Dzienne archiwum: 3 września 2022

O dyplomow(an)ej korupcji

  • Inwestor wnoszący do spółki znaczny udział w jej kapitale kupuje sobie, bądź osobie przez siebie wskazanej, miejsce w radzie dyrektorów;
  • W wielu krajach panował obyczaj, że zamożni ojcowie noworodków płci męskiej zawczasu kupowali synowi patent oficerski w pułku gwardii;
  • W Wielkiej Brytanii wystawiane są na sprzedaż rezydencje, wprawdzie już bez komina, na poły zawalone, ale nabywcy przysługuje tytuł lorda;
  • Przed wymuszonym nań wyjazdem z Hiszpanii król Alfons XIII Bourbon sprzedawał na wyścigi hrabiostwa i baronie (w tym licznym nabywcom z Polski).

Na krakowskim Rynku Głównym, pod kościołem NMP, stał kiedyś wózek, z którego sprzedawano osobliwy dokument: „świadectwo wysłuchania Hejnału Mariackiego”. Strażak co godzinę trąbił z wieży na cztery świata strony raptownie urwaną melodię, ale wydawca kwitu, nim przystawił na nim swoją pieczęć, pobierał skromną opłatę nie sprawdzając, czy aby nabywca rzeczywiście słuchał hejnalisty. Tak rozkwitała drobna przedsiębiorczość, tak rodził się w Krakowie kapitalizm.

Czytam o akcji CBA w warszawskim Collegium Humanum (w wywiadzie udzielonym Newsweekowi nazwałem je Tumanum). Podobno służby sprawdzają, czy nie wydawano martwym duszom dyplomów ukończenia prestiżowych studiów menedżerskich. Nie dałem wiary, że z takich dyplomów promieniuje jakikolwiek prestiż. Temat wzbudził we mnie skojarzenia z dyplomem wysłuchania hejnału z Wieży Mariackiej. I z opisanym tu kiedyś chińskim sprzedawcą tęczy rozpostartej nad Rzeką Perłową.

Dyplomy tego kolegium służyły za przepustki do organów spółek z udziałem Skarbu Państwa. Gdybym uważał, że taki przepis na menedżerskie kariery jest w porządku, sam uruchomiłbym drogę wiodącą na skróty do dobrze płatnych posad. Miałem po temu wszelkie możliwości: przez osiem lat prowadziłem Polski Instytut Dyrektorów zajmujący się przede wszystkim doskonaleniem kwalifikacji członków rad nadzorczych, udało mi się skupić wokół PID plejadę wykwalifikowanych specjalistów (w tym wielu profesorów uznanych szkół wyższych), a przy tym często stawałem w obliczu próśb, że ktoś ma już zaklepane miejsce w radzie nadzorczej, musi tylko donieść papier, więc gotów jest dużo zapłacić. Lecz w tamtym czasie Instytut działał zgodnie z formułą „Przejrzyste zasady. Wysokie standardy. Dobre praktyki”, więc nie organizował kursów do rad nadzorczych i omijał pokusy korupcji.

Nie da się pokątnie nabyć za pieniądze wykształcenia. Wymaga ono pracy. Kupić można świadectwo posiadania wykształcenia. Lecz zarówno sprzedaż takich świadectw, jak traktowanie ich serio, to postacie korupcji. Tolerancja dla korupcji jest równie niebezpieczna i szkodliwa, jak sama korupcja. Niestety, procesy naboru do zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem państwa, nawet niekoniecznie większościowym, bywają przeżarte korupcją. Wprawdzie można nazwać ją inaczej, mniej dosadnie: nepotyzmem, partyjną gospodarką kadrami, kumoterstwem, harcami tłustych kotów – lecz nie zmieni to postaci rzeczy.

Wspomniane wyżej przypadki nabywania stanowisk lub tytułów są albo były legalne. Wkład kapitałowy w spółkę jako tytuł do członkostwa rady nie budzi wątpliwości. Patenty oficerskie odeszły w niepamięć, ale noworodka płci męskiej dobrze zawczasu zapisać do Eton. Łatwiej kupić tytuł lorda jako należny z tytułu posiadania zamku lub pałacu (nawet w ruinie), niż fatygować królową. Król Hiszpanii nie łamał prawa, ponieważ nadawanie tytułów szlacheckich (nawet seryjne, nawet obcokrajowcom) mieściło się wśród jego prerogatyw. Lecz kupczenie dyplomami wysłuchania hejnału, zapewne mało szkodliwe społecznie, budziło już wątpliwości, przynajmniej z punktu widzenia urzędu skarbowego.

Ciekawe, jak się zakończy przypadek wspomnianej uczelni. Najlepiej, by zakończył się wraz z nią.

Czytaj także:

2014.01.16 Wyższa szkoła demoralizacji

2013.03.15 Sprzedawcy tęczy