Archiwum kategorii: Corporate governance

Sukcesja i polityka

Gdyby spółka publiczna, nawet ta z udziałem Skarbu Państwa, dysponowała uzgodnionym z akcjonariatem i znanym rynkowi planem sukcesji, mogłoby to utrudnić ingerencję polityków w skład zarządu.

  • Spółka publiczna powinna dysponować planem sukcesji obejmującym członków zarządu i ich (przynajmniej bezpośredniego) zaplecza;
  • Plan sukcesji powinien powstać w spółce i być przez nią realizowany, lecz często nie istnieje lub jest zastępowany przez ingerencje zewnętrzne;
  • Dopuszczalne jest wyposażenie przez statut indywidualnie oznaczonego akcjonariusza w osobiste uprawnienia do ingerowania w plan sukcesji;
  • Naganne i szkodliwe są uzurpacje polityczne w kwestii obsady stanowisk w zarządzie lub radzie nadzorczej. Zachęca do nich brak planu sukcesji.

Nie uczestniczę w sporach o wyższości rady dyrektorów nad radą nadzorczą, lub odwrotnie, ale dostrzegam różnice w działaniu spółek reprezentujących te modele ustrojowe. Są one szczególnie wyraziste w przypadku sukcesji. Otóż rada dyrektorów miewa wpływ na obsadę stanowisk dyrektorów wykonawczych i niewykonawczych, natomiast rada nadzorcza miewa wpływ tylko na wybór tych pierwszych. Innymi słowy, do rady dyrektorów należy nie tylko wybór osób zarządzających spółką, zwykle ma ona bowiem znaczny wpływ także na wybór osób zajmujących się nadzorowaniem zarządców. Rada nadzorcza z natury nie ma wpływu na swój skład; nawet jeżeli – w ściśle określonych przypadkach – może ona dokonać kooptacji, jej decyzja ma zwykle charakter wyłącznie tymczasowy i podlega zatwierdzeniu przez najbliższe walne zgromadzenie. Może ona jedynie wywierać wpływ na skład i kształt zarządu.

W polskiej praktyce ten wpływ bywa ograniczony przepisami prawa lub statutu, a także praktykami uzurpacji politycznej. W świetle prawa do rady nadzorczej spółki akcyjnej należy powoływanie, odwoływanie, względnie zawieszanie członków zarządu. Członek zarządu może być odwołany lub zawieszony także przez walne zgromadzenie, a statut spółki może przyznać indywidualnie oznaczonemu akcjonariuszowi uprawnienie osobiste do powoływania lub odwoływania członka / członków zarządu. Niemniej bywa inaczej: powołując lub odwołując członka zarządu rada nadzorcza niekiedy nie działa z własnej woli lub inicjatywy, lecz pod naciskiem z zewnątrz. Dzieje się tak wtedy, gdy o nominacjach decydują czynniki polityczne bez odpowiedniego umocowania właścicielskiego, czyli udziału w akcjonariacie.

Istnieje przekonanie, że polityka ingeruje tylko w spółki z udziałem Skarbu Państwa. Nawet mówiąc o nich, zwyczajowo omijamy kwestię owego udziału i jego wielkości. Posługujemy się terminami „spółki Skarbu Państwa” lub „spółki państwowe”, bądź skrótem „SSP”. Lecz, aby namieszać w spółce, państwo nie musi posiadać jej akcji. Niedawno, na odchodnym z prezesury spółki prywatnej (bez udziału państwa!), szanowany na rynku menedżer przyznał, że niektóre decyzje personalne „uzgadniał” z właściwym ministerstwem. Spółka ma dobrą opinię, wygrywa wiele kontraktów, chce dobrze żyć z otoczeniem. Nie zachwycam się takimi praktykami, lecz przecież wiem, gdzie żyję.

Gdyby spółka publiczna, nawet ta z udziałem Skarbu Państwa, dysponowała uzgodnionym z akcjonariatem i znanym rynkowi planem sukcesji, mogłoby to utrudnić ingerencję polityków w skład zarządu. Rzecz w tym, że takiego planu często nie ma, nie podejmuje się nawet prób jego utworzenia, ponieważ zakłada się, że o wszystkim decyduje polityka. Zwłaszcza o prezesurze. Stanowisko prezesa wyrasta nadspodziewanie wysoko ponad członków zarządu. Jeszcze w kodeksie handlowym (obowiązywał do roku 2000) nie wyróżniano prezesa zarządu, obecnie to wokół tej funkcji toczą się rozgrywki polityczne. Dlatego prezesi spółek z udziałem państwa nie znają dnia ni godziny…

Problem sukcesji na szczeblu prezesa lub członka zarządu pojawia się nie w momencie, kiedy zostaje on niespodziewanie odwołany, lecz już z chwilą, gdy zostaje powołany. Pan sukcesji musi przewidywać nie tylko okoliczność, że menedżer straci stanowisko w następstwie odwołania lub odejdzie na emeryturę, także możliwość jego rezygnacji, bądź potrącenia go przez furgonetkę z lodami. Plan sukcesji to nie tylko kwestia kto i kiedy zastąpi prezesa, to mapa ścieżek awansu do zarządu i na stanowiska o największym znaczeniu dla spółki. Plan sukcesji to nie umiejętność szybkiego reagowania w sytuacjach kryzysowych, ale ważny element wieloletniej strategii działania spółki kapitałowej, zwłaszcza spółki publicznej. To polityka przygotowywania najlepszych menedżerów do objęcia stanowisk w przyszłości, której horyzont wybiega poza kadencję aktualnej władzy. Albowiem władza zmienia się, natomiast spółki trwają ku pożytkowi ogółu interesariuszy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 12 czerwca 2021 r.

Czytaj także m.in.:

2003.12.29 Następstwo tronu
2006.03.06 Sukcesja

Dobre Praktyki w zwierciadle pytań i odpowiedzi

  • Minęły dwie dekady odkąd zajmuję się Dobrymi Praktykami Spółek Notowanych na GPW (DPSN);
  • Przez te lata zmieniła się warszawska giełda, zmienił się polski rynek, zmienił się świat – zatem zmieniały się i DPSN;
  • Kolejna, bardziej niż poprzednie dojrzała i przyjazna redakcja DPSN2021 wchodzi w życie 1 lipca br.;
  • Nie zmieniają się tylko pytania na temat Dobrych Praktyk – tu zebrałem najczęściej zadawane i próbuję na nie odpowiedzieć.

I. Jaka jest różnica między Dobrymi Praktykami a prawem?

Zasadnicza. Dobre Praktyki nie są częścią systemu prawa na szczeblu państwowym lub unijnym. Nie są też „miękkim” prawem przeciwstawianym „twardemu” prawu obowiązującemu pod rygorem sankcji karnej lub administracyjnej. Prawo bywa przestrzegane pod przymusem, Dobre Praktyki bywają stosowane dobrowolnie, ponieważ jest to korzystne dla spółek, inwestorów, rynków. Niemniej doświadczenie uczy, że kiedy konkretna wskazówka płynąca z Dobrych Praktyk bywa szeroko ignorowana, wkracza regulator i „dokręca śrubę” przeobrażac ją w wiążącą normę prawną (przykładem ujawnianie przez spółkę wynagrodzeń jej piastunów). Przeto korzystniej jest stosować Dobre Praktyki po dobroci, z własnej woli –niźli pod przymusem.

II. Czy w tym świetle stosowanie Dobrych Praktyk nie jest obowiązkowe?

Nie jest. Dobre Praktyki to opracowany przez rynek i zatwierdzony przez giełdę zbiór wskazówek postępowania na rynku. Nie są one instrukcją obsługi spółki, ani wicekodeksem. Adresatami wskazówek są spółki notowane na rynku regulowanym oraz ich inwestorzy. Wskazówki nie mają mocy prawnej, natomiast są objęte szeroko stosowaną w świecie formułą „stosuj lub wyjaśniaj” (comply or explain). Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie SA przyjmuje, że wprawdzie stosowanie przez spółki zasad Dobrych Praktyk jest dobrowolne, niemniej sprawozdawanie na temat ich stosowania jest obligatoryjne. Innymi słowy: na spółkach nie ciąży obowiązek stosowania Dobrych Praktyk, niemniej są one zobowiązane do ogłaszania sprawozdań na temat stosowania, względnie niestosowania lub niezastosowania poszczególnych zasad Dobrych Praktyk.

III. Czym różnią się wspomniane postawy niestosowania lub niezastosowania?

Przyjmuje się, że niestosowanie poszczególnej zasady ma charakter trwały, natomiast niezastosowanie jest incydentalne. Niezależnie od tego, czy dana zasada nie jest stosowana, bądź jednorazowo nie doszło do jej zastosowania – spółka powinna wyjaśnić przyczyny, dla których zasada nie jest stosowana lub nie została zastosowana, oraz wskazać, jakie kroki zamierza przedsięwziąć na rzecz stosowania tej zasady, a także przewidywany termin, w jakim to nastąpi.

IV. Czy udzielenie wymaganych wyjaśnień zwalnia od stosowania zasady?

To zależy od treści wyjaśnień i od sytuacji spółki. Wyjaśnienie mające pokrycie w stanie faktycznym i złożone w dobrej wierze ma taką samą wartość, co rzetelne stosowanie zasad. Dobre Praktyki adresowane są do wszystkich spółek notowanych na rynku regulowanym, lecz każda spółka jest w istocie inna. Niektóre z zasad dotyczą spółek zaliczanych do wskazanych indeksów giełdowych, pozostałe podlegają stosowaniu na zasadzie proporcjonalności: na GPW notowane są także niewielkie spółki, które mogą napotkać trudności w stosowaniu poszczególnych zasad, powinny one przeto wyjaśnić swoją sytuację.

V. Dlaczego wobec tego tworzy się takie same zasady dla wszystkich spółek?

Dobre Praktyki wyznaczają standard zachowań dla spółek notowanych. Nawet te spółki, które napotykają trudności w stosowaniu poszczególnych zasad powinny dążyć do spełnienia tego standardu, wyznaczyć sobie drogę wiodącą w tym kierunku, oraz określić termin, w jakim osiągną ów cel. Na rynku regulowanym poprzeczka nie jest zawieszona nazbyt wysoko! Jeżeli spółka pozyskuje od inwestorów kapitał, nabywa wobec nich trwałe zobowiązania i powinna się z nich wywiązać. Jedno z tych zobowiązań dotyczy sprawozdawania na temat stosowania – bądź przyczyn niestosowania / niezastosowania Dobrych Praktyk.

VI. Kto sprawdza, czy wyjaśnienia spółki są prawdziwe i złożone w dobrej wierze?

Odpowiadając jednym słowem: rynek. Od spółki publicznej oczekuje się daleko posuniętej przejrzystości. Oczekują tego inwestorzy, którzy wnieśli do spółki kapitał. Oraz ci, którzy biorą pod uwagę inwestowanie swoich środków w spółkę. Oczekują tego domy maklerskie, doradcy inwestycyjni, analitycy. Oraz media relacjonujące wydarzenia na giełdzie i wokół niej: specjalistyczna pisma codzienne i periodyczne, telewizje, stacje radiowe, agencje informacyjne, portale internetowe, specjalistyczne blogi, a także użytkownicy mediów społecznościowych. Spółka publiczna działa pod lupą opinii i nie powinna zasłaniać się przed nią nadużywając argumentów o tajemnicy handlowej, ochronie danych osobowych itd.

VII. Jak ocenić, czy sprawozdania i wyjaśnienia są złożone w dobrej wierze?

Nie istnieje instytucja powołana do oceny sprawozdań i wyjaśnień spółek. Nikt nie wydaje spółkom certyfikatów dobrej wiary. Ale mijanie się z prawdą bywa widoczne i piętnowane. Niemniej niektóre spółki uważają, że jeżeli złożą fałszywe oświadczenie o stosowaniu zasady, nikt tego nie sprawdzi. Inne sądzą, że wyjaśnianie przyczyn innego stanu rzeczy będzie zbyt pracochłonne, więc fałszywie twierdzą, że stosują DPSN w całości. Jeszcze inne symulują niezrozumienie zasady. Lecz takie postępowanie odgradza spółki od korzyści płynących ze stosowania zasad i może narazić ich postępowanie na dezaprobatę rynku.

VIII. Jakie przeto korzyści daje spółce stosowanie Dobrych Praktyk?

Zaufanie. Na rynku kapitałowym jest ono wartością najbardziej pożądaną, najwyżej cenioną. Zaufanie napędza gospodarkę w stopniu nie mniejszym niż pieniądz. Spółkom i inwestorom kierującym się wskazówkami płynącymi z Dobrych Praktyk łatwiej pozyskać dobrą opinię rynków. Z kolei rynki zdominowane przez spółki i inwestorów o dobrej reputacji z uwagi na ich szacunek do kanonu corporate governance (ładu korporacyjnego) są bardziej atrakcyjne dla kapitału, bardziej obiecujące pod kątem korzyści z inwestycji. Nie potrafię wykazać, że należyty stosunek spółek do Dobrych Praktyk trwale zwiększa ich wycenę, natomiast potrafię wskazać spółki, które wpadły w kłopoty z powodu niewłaściwego postępowania względem Dobrych Praktyk. Rynek niekoniecznie nagradza dobre zachowanie, ale często karze złe.

IX. Dlaczego Dobre Praktyki nie są trwałe, ale co kilka lat podlegają głębokim zmianom?

Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW są aktualizowane co kilka lat, by nadążyć za rozwijającym się i zmieniającym rynkiem. Aktualizacje odpowiadają nowym potrzebom inwestorów i obrotu giełdowego. Wiele wskazówek, mocno eksponowanych w poprzednich redakcjach Dobrych Praktyk, spełniło swoje zadanie, doprowadziło do poprawy zachowania spółek i inwestorów, natomiast pojawiły się nowe zjawiska i wyzwania. Pozwoliło to na rezygnację z powtarzania zasad, które zakorzeniły się już należycie w działaniach spółek i inwestorów. A także wymusiło zmianę wielu zachowań. Rozwój technik komunikowania pozwolił na zdalne uczestnictwo w obradach walnych zgromadzeń i innych organów spółek, pandemia COVID-19 przyczyniła się do szerokiego upowszechnienia takich zastosowań nowych technologii. Dobre Praktyki nie są wykuwane raz na zawsze na kamiennych tablicach, lepiej służą im tablice z plasteliny, łatwiejszej do stałego przekształcania w rytmie gasnących i rosnących potrzeb.

Czytaj także:

2021.06.10 Dobre praktyki, czyli światło w ciemnościach

 

 

 

 

 

 

Dobre praktyki, czyli światło w ciemnościach

Czym dla żeglugi są latarnie morskie, tym dla spółek giełdowych są Dobre Praktyki: wskazują bezpieczny szlak, sygnalizują ryzyko, wspierają w unikaniu niebezpieczeństw.

  • 1 lipca wchodzi w życie nowa redakcja Dobrych Praktyk Spółek notowanych na GPW (w skrócie DPSN2021);
  • Dobre Praktyki są wskazówkami postępowania zalecanego spółkom zgodnie z formułą: „Stosuj, albo wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”;
  • Nowa redakcja wskazówek jest uproszczona, czytelna, wzbogacona o doświadczenia z dwudziestoletniej historii DPSN w Polsce;
  • Stosowanie wskazówek pozwala spółkom unikać wielu postaci ryzyka, lub ograniczać jego negatywne skutki.

W maju 2001 roku ogłosiłem pierwszy polski projekt dobrych praktyk. Dotyczył on walnych zgromadzeń, podczas których często dochodziło do znaczących nieprawidłowości na szkodę akcjonariuszy. Kolejne redakcje DPSN: 2002, 2005, 2008, 2016 (dla dwóch ostatnich napisałem podręczniki) odzwierciedlały dojrzewające potrzeby rynku; obecna jest dojrzała i przyjazna dla spółek i inwestorów. Zawiera ona także nowe ujęcie wielu ważnych kwestii. Jak dotychczas, stosowanie Dobrych Praktyk jest dobrowolne, lecz sprawozdawanie o ich stosowaniu, bądź wyjaśnianie przyczyn niestosowania (lub incydentalnego niezastosowania) jest wymagane na podstawie Regulaminu Giełdy. W myśl kryterium proporcjonalności DPSN2021 wymagają więcej od spółek zaliczanych do indeksów WIG20, WIG40 i WIG80, niż od pozostałych.

Niektóre zasady zostały zredagowane nadzwyczaj miękko: spółka giełdowa, owszem, powinna organizować e-WZ, ale w świetle zastrzeżeń może tego uniknąć (szkoda!). Inne mają charakter jednoznaczny: spółka giełdowa bezwzględnie powinna udostępnić rynkowi bezpośrednią transmisję obrad walnych zgromadzeń. Wnoszone przed walne zgromadzenia projekty uchwał powinny zawierać uzasadnienie. Projekty uchwał i kandydatury do rady nadzorczej powinny być zgłaszane z minimum trzydniowym wyprzedzeniem, by dać akcjonariuszom możliwość ustosunkowania się do nich. Określa się godziwe warunki emisji akcji z prawem poboru lub, z jego wyłączeniem, a także pozostawienia całości zysku w spółce (przy założeniu, że pożądane jest wypłacanie dywidend).

Dobre Praktyki kierują się przede wszystkim interesem inwestorów. Emitenci także mają swoje racje, ale w przypadku spółek z udziałem Skarbu Państw niełatwo je pogodzić z ustrojem rynku kapitałowego. Niekiedy słyszę postulat, by dla „państwowych” spółek napisać inną wersję Dobrych Praktyk. Odpowiadam, że raczej te spółki powinny być notowane, jeżeli w ogóle, na innej giełdzie. Dlatego w nowym zbiorze Dobrych Praktyk są i takie, które będą uwierać spółki z udziałem państwa, niemniej ich stosowanie przyniesie korzyść rynkowi.

Jedna z Dobrych Praktyk przewiduje, że spółka notowana ujawnia rynkowi wydatki ponoszone przez nią i jej grupę, na wspieranie kultury, sportu, instytucji charytatywnych, mediów, organizacji społecznych, związków zawodowych itp. Obecnie niektóre spółki odmawiają ujawniania takich wydatków, chociaż w istocie chodzi o pieniądze ich akcjonariuszy. Powołują się one na tajemnicę handlową, RODO, coś jeszcze. Wobec tego nie wiemy, ile kosztuje spółkę utrzymywanie w niej kilkudziesięciu związków zawodowych, ile wynoszą dotacje na niektóre media (nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, iż są to wydatki na cele marketingowe!), ile pieniędzy płynie do fundacji lub Reduty Dumy i Honoru, itd. Spółki będą corocznie ujawniać te wydatki, ich zestawienia będą publicznie opiniowane przez radę nadzorczą. Powinno to ograniczyć wiele skrywanych postaci korupcji.

DPSN2021 wskazują spółkom, by w swojej strategii uwzględniały oddziaływanie na środowisko, w tym mierniki i ryzyka związane ze zrównoważonym rozwojem i zmianami klimatu, oraz sprawy społeczne i pracownicze, w tym równouprawnienie płci (także płacowe), warunki pracy, prawa pracowników, dialog ze społecznościami lokalnymi oraz z klientelą. Ważna wskazówka dotyczy organizowania przez spółki (te z indeksów WIG20, WIG40 i WIG80 co kwartał, pozostałe corocznie) otwartych spotkań z rynkiem: inwestorami, analitykami, mediami, ekspertami branżowymi. Spotkania powinny służyć dialogowi spółki z jej otoczeniem, na który brakuje miejsca i czasu na walnych zgromadzeniach, oraz przełamać niechęć zarządu do udzielania inwestorom żądanych przez nich informacji.

Potrzebujemy większej przejrzystości i jakości zarówno spółek, jak rynku kapitałowego. Czym dla żeglugi są latarnie morskie, tym dla spółek giełdowych są Dobre Praktyki: wskazują bezpieczny szlak, sygnalizują ryzyko, wspierają w unikaniu niebezpieczeństw. Nie wszyscy są już świadomi, że stosowanie przez spółki Dobrych Praktyk ogranicza ryzyko inwestycyjne, lecz światło zwolna rozprasza ciemności.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 2 czerwca 2021 r.        

#DPSN2021 #Stosuj lub wyjaśnij                                                   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ksh po 20 latach (III). Zawodna procedura

Może dojść do sytuacji, że wielu głosujących nie zda sobie sprawy, iż chyłkiem wprowadza do spółki głosowanie korespondencyjne.

  • Uchwalony w 2000 roku Kodeks spółek handlowych zawierał kilka błędów pierworodnych, poprawionych w kolejnych nowelizacjach;
  • Z kolei niektóre z rozlicznych nowelizacji wprowadziły do ustawy przepisy budzące wątpliwości;
  • Za przykład mogą służyć uregulowania głosowania korespondencyjnego na walnym zgromadzeniu;
  • Chociaż możliwość korespondencyjnego oddawania głosu jest korzysta dla inwestorów, obecna procedura nie budzi ich zaufania.

Wbrew nazwie, walne zgromadzenie często nie jest ani walnym, ani w ogóle zgromadzeniem. Gdyby ktoś użył skrótu błędnej nazwy „WZA” – skorygowałbym, że często w obradach nie uczestniczą fizycznie akcjonariusze spółki, lecz ich pełnomocnicy. Frekwencja na walnych zgromadzeniach bywa niska, co nie ma związku z pandemią. Drobni akcjonariusze często nie wykazują zainteresowania udziałem w walnych zgromadzeniach. Świadomie rezygnują z wykonywania swoich uprawnień korporacyjnych, zwłaszcza jeżeli walne zgromadzenie odbywa się w innej miejscowości; jeżeli w spółce trwa konflikt, wobec czego walne zgromadzenia stają się polem walki; jeżeli zachodzi obawa, że dojdzie do przerwy w obradach, lub nawet serii przerw, a uczestnik tylko straci czas.

W pierwotnym brzmieniu Ksh nie przewidywał możliwości głosowania na walnym zgromadzeniu ani przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej, ani w drodze korespondencyjnej. Zostało to zmienione przy okazji wprowadzania do prawa polskiego postanowień ważnej dyrektywy unijnej o prawach akcjonariuszy 2007/36/WE. Owocem tych zmian jest możliwość oddawania przez akcjonariuszy spółki publicznej głosu na walnym zgromadzeniu drogą korespondencyjną, jeżeli przewiduje to regulamin walnego zgromadzenia.

Głosowanie korespondencyjne jest na niektórych rynkach szeroko rozpowszechnione i ma bogate tradycje. Nierzadko wyniki głosowania nad poszczególnymi uchwałami zostaną przesądzone w głosowaniu korespondencyjnym. Mogą ich nie znać ci akcjonariusze, którzy na walne zgromadzenie przybyli osobiście, bądź uczestniczą w nim przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej – ale już zna je zarząd. W Polsce do roku 2009 nie dopuszczano głosowania korespondencyjnego, obecnie jest ono dopuszczone w niewielu spółkach publicznych. Warto zauważyć, że współczesne technologie zmieniają oblicze walnych zgromadzeń. Coraz łatwiej uczestniczyć w nich zdalnie, drogą elektroniczną, wobec czego znaczenie głosowania korespondencyjnego maleje. W niektórych jurysdykcjach, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, coraz więcej walnych zgromadzeń odbywa się w postaci wyłącznie wirtualnej, co w ogóle wyklucza możliwość fizycznego udziału w obradach akcjonariuszy i pełnomocników.

Szkopuł polega na tym, że o możliwości wprowadzenia głosowania korespondencyjnego na walnym zgromadzeniu niekoniecznie decyduje statut spółki – wystarczy regulacja przemycona w regulaminie WZ. Świadomie piszę „przemycona”: do regulaminów walnych zgromadzeń nie przywiązuje się w Polsce większego znaczenia, są one niemal bez reszty wypełnione powtórzeniami przepisów Ksh i statutu spółki, a nadto niekiedy zawierają osobliwe nonsensy. Przed dwudziestu laty ogłosiłem katalog takich kwiatków, od tego czasu wiele zmieniło się na lepiej, ale nie wszystko, niestety. Akcjonariusze nadal uchwalają regulaminy walnych zgromadzeń bez należytej refleksji nad ich treścią i konsekwencjami. Następuje to często pod koniec obrad, kiedy ich uczestnicy wykazują osłabioną czujność, zwłaszcza iż regulamin będzie dotyczył dopiero przyszłych zgromadzeń. Może dojść do sytuacji, że wielu głosujących nie zda sobie sprawy, że chyłkiem wprowadza do spółki głosowanie korespondencyjne.

Kolejny szkopuł tkwi w tym, że głos oddany korespondencyjnie można odwołać poprzez oświadczenie złożone spółce – byle nie później, niż w chwili zarządzenia głosowania na walnym zgromadzeniu. Oznacza to, że można odwołać oddany głos także poza walnym zgromadzeniem, na dziennik podawczy spółki. Ani przewodniczący zgromadzenia, ani jego uczestnicy, ani protokołujący uchwały notariusz mogą się nie dowiedzieć o tym w porę. Nieprzemyślany przepis otwiera możliwość obstrukcji: w zasygnalizowanym tu przypadku trzeba byłoby prostować protokół notarialny, nawet korygować informację, czy uchwały zostały powzięte. Procedury buduje się po to, by wykluczyć niepewność obrotu. Tu procedura zawodzi.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 maja 2021 r.                                           Czytaj także:

2021.04.26 Ksh po 20 latach (I). Z dystansu widać lepiej
2021.05.04 Ksh po 20 latach (II). Rozsądek zwycięża

 

 

 

 

Kompas etyczny spółki publicznej

Etyka dla spółki jest tym, czym dla spodni są guziki: nie widać ich, a wszystko trzymają. Jak portki opadną bez guzików, tak spółka bez etyki wpakuje się w kłopoty.

  • Wskazówka kompasu spółki – zwłaszcza spółki publicznej! – powinna kierować ją w stronę zysku i zrównoważonego wzrosty;
  • Ważne, by w dążeniach do osiągnięcia zysku i harmonijnego rozwoju spółce było po drodze z etyką;
  • Etyka jest tym ważniejsza, tym większe stawia wyzwania, im bardziej spółki dotyczą wymogi przejrzystości;
  • Ryzyko rozejścia się spółki z etyką waży nie tylko na jej reputacji, także na rachunku wyników i kontynuacji działalności.

Niewielka spółka publiczna poniosła stratę znacznych rozmiarów w następstwie walutowej transakcji zamiany stóp procentowych (CIRS). Po wielu latach dochodzenia racji ostatnio uzyskała korzystny dla siebie wyrok: zdaniem sądu, w 2008 r. nie doszło do skutecznego i ważnego zawarcia owej transakcji, zatem na rzecz spółki zasądzono od znanego banku wielomilionowe odszkodowanie. Orzeczenie nie jest prawomocne, sprawa zapewne potrwa jeszcze długo, wzrosną koszty finansowe stron, a po stronie banku – także koszty reputacyjne.

Gdyby banki kierowały się etyką, uniknęlibyśmy serii kosztownych afer tzw. opcji walutowych. Gdyby kierowały się etyką, nie byłoby kredytów frankowych. Przed kilkunastu laty o związanym z nimi ryzyku kredytobiorcy mówili prezesi banków Jacek Kseń i Jan Krzysztof Bielecki. Kiedy opuścili stanowiska, ich bankom puściły hamulce, wdały się w spekulacje, za co dzisiaj zapłacą. Na brak etyki bankowców zwracał uwagę Generalny Inspektor Nadzoru Bankowego Wojciech Kwaśniak: otóż sami, świadomi ryzyka, zadłużali się wyłącznie w złotych.

Mówi się czasem o lukach etyki: w spółce niby wszystko jest w porządku, lecz w jej działaniach jest luka, w której pierze się brudne pieniądze, zatruwa środowisko, fałszuje sprawozdania. Natknąłem się kiedyś na spółkę, która cała utonęła w takiej luce. W przypadku Getback SA właściwie wszystko było nieetyczne: zarząd, rada nadzorcza, biegły rewident, maklerzy, analitycy, autorzy ratingów, sprzedawcy obligacji, rozliczni kontrahenci. Jasnym punktem był jedynie whistleblower, który kompetentnie demaskował oszustwa w spółce oraz wokół niej. Nazwano go powszechnie anonimem, nie sygnalistą lub demaskatorem, lecz właśnie anonimem – w domyśle donosicielem, pozbawionym etyki kapusiem… Ale akurat on (oni?) etyki nie naruszył.

Etyka dla spółki jest tym, czym dla spodni są guziki: nie widać ich, a wszystko trzymają. Jak portki opadną bez guzików, tak spółka bez etyki wpakuje się w kłopoty. Kompas etyczny spółki wskazuje potrzebę etycznych zachowań, ale praktyki naprawdę etyczne obywają się bez tego słowa. Etyka nie powinna być stale na ustach, ona ma wyrażać tożsamość spółki. Nie można osiągnąć tego celu przyjmując korporacyjny „kodeks” etyczny. Będzie to najczęściej zbiór jednostronnych powinności pracowniczych, bez wpływu na procesy decyzyjne; zresztą przyjmuje się, że menedżerowie są ponad etyką. Taki „kodeks” nie zabrania zwalniać pracowników znienacka, a w przerwie na lunch pakować ich rzeczy do pudeł.

Nie wystarczy od czasu do czasu przypomnieć sobie o etyce organizując szkolenie. Nie słowa kreują etykę, a przykład płynący z góry. Lecz przestrzegam przed przypisywaniem radzie nadzorczej roli dyżurnego strażnika etyki. Spółka publiczna jest naturalnym środowiskiem konfliktów interesów, a kumulują się one właśnie w radzie nadzorczej. Ilekroć spółce przydarzy się coś złego, rynek gromko zapyta: Gdzie była rada nadzorcza? Co robiła?

Gdzie zatem korporacja ma szukać pierwiastków etycznych? W sobie samej! A także w Dobrych Praktykach Spółek Notowanych na GPW. Mają one za sobą dwudziestoletnią tradycję, są aktualizowane, unowocześniane. Kolejna edycja Dobrych praktyk została zredagowana, wejdzie w życie 1 lipca 2021 r. Jest to produkt samoregulacji różnych środowisk rynku kapitałowego, przyjazny dla uczestników obrotu, a przy tym cenna podpórka etyczna dla spółek.

Spółki niepubliczne nie mają takiego drogowskazu. W 2010 r. Europejskie Stowarzyszenie Instytutów Dyrektorów (ecoDa) ogłosiło „Wskazówki i zasady łady korporacyjnego dla spółek nienotowanych”. Polski Instytut Dyrektorów, ze wsparciem KPMG i BGK, opublikował przekład dokonany przez GET IT. W kwietniu br. ecoDa wydała uaktualnioną wersję wskazówek: kto teraz ogłosi ją po polsku?

Tekst ogłoszony 7 maja 2021 w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet. Został udostępniony: przez redakcję Parkietu na Twitterze (gdzie – niestety! – nie wywołał echa), a przez mec. Leszka Koziorowskiego, następnie przez Polski Instytut Kontroli Wewnętrznej na LinkedIn, gdzie został bardzo życzliwie przyjęty. Udostępniającym , komentującym i wyrażającym poparcie dla materiału – serdecznie dziękuję!                                                                                       

 

 

 

 

 

 

 

“…iż Polacy nie martwy, iż swój język mają”

Spółki z indeksu WIG20 bywają często określane mianem blue chips. Dla tych z udziałem państwa wolałbym nazwę blue cheats, tkwią przecież na rozdrożu między rynkiem a polityką.

  • Od trzydziestu lat Polska wytrwale, wbrew licznym przeciwnościom, rozwija rynek kapitałowy;
  • Mamy już dojrzałą giełdę, emitentów, inwestorów, domy maklerskie, analityków, nadzór, kancelarie prawne;
  • Oraz media wyspecjalizowane w tematyce giełdowej: prasę, telewizję, portale internetowe, blogi;
  • Jednak czasem brakuje nam słów, by opisać zjawiska rynkowe – sięgamy wtedy po obcą terminologię, która nie przystaje do lokalnych realiów.

Jedna z firm zajmujących się w internecie edukacją rynkową ogłosiła materiał poświęcony ewolucji pracy rad dyrektorów w pandemii. Przeczytałem, by dowiedzieć się, czy w świecie obraduje się inaczej niż w Polsce: otóż raczej nie. Zaskoczyła mnie natomiast przywołana tam na marginesie kalibracja spółek giełdowych. Za małe (Small cap, mały kapturek) uznano spółki o kapitalizacji mniejszej od 1 miliarda USD (!). Do średnich (Mid cap) zaliczono spółki o kapitalizacji od 1 do 5 mld USD, za duże (Large cap) uznano te o kapitalizacji od 5 do 30 mld USD, a największe (Mega-cap) mają kapitalizację przekraczającą 30 miliardów. Polskiemu inwestorowi może zakręcić się w głowie!

Do tej pory spotykałem się najczęściej ze skromniejszą klasyfikacją. Za najmniejsze spółki, Micro-cap, uznawano te o kapitalizacji od 50 do 300 milionów USD. Small cap obejmował przedział od 300 milionów do 2 miliardów USD. Mid cap to rząd wielkości od 2 do 10 miliardów, wszystkie spółki o kapitalizacji powyżej 10 miliardów zaliczano do Large cap, już bez ich rozwarstwiania.

Tu czas na dwie refleksje. Pierwsza dotyczy polskiego rynku, na którym notowane są spółki o znacznie niższej kapitalizacji. Dzieląc je na kategorie według terminologii anglosaskiej popełnia się nadużycie. Wiele spółek z naszej giełdy nie mieści się w tych przedziałach. Część z nich byłaby uznana za penny stocks. Penny to potoczna nazwa monety o niskim nominale, niekoniecznie angielskiego pensa, także amerykańskiego centa. Często przywołuję wspomnienie ze sklepiku w Baltimore: obok talerzyka kopiato wypełnionego monetami jednocentowymi stał kartonik z napisem: If you need a penny, take one; if you need two, take a job (Jeżeli potrzebujesz grosik, weź sobie; jeżeli potrzebujesz dwa, weź się do pracy). Mądre przesłanie! Termin penny stock wskazuje na niską kapitalizację spółki, nie na niską cenę jednostkową akcji: na anglosaskich giełdach wiele walorów wycenianych jest w pensach lub centach z dokładnością do jednej ósmej najniższej jednostki.

Druga refleksja dotyczy zmian zaszłych w ostatnim czasie: kapitalizacja spółki notowanej na giełdach jest zmienna, nawet jedna transakcja, zwłaszcza duża, może ja wzruszyć. Lecz teraz, w roku 2021, zmiany bywają ogromne i nieprzewidywalne. Spółka zaliczana do danego kapturka może w niedługim czasie przebić sufit swojego przedziału, powędrować wyżej, bądź zapaść się pod podłogę i stracić połowę wartości. Ktoś określi wahania kursów pędzących to w górę, to w dół,  mianem porywającego piękna giełdy, lecz ja już zatęskniłem za małą stabilizacją notowań.

Spółki z indeksu WIG20 bywają często określane mianem blue chips. Dla tych z udziałem państwa wolałbym nazwę blue cheats, tkwią przecież na rozdrożu między rynkiem a polityką. Niestety, nawet giełda jest spółką w pewnym stopniu sterowaną przez państwo, niektórzy zaliczają ją (niesłusznie!) do „instytucji państwowych”. Rodzimy rynek jest wciąż tak odmienny od wielkich rynków współczesnego świata, że opisywanie go przy pomocy terminologii użytej do opisu tamtych rynków prowadzi na manowce poznawcze.

Zresztą tradycyjne znaczenia wielu terminów tracą sens w okresie giełdowej burzy i naporu. W konfrontacji z żywiołem giełd, każdy język okazuje się martwy, niezdolny do wyrażenia istoty rzeczywistości. W teorii termin blue chips (dosłownie: błękitne żetony) odnosi się do największych spółek giełdowych wyróżniających się stabilnością notowań, przeto ich kurs ulega nieznacznym zmianom. Lecz na koniec sesji w dniu, w którym zabrałem się do pisania tego tekstu (w nawale innych zajęć zajęło mi to dni kilka!), notowania dwóch spółek z indeksu WIG20 wzrosły o ponad 10 proc., siedmiu następnych zmieniły się powyżej 2 proc., czterech kolejnych o ponad 1,5 proc. Ani te spółki takie duże, ani stabilne. Zgadzam się jednak na wyróżnik blue: to barwa najdroższego żetonu w kasynie w Monte Carlo. Nigdy tam nie byłem. Bliżej mi na Książęcą.

W oryginale myśl imć Mikołaj Rej brzmi: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Słowo „gęsi” jest tu przymiotnikiem; językiem gęsim, lub gęsiną, określono naonczas łacinę. Zastąpiłem je słowem „martwy”, skoro chodzi o język, który także nie nadąża. 

 

 

 

 

Ksh po20 latach (II). Rozsądek zwycięża

Zaniechano praktyki koszarowania wszystkich członków zarządu w jednym miejscu: niektórzy pracują stale poza siedzibą spółki, w innych miejscowościach, niekiedy w innych krajach.

  • Niektóre regulacje uchwalonego w 2000 r. Kodeksu spółek handlowych wyraźnie odstawały od potrzeb obrotu;
  • W spółkach kapitałowych przyznano radzie nadzorczej uprawnienia, które w przypadku zarządu zostały niesłusznie przemilczane;
  • Z czasem rozsądek zwyciężył, lecz dopiero po dwudziestu latach, w obliczu pandemii COVID-19;
  • Obecnie zarządy i rady nadzorcze spółek akcyjnych i z o.o. dysponują możliwością pracy w trybie zdalnym.

Kodeks spółek handlowych wszedł w życie w 2001 r. wnosząc wiele rozwiązań nieznanych wcześniejszemu Kodeksowi handlowemu z 1934 r. Jednym z przykładów jest umożliwienie radzie nadzorczej podejmowania uchwał poza posiedzeniami, zwłaszcza przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Rodzi się tu pytanie, dlaczego podejmowania uchwał w takim trybie nie umożliwiono zarządowi, zarówno w spółce akcyjnej, jak w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.

Sądzę, że takiej możliwości nie wzięto pod uwagę. Wyobrażono sobie, że zarządy spółek kapitałowych pracują w trybie ukształtowanym w odległej przeszłości, kiedy spółki działały lokalnie prowadząc przedsiębiorstwa w nieporównanie mniejszym rozmiarze. Założono przeto, że członkowie zarządu są zawsze na miejscu, pod ręką, wobec czego nie zachodzi potrzeba udostępniania im szczególnych trybów podejmowania uchwał. Założenie to straciło rację w realiach panujących na przełomie XX i XXI w. W Polsce działały już liczne spółki z zagranicznym rodowodem, dla których podejmowanie uchwał przez zarządy w trybie zdalnym, poza posiedzeniami, bądź z udziałem członków przebywających poza spółką, było życiową koniecznością.

Także w wielu polskich spółkach zaniechano praktyki koszarowania wszystkich członków zarządu w jednym miejscu: niektórzy pracują stale poza siedzibą spółki, w innych miejscowościach, niekiedy w innych krajach. W wielu spółkach przyjęto zasadę, że nawet jeżeli jej działalność prowadzona jest „w terenie”, przecież zarząd pracuje w Warszawie, ponieważ tam krzyżują się liczne interesy, tam działa infrastruktura rynku: giełda, inwestorzy, regulatorzy, banki – niemniej niektórzy członkowie zarządu doglądają spraw w siedzibie spółki. Niektórzy członkowie zarządów największych spółek stale pełnią obowiązki poza Polską. Podejmowanie decyzji w trybie innym, niż na posiedzeniu, stało się koniecznością

Natomiast zdawano sobie sprawę, że członkowie rad często mieszkają i pracują w odległych miejscowościach, zatem otwarto przed nimi możliwość pracy zdalnej. Przyznano im także zwrot kosztów związanych z udziałem w radzie (zatem i kosztów dojazdu), nawet jeżeli nie pobierają wynagrodzenia.

Ksh założył, że rady podejmują uchwały poza posiedzeniem tylko jeżeli tak stanowi statut, względnie umowa spółki. Wobec tego liczne umowy i statuty przyjęły postanowienia o podejmowaniu uchwał w tym trybie także przez zarząd spółki. Początkowo może uważano, że skoro Ksh przemilcza taki tryb – jest on niedopuszczalny, ale potrzeby obrotu wymogły zmianę podejścia. Praktyka odrzuciła niemieckie założenie, iż zabronione jest wszystko, co nie zostało expressis verbis dozwolone. Przyjęto, że dopuszczalne jest wszystko, co nie zostało expressis verbis wykluczone. Rozsądek przeważył nad przepisem.

Potrzeba było 20 lat i pandemii COVID-19, by przy okazji zmian dokonywanych w wielu aktach prawnych uwspółcześniono regulacje Ksh o procedowaniu organów spółek kapitałowych. Po pierwsze, umożliwiono zarządom podejmowanie uchwał w trybie pisemnym lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Po drugie, wyraźnie dopuszczono przemilczaną wcześniej możliwość zdalnego uczestniczenia członków zarządu i rady nadzorczej w pracach tych organów. Po trzecie, uchylono warunek, że zdalne podejmowanie uchwał możliwe jest jedynie za przyzwoleniem statutu względnie umowy spółki: obecnie jest ono możliwe z mocy ustawy. Wprawdzie statut lub umowa mogą wyłączyć tę możliwość w drodze formalnych zmian tych dokumentów, lecz wyobrażam sobie, że takie zmiany będą zaskarżane.

Po czwarte, przy okazji zrezygnowano z wyłączenia podejmowania przez radę nadzorczą w trybie zdalnym uchwał o wyborze przewodniczącego i wiceprzewodniczącego rady, powołania członka zarządu oraz odwołania i zawieszania w czynnościach tych osób. Okaże się w praktyce, jakim celom posłuży ta nowa regulacja.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 24 kwietnia 2021 r.

Czytaj także:

2021.04.26 Ksh po 20 latach (I). Z dystansu widać lepiej
 

 

 

Ksh po dwudziestu latach (I). Z dystansu widać lepiej

Współcześnie komitet audytu jest rdzeniem rady nadzorczej, funkcji gospodarza Ksh podjęło się – z marnym skutkiem! – Ministerstwo Aktywów Państwowych, a Komisja Kodyfikacyjna została rozpędzona, co ułatwia psucie prawa spółek.  

  • 1 stycznia minęło dwadzieścia lat od wejścia w życie Kodeksu spółek handlowych uchwalonego 15 września 2000 r.;
  • Długo wyczekiwany, Ksh został dobrze przyjęty. Porządkował ustrój i działalność spółek handlowych, wprowadził kilka ciekawych nowości.
  • Nie znaczy to, niestety, że Ksh był dziełem doskonałym. Niektóre z zaszytych w nim błędów zostały poprawione dopiero po latach.
  • Z dystansu widać, jak głęboko Ksh został zanurzony w tradycji niemieckiej ze szkodą dla współczesnego nurtu anglosaskiego.

Pod koniec XX wieku nasiliły się w świecie tendencje zmierzające do rozwijania zasad corporate governance. Ich kulminacją był brytyjski Raport Cadbury’ego (1992), czyli zgodna odpowiedź City i Westminsteru na skandaliczne nieprawidłowości trapiące brytyjski rynek kapitałowy. Pod jego wpływem wkrótce ukształtował się powszechny standard wprowadzania do rad dyrektorów / rad nadzorczych komitetów audytu i komitetów wynagrodzeń.

Kodeks spółek handlowych wszedł w życie 1 stycznia 2001 r. Został dobrze przyjęty, lecz nie był wolny od błędów. Już wtedy niektóre przepisy sprawiały wrażenie, że pochodzą z poprzedniej epoki. Zabrakło w nich jasnej zachęty na rzecz wyposażania rad nadzorczych w komitety. Owszem, można było powoływać komitety bezwstydnie naciągając przepis o delegowaniu członków rady do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych. Niemniej większość spółek wybierała wygodniejsze dla nich rozwiązanie: utrzymanie poprzedniego stanu rzeczy. Skutek był taki, że najważniejszej w historii polskiego prawa reformy rady nadzorczej spółki akcyjnej dokonano hen!, daleko poza Ksh, w ustawie o biegłych rewidentach. I dokonano jej źle.

W tym czasie w Genewie ruszył Wielki Zderzacz Hadronów (Great Hadron Collider), zatem nazwałem ustawę o biegłych Wielkim Zderzaczem Andronów. Po pierwsze, dała ona spółkom możliwość uniknięcia powołania w składzie rady komitetu audytu: wystarczyło, by rada liczyła minimalną dopuszczalną liczbę członków. Po drugie, przepustką do członkostwa komitetu były niejasne „kwalifikacje”, co niebawem sprowadzono do absurdu. Po trzecie, przyjęto kontrowersyjne kryterium obligatoryjnej niezależności członka / członków komitetu. Po kilku latach ustawie o biegłych nadano nowy kształt, lecz pozostało pytanie: dlaczego tak doniosła regulacja została wyłączona z Ksh?

Przyczyna nie tkwiła w tym, jakoby patronujące ustawie o biegłych Ministerstwo Finansów wtargnęło w sferę kompetencji Ministerstwa Sprawiedliwości uważanego za gospodarza Ksh. Otóż to drugie lekkomyślnie uznało komitety audytu za temat mało istotny, który nie zasługuje na poświęcenie mu kolejnej (czyli jednej z nazbyt wielu) nowelizacji Ksh. Wobec tego Ministerstwo Finansów zajęło się sprawą, jak umiało. Współcześnie komitet audytu jest rdzeniem rady nadzorczej, funkcji gospodarza Ksh podjęło się – z marnym skutkiem! – Ministerstwo Aktywów Państwowych, a Komisja Kodyfikacyjna została rozpędzona, co ułatwia psucie prawa spółek.

Ksh wszedł w życie z założeniem, że rada nadzorcza spółki akcyjnej składa się co najmniej z trojga członków. Była to zmiana znacząca, ponieważ wcześniejszy przepis wymagał w radzie nadzorczej przynajmniej pięciorga członków. Rzecz w tym, że trzyosobowy skład rady praktycznie uniemożliwia mniejszości realizację jej podstawowego prawa do obsady rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, bowiem grupę mogą utworzyć jedynie osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału ogólnej liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Mogło to prowadzić do sytuacji, że prawo do wyboru „swojego” członka rady miałaby grupa reprezentująca aż jedną trzecią głosów na WZ. Błąd ten naprawiono dopiero w 2003 r., acz jedynie w odniesieniu do spółki publicznej, przywracając dla niej wymóg co najmniej pięcioosobowej rady. W spółce niepublicznej pozostało po staremu. Czy tam prawa mniejszości mniej znaczą?

Za anachronizm uznaje się przepis Ksh dający akcjonariuszom prawo do żądania odpisu listy uprawnionych do udziału w walnym zgromadzeniu „za zwrotem kosztów jego sporządzenia”. O kosztach sporządzenia odpisu listy można było mówić w czasach przed wynalezieniem urządzeń kopiujących. W czasach, gdy uchwalano Ksh, kserografy były w powszechnym już użyciu, a żądanie zwrotu kosztów odpisu powinno uchodzić za szykanę. C.d.n.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 17 kwietnia 2021 r.  

 

 

 

Bez niezależnych mediów nie ma rynku kapitałowego

  • Rynek kapitałowy polega na przepływie pieniędzy i informacji.
  • Strumienie pieniędzy płyną tam i z powrotem między inwestorami i emitentami…
  • … oraz od jednych i drugich do fiskusa.
  • Strumienie informacji płyną tam i z powrotem między mediami i pozostałymi uczestnikami rynku.

Inwestorzy, emitenci, fiskus, są mniej więcej tacy, jacy byli – i jakimi zapewne zostaną w przewidywalnej przyszłości. Natomiast media stale zmieniają swoją naturę. Są one tradycyjnie określane jako „czwarty stan”. Anglojęzyczny termin The Fourth Estate bywa często mylnie przekładany jako „czwarta władza”, chociaż nie koresponduje on wcale z monteskiuszowskim trójpodziałem władzy, a z trzema stanami społeczeństwa u schyłku feudalizmu.

Tradycyjnie „czwartym stanem” była prasa. Rynek kapitałowy dał impuls dla jej rozwoju: najpierw informowano inwestorów o notowaniach, później także o tym, co dzieje się w spółkach i wokół nich. Notowania rozpowszechniano także za pomocą telegrafu. Znaczący postęp przyniosły kolejno radio i telewizja. Na przełomie tysiącleci szczególną pozycję zyskały media internetowe: portale gospodarcze, wortale giełdowe, coraz liczniejsze, coraz bardziej profesjonalne, poczytne, wiarygodne prywatne gniazda informacji o rynku, giełdach (nie tylko GPW!), spółkach, akcjach, obligacjach, ryzyku, obrocie, relacjach inwestorskich, rynkowych obyczajach i kulturze komunikowania. Informacja nie przestała być towarem, lecz towar ów pod wieloma postaciami udostępniany jest powszechnie i nieodpłatnie. Niektóre darmowe gniazda wiedzy o rynku kapitałowym nie ustępują poziomem profesjonalnym mediom, nawet niekiedy przewyższają je liczbą stałych i wiernych odbiorców.

Odcięty od strumieni informacji, rynek kapitałowy nie przetrwa długo, zwiędnie. Muszą być to informacje niezależne – napływające na rynek różnymi kanałami. Nie mogą być one poddane kontroli lub cenzurze. Reżymy totalitarne pragną zawładnąć nie tylko mediami, pragną one regulować także prywatne, niezależne strumienie informacji o rynku i dla rynku. Państwo totalitarne staje się wszechobecne, na rynku bywa nie tylko srogim regulatorem, także osobliwym uczestnikiem stawiającym swoje interesy nad interesy innych inwestorów. Spółki z udziałem państwa działają pod jego dyktando, kierują swoje środki i zasoby ku celom wyznaczonym przez rządzących, a nadto stają się rezerwuarem posad dla sprzymierzeńców kasty panującej. Media publiczne zostały przejęte, prywatnym grozi marginalizacja, a niezależne strony internetu, służące rozpowszechnianiu niewygodnych treści, uwierające władze – mogą zostać wyłączone lub trwale zakłócane przez hackerów w służbie państwa.

W Polsce władza pragnie ingerować w rynek kapitałowy. Jeden polityk powiada: „Musimy mieć pewność, że wszystko, co dzieje się w Polsce, jest kontrolowane przez polskie władze”. Do jego lotu nad kukułczym gniazdem przyłącza się despota: „Media w Polsce powinny być polskie”. Chcieliby „udomowić”, „repolonizować” media, spółki, banki, rynek. „Udomowienie” gazet regionalnych tylko pozornie nie godzi w rynek kapitałowy. Potwierdza ono doktrynę, że spółki z udziałem państwa mają – na niekorzyść innych akcjonariuszy – wspierać pomysły rządu, niekiedy totalitarne, zazwyczaj absurdalne.

Puszczę tu wodze fantazji: pozornie zjednoczone partie władzy mogą zapragnąć ustalania notowań spółek. Kurs Orlenu wyznaczałby prezes. Ziobryści otrzymaliby jedną spółkę z indeksu WIG20, jedną z WIG40, dwie z WIG80, gowinowcy mniej, ponieważ kurs jednej spółki z przyznanej im puli ustalałby pokątnie Bielan. Za upadłości spółek odpowiadać będzie opozycja, jeżeli się uchowa. Wyrzucimy z rdzennie polskiej giełdy zabłąkane na nią spółki zagraniczne. Zakaże się inwestowania przez kapitał zagraniczny, zwłaszcza niemiecki. IPN zadba, by zagraniczne media nie wycierały swoich brudnych pysków polskimi tematami. „Wysoki trybunał” orzeknie, że regulacje unijne są niekonstytucyjne. Publikacje na temat rynku będą zatwierdzane przez Komisję Nadzoru Rynkowego pod kierownictwem dr. Marka Chrzanowskiego. Tu kończę, wstydu oszczędzę…

Każdy zamach na media, jakakolwiek bywa jego postać, jest dotkliwym ciosem w rynek kapitałowy i pieniądze inwestorów. Kto zamierza „udomowić” media, pragnie pozbawić rynek jednego z najważniejszych komponentów. Bez niezależnych mediów emitenci, inwestorzy i regulatorzy nie będą w stanie zdobyć zaufania umożliwiającego pozyskiwanie kapitału. Zaufanie to fundament gospodarki, lecz w systemie totalitarnym władza radzi sobie i bez niego. Zaufania potrzebują także media już bez reszty zawłaszczone przez kastę panującą, jak telewizja „publiczna” i drogie mi Polskie Radio. Żadne koncesje nie wchodzą w rachubę. Wyprowadzenie mediów spod kontroli politycznej dobrze przysłuży się rynkowi kapitałowemu.

Czytaj także:

2005.10.17 Czwarty Stan rynku
2018.02.18 Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany!

2021.01.18 Dlaczego przejęcie przez Orlen mediów regionalnych zagraża prawdzie i prawu

Jak kryptokolekcjoner nabył kryptosztukę za kryptowalutę

Czy jest możliwe, że fantom: nie obraz, rzeźba, sztych, lecz fantom właśnie, obiekt nierzeczywisty, nienamacalny, pozbawiony postaci materialnej, bliższy wyobrażeniu – został uznany za dzieło sztuki i sprzedany za niewyobrażalną, acz rzeczywistą cenę?

  • Najnowsza moda na rynku sztuki to inwestowanie w Nifties: niepowtarzalne, nierzeczywiste kryptodzieła;
  • Właśnie pobito rekord: na aukcji Christie’s wylicytowano kryptoobiekt za sensacyjną cenę 69,3 mln USD;
  • Nabywca posługujący się pseudonimem Metakoven jest posiadaczem gromadzącej Nifties kolekcji o nazwie Metapurse;
  • Autorem sensacyjnie wylicytowanego obiektu jest Beeple, artysta do tej pory „mało znany w świecie sztuki głównego nurtu”.

Ważne, może przełomowe, wydarzenie na rynku sztuki: czynny od stuleci w handlu antykwarycznym dostojny dom aukcyjny Christie’s (założony w 1766 r.) po raz pierwszy wystawił na aukcję NFT, czyli w pełni cyfrowy obiekt artystyczny. Transakcję przeprowadzono osiągając zdumiewająco wysoką cenę.

Jest to jeden z powodów oszołamiającej kariery terminu Non-Fungible Token (NFT, potocznie Nifty, w liczbie mnogiej Nifties). Chodzi o token niezamienialny, nierozmienialny,  obiekt z niczym nieporównywalny, o niepowtarzalnych właściwościach, jedyne w swoim rodzaju „aktywo”, jak Mona Lisa pośród arcydzieł sztuki klasycznej. Pomimo tych osobliwych właściwościach NFT assets mogą być, i bywają, przedmiotami obrotu rynkowego. Entuzjaści powiadają, że jak bitcoin jest cyfrowym odpowiednikiem pieniądza, NFT jest cyfrową postacią dzieła sztuki. Sceptycy twierdzą, że to tylko pęczniejąca bańka, która zapewne pęknie lada moment, ale z ostrożności (od zawsze cechującej obrót sztuką) poprzedzają krytykę słowem „prawdopodobnie”. O bańce mówi nawet twórca omawianego tu Nifty…

CO KUSI KOLEKCJONERÓW? Token nie jest dziełem sztuki. Nawet nie odzwierciedla jego cech. Nie ma wartości artystycznej, estetycznej, emocjonalnej. Reprezentuje tytuł własności, którego ponoć nie można podważyć – dzisiaj. Zaświadcza o autentyczności obiektu, czego ponoć nie można podważyć – dzisiaj. Nie wiemy, w jakim kierunku podąży technika, jakich dokona przekształceń otaczającej nas rzeczywistości. Nie wiemy także, w jakim kierunku podąży rynek sztuki. Czy moda uniesie Nifties, czy zyskają one na wartości?

ZADZIWIAJĄCA AUKCJA. Rzecz nie byłaby warta analizy, gdyby nie marcowa aukcja Christie’s – jednej z dwóch katedr światowego handlu antykwarycznego. W formule single lot sale licytowano online obiekt wystawiony z ceną wywoławczą 100 USD. Zaplanowana na 14 dni, zrazu toczyła się zniechęcająco ospale, za to w ostatnich chwilach eksplodowała pod niebiosa emocjami i postąpieniami, by – po niecodziennym wydłużeniu czasu licytacji o 90 sekund – zamknąć się przybiciem na pułapie 69 346 250 USD (objaśnienia użytych terminów aukcyjnych poniżej).

Kiedy zagłębiałem się w szczegóły, raz po raz przecierałem okulary: czy to, co czytam w wiarygodnych źródłach zdarzyło się naprawdę? Czy aby w relacjach BBC lub New York Times czegoś nie przekręcono? Czy jest możliwe, że fantom: nie obraz, rzeźba, sztych, lecz fantom właśnie, obiekt nierzeczywisty, nienamacalny, pozbawiony postaci materialnej, bliższy wyobrażeniu – został uznany za dzieło sztuki i sprzedany za niewyobrażalną, acz rzeczywistą cenę? Czy jest możliwe, że renomowany dom aukcyjny przyjął od anonimowego nabywcy zapłatę w kryptowalucie? Czy służba kontroli skarbowej powołana do przeciwdziałania procederowi prania pieniędzy nie została poderwana to działania? Transakcję dopełniono przelewem ekwiwalentu ceny dolarowej w postaci 42 329,453 jednostek czegoś, co nosi nazwę Ether. Przyjmuję te fakty z pokorą: nabieram przekonania, że Ziemia obraca się już nie w tę stronę, do jakiej nawykłem.

AUTOREM (TWÓRCĄ NOWEJ POSTACI WYRAZU?) JEST BEEPLE. Kryptonim może przywołać odległe skojarzenie do The Beatles. Za to maniera jest oryginalna: nikt wcześniej nie wymyślił czegoś równie cudacznego. Innowacyjnym artystą jest urodzony w 1981 r. Mike Winkelman, grafik i designer z Charleston w Południowej Karolinie. Uprawia on wielorakie postacie digital artworks: tapety, ilustracje, szkice, krótkie filmy, kompozycje muzyczne, formaty VJ Loops i VR AR (nie śmiem tu objaśniać tych terminów, moja wyobraźnia już nie wzbija się na te orbity). Swoją twórczość opisuje wyświechtanymi wulgaryzmami (four letters words). Chociaż ma blisko dwa miliony instagramowych fanów, nie był szeroko znany w kręgach antykwarycznych. Lecz teraz dołączył do grona żyjących autorów nowoczesnej sztuki, których dzieła osiągnęły najwyższe cenę. Na podium światowych rynków wyprzedzają go obecnie tylko David Hockney i Jeff Koons.

DZIEŁEM ZA CIĘŻKIE MILIONY JEST… PLIK jpg. To osobliwy kolaż wszystkich grafik, jakie Beeple ogłosił online od 1 maja 2007 r. Od tegoż dnia codzienne kreował nowy cyfrowy produkt, a kiedy zgromadził ich 5 tysięcy (co zajęło mu ponad 13 i pół roku), zmontował ich kompletny zbiór generując ogromną, nowatorską, niepospolitą, dziwaczną kompozycję cyfrową zatytułowaną Everydays: The First 5000 Days frapującą, barwną, nieczytelną bez radykalnego powiększenia, skoro jej wymiary to 21 069 x 21 069 pixeli (319 168 313 bitów). Można zobaczyć ją na facebookowej witrynie Christie’s Images. Prace zostały zgromadzone chronologicznie, ich formy i tematy są różnorodne, od przeciętnych rysunków po nasycone treścią dzieła trójwymiarowe. Obrazują one proces dojrzewania emocjonalnego Autora, jego obawy przed następstwami rozwoju techniki, pragnienie bogactwa i nieufność wobec niego, współczesne turbulencje polityczne Stanów Zjednoczonych.

NABYWCA JEST POSTACIĄ NIEMNIEJ EKSCENTRYCZNĄ OD AUTORA. Przedstawia się jako angel investor in blockchain technology since 2013. Używa kryptonimu Metakoven, jest związany/a z Metapurse (www.metapurse.fund), funduszem wspierającym kolekcjonerstwo sztuki cyfrowej. Wiadomo, że w grudniu 2020 r. nabył/a online kolekcję 20 non-fungible tokens autorstwa Beeple. Transakcji dokonano na popularnej już platformie Nifty Gateway (www.gemini.com/nifty-gateway). Podczas licytacji w Christie’s przebił o 250 000 USD ofertę rywala; był nim Justin Sun, 30-letni obywatel ChRL, przedsiębiorca uznany w świecie nowych technologii, twórca platformy krypto walutowej Tron. O wyniku licytacji zadecydowały oferty składane gorączkowo w ostatnich 20 sekundach. Zwycięzca cieszył się: Trafiła mi się prawdziwa okazja!

NIFTIES MAJĄ ZALETY. Obiekt zostaje „zapieczętowany” poprzez opatrzenie go cyfrowym certyfikatem własności. Zatem to nie sam obiekt będzie później przedmiotem obrotu, ale ów certyfikat. Podobnie jak w przypadku kryptowalut, tytuł własności jest przechowywany w księdze głównej blockchainu. Uważa się, że daje to dwojakie korzyści: po pierwsze, gwarantuje autentyczność obiektu, wyklucza jego podmianę; po drugie, gwarantuje niekłamaną, niepodważalną własność obiektu. Nie można powiesić go na ścianie, lub wstawić do gabloty, nie ucieszy oczu, nie nagrodzi dumnego posiadacza dywidendą prestiżu – za to nikt inny nie może go zawłaszczyć, nie wyłączając twórcy albo zbywcy. Blockchain nie da obiektowi ciekawego życia, ale da bezpieczeństwo. Tak się przynajmniej uważa.

KOMENTARZ KOLEKCJONERA. Żadnej z tych zalet nie ma obraz wiszący u mnie na ścianie. Za to ma inną zaletę: jest piękny. Kryje też w sobie wady: niewiedzę i zwątpienie. Przedstawia scenę rodzajową na cmentarzu w Jokohamie. Nie wątpię w jego autentyczność. Wiadomo, że artysta był w Jokohamie, oraz że podczas pobytu w Japonii stworzył jedno dzieło. Ale wiadomo także, że artysta lubił powtarzać tematy, powracać do nich po latach, by opatrywać obrazy datami i metrykami swoich wcześniejszych prac. Przeto nie mam pewności, czy mój obraz jest rzeczywiście tym pierwszym, czy może późniejszą repliką, namalowaną już w Polsce. Nie wiem także, czy repliki były, a jeżeli tak – ile ich powstało, gdzie się podziały, co się z nimi dzieje. Natomiast gdybym nabył Nifty, nie miałbym wątpliwości, niepodważalne dane byłyby zapieczętowane w księdze blockchainu. Tylko czy dałoby mi to radość?

MAŁY SŁOWNICZEK AUKCYJNY

Lot: obiekt wystawiony na licytację.
Single lot sale: aukcja jednego dzieła.
Cena wywoławcza: cena, po jakiej obiekt zostaje wystawiony. Nie znaczy to, że zawsze będzie, w braku innych ofert, ceną transakcyjną. C.w. ustawia się na niskim poziomie, by potencjalnych nabywców zainteresować i zachęcić do udziału w licytacji, niemniej niekiedy ustala się także poufną cenę zastrzeżoną, poniżej której obiekt nie może zostać sprzedany.
Postąpienie: minimalna wielkość, o jaką oferta uczestnika licytacji przebija ofertę poprzednika. Wysokość postąpienia wynika z regulaminu aukcji lub decyzji prowadzącego (aukcjonera). Wymagane postąpienie zazwyczaj rośnie wraz w wysokością ofert.
Przybicie: uderzenie przez aukcjonera młoteczkiem oznaczające przyjęcie najwyższej oferowanej ceny.

Tekst ogłoszony w numerze wielkanocnym (3-5 kwietnia 2021 r.) Gazety Giełdy i Inwestorów PARKIET. Na wszelki wypadek został poprzedzony nadtytułem TO NIE JEST PRIMA APRILIS!

Na temat handlu sztuką czytaj także:

2019.08.05 Sotheby’s schodzi z parkietu