Anegdoty z corporate governance w tle

Kosmiczna gafa

W czerwcu 2003 roku, podczas konferencji CORPORATE GOVERNANCE XIII Andrzej Olechowski prowadził w Serocku panel z udziałem liderów polskiego biznesu. Najpierw oświadczył, że wręcz nietaktem byłoby przedstawianie gości, osób powszechnie znanych, po czym udzielając głos Aleksandrowi Gudzowatemu, zapowiedział go jako… Aleksandra Gawronika. Salę ogarnia wesołość, purpurowy ze wstydu Olechowski mamrocze przeprosiny, Gudzowaty uśmiecha się krzywo…

Lecz jakże słodki jest rewanżu smak! W pewnej chwili Pan Aleksander dobył z kieszeni wycinek z gazety i oświadczył: „Prasa głosi, że na liście płac miałem wielu znanych polityków. Ot, na przykład na dwunastym miejscu pośród nich został wymieniony dr Andrzej Olechowski. Kupiłem go razem z bankiem, gdzie przewodniczył radzie nadzorczej”

Adwokat czy róże?
W tymże panelu brał także udział Jan Kulczyk. Opowiadał Aleksander Gudzowaty, że znalazł się w sporze z rządem Jerzego Buzka, więc wybrał się do wszechwładnej wówczas minister Teresy Kamińskiej (dysponowała urokiem osobistym i wpływem na premiera), by zażegnać konflikt i wyjednać choćby neutralną postawę władz. Niczego oczywiście nie wskórał, a jeszcze po jakimś czasie dotarł do niego ironiczny komentarz Kamińskiej: „Kulczyk to przychodzi do mnie z kwiatami, a Gudzowaty z adwokatem”. Skomentował Jan Kulczyk: „Jako poznaniak – jestem człowiekiem oszczędnym, więc wyliczyłem sobie, że kwiaty kosztują znacznie mniej niż adwokat”.

NFI i przestępczość
Początki programu NFI były romantyczne. Prasa informowała, że w zamian za powszechne świadectwo udziałowe można było zaznać przyjemności w agencji towarzyskiej. Z materiałów operacyjnych policji przenikały do gazet informacje, jakoby podwarszawskie zorganizowane grupy przestępcze masowo wykupywały świadectwa. Ponoć zamierzały one w ten sposób wziąć udział w programie i legalizować pieniądze pochodzące z przestępczego procederu (obrót kradzionymi samochodami, narkotykami, bronią). Ówczesne Ministerstwo Przekształceń Własnościowych komentowało, że nie może to podważać wiarygodności programu.

Zróbmy jeszcze jeden taki program, a gangi i agencje towarzyskie z pewnością zbankrutują.

Stock Exchange Learned Index
Zostałem zaproszony na poważną międzynarodową konferencję poświęconą przyszłości szkolnictwa wyższego w świecie. Próżno broniłem się argumentując, że od dziesiątek lat nie mam nic wspólnego ze szkolnictwem wyższym. Powiedziano, że skoro jestem człowiekiem mediów, powinienem skoncentrować się na kwestii, czy istnieją podobieństwa tendencji rozwojowych szkolnictwa wyższego i mediów. Stwierdziłem, że istnieją, że oba te przemysły komercjalizują się, przeto zapewne w przyszłości, jak dzisiaj handlujemy mediami i byle chłystek może kupić sobie dzienniki, tygodniki, stacje telewizyjne – będziemy handlować wyższymi uczelniami, może powstanie nawet specjalny indeks giełdowy, czyli Stock Exchange Learned Index (kod: SELI). Żart, jak się niebawem okazało, nie przez wszystkich został zrozumiany…

Pełny tekst rozprawki, na której oparłem wystąpienie, ukazał się drukiem w kwartalniku Higher Education in Europe (vol. XXVIII nr 1, 2003) pod tytułem „A Tale of Two Industries: Mass Media and Higher Education”. Redaktor naukowy z Oxfordu uznał, że SELI to nie kod indeksu giełdowego, lecz nazwisko uczonego, na którego się powołuję. Szukał, szukał po światowym piśmiennictwie, aż znalazł – i wstawił w tym miejscu przypis w brzmieniu: „SELI, J. Stock Options and Stock Index Future Trading. Ann Arbor: University of Michigan Law School, 1989”. Gdyby „cytowany” autor dotarł do mojego artykułu, zdziwiłby się niesłychanie! Lecz dzisiaj wszyscy piszą, a mało kto czyta.

Jak dać się zrozumieć?
W wydanych w 1899 roku „Listach z podróży” Henryk Sienkiewicz przedstawił wrażenia z Wall Street (Uol-strit), ulicy – jak pisał – niewielkiej, dość ciasnej: „Tu także mieści się stock exchange, czyli giełda, albo jeszcze, jeżeli kto chce: szpital waryatów, cierpiących na febris aurea. Spokojnego widza strach przejmuje na widok tego, co się tu dzieje! Gwar tu, wrzask i wrzawa taka, jakby za chwilę miało przyjść do bitwy. Widzisz zaczerwienione twarze, słyszysz ochrypłe głosy. Ludzie przyskakują do siebie i krzycząc jakby w napadzie maligny, wytrząsają sobie pięściami przed oczyma. Jeden stara się przekrzyczeć drugiego. Sądzisz, że tłumy te ogarnęła naraz niewytłómaczona wściekłość, pod której wpływem natychmiast poczną się mordować wzajemnie. I któżby domyślił się, że jest to nic więcej, tylko sposób porozumiewania się handlowego, a owe krzyki i wywijania pięściami służą tylko do tego, żeby się dać lepiej zrozumieć!”

Dzisiaj, by zobaczyć zaczerwienione twarze, usłyszeć ochrypłe głosy, przekrzykiwanie, objawy „niewytłómaczonej wściekłości”, wystarczy otworzyć telewizor. Z tym, że to nie maklerzy wrzeszczą na Uol-strit, a politycy w studiu. I że nie służy to chęci porozumienia.

Wszystko na sprzedaż
Handlowano już patentami oficerskimi, tytułami szlacheckimi, nawet miejscami w radach nadzorczych. Jeden z klubów grających w przesłynnej angielskiej Premier League, poszukiwał kiedyś członka rady, dawał nawet ogłoszenia do prasy (m.in. Financial Times). Status dawał wstęp do loży honorowej; warunkiem uzyskania go był wszelako zakup akcji klubu za milion funtów szterlingów.

Wyższość ligi angielskiej nad polską polega na tym, że tam sprzedaje się honory, a u nas – mecze.

Ryzyk fizyk
W XVII i XVIII w. Anglię, Francję i Holandię raz po raz ogarniały spekulacyjne szaleństwa. Szczytów absurdu sięgnęła kariera cebulek tulipanów, które ceniono wyżej niż szczere złoto. Pewien gracz wycofał się podczas hossy z 7 tysiącami funtów szterlingów zysku, co było wówczas ogromnym majątkiem. Niebawem jednak uległ powszechnej psychozie, nakupił akcji i stracił 20 tysięcy funtów. Skądinąd nie był głupcem, lecz znawcą pieniądza i dyrektorem mennicy królewskiej bijącej jedną z najważniejszych walut w dziejach. A przede wszystkim – wszechstronnym uczonym: rozwinął naukę o przestrzeni, czasie, masach i siłach, sformułował prawa dynamiki, dotarł do źródeł światła i sedna koloru, odkrył uniwersalny charakter praw fizyki. To Sir Izaak Newton: genialny fizyk, ale kiepski ryzyk. Legenda twierdzi, że do odkrycia prawa powszechnego ciążenia doszedł widząc spadające jabłko. To nieprawda: intrygowało go raczej, dlaczego księżyc nie spada.

Dzisiaj ważniejsze, co prędzej spadnie: księżyc, euro, funt szterling, czy złoty?

Do kosza!
Wiosną 2000 r. dr Krzysztof Lis zorganizował konferencję poświęconą uchwalonym przez OECD zasadom nadzoru korporacyjnego. Wśród wielu panelistów pojawił się też lokalny przedsiębiorca z Polski B, producent taniego wina, zapewne z buraków. Znalazł się on na konferencji zapewne za sprawą przewodniczącego rady nadzorczej owej rozlewni, znanego profesora, z którym przedsiębiorca prowadził się także na łamach dziennika Rzeczpospolita.

Na konferencji producent „wina” dokonał happeningu: wrzucił broszurkę z zasadami OECD do kosza, a osobliwy ów gest tłumaczył tym, że „za pięć lat wszystkie firmy będą działać w internecie”. Co ma jedno do drugiego, nie wyjaśnił.

Skandalista nazywał się Janusz Palikot. Już nigdy nikt nie podjął z nim rozmowy na temat corporate governance. Słusznie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *