Archiwum autora: Andrzej S. Nartowski

O Andrzej S. Nartowski

Emerytowany prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów. Prawnik z praktyką w organach spółek handlowych. Publicysta, laureat nagród za publicystykę międzynarodową i ekonomiczną.

Statutowe bicie piany, czyli przedmiot działalności spółki

Nawet uważna lektura statutu nie ułatwia ustalenia, czym naprawdę zajmuje się spółka!

Okocimskie Zakłady Piwowarskie SA, firma znana wszystkim jako po prostu Okocim, w statucie z 1993 r. określiła przedmiot swojej działalności jednym zdaniem: „Przedmiotem przedsiębiorstwa spółki jest działalność produkcyjna, handlowa i usługowa, w tym produkcja i sprzedaż piwa, napojów chłodzących, sodu oraz innych produktów ubocznych z wyżej wymienionej produkcji”. Piwa w zasadzie nie pijam, ale przy pierwszej okazji wychylę szklaneczkę za autora tak treściwej informacji, czym zajmuje się spółka. Niestety, w wielu innych, zwłaszcza współczesnych statutach, określenie przedmiot działalności spółki bywa rozwlekłe, nieczytelne, mało treściwe, za to mnóstwo w nim informacyjnej piany, która bardziej przystoi piwu.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA zaskoczyła mnie statutowym zestawieniem przedmiotu działalności, w którym na pierwszym miejscu wymieniono rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo. Co wcale nie oznacza, że rybactwo (zachodzę w głowę, w jakiej postaci miałaby spółka je uprawiać) jest w tym przypadku ważniejsze od wymienianych w dalszej kolejności górnictwa i wydobycia, przetwórstwa przemysłowego itd. Otóż spółka przedstawia swoją działalność nie taką, jaką jest ona w istocie, lecz w sposób odpowiadający wykazowi sekcji klasyfikacji PKD. Pierwsza z tych sekcji („A”) dotyczy rzeczonego rybactwa i łowiectwa, druga („B”) górnictwa i wydobywania, po czym spółka wylicza kolejne, aż po „P”, omijając jedynie „O”. Sięgając po statut, akcjonariusz, analityk, komentator nie uzyska rzetelnego obrazu czym spółka się zajmuje, ale przyjęty sposób prezentacji zapewne zadowoli statystyka.

Nie lekceważę korzyści, jakie statystyka przysparza gospodarce, polityce, społeczeństwu. Lecz wprowadzanie jej do spółki handlowej wymaga namysłu. Statut obowiązkowo określa przedmiot działalności, a z tego określenia powinno coś wynikać. Nie wynika nic: spółki, idąc za radami swoich prawników, masowo określają przedmiot działalności na wyrost, by pod wpływem zmieniających się okoliczności, lub kaprysu, zmienić profil. Chodzi o to, by ominąć ustawowe wymogi dotyczące istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki: uchwała walnego zgromadzenia w tej materii jest podejmowane większością dwóch trzecich głosów (bez przywilejów i ograniczeń) w głosowaniu jawnym i imiennym, a jej skuteczność zależy od wykupienia akcji tych akcjonariuszy, którzy nie zgadzają się na zmianę. Obszerny, rozlazły wykaz pozycji przedmiotu działalności, pokryty brudną pianą złych intencji, działa na szkodę akcjonariuszy spółki i rynku.

Statystyka nie zawsze przedstawia rzeczywistość. Znane jest powiedzenie posiadacza psa, że kiedy idą razem, statystycznie mają po trzy nogi. Disraeli wyróżniał trzy postacie kłamstwa: pospolite kłamstwo, cholerne kłamstwo i statystykę. Powiedzenie: „Wierzę tylko statystykom, które sam sfałszowałem”, przypisywano wielu politykom. Lecz politycy korzystają ze statystyki jak pijany z latarni: szukają w niej oparcia, nie oświecenia. Wiele powiedzonek przeciwstawia fakty prawdzie lub statystyce. Na rynku kapitałowym chodzi jednak nie tylko o prawdę, przede wszystkim o pieniądze. Lektura statutu w kwestii przedmiotu działalności powinna jasno wyjawić, czym spółka się zajmuje. Nie zawsze wyjawia wprost, dotyczy to nawet spółek wysoce cenionych przez rynek, jak Neuca.

Zatem zapraszam do lektury statutów. Mają one niewielu czytelników. Szkoda, ponieważ w statutach często mieszka ryzyko, a przez dziury w statutach wyciekają pieniądze akcjonariuszy. Czasem dostrzegam, że nawet inwestorzy instytucjonalni nie zadają sobie trudu, by wnikliwie poznać statut spółki, do której z rozmachem wnoszą powierzone im pieniądze uczestników funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Nie jestem zwolennikiem mnożenia przepisów, krępowania rynku i jego uczestników nakładanymi na nich rygorami, niemniej chętnie przyjąłbym oświadczenia inwestorów instytucjonalnych o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Łatwiej byłoby wówczas uwierzyć, że nie inwestują oni na oślep, by później naiwnie twierdzić, jakoby „siedem banków nie mogło się mylić”.

Podobnych oświadczeń oczekiwałbym od analityków w ciemno wystawiających spółkom rekomendacje. Nie inwestowałem w Getback SA, nawet nie rozważałem takiego kroku, ale podniosłem alarm na postawie tego, co wyczytałem w statucie tej spółki na temat przedmiotu jej działalności. W tym czasie rekomendacje analityków śmigały w górę. Skończyło się katastrofą nadzwyczaj szkodliwą dla rynku.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 10 maja 2022 r.

Czytaj także, bo ciekawe:

2021.11.10 Na wielbłądach w kosmos, czyli swawole statutowe

2018.06.08 Jeżeli taka spółka jest w porządku, to rynek nie jest

2014.10.15 Wesoły autobus

2004.04.05 Ryzyko mieszka w statucie

 

Z kart historii rynku: Absurdalna afera Biofermu (1993)

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni, nawet Instytut Ochrony Środowiska PAN!

  • Za motto tej opowieści niech posłuży osławiony cytat „Ludzie są tak głupi, że to działa”;
  • Afera Biofermu mogła zaistnieć jedynie dzięki ludzkiej chciwości i głupocie;
  • Pamiętamy inne oszustwa z początków ery transformacji: FOZZ, Art B, BKO Lecha Grobelnego;
  • Aferę krakowskiego Biofermu otula już mgiełka zapomnienia. Pamiętać o niej trwa u oszukanych – w pokoleniu, które już wymiera.

Kiedyś wymyśliłem powiedzenie o Balcerowiczu, który przeprowadził Polskę na słoneczną stronę ulicy. Dzisiaj dodam: afera Biofermu dotknęła nie tylko tych, którzy zostali na czerwonym świetle. Jej ofiary wywodziły się zarówno spośród nieprzystosowanych do wymogów transformacji, jak spośród ludzi sukcesu; przedsiębiorców, profesorów wyższych uczelni, artystów… Pokusa pozyskania bogactwa bez wysiłku i nakładów finansowych oszołomiła tysiące bez względu na wykształcenie, pozycję zawodową lub społeczną, przekonania polityczne lub majątek. Po upadku oszukańczej sieci wielu poszkodowanych wolało sprawę przemilczeć, gdyż łatwiej przyszło im pogodzić się ze stratami, nadziejami na kosmiczne zyski – niż przyznać się do głupoty, pazerności, oślepienia mirażem fortuny.

BAŃKI ABSURDU

Afery finansowe pojawiały się zapewne już od czasu, gdy Chińczycy wynaleźli pieniądze. O większości z nich rychło zapominano, spychały je w niepamięć nowe wydarzenia na rynkach. Niektóre zaś obrosły legendami. Najsłynniejszą z nich była niderlandzka Tulpengekte, gorączka tulipanowa ogarniająca Republikę Zjednoczonych Prowincji w latach 1634-1637. Owszem, ceny cebulek tulipanowych rosły, zawierano transakcję forward na dostawę tulipanów, których jeszcze nie posadzono, aż nadszedł kryzys TBV, czyli „wirusa pstrości tulipana”. Przyszłość wypielęgnowała legendę o cebulce, za którą zapłacono równowartość ceny gospodarstwa lub domu nad kanałem w Amsterdamie – ale to nieprawda.

Prawdziwe były straty po Gorączce Mórz Południowych. W 1711 Brytyjczycy założyli spółkę do handlu z odległymi terytoriami, ale traktat z Utrechtu (1713) kończący wojnę z Hiszpanią rozpędził koniunkturę. Handlowano więc niczym, jak w wielu innych bańkach. Tę upamiętnił Izaak Newton, genialny fizyk, lecz także uznany finansista, dyrektor Mennicy Królewskiej. Po zarobieniu całkiem sporej sumy wycofał się z tej absurdalnej inwestycji, lecz widząc wzrost cen akcji powrócił do spekulacji – aż stracił niemal wszystko w krachu z 1720 r. Wtedy oświadczył, że łatwiej przewidzieć ruchy ciał niebieskich niż ruchy rynku, co powinno zostać uznane za Czwarte Prawo Newtona.

GORĄCZKA KEFIROWA

Chodziło o serek, nie kefir, ale utarła się nazwa gorączki kefirowej. Przepis na absurdalną aferę finansową był prosty: należało zainwestować w tzw. zestaw startowy, wyhodować na parapecie brzydko pachnącą maź o konsystencji zgniłego kefiru – a po kilku tygodniach samoczynnej hodowli tego paskudztwa zarobić 100 procent wkładu. Maź miała rzekomo służyć produkcji wyrafinowanych szwajcarskich kosmetyków (w rzeczywistości gromadzono ją w beczkach w magazynie Igloopolu). Ulotka reklamowa przypominała znane już królowej Kleopatrze zalety kąpieli w mleku…

Takim interesem do zrobienia kusiła firma Bioferm Ltd. (ów zagraniczny skrót przydawał wiarygodności, mało kto wiedział wówczas co oznacza) zrazu działająca w Krakowie, wszelako niebawem otwierająca filie w innych miastach. Podobno pomysł na biznes nie był oryginalny, testowano go już w kilku krajach Europe Zachodniej. Cena zestawu startowego wynosiła aż 8 milionów zł (wprawdzie przed denominacją, niemniej w ówczesnych realiach była to znaczna kwota). W skład zestawu startowego wchodziło 10 porcji suszu (ponoć szwajcarskiego) zwanego aktywatorem, 10 foliowych woreczków, 10 gumek recepturek. jedna bawełniana szmatka, oraz instrukcja w stylu: odbierz od nas specjalne aktywatory, wsyp je do świeżego mleka i po tygodniu wykonałeś pierwszą część procesu produkcyjnego. Wysusz produkt i dostarcz go do naszej firmy.

UWAŻAJ NA KOTY!

Należało wsypać sproszkowany susz do 10 kubków, zalać je mlekiem – i czekać, strzegąc preparat przed kotami, o których bajerowano, że zwabia je kuszący aromat substancji, a przecież koty nie mogą się mylić! Po kilku dniach uwarzony twarożek wsypywano do woreczków, zawiązywano gumkami – i gotowe. Odciśnięty, pokruszony preparat przybierał postać śmierdzącej kaszki. Kolejne porcje mleka fermentowały pod wpływem pozostałych na dnie resztek. Za dostarczony produkt klient otrzymywał 16 milionów zł. Zamiast gotówki pobierano zestawy startowe. I obliczano w myślach przyszłe zyski.

Czasy sprzyjały aferzystom. Grobelny zakładał Bezpieczną Kasę Oszczędności, jego śladem szli Galicyjski Trust Kapitałowo-Inwestycyjny, Skyline, SKOK Wołomin, Pierwszy Komercyjny Bank w Lublinie niejakiego Bogatina, Prywatna Agencja Lokacyjna senatora Rzeźniczaka. Szefem Biofermu był Tomasz Wróblewski, drobny przedsiębiorca z Krakowa. Nie ustalono, kto za nim stał, ani co się z nim stało.

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni – nawet Instytut Ochrony Środowiska Polskiej Akademii Nauk w Zabrzu! Po 4 miesiącach Bioferm rozwinął działalność na ogromną skalę, firma stworzyła osiem oddziałów. „Producentów” nie liczono. W październiku 1993 r. w krakowskiej Hali Wisły honorowano najlepszych akwizytorów. Rozdano nagrody: poloneza, 2 fiaty 126 p, dżinsy. Snuto śmiałe plany rozwoju biznesu…

SANEPID W AKCJI

Nikt aferzystów nie ścigał: policja, prokuratura, służby skarbowe milczały. Lecz wiadomość o cuchnącym suszu dociera do Sanepidu. Stacja żąda dokumentacji produkcji (nie ma!) i stwierdza, że ekstrakt nie spełnia norm PZH. Wojewódzki Inspektor Sanitarno-Epidemiologiczny w Krakowie wydał decyzję o zamknięciu działalności Biofermu z dniem 27 października. To rutynowa decyzja, lecz producenci widzą w niej inspirację sił nieczystych, widome oznaki działalności antypolskiej! Wszak „skrzywdzeni przez Sanepid” nieszczęśnicy tracą dorobek życia. Lecz decyzja jest na rękę aferzystom. Tomasz Wróblewski zamyka działalność, znika po wsze czasy. Wcześniej sprzedaje firmę posiadaczowi kradzionego paszportu niemieckiego, ten przelewa środki na zagraniczne konta, dalszy ich los nie jest znany. Prasa wini za to komunistów, bo „wytworzyli na masową skalę magiczną świadomość ekonomiczną”.

Bioferm zapadł się pod ziemię w przededniu otwarcia zapisów na akcje Banku Śląskiego. Szef krakowskiego domu maklerskiego Arabski & Gawor chwalił technikę zapisów na bank i wspominał, jak zawieszał na kilka godzin zapisy na akcje Vistuli, Sokołowa, gdy bandy rzezimieszków rozpędzały kolejki po akcje. Kolejki po zestawy startowe Biofermu nie były krótsze, nikt ich nie rozpędzał. Za to miejsce w kolejce można było drogo sprzedać.

Policja twierdzi, że obserwowała Bioferm, lecz nie wkraczała, bo nie było zawiadomienia o oszustwie! Pojawiają się szacunki liczby ofiar i ich strat. Oszukanych jest (na oko, nikt nie liczył) 37 tysięcy, szacunek strat to, na oko, 500 miliardów. Są producenci deklarujący straty po kilkaset milionów (sprzed denominacji w skali 10 000:1). Zanim prokuratura zajęła się sprawą, dokumenty przepadły, zresztą nigdy nie były prowadzone należycie. Wróblewski miał wywieźć z kraju 8 milionów USD (na oko). Uznano, że bez niego nie da się niczego wyjaśnić. Przesłuchiwano tysiące pokrzywdzonych (bez sensu, podobnie jak później w Amber Gold). Zamówiono ekspertyzę aktywatorów (!). Zapomniano w porę wystawić list gończy za Wróblewskim. Objęło go przedawnienie.

POSIANO TEORIE SPISKOWE

Mnożyły się osobliwe informacje. Pokrzywdzeni jakoby wynajęli „windykatorów”, ci porwali Wróblewskiego dla okupu. Miał odbić go dzielny „detektyw” Rutkowski i odwieźć do Paryża. Mnożono opowieści o założeniu przez Wróblewskiego identycznej piramidy w Chile, o jego tajemnych wizytach w Polsce – wszystko nieprawda. Najwięcej zamieszania narobił Kazimierz Świtoń, inwestor i wyróżniający się akwizytor. Obiecywał pokrzywdzonym ulgę podatkową, widział w Sanepidzie narzędzie antypolskiego spisku i wytoczył mu proces, który przegrał. Ogłosił głodówkę, miał ją prowadzić 40 dni, może i nocy. Niczego nie wskórał.

Zasmuca krajobraz po aferze. Sprawy nie wyjaśniono, bo też specjalnie nie próbowano. Pieniędzy nie odzyskano. Z czasem afera poszła w zapomnienie. Ale posiano teorie spiskowe. Odżyły, w różnych postaciach, za sprawą naciągaczy z Amber Gold lub Getback SA. Ponoć Polak mądry jest po szkodzie, lecz doświadczenie tego nie potwierdza…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 15 kwietnia 2022 r.

 

Naganny transfer uprawnień do nieuprawnionych

Przyznano niewłaściwie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo decydowania
o wynagrodzeniu piastuna spółki wypłacanego z jej środków, do czego akcjonariusz nie może być uprawniony. Niech już powołanego przez siebie opłaca z własnej szkatuły, jeżeli pozostali akcjonariusze zgodzą się na prywatne finansowanie fagasa jednego spośród nich.

  • Uprawnień przysługujących w określonych sytuacjach określonym piastunom spółki lub jej organom nie należy bezmyślnie przenosić w inne dziedziny;
  • Statut może upoważnić indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania członków rady nadzorczej, ale nie do ustalania ich wynagrodzeń!
  • Sprzeciw może służyć akcjonariuszowi na walnym zgromadzeniu, nie może korzystać z niego nieobecny członek rady nadzorczej!
  • Przewodniczący komitetu audytu nie ma głosu rozstrzygającego w razie równości głosów w komitecie!

Anglosasi często podkreślają różnicę między prawem w ustawach (law in books), a prawem w działaniu (law in action). Dostrzegam to zjawisko w polskim prawie spółek. Zanim jego klarowne przepisy przenikną do praktyki – nierzadko zmienią oblicze, zostaną wynaturzone, zastosowane opacznie wbrew duchowi i literze prawa. Jest to zjawisko naganne. Służę wymownymi przykładami.

NAGANA PIERWSZA. Statut spółki akcyjnej może wyposażyć indywidualnie określonego akcjonariusza w określone uprawnienia osobiste, jak prawo powoływania lub odwoływania członków organów spółki. Jest to produkt specyficznych stosunków właścicielskich, więc owe uprawnienia najczęściej wygasają gdy ich posiadacz pozbywa się akcji. Lecz czasem w statucie spółki znajduję sformułowanie dwakroć niezgodne z prawem. Zakłada ono, że posiadacz akcji określonej serii ma prawo powoływania i odwoływania przewodniczącego rady nadzorczej oraz określania jego wynagrodzenia. Wskazano tutaj nie podmiot, a przedmiot posiadania, co nie przecież określa akcjonariusza indywidualnie, a nadto – przede wszystkim! – przyznano niewłaściwie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo decydowania o wynagrodzeniu piastuna spółki wypłacanego z jej środków, do czego akcjonariusz nie może być uprawniony. Niech już powołanego przez siebie opłaca z własnej szkatuły, jeżeli pozostali akcjonariusze zgodzą się na prywatne finansowanie fagasa jednego spośród nich.

NAGANA DRUGA. Akcjonariusz, który na walnym zgromadzeniu głosował przeciwko uchwale, która została powzięta, ma prawo żądać zaprotokołowania swojego sprzeciwu, co uprawni go do wniesienia przeciwko spółce powództwa o uchylenie uchwały lub uznania jej za nieważną. W statutach niektórych spółek znajduję niezgodne z prawem uprawnienie do wniesienia sprzeciwu względem uchwały rady nadzorczej przez członka rady nieobecnego podczas przyjmowania uchwały. Nie dość, że uprawnienie do wniesienia sprzeciwu zostało przetransferowane z walnego zgromadzenia do rady, od głosującego do nieuczestniczącego  w głosowaniu, to jeszcze po drodze zgubiło ono sens, gdyż nie daje podstawy do powództwa, ani do niczego. Przy tym zadziwia mnie praktyka mnożenia uprawnień przysługujących nieobecnym.

NAGANA TRZECIA. Ganiłem tu niedawno przypadki nielegalnego transferu prerogatywy głosu rozstrzygającego prezesa zarządu spółki lub przewodniczącego jej rady nadzorczej w przypadku równości głosów na inne osoby, jak wiceprezes lub zastępca przewodniczącego bądź prowadzący posiedzenie. Nie doceniłem wyobraźni autorów statutów i regulaminów spółek, która poniosła ich dalej: otóż potrafią oni wyposażyć przewodniczącego komitetu audytu rady nadzorczej w głos rozstrzygający wobec uchwał komitetu. Wprawdzie komitet audytu nie jest organem spółki, lecz ciałem pomocniczym wyłonionym z rady nadzorczej, więc niekoniecznie jego stanowiska przybiorą formę uchwały; wprawdzie najczęściej liczy on troje członków, co daje nikłe szanse na równy rozkład głosów, lecz przewodniczącego wyposażono z rozmachem w uprawnienie, które mu nie przysługuje. A wystarczyło poczytać kodeks.

Istnieje proste wyjaśnienie opisanego tutaj stanu rzeczy. Przez lata prowadziłem z prawnikami ze znanych kancelarii liczne warsztaty dla spółek poświęcone corporate governance i prawu spółek. Wyjaśnialiśmy wnikliwie stan prawny i stany faktyczne omawianych przypadków, ale po zaproszeniu uczestników do pytań i wypowiedzi często zabierał głos ktoś, kto deklamował: „Powiedziano to ciekawe rzeczy, ale u nas, proszę państwa, jest inaczej” – i omawiał stosowane w jego spółce zgoła księżycowe procedury. Na tym właśnie polega różnica pomiędzy prawem w ustawie a prawem w praktyce                        Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 13 kwietnia 2022 r.

Prezes: zwierzchnik członków zarządu, czy uzurpator?

Może się przecież zdarzyć, że poszczególni członkowie zarządu więcej wysiłku poświęcą przytakiwaniu prezesowi, trosce o spodobanie mu się, niż posłudze dla spółki pełnią swoich możliwości i talentów.

  • Król Słońce, Ludwik XIV, powiadał „państwo to ja”. Znam prezesów korporacji uważających, że personifikują firmę, którą kierują;
  • Często zadawane są pytania czy prezes jest, czy też nie jest, zwierzchnikiem członków zarządu spółki publicznej?
  • Prawo delikatnie przemilcza ten temat, który ma jednak istotne znaczenie praktyczne;
  • Statuty i regulaminy zarządu często wynoszą prezesa ponad członków zarządu – lecz czy to służy spółkom?

Nasz rynek kapitałowy powstawał dzięki prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Przekształcano je w spółki akcyjne, dyrekcję w zarząd: naczelny zostawał prezesem, jego zastępcy „do spraw” (technicznych, ekonomicznych) wiceprezesami lub członkami zarządu. Niby zmieniało się wiele, pojawiała się rada nadzorcza, ale przetrwała właściwa przedsiębiorstwu architektura władztwa: szef i podlegli mu członkowie kierownictwa. W każdym razie takie przekonanie o zwierzchnictwie prezesa nad członkami zarządu wnosił Skarb Państwa do spółek ze swojej domeny. W oczach personelu prezes zarządu jeszcze przez lata zachowywał status dyrektora, tak był tytułowany, wszak tliło się przekonanie, że tytuł prezesa przystoi szefowi gminnej spółdzielni lub spółdzielni pracy inwalidów, lecz dyrektor, generalny lub naczelny, winien cieszyć się większym prestiżem.

Prawo w tej kwestii milczało. Nie dostrzegało potrzeby wyróżniania spośród członków zarządu osoby przełożonego. Termin „prezes zarządu” w Kodeksie handlowym nie istniał. Jedynie komentarze do kodeksu wspominały o możliwości ustanowienia w zarządzie funkcji przewodniczącego; tę funkcję mogli członkowie zarządu sprawować rotacyjnie. Dopiero w roku 2000 Kodeks spółek handlowych wyróżnił prezesa zarządu przyznając mu szczególne uprawnienie decydowania o wyniku głosowania w razie równości głosów w zarządzie. Lecz inne okoliczności przemawiały przeciwko głosowaniu wbrew woli prezesa.

Już statuty spółek powstających z przekształcenia przedsiębiorstw państwowych przewidywały, że członkowie zarządu są powoływani na wniosek prezesa. Nierzadko prezes zarządu mógł wnioskować o ich odwołanie. Jeszcze w XXI wieku statut jednej ze spółek giełdowych stanowił: „W przypadku Zarządu wieloosobowego prezes mianuje jednego z pozostałych członków zarządu wiceprezesem”. Statut innej przewidywał: „Prezes zarządu jest dyrektorem generalnym XXX S.A., któremu podlegają: dyrektor finansowy oraz dyrektor marketingu” – także członkowie zarządu (a wszystkie funkcje pisane z wielkich liter). Jeszcze w 2000 r. statut spółki z indeksu WIG20 podkreśla zwierzchnictwo prezesa: „Pracami zarządu spółki kieruje prezes zarządu, który jest zwierzchnikiem wszystkich pracowników spółki”.

Takie postanowienia rozwiewają wszelkie wątpliwości: prezes nie jest uzurpatorem, raczej jest pomazańcem wyniesionym przez statut do roli zwierzchnika członków zarządu. Zwłaszcza, że do niego należy rozdział zadań – i związanej z nimi odpowiedzialności – pomiędzy członków zarządu. Czyli to nie zarząd kolektywnie rozdziela zadania między członków, władny w tej kwestii jest prezes. Prezes także wyznacza, który z członków zarządu zastępuje go pod jego nieobecność. O szczególnej pozycji prezesa świadczą niezbicie względy finansowe: nie znam przypadku, by prezes nie był wynagradzany powyżej członków zarządu.

Na kartach historii polskiego rynku kapitałowego może pozostanie wzmianka o tym, że spółka Netwise usiłowała znieść (w 2013 r.) funkcję prezesa zarządu, lecz ten wywrotowy zamysł został zaniechany. Niemniej warto zastanowić się nie nad tytulaturą, ale nad korzyściami wynikającymi ze zwierzchnictwa prezesa nad członkami zarządu. Uważam, że traktowanie wiceprezesów lub członków zarządu jako podwładnych prezesa nie wychodzi rynkowi na dobre. Może się przecież zdarzyć, że poszczególni członkowie zarządu więcej wysiłku poświęcą przytakiwaniu prezesowi, trosce o spodobaniu mu się, niż posłudze dla spółki pełnią swoich możliwości i talentów. Ich los powinien zależeć od ocen dokonywanych przez radę nadzorczą w interesie akcjonariatu, nie tylko od zdania prezesa gotowego pozbyć się z zarządu osób krnąbrnych, nieposłusznych, samodzielnych. W takiej sytuacji nie jest wykorzystywana pełna pula umiejętności opłacanych przez spółkę menedżerów. Już korzystniej byłoby ustanowić zarząd jednoosobowy wspierany przez specjalistów; może będą mieć oni mniej do stracenia, może będą gotowić bronić własnego osądu, bo przecież nie stanowisk.

Tekst ogłoszony 6 kwietnia 2022 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet

 

 

Zwierciadło Szkocji – kraju, gdzie szanuje się podatki

Gdyby nad Wisłą, zamiast kierować się troską o słupki poparcia w  hipotetycznych wyborach dbano o opinię przedsiębiorców na temat   podatków, sytuacja finansów publicznych zapewne byłaby lepsza.

  • Institiud Stiùirichean na h-Alba to Szkocki Instytut Dyrektorów, terytorialnie wyodrębnione skrzydło Instytutu Dyrektorów (IoD) w Londynie;
  • IoD Scotland po raz pierwszy ogłosił doroczny w zamierzeniach raport: „State of the Nation Directors Survey – Winter 2021”;
  • Przedstawia on sytuację społeczną i gospodarcza Szkocji w opiniach biorących udział w ankiecie lokalnych menedżerów – członków Instytutu;
  • Reprezentują oni życzliwe nastawienie wobec władz lokalnych i centralnych, oraz ostrożną ufność w pomyślność gospodarczą Szkocji.

Instytut Dyrektorów (Institute of Directors) jest największą, najbardziej wpływową izbą gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie, a zarazem prestiżową organizacją skupiającą brytyjskich menedżerów. Instytut jest powszechnie identyfikowany z londyńską Pall Mall, gdzie zajmuje dwa reprezentacyjne pałace, lecz działa z rozmachem w wielu miastach, wśród nich – w Edynburgu, gdzie występuje pod firmą Scotland IoD. Zrzesza tam ok. 1 600 członków; w sierpniu 2021 r. wystąpił do nich z ankietą zmierzającą ku opracowaniu obrazu Szkocji w opinii jej kół gospodarczych. Odpowiedzi przyjmowano do listopada, wpłynęło ich 263, z czego 179 kompletnych, odpowiadających na wszystkie pytania. Wyniki ogłoszono w połowie marca br.

Plon ankiety wzbudził zainteresowanie nie tylko w Szkocji. Można więc oczekiwać, że zapowiedziana na sierpień 2022 r. kolejna edycja ankiety przyniesie znacznie więcej odpowiedzi. Niemniej zebrane już dane odzwierciedlają w znacznym przybliżeniu stan szkockiej gospodarki. Scotland IoD reprezentuje głównie firmy sektora prywatnego, ponad 70 proc. z nich zatrudnia mniej niż 100 pracowników. W ankiecie wzięły udział firmy prywatne (78 proc.), instytucje dobroczynne (charities) – 14 proc., oraz sektor publiczny – 8 proc. Aż 90 proc. reprezentuje stanowisko, że w działalności gospodarczej ważne są i należycie sprawowane władztwo (governance), i przywództwo (leadership).

Oświata i przemysł deklarują niedostatek wykwalifikowanej kadry i wyrażają obawę, czy uda się ją zrekrutować w najbliższym roku. Braków kadrowych nie odczuwają – i nie spodziewają się – sektory bankowości i ubezpieczeń oraz IT i komunikacji. Ciekawe jest podejście firm do Fair Work Nation Framework: tylko 43 proc. menedżerów zna zasady tego programu, ale aż 66 proc. deklaruje jego stosowanie. Jeszcze ciekawsze są opinie o podatkach: 65 proc. ankietowanych uznaje, że wpływy z podatków korporacyjnych są właściwie wykorzystywane, 58 proc. wyraziło taką opinię o PiT, a 43 proc. – o podatkach lokalnych. Wskaźnik niezadowolenia z podatku korporacyjnego jest niższy (28 proc.) niż z podatków od dochodów osobistych i komunalnych (po 40 proc.). Ciekawe są także opinie, na co powinny zostać obrócone wpływy z podatków w następstwie ich ewentualnego podwyższenia: otóż na oświatę (58 proc. wskazań), Narodową Służbę Zdrowia (NHS – 38 proc.) i ochronę środowiska (34 proc.). Gdyby nad Wisłą, zamiast kierować się troską o słupki poparcia w hipotetycznych wyborach dbano o opinię przedsiębiorców na temat podatków, sytuacja finansów publicznych zapewne byłaby lepsza.

Za najważniejsze zadania Szkocji w perspektywie najbliższych 5 lat członkowie IoD Scotland uznają politykę zatrudnienia, rozwój nauki i techniki oraz ochronę środowiska. 79 proc. ankietowanych uznaje, że rząd Szkocji sprawnie i skutecznie wykonuje zadania publiczne, dobrze zarządza kadrami i należycie reguluje rynek. O rządzie Zjednoczonego Królestwa takie opinie wyraziło aż 65 proc. menedżerów. To przeczy stereotypowi głoszącego antagonizm Edynburga i Londynu.

Ukuta przez Anglików czarna legenda głosi, że Szkoci są skąpi, lecz raport o stanie państwa szkockiego pokazuje same pozytywne cechy jego mieszkańców: mają wyobraźnię podatkową, wspierają lokalny rząd Szkocji i wcale nie wyrażają najgorszego zdania o rządzie w Londynie. Badanie nie objęło zagadnień kontrowersyjnych, jak szkocki separatyzm, niechęć większości mieszkańców do opuszczenia Unii Europejskiej, ocena konsekwencji Brexitu i szanse Szkotów na powrót do Unii. Są to sprawy wielkiej polityki, a najwięcej szkockich przedsiębiorstw zatrudnia mniej niż 10 pracowników. Z takiej drobnicy nie stworzy się armii walecznych serc, którą współczesny William Wallace poprowadziłby na pogrom Anglików.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 29 marca 2022 r.

 

 

 

 

O rynku kapitałowym (i corporate governance) w piosenkach

  • Zapewne nie ma na świecie piosenki poświęconej głównie corporate governance, dobrym praktykom lub rynkowi kapitałowemu;
  • Lecz są wspaniałe piosenki zawierające odniesienia, chociaż niekiedy jedynie pośrednie, do realiów rynku;
  • Wyliczam tu ledwie kilka. Jeżeli ktoś zna więcej, niech nadeśle propozycje, może pod patronatem Parkietu ukaże się antologia?

1. RYNEK KAPITAŁOWY: Kora, Raz-dwa-raz-dwa (falowanie i spadanie)

Kiedy Kora Jackowska z towarzyszeniem zespołu Maanam śpiewała tę piosenkę na koncertach, entuzjazm publiczności często zagłuszał rytmiczne kaskady słów, przez zgiełk przebijały się wyraziście tylko te dwa: falowanie i spadanie. Czyż nie jest to najkrótszy, przy tym najbardziej trafny, opis rynku kapitałowego? Notowania falują, to wznoszą się, to spadają, to znowu wznoszą się, by kiedyś spaść. Wzrost notowań przyjmujemy jako coś oczywistego, oczekiwanego, zasłużoną nagrodę za mądrą inwestycję. Spadki traktujemy jako krzywdę, niezasłużoną, dotkliwą. Dlatego falowaniu towarzyszy wrażenie spadania: kurs „to się wznosi, to w głąb wali” (Adam Mickiewicz, Oda do młodości).

Kora śpiewała: „Z dołu do góry, z góry w dół, z ciemności w słońce, z ciszy w krzyk, falowanie i spadanie, falowanie i spadanie…” Trudno oprzeć się tu analogii do wykresu typowej spółki notowanej na giełdzie. Ruchy w przeciwnych kierunkach, olśniewające wzrosty, głośne zwałki, falowanie i spadanie właśnie. Zjawisko można określić barwnym mianem DOKTRYNY KORY.

2. RATINGI, REKOMENDACJE: Andrzej Sikorowski, A w moim znaku Waga

To jedna z moich wielu ulubionych piosenek krakowskiego artysty. Powstała, kiedy z dumą pracowałem w Polskim Radiu Kraków, a tekst poety zawiera wzmiankę o tym z radia facecie „który ma piękny głos i wielbicielek tłum”. Dwa ostatnie słowa jasno komunikują, że nie chodziło o mnie, wszak nie miałem wielbicielek tłumu. Ale zwrotka tej smutnej piosenki o wypadku, szpitalu, czuwającej przy pacjencie siostrze, zaczyna się od słów, które na rynku kapitałowym można określić terminem DOKTRYNY SIKOROWSKIEGO: Co będzie, nie wie nikt, nawet ten z radia facet…

Jeżeli otaczająca nas rzeczywistość zawiera obszary, w których można cokolwiek przewidzieć, rynek kapitałowy do nich nie należy. Jak bardzo mylimy się w prorokowaniu przyszłości, przekonać można się nie tylko za rok (to horyzont inwestycyjny wielu rekomendacji), ale często już za dzień, za chwilę. Pisząc raport o Getback SA nie mogłem się nadziwić puchnącym rekomendacjom kupna ogłaszanym w przededniu katastrofy. To są, niestety, zwyczajne dzieje. Powiada Warren Buffett, iż „Jedyny pożytek z rekomendacji giełdowych jest taki: na ich tle dobrze wypadają wróżbici”. Utkwiła mi w pamięci odpowiedź Iwony Sroki na zadane jej kiedyś pytanie, czy czyta Gazetę Giełdy i Inwestorów Parkiet: Tak, czyta z uwagą, ale najbardziej interesujące są wydania sprzed dwóch tygodni. Dodam: wtedy widać, że co będzie prócz falowania i spadania – nie wie nikt.

3. RADA NADZORCZA: Kuba Sienkiewicz, Co ty tutaj robisz

Kuba Sienkiewicz jest autorem słów i muzyki przywołanej Piosenki Elektrycznych Gitar, w której do ucha i wyobraźni najmocniej trafia czterokrotnie powtarzany refren „Już każdy powiedział to co wiedział / Trzy razy wysłuchał dobrze mnie / Wszyscy zgadzają się ze sobą / i będzie dalej tak jak jest”. Na podstawie mojej znajomości praktyki rad nadzorczych gotów jestem proklamować tę piosenkę hymnem członków rad. Przecież tak właśnie przebiegają posiedzenia wielu rad nadzorczych: każdy mówi co wie, nawet jeżeli nic nie wie; wysłuchuje dobrze przewodniczącego, który potrafi nie tylko pleść trzy po trzy, lecz nadto powtarzać się po trzykroć; unika się merytorycznej dyskusji, wobec czego panuje ogólna zgoda, a jej wyrazem bywa jednomyślne podejmowanie uchwał, nawet wbrew przekonaniom poszczególnych członków rad, którzy wszelako sądzą, że właśnie tak wypada głosować – a na koniec wszystko pozostaje po staremu, bądź nawet jeszcze gorzej.

Piosenka powstała w 1997 roku – w tym czasie nawiązanie do praktyki rad nadzorczych było dla mnie oczywiste. Kuba (Jakub) Sienkiewicz jest lekarzem, podobno czasem komponuje i pisze na dyżurach. Lubię i cenię jego twórczość. Zwierciadło, w którym przedstawił domniemane posiedzenie rady, ukazuje sens DOKTRYNY SIENKIEWICZA.

4. PRZEJRZYSTOŚĆ: Frank Sinatra, Should I (Reveal)

Tę piękną piosenkę miłosną Frank Sinatra wykonywał publicznie (i wielokrotnie nagrywał) przez blisko pięćdziesiąt lat. Zapewne nie przyszło mu przez myśl, że romantyczne wyznania w świetle księżyca zostaną przez kogoś odczytane jako instrukcja dla spółek publicznych. Na początku pada pytanie „Czy mam dokładnie wyjawić, co czuję? Czy mam wyznać… (że cię kocham?)”. Co w oryginale brzmi „Should I reveal exactly how I feel / Should I confess (I love you?)”. Samo wyznanie miłosne ujmuję w nawias, mnie chodzi tu raczej o jawność, przejrzystość, uczuć – także samopoczucia, o ujawnianie tego co istotne, o szczerość wyznań słanych partnerce / partnerowi, co na rynku kapitałowym oznacza inwestorów, interesariuszy, regulatorów. O miłości do nich nie wspominam, to nie należy do tematu.

Dociekanie  racji przejrzystego ujawniania stanu rzeczy, potrzeby wyznawania prawdy, nazwę DYLEMATEM SINATRY. Pomijam słowo „doktryna”, ponieważ w stosunku do twórczości Franka Sinatry zostało ono użyte przynajmniej dwakroć. Po raz pierwszy w dyskusji obyczajowej o wytoczonej w purytańskiej Ameryce kampanii przeciwko stosunkom przedmałżeńskim. Do znudzenia cytowano słowa śpiewanej przez Sinatrę piosenki Love and marriage. Słowa stworzyli Sammy Cahn i Jimmy Van Heusen, ale przesłanie utożsamiono z Sinatrą, którego postawa życiowa dalece odbiegała od głoszonych w piosence ideałów.

Myślą przewodnią jest stwierdzenie: Miłość i małżeństwo idą w parze, jak koń z wozem (Love and marriage, they go together like the horse and carriage). Refren brzmi: „Dad was told by mother ‘You can’t have one, you can’t have none, you can’t have one without the other”’ (Matka powiedziała ojcu: nie możesz mieć jednego, nie możesz mieć niczego, nie możesz mieć jednego bez drugiego). Frank nie miał tych skrupułów, lecz obwołano go twórcą doktryny wiązania miłości z małżeństwem.

Po raz drugi „doktryna Sinatry” została sformułowana w wielkiej polityce na przełomie lat 80. i 90. ub. wieku. W Polsce zanikła komuna, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, robotnik stulecia Lech Wałęsa szykował się do prezydentury. Dziennikarze pytali Gennadija Gerasimowa, rzecznika Michaiła Gorbaczowa do spraw międzynarodowych, co Moskwa na to. Odpowiedź brzmiała: Stoimy na gruncie piosenki Sinatry „My Way”, niech każdy postąpi po swojemu. Nie tylko Frank śpiewał tę pieśń, także Paul Anka, Elvis Presley, Tom Jones, ale on właśnie został symbolem życiowej niezależności. A o Gerasimowie i jego uśmiechu stworzył piosenkę brytyjski wykonawca Billy Bragg. Lecz to już inna historia…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 30 grudnia 2021 r.

 

 

 

 

 

Pora głosować online

Internet jest niezbędnym instrumentem obrotu gospodarczego, bywa wszechstronnie wykorzystywany przez uczestniczące w nim podmioty, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele spółek wciąż jeszcze nie ufa internetowi w procesach głosowania.

  • Prawo zezwala zarządom i radom nadzorczym spółek akcyjnych na uproszczone formy głosowania poza posiedzeniami;
  • Spółki powinny w swoich wewnętrznych regulacjach dookreślić klarowne procedury takich głosowań;
  • Lecz przyjmowane przez nie rozwiązania nierzadko czynią zamęt i prowadzą do naruszeń prawa;
  • Często wynika to z nieuzasadnionej niechęci do internetu.

Zarządy i rady nadzorcze spółki akcyjnej mogą podejmować uchwały poza posiedzeniami (stacjonarnymi lub wirtualnymi) w uproszczonych formach. Spółki powinny jednak dopełnić ogólne w tej materii przepisy Kodeksu spółek handlowych wewnętrznymi regulacjami statutu lub regulaminów opisującymi sposób postępowania.

Przeglądając statuty i regulaminy spółek publicznych odkrywam rażące anachronizmem rozwiązania sprzed ery internetu. Jest on współcześnie wszechobecny, bywamy w nim zanurzeni, nie odrywając na ulicy oczu od ekranu smatfona wpadamy pod samochody, ale w organach spółek często praktykujemy stosowane w już w XIX wieku (a na uniwersytetach od średniowiecza!) głosowanie w formie obiegowej. Polega ono na tym, że goniec z tekstem uchwały odwiedza kolejno uprawnionych do oddania głosu i zbiera ich podpisy. A kiedy spółka dojrzewa do głosowań korespondencyjnych, wymaga od członków rady nadzorczej pisemnej zgody na  przesyłanie im projektów uchwał pocztą elektroniczną. Jakiemu interesowi ma służyć taka formalność? Czy jest w Polsce chociaż jeden członek rady nadzorczej pozbawiony dostępu do poczty elektronicznej?

Głosowanie w trybie obiegowym lub korespondencyjnym zarządzane jest najczęściej w sprawach pilnych, których nie można odwlec do najbliższego posiedzenia organu. Wprawdzie należy unikać głosowania pod palącą presją czasu, wszak oddający głos powinien sprawę przemyśleć, lecz przyjęty w pewnej znanej spółce termin aż 21 dni na oddanie głosu jest – moim zdaniem – zbyt długi.

Niektóre spółki mają kłopot z ustaleniem, kiedy zostaje przyjęta uchwała procedowana w uproszczonym trybie: czy z chwilą, kiedy do spółki wpłynęło tyle głosów, że spełniony jest wymóg większości – czy dopiero wtedy, kiedy oddadzą głos wszyscy uprawnieni? Możliwa jest sytuacja, że uprawniony do głosowania jest wprawdzie niechętny uchwale, lecz nie chce głosować przeciw, więc zwleka z oddaniem głosu, aż upłynie wyznaczony termin. Spotyka się rozwiązanie, że głos oddany po terminie, lub nie oddany w ogóle, zostaje uznany przez spółkę za wstrzymujący się (!). Jest to niezgodne z prawem, oznacza bowiem fałszerstwo wyniku głosowania.  

Spółki głowią się nie tylko nad ustaleniem daty przyjęcia uchwały głosowanej korespondencyjnie. Głowią się one także nad ustaleniem miejsca, w którym została przyjęta uchwała podjęta korespondencyjnie lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Niekiedy przyjmuje się, że miejscem przyjęcia uchwały jest miejsce pobytu zarządzającego głosowanie przewodniczącego rady nadzorczej lub prezesa zarządu. Nie rozumiem, czemu służy ta zabawa, skoro określenie miejsca przyjęcia uchwały nigdzie nie jest wymagane, ponieważ nie ma znaczenia.

Internet jest niezbędnym instrumentem obrotu gospodarczego, bywa wszechstronnie  wykorzystywany przez uczestniczące w nim podmioty, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele spółek wciąż jeszcze nie ufa internetowi w procesach głosowania. Stąd opory przed udostępnianiem akcjonariuszom możliwości zdalnego głosowania na walnych zgromadzeniach. Stąd częste zastrzeżenia w prawie wewnętrznym spółek, że do podjęcia uchwały poza tradycyjnym posiedzeniem, przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, może dojść tylko w szczególnych sytuacjach (na szczęście nikt nie próbuje objaśnić tego terminu).

Upowszechnianie zdalnego uczestnictwa w walnych gromadzeniach, w tym zdalnego głosowania uchwał, oraz wykorzystywania technik elektronicznego oddawania głosu przez obecnych na walnym zgromadzeniu, oraz organizowania online nie tylko incydentalnych głosowań, także formalnych posiedzeń zarządów spółek (jeżeli ich członkowie pracują w różnych miejscach), a przede wszystkim rad nadzorczych – usprawni działalność spółek i obrót gospodarczy. Czas dojrzeć do przekonania, że właściwie wykorzystywany internet buduje wartość. Goniec zasłużył na emeryturę.

Tekst ogłoszony 5 marca 2022 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Corporate governance cyrylicą. O braku zaufania do rosyjskiego rynku

Podejmując temat corporate governance w Rosji należy wspomnieć i napiętnować zbrodnię dokonaną na Siergieju Magnickim, niesłusznie uwięzionym po wykryciu przezeń idącej w setki milionów korupcji czynowników i zamęczonym w moskiewskim więzieniu.

Pisywałem o corporate governance w rozmaitych krajach: od Japonii po RPA, od Norwegii po Nową Zelandię, nigdy natomiast o Rosji, ponieważ nie było powodu. Idee i zasady porządku korporacyjnego zdecydowanie się tam nie przyjęły. Żywiołowa prywatyzacja początku lat 90. ub. wieku zmierzała w niewłaściwą stronę. W założeniu powszechna, okazała się elitarną. Społeczeństwo nieufnie przyjęło vouchery, jego ugruntowane przekonania rodziły oczekiwania, że przemysł pozostanie w ręku państwa, będzie ono dbać o pełne zatrudnienie i kontrolować dochody. Tanio udostępniany majątek uległ szybkiej koncentracji. Powstały ogromne fortuny. Prawa inwestorów mniejszościowych nie były respektowane. Nad rynkiem rozpostarto kontrolę polityczną.

Michaił Chodorkowski nie trafił za kraty pod zarzutem przenoszenia, w ostatniej chwili, walnych zgromadzeń Jukosu o tysiące kilometrów, w miejsca trudno dostępne dla drobnych akcjonariuszy, ale z powodów politycznych. Nawiasem: jako jedyny z oligarchów deklarował on zainteresowanie tematyką corporate governance, nawet sfinansował przekład na rosyjski świetnego poradnika The Economist pióra Boba Trickera. Podejmując temat corporate governance w Rosji należy wspomnieć i napiętnować zbrodnię dokonaną na Siergieju Magnickim, niesłusznie uwięzionym po wykryciu przezeń idącej w setki milionów korupcji czynowników i zamęczonym w moskiewskim więzieniu. Usiłował on zwrócić uwagę na nadużycia urzędników podatkowych, aż sam został oskarżony i uznany – już pośmiertnie – za winnego. Rosja została za to pokarana sankcjami Zachodu, odtąd uczy się życia pod ich ciężarem. Jej odpowiedzią na sankcje był zakaz adopcji rosyjskich dzieci przez Amerykanów.

W 2002 r. ogłoszono pierwszy rosyjski zbiór dobrych praktyk spółek giełdowych w oparciu o zasadę „stosuj lub wyjaśniaj”, lecz stosowanie kulało, a wyjaśnianie nigdy nie zostało potraktowane poważnie. W tym samym czasie także w Polsce ogłoszono pierwszy zbiór dobrych praktyk. Lecz podobieństwo metryki nie powinno przesłonić różnicy: u nas dobre praktyki powstały na rynku i z jego inicjatywy, a przyjęła je giełda; tam kleciła je administracja, a zatwierdzeniem zajął się sam rząd. Rosja pracowała nad ustawami o rynku kapitałowym, lecz nie była w stanie zapobiec ani nadmiernej koncentracji własności, ani niedostatkom przejrzystości. Inicjatywy na rzecz poprawy rynku podejmowane były na zewnątrz, przez międzynarodowe instytucje finansowe. Należy wspomnieć, że także Krzysztof Lis, wielki inspirator corporate governance, usiłował promować te standardy także w Rosji i jej byłych republikach.

Był czas, że rosyjska gospodarka budziła nadzieję. Rosję zaliczano do BRIC, później BRICS, grupy obiecujących rynków kapitałowych (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, oraz RPA). Lecz tak wynikami gospodarki, jak stanem corporate governance Rosja z czasem przestawała równać do innych rynków wschodzących. Pokazał to opracowany przez Bank Światowy w 2013 r. Report on the Observance of Standard and Codes. Prawodawstwo wzorowane na Zachodzie uległo prymatowi obyczajów i praktyki Wschodu. Rosła liczba spółek o niskim free float, za to z dominującym udziałem inwestorów – oligarchów zaprzyjaźnionych z Kremlem. Zasady promowane przez OECD stosowano tylko w części. Korupcja przybierała ogromne rozmiary. Nie zapobiegły temu ogłoszone przez moskiewską giełdę w kwietniu 2014 r. nowe dobre praktyki. Zachód był w pełni świadomy sytuacji na rosyjskim rynku, ale wbrew ogromnemu ryzyku inwestycyjnemu kierowano tam z rozmachem znaczące środki w oczekiwaniu na szczególnie lukratywne zyski. W wojennej rzeczywistości przychodzi za to płacić zawieszaniem działalności, porzucaniem aktywów, stratami.

W Rosji położono nacisk na legislację, za jej sprawą zbudowano nowoczesną infrastrukturę prawną rynku kapitałowego. Lecz prawo nie jest absolutem, przepisy traktowane są wybiórczo, jak gdyby używając cyrylicy nie dało się ukształtować kultury corporate governance. Zresztą Rosja jest także wiązana przepisami wielu międzynarodowych konwencji humanitarnych. Jaki ma do nich stosunek, widać w trakcie jej napaści na Ukrainę. Parafrazując powiedzenie o dobrych intencjach: dobrymi konwencjami Rosja brukuje tam drogę do piekła.

Tekst ogłoszony 14 marca 2022 w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET               

 

Wielowładza w radzie nadzorczej

Rozumiała to paniusia z przedwojennego dowcipu: zapytana, czy mąż używa prerogatyw – odparła, że nie, że skądże, wszak jest plenipotentem. Otóż miała rację: plenipotent, pełnomocnik, zastępca – z prerogatyw korzystać nie mogą. 

  • Kierowanie pracami rady nadzorczej jest zadaniem przewodniczącego rady, lecz często jego zastępca zostaje zrównany z nim w prawach;
  • Statut lub regulamin czynią wtedy zastępcę uzurpatorem prerogatyw przewodniczącego lub jego dublerem;
  • W pewnych sytuacjach zastępca przewodniczącego może podejmować działania wbrew przewodniczącemu;
  • Takie sytuacje rzutują negatywnie na tok prac rady, dezorganizują procedury, zakłócają odpowiedzialność.

Już kilka miesięcy po wejściu w życie Kodeksu spółek handlowych sygnalizowałem niepokojące zjawisko kształtowania się praktyki statutowej przypisującej uprawnienia przewodniczącego rady nadzorczej także jego zastępcy, a nawet innym osobom, jak sekretarz rady lub jej członek sprawujący przewodnictwo obrad. Przykład najbardziej jaskrawy: przepis art. 391 § 1 Ksh in fine przewiduje, iż statut spółki akcyjnej (jedynie statut spółki!) może wyposażyć przewodniczącego rady nadzorczej (jedynie przewodniczącego!) w głos rozstrzygający – ang. casting vote – w przypadku równości głosów w radzie, przy czym nie ma znaczenia, czy dla podjęcia uchwały wymagana jest większość zwykła, czy bezwzględna. Statuty spółek publicznych, skądinąd nawet poważnych, przewidywały inne rozwiązania. Na przykład, iż w przypadku równości głosów w radzie przeważa głos „osoby prowadzącej posiedzenie”. Bądź stanowiono, że pod nieobecność przewodniczącego z głosu rozstrzygającego wynik głosowania może skorzystać jego zastępca, a pod nieobecność również tego – sekretarz rady nadzorczej.

W ten sposób prerogatywa przysługująca wyłącznie przewodniczącemu rady nadzorczej spływa kaskadą na innych członków rady. Wynika to z powszechnego niezrozumienia na rynku pojęcia prerogatywy. Jest to precyzyjnie określone uprawnienia przysługujące wyłącznie piastunowi precyzyjnie określonej funkcji. Rozumiała to paniusia z przedwojennego dowcipu: zapytana, czy mąż używa prerogatyw – odparła, że nie, że skądże, wszak jest plenipotentem. Otóż miała rację: plenipotent, pełnomocnik, zastępca – z prerogatyw korzystać nie mogą.

Statuty często operują pojęciem „nieobecności” przewodniczącego rady, nie wyjaśniając tego terminu. Czy chodzi o chwilową nieobecność w spółce? Czy o brak możliwości nawiązania kontaktu telefonicznego lub przy wykorzystaniu poczty elektronicznej? Wyjazd w Himalaje? Pozbawienie wolności? Pod nieobecność przewodniczącego jego obowiązki przejmuje zastępca. Bywa on powoływany nawet w trzyosobowych radach. Niekiedy powołuje się więcej niż jednego wiceprzewodniczącego, co może spowodować chaos kompetencyjny: który z nich przejmie buławę? W jednym ze statutów znalazłem nawet formułkę, że przewodniczący może na okres nie dłuższy niż 6 miesięcy powierzyć pełnienie swojej funkcji wiceprzewodniczącemu. Jaki jest sens takiego rozwiązania?

Inny przykład dublowania funkcji przewodniczącego dotyczy zwoływania rady nadzorczej. Zwołuje on radę z własnej inicjatywy lub na żądanie uprawnionych. Statuty wielu spółek przewidują, iż zwołanie rady należy do jej przewodniczący lub jego zastępcy, który mógłby przeto zwoływać radę na własną rękę. Liczne statuty przewidują, że rada nadzorcza może podejmować uchwały nie tylko wtedy, gdy wypełnia wymóg kworum, a wszyscy jej członkowie zostali prawidłowo „zaproszeni”, lecz nadto pod warunkiem, że w procesie podejmowania uchwał uczestniczy jej przewodniczący lub jego zastępca. To kolejny przypadek zrównania pozycji osoby powołanej do przewodniczenia radzie z osobą przydzieloną jej do pomocy. Natomiast przepisy Ksh zrównują w prawach przewodniczącego rady i jego zastępcę tylko w przypadku mało istotnej ceremonii otwarcia walnego zgromadzenia, która może się odbyć także bez ich udziału.

Zadziwia ciekawostka z regulaminu rady nadzorczej pewnej spółki publicznej (inna sprawa, że mało poważnej): „Korzystając ze swoich uprawnień, przewodniczący rady nadzorczej powinien stosować się do uchwał i opinii rady, a także – w razie potrzeby – uzgadniać swe decyzje z wiceprzewodniczącym”. Czyli jest głową, którą kręci szyja…

Do Senatu RP już dotarł projekt nowelizacji Ksh (druk 634). Nie podjęto w nim skutecznej próby okiełznania wielowładzy w radzie. Wprawdzie podkreślono, że pracami rady kieruje przewodniczący, lecz pozostawiono furtkę do obdzielania kompetencjami także innych członków rady. Pociesza mnie wszelako, że na rynku są także rozsądne spółki, które nie przewidują powoływania w radzie zastępcy przewodniczącego, względnie dopuszczają powoływanie go tylko ad hoc.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 25 lutego 2022 r.

“Internetowa rada” po ponad dwudziestu latach

Jesienią 2000 r., trzy dni po uchwaleniu Kodeksu spółek handlowych, więc jeszcze przed jego wejściem w życie, ogłosiłem artykuł pod tytułem „Internetowa rada”. Zwróciłem uwagę, że na gruncie obowiązującego wówczas prawa dopuszczalna jest organizacja posiedzeń rady nadzorczej online.

Uchwalony w 1934 r., gdy nikomu jeszcze nie śniło się o internecie, Kodeks handlowy okazał się – przynajmniej pod tym względem – aktem elastycznym, możliwym do stosowania poza ówczesną granicą wyobraźni. Otóż Kh nie wymagał, by obrady rady nadzorczej spełniały kanon jedności miejsca. Obrady w sieci oznaczają rezygnację z jedności miejsca, zachowując kanon jedności czasu. Ma to poważną zaletę: oszczędza się czas i koszty. Członkowie rad nadzorczych to najczęściej osoby zajęte, czynne zawodowo, dysponujące ograniczonymi możliwościami zaangażowania czasowego. Na posiedzenia rad przez lata dojeżdżałem do Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Legnicy… Podróż zajmowała wiele godzin. Pilnowaliśmy czasu, by zdążyć na powrotne pociągi. Time commitment nie obejmuje czasu na dojazdy, często dłuższego od obrad. Lepiej wykorzystać ten czas merytorycznie. Łatwiej skupić członków rady w jednym czasie, niż w jednym miejscu.

Warto pamiętać, że Kh nie operował pojęciem „posiedzenie”. Obyczaj nasiadówek rozpowszechnił się w realiach powojennych; członkowie rad nadzorczych zostali przyspawani do miejsc przy stole w siedzibie spółki. Ksh zachęcił rady do korzystania z internetu, by mogły podjąć uchwałę przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Tylko incydentalnie rady nadzorcze korzystały z tego ułatwienia. Nie przysługiwało ono zarządom, lecz skoro nikt nie potrafił wskazać interesu prawnego stojącego na przeszkodzie podjęciu przez zarząd spółki uchwały online – statuty wielu spółek dopuściły taką praktykę. Została ona usankcjonowana dopiero nowelizacją Ksh („covidową”) z 2020 r.

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Kodeks spółek handlowych z 2000 r. odnosi się do posiedzeń zarządu i rady nadzorczej. Z czasem odniesień przybywa w następstwie nowelizacji. Spółki na własną rękę ustalają w swoich dokumentach ustrojowych, że zarządy i rady nadzorcze pracują na posiedzeniach, niechętnie dopuszczając odstępstwa od tej zasady. Ksh mówi o zwoływaniu rady nadzorczej, statuty i regulaminy rad mówią o zwoływaniu jej na posiedzenia. I chociaż niejedna rada coraz większą część swoich zadań wykonuje poza posiedzeniami, do czasu pandemii COVID-19 rady nadzorcze rzadko decydowały się na odbywanie formalnych posiedzeń online. Dopiero pandemia wygnała niektóre rady z gabinetów, przeniosła je do sieci, gdzie zakosztowały wygód i bezpieczeństwa.

Mógłbym długo wyliczać korzyści płynące z odbywania posiedzeń rad. Lecz rada nie powinna tracić bezpośredniego kontaktu ze spółką, zamykać swoje okno z widokiem na jej sprawy. Wykorzystując internet dla usprawnienia swojej pracy, podejmowania uchwał i odbywania posiedzeń, rada powinna stale mieć na względzie zadanie sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Tego nie da się spełnić zaocznie. Realia spółki nie mieszczą się w excelu. Trzeba systematycznie poznawać je na miejscu, w stałym kontakcie z zarządem, jego zapleczem i pracownikami. Rada stale spotykająca się online, bądź „w realu”, ale poza spółką, pozostanie unplugged. W świecie utarł się zwyczaj, że nawet rady stale plugged-in przynajmniej raz do roku obradują w swoim ścisłym gronie, bez zarządu, pracowników spółki, związkowców (tzw. day away) – zatem takie spotkanie można odbywać online.

W tekście sprzed dwudziestu kilku lat ubolewałem, że prawo nie pozwala na odbywanie online walnych zgromadzeń. Lecz od kilkunastu lat pozwala, a Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW do tego zachęcają. Spółki są jednak niechętne nie tylko możliwości zdalnego uczestniczenia w obradach walnego zgromadzenia i głosowania uchwał, także samej transmisji przebiegu obrad w czasie rzeczywistym. Nawet pandemia nie dała dostatecznego impulsu internetowym walnym zgromadzeniom. Nie ma racjonalnych argumentów przemawiających przeciwko dwupostaciowym walnym zgromadzeniom: niech jedni wybiorą udział osobisty, inny zdalny, jak komu wygodnie. Jest to wykonalne. Jest to bezpieczne. Istnieją ramy prawne, istnieją możliwości techniczne, brak jedynie gotowości wielu spółek publicznych do otwarcia obrad zgromadzenia przed szerokim gronem akcjonariuszy. 

Spółki tłumaczą się brakiem zapotrzebowania akcjonariatu na transmisje obrad i na możliwość zdalnego uczestnictwa w nich i głosowania. Akcjonariat rzeczywiście bywa bierny, nie interesuje się uczestnictwem w walnych zgromadzeniach. Poszerzająca się przestrzeń między spółkami a inwestorami nie ułatwia ani rozwoju rynku, ani pozyskiwaniu przez spółki kapitału, ani wchodzeniu na rynek nowych akcjonariuszy. Internet dał nam tu szansę, jakiej nie umiemy wykorzystać.

Czytaj także:

2000.09.18 Internetowa rada

Oraz teksty wyświetlane po naciśnięciu na listwie hasła COVID-19