Miesięczne archiwum: maj 2022

Dlaczego komisje skrutacyjne niekoniecznie budzą zaufanie

Niekiedy do komisji skrutacyjnej można powołać każdego, kto się napatoczy, czy z grona akcjonariatu, czy pracowników spółki, czy nawet spośród pracowników firmy obsługującej system głosowania elektronicznego – wówczas kontrolę nad głosowaniami powierza się tym właśnie, którzy powinni być kontrolowani!

Skrutator (łac. scrutator) to osoba obliczająca głosy podczas głosowania. Jej zadaniem jest przeprowadzenie prawidłowego obliczenia głosów, by na tej podstawie ustalić rzeczywisty wynik głosowania. Nierzadko do skrutatora należy ogólny nadzór nad całym procesem głosowania. Skrutator ucieleśnia zaufanie, iż głosowanie zostało przeprowadzone uczciwie, a wynik nie został sfałszowany.

Rozsądek przemawia za tym, by skrutator nie działał samotnie. Powołuje się komisje złożone ze skrutatorów nie tylko badających przebieg i wyniki głosowania, nadto uważnie patrzących innym członkom komisji na ręce. Od Państwowej Komisji Wyborczej po komisję skrutacyjną dla wyborów w komitecie rodzicielskim na każdym szczeblu, w każdej postaci głosowania, można i trzeba zadbać o należytą kontrolę i oddawania głosów, i obliczania ich. W spółkach kapitałowych powierza się te zadania komisjom powoływanym ad hoc przez walne zgromadzenia lub zgromadzenia wspólników wyłącznie na potrzeby danego zgromadzenia. Nie są one regulowane przepisami Kodeksu spółek handlowych.

Wynika to z założenia, że Ksh nie jest instrukcją obsługi spółki i nie powinien nazbyt głęboko wnikać w organizację organów spółki i sposób wykonywania przez nie czynności. Na tym polu pozostawiono więc spółkom pełną autonomię, a one korzystają z niej z fantazją i rozmachem. Wobec tego spółki notowane na GPW niekiedy, ze szkodą dla rynku, naśladują na tym polu wzory komisji działających w spółdzielniach, stowarzyszeniach, organizacjach społecznych.

Przydatność komisji skrutacyjnej warto rozważyć przed jej powołaniem. Można się bez niej obejść gdy akcjonariusze głosują przy pomocy kart elektronicznych, a system głosowania obsługuje wiarygodna firma; w praktyce zadanie skrutatorów sprowadza się wówczas do podpisania wydruku z wynikami głosowania (często bez możliwości sprawdzenia tego wyniku) i doręczeniu go przewodniczącemu zgromadzenia. Elektroniczny system głosowania jest w szczególności zalecany spółce akcyjnej, ponieważ akcjonariusz może głosować odmiennie z każdej z posiadanych akcji (split voting); jest on ponadto niezbędny w przypadku zdalnego uczestnictwa akcjonariuszy w walnym zgromadzeniu i głosowania w czasie rzeczywistym, dla świadczenia zgromadzeniu pomocy technicznej. Lecz zajmując się spółkami publicznymi dostrzegam trzy trudne problemy.

Pierwszy dotyczy tego, kto wchodzi w skład komisji skrutacyjnych na walnych zgromadzeniach. Najlepiej byłoby, gdyby skrutatorzy byli wyłaniani spośród osób uprawnionych do uczestniczenia w walnym zgromadzeniu. Nie zawsze jest to możliwe z uwagi na niską frekwencję na walnych zgromadzeniach. Ponadto akcjonariusze wolą kandydować niż kontrolować wybory. Tylko niektóre spółki przewidują w regulaminach walnych zgromadzeń, że do komisji powołuje się wyłącznie akcjonariuszy lub ich pełnomocników. Niektóre regulaminy przewidują, że skrutatorów powołuje się spośród pracowników spółki. Niekiedy do komisji skrutacyjnej można powołać każdego, kto się napatoczy, czy z grona akcjonariatu, czy pracowników spółki, czy nawet spośród pracowników firmy obsługującej system głosowania elektronicznego – wówczas kontrolę nad głosowaniami powierza się tym właśnie, którzy powinni być kontrolowani!

Drugi problem polega na tym, kto zgłasza zgromadzeniu kandydatów do komisji skrutacyjnej. Powinno to leżeć w wyłącznej kompetencji uczestników walnego zgromadzenia. Zdarzają się jednak przypadki, gdy prawem do zgłaszania kandydatów do komisji skrutacyjnej dysponuje wyłącznie przewodniczący walnego zgromadzenia. Takie uprawnienie to instrument manipulowania zgromadzeniem.

Trzeci problem polega na precyzyjnym określeniu zakresu działania komisji skrutacyjnej. Nie powinien być on rozszerzany o sprawy mandatowe, związane z weryfikacją uprawnień do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu. Takimi tematami niech się zajmie komisja powołana przez zgromadzenie w celu sprawdzenia listy obecności. Inaczej niż komisja skrutacyjna, jest ona regulowana przepisami Ksh. Wyobraźmy sobie, że o prawie akcjonariusza do udziału w walnym zgromadzeniu miałaby decydować komisja powołana spośród pracowników spółki lub pracowników firmy obsługującej system głosowania… Lecz niska wciąż jeszcze kultura naszego rynku kapitałowego dopuszcza i takie przypadki.

Ponadto obserwuję tendencję mnożenia bytów obsługujących walne zgromadzenie. Znam regulamin zgromadzenia przewidujący powoływanie dwóch odrębnych komisji, jednej do głosowań jawnych, drugiej do tajnych. Ale nikt jeszcze nie wpadł na pomysł powoływania odrębnych komisji dla kandydatów płci męskiej i żeńskiej. Czekam.

Tekst ogłoszony 20 maja w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET.

 

 

Statutowe bicie piany, czyli przedmiot działalności spółki

Nawet uważna lektura statutu nie ułatwia ustalenia, czym naprawdę zajmuje się spółka!

Okocimskie Zakłady Piwowarskie SA, firma znana wszystkim jako po prostu Okocim, w statucie z 1993 r. określiła przedmiot swojej działalności jednym zdaniem: „Przedmiotem przedsiębiorstwa spółki jest działalność produkcyjna, handlowa i usługowa, w tym produkcja i sprzedaż piwa, napojów chłodzących, sodu oraz innych produktów ubocznych z wyżej wymienionej produkcji”. Piwa w zasadzie nie pijam, ale przy pierwszej okazji wychylę szklaneczkę za autora tak treściwej informacji, czym zajmuje się spółka. Niestety, w wielu innych, zwłaszcza współczesnych statutach, określenie przedmiot działalności spółki bywa rozwlekłe, nieczytelne, mało treściwe, za to mnóstwo w nim informacyjnej piany, która bardziej przystoi piwu.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA zaskoczyła mnie statutowym zestawieniem przedmiotu działalności, w którym na pierwszym miejscu wymieniono rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo. Co wcale nie oznacza, że rybactwo (zachodzę w głowę, w jakiej postaci miałaby spółka je uprawiać) jest w tym przypadku ważniejsze od wymienianych w dalszej kolejności górnictwa i wydobycia, przetwórstwa przemysłowego itd. Otóż spółka przedstawia swoją działalność nie taką, jaką jest ona w istocie, lecz w sposób odpowiadający wykazowi sekcji klasyfikacji PKD. Pierwsza z tych sekcji („A”) dotyczy rzeczonego rybactwa i łowiectwa, druga („B”) górnictwa i wydobywania, po czym spółka wylicza kolejne, aż po „P”, omijając jedynie „O”. Sięgając po statut, akcjonariusz, analityk, komentator nie uzyska rzetelnego obrazu czym spółka się zajmuje, ale przyjęty sposób prezentacji zapewne zadowoli statystyka.

Nie lekceważę korzyści, jakie statystyka przysparza gospodarce, polityce, społeczeństwu. Lecz wprowadzanie jej do spółki handlowej wymaga namysłu. Statut obowiązkowo określa przedmiot działalności, a z tego określenia powinno coś wynikać. Nie wynika nic: spółki, idąc za radami swoich prawników, masowo określają przedmiot działalności na wyrost, by pod wpływem zmieniających się okoliczności, lub kaprysu, zmienić profil. Chodzi o to, by ominąć ustawowe wymogi dotyczące istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki: uchwała walnego zgromadzenia w tej materii jest podejmowane większością dwóch trzecich głosów (bez przywilejów i ograniczeń) w głosowaniu jawnym i imiennym, a jej skuteczność zależy od wykupienia akcji tych akcjonariuszy, którzy nie zgadzają się na zmianę. Obszerny, rozlazły wykaz pozycji przedmiotu działalności, pokryty brudną pianą złych intencji, działa na szkodę akcjonariuszy spółki i rynku.

Statystyka nie zawsze przedstawia rzeczywistość. Znane jest powiedzenie posiadacza psa, że kiedy idą razem, statystycznie mają po trzy nogi. Disraeli wyróżniał trzy postacie kłamstwa: pospolite kłamstwo, cholerne kłamstwo i statystykę. Powiedzenie: „Wierzę tylko statystykom, które sam sfałszowałem”, przypisywano wielu politykom. Lecz politycy korzystają ze statystyki jak pijany z latarni: szukają w niej oparcia, nie oświecenia. Wiele powiedzonek przeciwstawia fakty prawdzie lub statystyce. Na rynku kapitałowym chodzi jednak nie tylko o prawdę, przede wszystkim o pieniądze. Lektura statutu w kwestii przedmiotu działalności powinna jasno wyjawić, czym spółka się zajmuje. Nie zawsze wyjawia wprost, dotyczy to nawet spółek wysoce cenionych przez rynek, jak Neuca.

Zatem zapraszam do lektury statutów. Mają one niewielu czytelników. Szkoda, ponieważ w statutach często mieszka ryzyko, a przez dziury w statutach wyciekają pieniądze akcjonariuszy. Czasem dostrzegam, że nawet inwestorzy instytucjonalni nie zadają sobie trudu, by wnikliwie poznać statut spółki, do której z rozmachem wnoszą powierzone im pieniądze uczestników funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Nie jestem zwolennikiem mnożenia przepisów, krępowania rynku i jego uczestników nakładanymi na nich rygorami, niemniej chętnie przyjąłbym oświadczenia inwestorów instytucjonalnych o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Łatwiej byłoby wówczas uwierzyć, że nie inwestują oni na oślep, by później naiwnie twierdzić, jakoby „siedem banków nie mogło się mylić”.

Podobnych oświadczeń oczekiwałbym od analityków w ciemno wystawiających spółkom rekomendacje. Nie inwestowałem w Getback SA, nawet nie rozważałem takiego kroku, ale podniosłem alarm na postawie tego, co wyczytałem w statucie tej spółki na temat przedmiotu jej działalności. W tym czasie rekomendacje analityków śmigały w górę. Skończyło się katastrofą nadzwyczaj szkodliwą dla rynku.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 10 maja 2022 r.

Czytaj także, bo ciekawe:

2021.11.10 Na wielbłądach w kosmos, czyli swawole statutowe

2018.06.08 Jeżeli taka spółka jest w porządku, to rynek nie jest

2014.10.15 Wesoły autobus

2004.04.05 Ryzyko mieszka w statucie

 

Z kart historii rynku: Absurdalna afera Biofermu (1993)

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni, nawet Instytut Ochrony Środowiska PAN!

  • Za motto tej opowieści niech posłuży osławiony cytat „Ludzie są tak głupi, że to działa”;
  • Afera Biofermu mogła zaistnieć jedynie dzięki ludzkiej chciwości i głupocie;
  • Pamiętamy inne oszustwa z początków ery transformacji: FOZZ, Art B, BKO Lecha Grobelnego;
  • Aferę krakowskiego Biofermu otula już mgiełka zapomnienia. Pamiętać o niej trwa u oszukanych – w pokoleniu, które już wymiera.

Kiedyś wymyśliłem powiedzenie o Balcerowiczu, który przeprowadził Polskę na słoneczną stronę ulicy. Dzisiaj dodam: afera Biofermu dotknęła nie tylko tych, którzy zostali na czerwonym świetle. Jej ofiary wywodziły się zarówno spośród nieprzystosowanych do wymogów transformacji, jak spośród ludzi sukcesu; przedsiębiorców, profesorów wyższych uczelni, artystów… Pokusa pozyskania bogactwa bez wysiłku i nakładów finansowych oszołomiła tysiące bez względu na wykształcenie, pozycję zawodową lub społeczną, przekonania polityczne lub majątek. Po upadku oszukańczej sieci wielu poszkodowanych wolało sprawę przemilczeć, gdyż łatwiej przyszło im pogodzić się ze stratami, nadziejami na kosmiczne zyski – niż przyznać się do głupoty, pazerności, oślepienia mirażem fortuny.

BAŃKI ABSURDU

Afery finansowe pojawiały się zapewne już od czasu, gdy Chińczycy wynaleźli pieniądze. O większości z nich rychło zapominano, spychały je w niepamięć nowe wydarzenia na rynkach. Niektóre zaś obrosły legendami. Najsłynniejszą z nich była niderlandzka Tulpengekte, gorączka tulipanowa ogarniająca Republikę Zjednoczonych Prowincji w latach 1634-1637. Owszem, ceny cebulek tulipanowych rosły, zawierano transakcję forward na dostawę tulipanów, których jeszcze nie posadzono, aż nadszedł kryzys TBV, czyli „wirusa pstrości tulipana”. Przyszłość wypielęgnowała legendę o cebulce, za którą zapłacono równowartość ceny gospodarstwa lub domu nad kanałem w Amsterdamie – ale to nieprawda.

Prawdziwe były straty po Gorączce Mórz Południowych. W 1711 Brytyjczycy założyli spółkę do handlu z odległymi terytoriami, ale traktat z Utrechtu (1713) kończący wojnę z Hiszpanią rozpędził koniunkturę. Handlowano więc niczym, jak w wielu innych bańkach. Tę upamiętnił Izaak Newton, genialny fizyk, lecz także uznany finansista, dyrektor Mennicy Królewskiej. Po zarobieniu całkiem sporej sumy wycofał się z tej absurdalnej inwestycji, lecz widząc wzrost cen akcji powrócił do spekulacji – aż stracił niemal wszystko w krachu z 1720 r. Wtedy oświadczył, że łatwiej przewidzieć ruchy ciał niebieskich niż ruchy rynku, co powinno zostać uznane za Czwarte Prawo Newtona.

GORĄCZKA KEFIROWA

Chodziło o serek, nie kefir, ale utarła się nazwa gorączki kefirowej. Przepis na absurdalną aferę finansową był prosty: należało zainwestować w tzw. zestaw startowy, wyhodować na parapecie brzydko pachnącą maź o konsystencji zgniłego kefiru – a po kilku tygodniach samoczynnej hodowli tego paskudztwa zarobić 100 procent wkładu. Maź miała rzekomo służyć produkcji wyrafinowanych szwajcarskich kosmetyków (w rzeczywistości gromadzono ją w beczkach w magazynie Igloopolu). Ulotka reklamowa przypominała znane już królowej Kleopatrze zalety kąpieli w mleku…

Takim interesem do zrobienia kusiła firma Bioferm Ltd. (ów zagraniczny skrót przydawał wiarygodności, mało kto wiedział wówczas co oznacza) zrazu działająca w Krakowie, wszelako niebawem otwierająca filie w innych miastach. Podobno pomysł na biznes nie był oryginalny, testowano go już w kilku krajach Europe Zachodniej. Cena zestawu startowego wynosiła aż 8 milionów zł (wprawdzie przed denominacją, niemniej w ówczesnych realiach była to znaczna kwota). W skład zestawu startowego wchodziło 10 porcji suszu (ponoć szwajcarskiego) zwanego aktywatorem, 10 foliowych woreczków, 10 gumek recepturek. jedna bawełniana szmatka, oraz instrukcja w stylu: odbierz od nas specjalne aktywatory, wsyp je do świeżego mleka i po tygodniu wykonałeś pierwszą część procesu produkcyjnego. Wysusz produkt i dostarcz go do naszej firmy.

UWAŻAJ NA KOTY!

Należało wsypać sproszkowany susz do 10 kubków, zalać je mlekiem – i czekać, strzegąc preparat przed kotami, o których bajerowano, że zwabia je kuszący aromat substancji, a przecież koty nie mogą się mylić! Po kilku dniach uwarzony twarożek wsypywano do woreczków, zawiązywano gumkami – i gotowe. Odciśnięty, pokruszony preparat przybierał postać śmierdzącej kaszki. Kolejne porcje mleka fermentowały pod wpływem pozostałych na dnie resztek. Za dostarczony produkt klient otrzymywał 16 milionów zł. Zamiast gotówki pobierano zestawy startowe. I obliczano w myślach przyszłe zyski.

Czasy sprzyjały aferzystom. Grobelny zakładał Bezpieczną Kasę Oszczędności, jego śladem szli Galicyjski Trust Kapitałowo-Inwestycyjny, Skyline, SKOK Wołomin, Pierwszy Komercyjny Bank w Lublinie niejakiego Bogatina, Prywatna Agencja Lokacyjna senatora Rzeźniczaka. Szefem Biofermu był Tomasz Wróblewski, drobny przedsiębiorca z Krakowa. Nie ustalono, kto za nim stał, ani co się z nim stało.

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni – nawet Instytut Ochrony Środowiska Polskiej Akademii Nauk w Zabrzu! Po 4 miesiącach Bioferm rozwinął działalność na ogromną skalę, firma stworzyła osiem oddziałów. „Producentów” nie liczono. W październiku 1993 r. w krakowskiej Hali Wisły honorowano najlepszych akwizytorów. Rozdano nagrody: poloneza, 2 fiaty 126 p, dżinsy. Snuto śmiałe plany rozwoju biznesu…

SANEPID W AKCJI

Nikt aferzystów nie ścigał: policja, prokuratura, służby skarbowe milczały. Lecz wiadomość o cuchnącym suszu dociera do Sanepidu. Stacja żąda dokumentacji produkcji (nie ma!) i stwierdza, że ekstrakt nie spełnia norm PZH. Wojewódzki Inspektor Sanitarno-Epidemiologiczny w Krakowie wydał decyzję o zamknięciu działalności Biofermu z dniem 27 października. To rutynowa decyzja, lecz producenci widzą w niej inspirację sił nieczystych, widome oznaki działalności antypolskiej! Wszak „skrzywdzeni przez Sanepid” nieszczęśnicy tracą dorobek życia. Lecz decyzja jest na rękę aferzystom. Tomasz Wróblewski zamyka działalność, znika po wsze czasy. Wcześniej sprzedaje firmę posiadaczowi kradzionego paszportu niemieckiego, ten przelewa środki na zagraniczne konta, dalszy ich los nie jest znany. Prasa wini za to komunistów, bo „wytworzyli na masową skalę magiczną świadomość ekonomiczną”.

Bioferm zapadł się pod ziemię w przededniu otwarcia zapisów na akcje Banku Śląskiego. Szef krakowskiego domu maklerskiego Arabski & Gawor chwalił technikę zapisów na bank i wspominał, jak zawieszał na kilka godzin zapisy na akcje Vistuli, Sokołowa, gdy bandy rzezimieszków rozpędzały kolejki po akcje. Kolejki po zestawy startowe Biofermu nie były krótsze, nikt ich nie rozpędzał. Za to miejsce w kolejce można było drogo sprzedać.

Policja twierdzi, że obserwowała Bioferm, lecz nie wkraczała, bo nie było zawiadomienia o oszustwie! Pojawiają się szacunki liczby ofiar i ich strat. Oszukanych jest (na oko, nikt nie liczył) 37 tysięcy, szacunek strat to, na oko, 500 miliardów. Są producenci deklarujący straty po kilkaset milionów (sprzed denominacji w skali 10 000:1). Zanim prokuratura zajęła się sprawą, dokumenty przepadły, zresztą nigdy nie były prowadzone należycie. Wróblewski miał wywieźć z kraju 8 milionów USD (na oko). Uznano, że bez niego nie da się niczego wyjaśnić. Przesłuchiwano tysiące pokrzywdzonych (bez sensu, podobnie jak później w Amber Gold). Zamówiono ekspertyzę aktywatorów (!). Zapomniano w porę wystawić list gończy za Wróblewskim. Objęło go przedawnienie.

POSIANO TEORIE SPISKOWE

Mnożyły się osobliwe informacje. Pokrzywdzeni jakoby wynajęli „windykatorów”, ci porwali Wróblewskiego dla okupu. Miał odbić go dzielny „detektyw” Rutkowski i odwieźć do Paryża. Mnożono opowieści o założeniu przez Wróblewskiego identycznej piramidy w Chile, o jego tajemnych wizytach w Polsce – wszystko nieprawda. Najwięcej zamieszania narobił Kazimierz Świtoń, inwestor i wyróżniający się akwizytor. Obiecywał pokrzywdzonym ulgę podatkową, widział w Sanepidzie narzędzie antypolskiego spisku i wytoczył mu proces, który przegrał. Ogłosił głodówkę, miał ją prowadzić 40 dni, może i nocy. Niczego nie wskórał.

Zasmuca krajobraz po aferze. Sprawy nie wyjaśniono, bo też specjalnie nie próbowano. Pieniędzy nie odzyskano. Z czasem afera poszła w zapomnienie. Ale posiano teorie spiskowe. Odżyły, w różnych postaciach, za sprawą naciągaczy z Amber Gold lub Getback SA. Ponoć Polak mądry jest po szkodzie, lecz doświadczenie tego nie potwierdza…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 15 kwietnia 2022 r.