspirator corporate governance, usiłował promować te standardy także w Rosji i jej byłych republikach.

Był czas, że rosyjska gospodarka budziła nadzieję. Rosję zaliczano do BRIC, później BRICS, grupy obiecujących rynków kapitałowych (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, oraz RPA). Lecz tak wynikami gospodarki, jak stanem corporate governance Rosja z czasem przestawała równać do innych rynków wschodzących. Pokazał to opracowany przez Bank Światowy w 2013 r. Report on the Observance of Standard and Codes. Prawodawstwo wzorowane na Zachodzie uległo prymatowi obyczajów i praktyki Wschodu. Rosła liczba spółek o niskim free float, za to z dominującym udziałem inwestorów – oligarchów zaprzyjaźnionych z Kremlem. Zasady promowane przez OECD stosowano tylko w części. Korupcja przybierała ogromne rozmiary. Nie zapobiegły temu ogłoszone przez moskiewską giełdę w kwietniu 2014 r. nowe dobre praktyki. Zachód był w pełni świadomy sytuacji na rosyjskim rynku, ale wbrew ogromnemu ryzyku inwestycyjnemu kierowano tam z rozmachem znaczące środki w oczekiwaniu na szczególnie lukratywne zyski. W wojennej rzeczywistości przychodzi za to płacić zawieszaniem działalności, porzucaniem aktywów, stratami.

W Rosji położono nacisk na legislację, za jej sprawą zbudowano nowoczesną infrastrukturę prawną rynku kapitałowego. Lecz prawo nie jest absolutem, przepisy traktowane są wybiórczo, jak gdyby używając cyrylicy nie dało się ukształtować kultury corporate governance. Zresztą Rosja jest także wiązana przepisami wielu międzynarodowych konwencji humanitarnych. Jaki ma do nich stosunek, widać w trakcie jej napaści na Ukrainę. Parafrazując powiedzenie o dobrych intencjach: dobrymi konwencjami Rosja brukuje tam drogę do piekła.

Tekst ogłoszony 14 marca 2022 w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET               

 

Wielowładza w radzie nadzorczej

Rozumiała to paniusia z przedwojennego dowcipu: zapytana, czy mąż używa prerogatyw – odparła, że nie, że skądże, wszak jest plenipotentem. Otóż miała rację: plenipotent, pełnomocnik, zastępca – z prerogatyw korzystać nie mogą. 

  • Kierowanie pracami rady nadzorczej jest zadaniem przewodniczącego rady, lecz często jego zastępca zostaje zrównany z nim w prawach;
  • Statut lub regulamin czynią wtedy zastępcę uzurpatorem prerogatyw przewodniczącego lub jego dublerem;
  • W pewnych sytuacjach zastępca przewodniczącego może podejmować działania wbrew przewodniczącemu;
  • Takie sytuacje rzutują negatywnie na tok prac rady, dezorganizują procedury, zakłócają odpowiedzialność.

Już kilka miesięcy po wejściu w życie Kodeksu spółek handlowych sygnalizowałem niepokojące zjawisko kształtowania się praktyki statutowej przypisującej uprawnienia przewodniczącego rady nadzorczej także jego zastępcy, a nawet innym osobom, jak sekretarz rady lub jej członek sprawujący przewodnictwo obrad. Przykład najbardziej jaskrawy: przepis art. 391 § 1 Ksh in fine przewiduje, iż statut spółki akcyjnej (jedynie statut spółki!) może wyposażyć przewodniczącego rady nadzorczej (jedynie przewodniczącego!) w głos rozstrzygający – ang. casting vote – w przypadku równości głosów w radzie, przy czym nie ma znaczenia, czy dla podjęcia uchwały wymagana jest większość zwykła, czy bezwzględna. Statuty spółek publicznych, skądinąd nawet poważnych, przewidywały inne rozwiązania. Na przykład, iż w przypadku równości głosów w radzie przeważa głos „osoby prowadzącej posiedzenie”. Bądź stanowiono, że pod nieobecność przewodniczącego z głosu rozstrzygającego wynik głosowania może skorzystać jego zastępca, a pod nieobecność również tego – sekretarz rady nadzorczej.

W ten sposób prerogatywa przysługująca wyłącznie przewodniczącemu rady nadzorczej spływa kaskadą na innych członków rady. Wynika to z powszechnego niezrozumienia na rynku pojęcia prerogatywy. Jest to precyzyjnie określone uprawnienia przysługujące wyłącznie piastunowi precyzyjnie określonej funkcji. Rozumiała to paniusia z przedwojennego dowcipu: zapytana, czy mąż używa prerogatyw – odparła, że nie, że skądże, wszak jest plenipotentem. Otóż miała rację: plenipotent, pełnomocnik, zastępca – z prerogatyw korzystać nie mogą.

Statuty często operują pojęciem „nieobecności” przewodniczącego rady, nie wyjaśniając tego terminu. Czy chodzi o chwilową nieobecność w spółce? Czy o brak możliwości nawiązania kontaktu telefonicznego lub przy wykorzystaniu poczty elektronicznej? Wyjazd w Himalaje? Pozbawienie wolności? Pod nieobecność przewodniczącego jego obowiązki przejmuje zastępca. Bywa on powoływany nawet w trzyosobowych radach. Niekiedy powołuje się więcej niż jednego wiceprzewodniczącego, co może spowodować chaos kompetencyjny: który z nich przejmie buławę? W jednym ze statutów znalazłem nawet formułkę, że przewodniczący może na okres nie dłuższy niż 6 miesięcy powierzyć pełnienie swojej funkcji wiceprzewodniczącemu. Jaki jest sens takiego rozwiązania?

Inny przykład dublowania funkcji przewodniczącego dotyczy zwoływania rady nadzorczej. Zwołuje on radę z własnej inicjatywy lub na żądanie uprawnionych. Statuty wielu spółek przewidują, iż zwołanie rady należy do jej przewodniczący lub jego zastępcy, który mógłby przeto zwoływać radę na własną rękę. Liczne statuty przewidują, że rada nadzorcza może podejmować uchwały nie tylko wtedy, gdy wypełnia wymóg kworum, a wszyscy jej członkowie zostali prawidłowo „zaproszeni”, lecz nadto pod warunkiem, że w procesie podejmowania uchwał uczestniczy jej przewodniczący lub jego zastępca. To kolejny przypadek zrównania pozycji osoby powołanej do przewodniczenia radzie z osobą przydzieloną jej do pomocy. Natomiast przepisy Ksh zrównują w prawach przewodniczącego rady i jego zastępcę tylko w przypadku mało istotnej ceremonii otwarcia walnego zgromadzenia, która może się odbyć także bez ich udziału.

Zadziwia ciekawostka z regulaminu rady nadzorczej pewnej spółki publicznej (inna sprawa, że mało poważnej): „Korzystając ze swoich uprawnień, przewodniczący rady nadzorczej powinien stosować się do uchwał i opinii rady, a także – w razie potrzeby – uzgadniać swe decyzje z wiceprzewodniczącym”. Czyli jest głową, którą kręci szyja…

Do Senatu RP już dotarł projekt nowelizacji Ksh (druk 634). Nie podjęto w nim skutecznej próby okiełznania wielowładzy w radzie. Wprawdzie podkreślono, że pracami rady kieruje przewodniczący, lecz pozostawiono furtkę do obdzielania kompetencjami także innych członków rady. Pociesza mnie wszelako, że na rynku są także rozsądne spółki, które nie przewidują powoływania w radzie zastępcy przewodniczącego, względnie dopuszczają powoływanie go tylko ad hoc.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 25 lutego 2022 r.

“Internetowa rada” po ponad dwudziestu latach

Jesienią 2000 r., trzy dni po uchwaleniu Kodeksu spółek handlowych, więc jeszcze przed jego wejściem w życie, ogłosiłem artykuł pod tytułem „Internetowa rada”. Zwróciłem uwagę, że na gruncie obowiązującego wówczas prawa dopuszczalna jest organizacja posiedzeń rady nadzorczej online.

Uchwalony w 1934 r., gdy nikomu jeszcze nie śniło się o internecie, Kodeks handlowy okazał się – przynajmniej pod tym względem – aktem elastycznym, możliwym do stosowania poza ówczesną granicą wyobraźni. Otóż Kh nie wymagał, by obrady rady nadzorczej spełniały kanon jedności miejsca. Obrady w sieci oznaczają rezygnację z jedności miejsca, zachowując kanon jedności czasu. Ma to poważną zaletę: oszczędza się czas i koszty. Członkowie rad nadzorczych to najczęściej osoby zajęte, czynne zawodowo, dysponujące ograniczonymi możliwościami zaangażowania czasowego. Na posiedzenia rad przez lata dojeżdżałem do Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Legnicy… Podróż zajmowała wiele godzin. Pilnowaliśmy czasu, by zdążyć na powrotne pociągi. Time commitment nie obejmuje czasu na dojazdy, często dłuższego od obrad. Lepiej wykorzystać ten czas merytorycznie. Łatwiej skupić członków rady w jednym czasie, niż w jednym miejscu.

Warto pamiętać, że Kh nie operował pojęciem „posiedzenie”. Obyczaj nasiadówek rozpowszechnił się w realiach powojennych; członkowie rad nadzorczych zostali przyspawani do miejsc przy stole w siedzibie spółki. Ksh zachęcił rady do korzystania z internetu, by mogły podjąć uchwałę przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Tylko incydentalnie rady nadzorcze korzystały z tego ułatwienia. Nie przysługiwało ono zarządom, lecz skoro nikt nie potrafił wskazać interesu prawnego stojącego na przeszkodzie podjęciu przez zarząd spółki uchwały online – statuty wielu spółek dopuściły taką praktykę. Została ona usankcjonowana dopiero nowelizacją Ksh („covidową”) z 2020 r.

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Kodeks spółek handlowych z 2000 r. odnosi się do posiedzeń zarządu i rady nadzorczej. Z czasem odniesień przybywa w następstwie nowelizacji. Spółki na własną rękę ustalają w swoich dokumentach ustrojowych, że zarządy i rady nadzorcze pracują na posiedzeniach, niechętnie dopuszczając odstępstwa od tej zasady. Ksh mówi o zwoływaniu rady nadzorczej, statuty i regulaminy rad mówią o zwoływaniu jej na posiedzenia. I chociaż niejedna rada coraz większą część swoich zadań wykonuje poza posiedzeniami, do czasu pandemii COVID-19 rady nadzorcze rzadko decydowały się na odbywanie formalnych posiedzeń online. Dopiero pandemia wygnała niektóre rady z gabinetów, przeniosła je do sieci, gdzie zakosztowały wygód i bezpieczeństwa.

Mógłbym długo wyliczać korzyści płynące z odbywania posiedzeń rad. Lecz rada nie powinna tracić bezpośredniego kontaktu ze spółką, zamykać swoje okno z widokiem na jej sprawy. Wykorzystując internet dla usprawnienia swojej pracy, podejmowania uchwał i odbywania posiedzeń, rada powinna stale mieć na względzie zadanie sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Tego nie da się spełnić zaocznie. Realia spółki nie mieszczą się w excelu. Trzeba systematycznie poznawać je na miejscu, w stałym kontakcie z zarządem, jego zapleczem i pracownikami. Rada stale spotykająca się online, bądź „w realu”, ale poza spółką, pozostanie unplugged. W świecie utarł się zwyczaj, że nawet rady stale plugged-in przynajmniej raz do roku obradują w swoim ścisłym gronie, bez zarządu, pracowników spółki, związkowców (tzw. day away) – zatem takie spotkanie można odbywać online.

W tekście sprzed dwudziestu kilku lat ubolewałem, że prawo nie pozwala na odbywanie online walnych zgromadzeń. Lecz od kilkunastu lat pozwala, a Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW do tego zachęcają. Spółki są jednak niechętne nie tylko możliwości zdalnego uczestniczenia w obradach walnego zgromadzenia i głosowania uchwał, także samej transmisji przebiegu obrad w czasie rzeczywistym. Nawet pandemia nie dała dostatecznego impulsu internetowym walnym zgromadzeniom. Nie ma racjonalnych argumentów przemawiających przeciwko dwupostaciowym walnym zgromadzeniom: niech jedni wybiorą udział osobisty, inny zdalny, jak komu wygodnie. Jest to wykonalne. Jest to bezpieczne. Istnieją ramy prawne, istnieją możliwości techniczne, brak jedynie gotowości wielu spółek publicznych do otwarcia obrad zgromadzenia przed szerokim gronem akcjonariuszy. 

Spółki tłumaczą się brakiem zapotrzebowania akcjonariatu na transmisje obrad i na możliwość zdalnego uczestnictwa w nich i głosowania. Akcjonariat rzeczywiście bywa bierny, nie interesuje się uczestnictwem w walnych zgromadzeniach. Poszerzająca się przestrzeń między spółkami a inwestorami nie ułatwia ani rozwoju rynku, ani pozyskiwaniu przez spółki kapitału, ani wchodzeniu na rynek nowych akcjonariuszy. Internet dał nam tu szansę, jakiej nie umiemy wykorzystać.

Czytaj także:

2000.09.18 Internetowa rada

Oraz teksty wyświetlane po naciśnięciu na listwie hasła COVID-19