Blue cheat [2004]

Jak reagować na nieprawidłowości na rynku kapitałowym: wzmocnieniem regulacji, czy apelami o etyczne postępowanie?

Jestem poruszony serią tekstów Pulsu Biznesu o „Grupie Trzymającej Giełdę”. To bardzo poważny temat, więc nie udawajmy, że go nie ma, ponieważ wywołała go gazeta spoza Grupy Kształtującej Opinię. Chodzi o jakość polskiego rynku kapitałowego, oraz – co za tym idzie – o jakość życia pokoleń, których pieniądze pracują w funduszach emerytalnych i inwestycyjnych. Rodzi się podejrzenie, że uczestnicy rynku – udziałowcy i zarządy spółek dopuszczają się przekrętów.

Wyjaśnienie nieprawidłowości należy do KPWiG. Nie przesądzam, czy rzeczywiście do nich doszło. Natomiast pytam, jak należy im zapobiegać. Poprzez wzmocnienie kontroli? Poddanie rynku bardziej szczegółowym regulacjom? Poddanie winnych (których uda się złapać i osądzić) jeszcze surowszym karom? Wymaganie od zarządzających wyższych kwalifikacji? Przecież, chociaż mamy do czynienia z rynkiem regulowanym, istnieją jakieś granice zasięgu regulacji. Doświadczenie historyczne podpowiada, że same regulacje nie przesądzają o jakości rynku; gdyby tak było – socjalizm stworzyłby rynek–ideał, wszak poświęcił mu tyle przepisów, że zwalczyłby nimi wszelkie zło, gdyby tylko tędy wiodła droga… Amerykanie nie wiedzieli o tym, więc podjęli walkę ze zwyrodnieniami rynku metodą mnożenia przepisów (Sarbanes-Oxley Act), które dzisiaj trzeba temperować, bo poszły za daleko, a koszty obecności spółek na rynku znacznie wzrosły.

Lepiej unikać nazbyt kazuistycznej regulacji. Nie uda się objąć nimi wszystkich możliwych wynaturzeń. Jakości rynku nie kreuje się samymi przepisami. Liczą się także wartości. Ktoś na przełomie epok puścił w Polsce w obieg powiedzenie, że aby dojść do fortuny, trzeba po prostu ukraść pierwszy milion, a potem to już można legalnie go pomnażać. Niestety, dzisiaj wielu uznaje ów stary żart za objawienie prawdy. Pora wywołać dyskusję na temat etyki rynku. Wiem, że dla wielu jego uczestników będzie to temat śmieszny, wręcz żałosny: Jaka etyka? A po co? Wszak liczy się wyłącznie stopa zwrotu! Jeszcze gorsze mniemanie o rynku spotykam u polityków. Obecnie żadna partia nie utożsamia się z rynkiem, natomiast wiele partii nie wyrosło jeszcze z przekonania, że źródłem zła są firmy polonijne, a prywatyzacja to złodziejstwo. Brak kanonu etycznego rynku utrudnia przeciwdziałanie takim głupiutkim opiniom.

Etyka rynku to temat rozległy. Gdyby odnieść go do Grupy Trzymającej Giełdę, widziałbym potrzebę rozważenia dwóch kwestii. Pierwsza to etyka środowiska zarządzających funduszami. Druga – to etyka ryzyka. Lepiej, by wspomniane środowisko samo poddało się rozsądnym ograniczeniom, nie oczekując, aż ustawodawca zechce przykręcić mu śrubę. Istnieje przekonanie o potrzebie wznoszenia urzędowych chińskich murów, by zapobiec przenikaniu informacji i nawiązywaniu porozumień. Polecam wybrać się na przejażdżkę po londyńskiej City na platformie piętrowego autobusu turystycznego w pogodne piątkowe popołudnie (niech tylko skończy się zima!). Przed każdym pubem można wtedy ujrzeć kłębiące się na chodniku gromadki rozbawionych finansistów popijających pimm’s. Gdyby zechcieli dzielić się najbardziej poufnymi z informacji, zawiązywać ciche koalicji, nie powstrzymałby ich najtęższy chiński mur. Lecz City wyrosła nie tylko z chciwości, także z wartości, silniejszych od nakazów i zakazów. Nikt tam nie kwestionuje znaczenia stopy zwrotu, ale powaga wieków podpowiada, że etyka wspomaga interesy. Przeto z jednej strony instytucje budują piony compliance, z drugiej –środowiska zawodowe kreują własne standardy. Taki środowiskowy, oddolny i autentyczny, kanon postępowania przydałby się i zarządzającym polskimi funduszami. Bliżej tego są, jak się wydaje, fundusze inwestycyjne, których stowarzyszenie właśnie przekształca się w obiecującą izbę gospodarczą.

Druga kwestia to etyka ryzyka. Otóż bez ryzyka nie ma rynku. Finanse to nieustanne zmaganie się z ryzykiem. Fundusze inwestycyjne odsłaniają swoją ekspozycję na ryzyko. Fundusze emerytalne działają pod innym reżymem. System został tak skonstruowany, że zniechęca do podejmowania ryzyka. Z jednej strony, jest to rozwiązanie głęboko uzasadnione, wszak należy chronić od ryzyka kapitał gromadzony na przyszłe emerytury. Z drugiej strony, nie da się uniknąć podjęcia zmagań z ryzykiem. Owszem, należy temperować ryzyko, ale nie warto premiować za unikanie go, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Natomiast patrząc na polskie fundusze emerytalne, widzę owieczki na hali: gdyby któraś spróbowała oderwać się od biernej gromadki, zaraz owczarek zapędzi ją tam z powrotem.

Mnożenie regulacji, nakazów i zakazów, to poniekąd mnożenie okazji do omijania ich. Bardziej opłaca się sycenie rynku etyką. Wtedy zarządzający funduszami skupią się może na blue chips, a nie – jak teraz – na blue cheats.

Tekst ogłoszony 27 grudnia 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także: 2003.04.23 Miedzy fasadą a wnętrzem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *