Archiwum kategorii: Corporate governance

Z głębokim żalem, w poczuciu osamotnienia zawiadamiamy,
że 24.09.2022 r. po długiej i ciężkiej chorobie
zmarł w Krakowie w wieku 79 lat
nasz kochany

Andrzej S. Nartowski

www.andrzejnartowski.pl

Życzeniem zmarłego jest, by uroczystości żałobne na Cmentarzu Salwatorskim

i złożenie prochów do rodzinnego grobowca Trzaska Nartowskich

odbyły się w ścisłym gronie rodziny i przyjaciół

żona Krystyna,
syn Wojciech z żoną Justyną
wnuczki Pola i Idalia

Trzy faule procedury, czyli jak nie głosować

  • W statutach polskich spółek akcyjnych można spotkać zdumiewająco prymitywne rozwiązania proceduralne;
  • Licznym spółkom szczególne trudności przysparza głosowanie przez radę nadzorczą uchwał poza posiedzeniami;
  • Wzywanym do głosowania członkom rady niekiedy przedkłada się zamknięty projekt uchwały, bez możliwości dyskusji nad nim;
  • Głosy, które nie zostały oddane w wyznaczonym terminie uznawane są za wstrzymujące się, co fałszuje wynik głosowań.

Wspomniane błędy występują w statutach wcale licznych spółek dążących – nieudolnie! – do uproszczenia procedury przyjmowania uchwał rady nadzorczej poza formalnymi posiedzeniami. Praktyka przyjmowania przez radę nadzorczą, w różnych trybach, uchwał poza posiedzeniem, jest dopuszczana, słuszna, wręcz konieczna. Od lat twierdzę, że dobrze zorganizowana rada jest w stanie wykonać znaczną część swoich zadań poza posiedzeniami. Kodeks spółek handlowych nie czyni przeszkód procedowaniu uchwał przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Niepodważalną zaletą tego trybu jest możliwość udostępnienia członkom rady nie tylko oddania głosu na przedstawiony im projekt uchwały, także krytyczne wypowiedzenie się o treści projektu, zaproponowania zmian jego treści, przedyskutowania zgłoszonych poprawek. Co najważniejsze: tryb ten będzie należycie zastosowany wtedy (i tylko wtedy), gdy czas nie pogania, gdy nie wyznacza się członkom rady sztywnego terminu na oddanie głosu bez należytego przemyślenia głosowanej materii.

Niestety, w niektórych przyjętych przez spółki publiczne procedurach głosowania przez radę nadzorczą uchwał poza posiedzeniem zaszyte są brzydkie faule.

ODGWIZDAĆ faul należy, gdy członkom rady nadzorczej przedkłada się projekt uchwały rady bez udzielenia im możliwości wprowadzenia do niego poprawek. Wprawdzie rada może odrzucić taki projekt, zarządzić dyskusję nad nim, ale niekiedy działa, pod presją czasu, naciskiem zarządu na pilne przyjęcie uchwały, w obliczu uporu przewodniczącego rady ku szybkiemu głosowaniu.

ŻÓŁTA KARTKA należy się wtedy, gdy członkowie rady wiązani są narzuconym przez przewodniczącego sztywnym, nieracjonalnie krótkim, terminem na oddanie głosu. Przykład: rada głosuje przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, przewodniczący rozsyła członkom rady projekt uchwały wyznaczając im krótki termin na oddanie głosu.

CZERWONĄ KARTKĘ (dodałbym także dyskwalifikację autorów statutu!) należy okazać w sytuacji, gdy statut przewiduje, że głosy członków rady nadzorczej, które nie zostały oddane w ściśle wyznaczonych ramach czasowych, zostają uznane za głosy wstrzymujące się: ,,Przewodniczący Rady komunikuje się po kolei bądź jednocześnie (telekonferencja) z wszystkimi pozostałymi członkami Rady i przedstawia im projekt uchwały, a następnie oczekuje na oddanie przez poszczególnych członków Rady głosu w sprawie uchwały za pośrednictwem ustalonego środka telekomunikacyjnego przez wskazany okres czasu, który nie może być krótszy niż 15 minut i dłuższy niż 60 minut licząc od momentu przedstawienia danemu członkowi Rady treści projektu uchwały; nieoddanie głosu w wyznaczonym okresie czasu jest jednoznaczne z wstrzymaniem się od głosu.

Jest to poważne nadużycie: z głosem wstrzymującym się mamy do czynienia wyłącznie w sytuacji, gdy został on w tej postaci oddany rozmyślnie, jednoznacznie i odpowiedzialnie. Nie można domniemywać, że głos, którego nie oddano, jest głosem oddanym w rozumieniu Ksh, w dodatku głosem o treści określonej nie przez członka rady, który nie uczestniczył w głosowaniu, lecz przez wadliwe postanowienie statutu spółki. Zwłaszcza, jeżeli statut przewiduje, że uchwały rady nadzorczej zapadają bezwzględną większością głosów członków rady; w takiej sytuacji głos wstrzymujący się – ten rzeczywiście oddany – liczy się wraz z głosami przeciwko uchwale, a do głosów negatywnych dolicza się głosy, jakich nie oddano za sprawą surowego regulaminu głosowania.

Kreowanie głosów, których nie oddano, przypisywanie im treści, jakie nie zostały im nadane przez członków rady, to praktyka niezrozumiała, niewątpliwie szkodliwa. Problem polega na tym, że niektóre spółki przyjmują kompromitujące rozwiązania statutowe; że statutów nie czytają inwestorzy ryzykujący swoimi pieniędzmi, analitycy ryzykujący reputacją, instytucje rynku kapitałowego, dziennikarze opisujący spółki notowane na GPW, prawnicy żyjący z rynku…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 2 września 2022 r.

O dyplomow(an)ej korupcji

  • Inwestor wnoszący do spółki znaczny udział w jej kapitale kupuje sobie, bądź osobie przez siebie wskazanej, miejsce w radzie dyrektorów;
  • W wielu krajach panował obyczaj, że zamożni ojcowie noworodków płci męskiej zawczasu kupowali synowi patent oficerski w pułku gwardii;
  • W Wielkiej Brytanii wystawiane są na sprzedaż rezydencje, wprawdzie już bez komina, na poły zawalone, ale nabywcy przysługuje tytuł lorda;
  • Przed wymuszonym nań wyjazdem z Hiszpanii król Alfons XIII Bourbon sprzedawał na wyścigi hrabiostwa i baronie (w tym licznym nabywcom z Polski).

Na krakowskim Rynku Głównym, pod kościołem NMP, stał kiedyś wózek, z którego sprzedawano osobliwy dokument: „świadectwo wysłuchania Hejnału Mariackiego”. Strażak co godzinę trąbił z wieży na cztery świata strony raptownie urwaną melodię, ale wydawca kwitu, nim przystawił na nim swoją pieczęć, pobierał skromną opłatę nie sprawdzając, czy aby nabywca rzeczywiście słuchał hejnalisty. Tak rozkwitała drobna przedsiębiorczość, tak rodził się w Krakowie kapitalizm.

Czytam o akcji CBA w warszawskim Collegium Humanum (w wywiadzie udzielonym Newsweekowi nazwałem je Tumanum). Podobno służby sprawdzają, czy nie wydawano martwym duszom dyplomów ukończenia prestiżowych studiów menedżerskich. Nie dałem wiary, że z takich dyplomów promieniuje jakikolwiek prestiż. Temat wzbudził we mnie skojarzenia z dyplomem wysłuchania hejnału z Wieży Mariackiej. I z opisanym tu kiedyś chińskim sprzedawcą tęczy rozpostartej nad Rzeką Perłową.

Dyplomy tego kolegium służyły za przepustki do organów spółek z udziałem Skarbu Państwa. Gdybym uważał, że taki przepis na menedżerskie kariery jest w porządku, sam uruchomiłbym drogę wiodącą na skróty do dobrze płatnych posad. Miałem po temu wszelkie możliwości: przez osiem lat prowadziłem Polski Instytut Dyrektorów zajmujący się przede wszystkim doskonaleniem kwalifikacji członków rad nadzorczych, udało mi się skupić wokół PID plejadę wykwalifikowanych specjalistów (w tym wielu profesorów uznanych szkół wyższych), a przy tym często stawałem w obliczu próśb, że ktoś ma już zaklepane miejsce w radzie nadzorczej, musi tylko donieść papier, więc gotów jest dużo zapłacić. Lecz w tamtym czasie Instytut działał zgodnie z formułą „Przejrzyste zasady. Wysokie standardy. Dobre praktyki”, więc nie organizował kursów do rad nadzorczych i omijał pokusy korupcji.

Nie da się pokątnie nabyć za pieniądze wykształcenia. Wymaga ono pracy. Kupić można świadectwo posiadania wykształcenia. Lecz zarówno sprzedaż takich świadectw, jak traktowanie ich serio, to postacie korupcji. Tolerancja dla korupcji jest równie niebezpieczna i szkodliwa, jak sama korupcja. Niestety, procesy naboru do zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem państwa, nawet niekoniecznie większościowym, bywają przeżarte korupcją. Wprawdzie można nazwać ją inaczej, mniej dosadnie: nepotyzmem, partyjną gospodarką kadrami, kumoterstwem, harcami tłustych kotów – lecz nie zmieni to postaci rzeczy.

Wspomniane wyżej przypadki nabywania stanowisk lub tytułów są albo były legalne. Wkład kapitałowy w spółkę jako tytuł do członkostwa rady nie budzi wątpliwości. Patenty oficerskie odeszły w niepamięć, ale noworodka płci męskiej dobrze zawczasu zapisać do Eton. Łatwiej kupić tytuł lorda jako należny z tytułu posiadania zamku lub pałacu (nawet w ruinie), niż fatygować królową. Król Hiszpanii nie łamał prawa, ponieważ nadawanie tytułów szlacheckich (nawet seryjne, nawet obcokrajowcom) mieściło się wśród jego prerogatyw. Lecz kupczenie dyplomami wysłuchania hejnału, zapewne mało szkodliwe społecznie, budziło już wątpliwości, przynajmniej z punktu widzenia urzędu skarbowego.

Ciekawe, jak się zakończy przypadek wspomnianej uczelni. Najlepiej, by zakończył się wraz z nią.

Czytaj także:

2014.01.16 Wyższa szkoła demoralizacji

2013.03.15 Sprzedawcy tęczy

 

Zasada nosa i rąk, czyli polityka przeciw rynkowi

Co najciekawsze: w razie odmowy przez zobowiązane spółki zawarcia umów zakupu węgla, decyzja premiera stanie się natychmiast wykonalna. Domyślam się, że wówczas węgiel zakupi się sam.

  • Corporate governance przewiduje, że rada nadzorcza może wkładać nos we wszystkie sprawy spółki, lecz ręce ma trzymać od nich z daleka;
  • Prawo chroni domenę zarządu jest przed wydawaniem mu przez radę i walne zgromadzenie wiążących poleceń dotyczących prowadzenia spraw spółki;
  • Lecz prawo nie broni spółek, zwłaszcza tych z udziałem Skarbu Państwa, przed ingerencją polityków;
  • Spółkom wydawane są polecenia niezgodne z ich interesami i wykraczające poza przedmiot ich działalności.

Coraz to czytam o zarządzeniach premiera (lub jednego z wicepremierów) adresowanych do spółek, w których Skarb Państwa ma udziały, wcale niekoniecznie większościowe. Prawo własności traci znaczenie w zderzeniu z polityką. Niedawno mój dom maklerski poinformował klientów o decyzji premiera „zobowiązującej” dwa podmioty, w tym podmiot zależny jednej z największych spółek notowanych na GPW, do zakupu i sprowadzenia 4,5 mln ton węgla dla gospodarstw indywidualnych. Oba podmioty objęto zakazem odsprzedaży węgla prywatnym pośrednikom. Co najciekawsze: w razie odmowy przez zobowiązane spółki zawarcia umów zakupu węgla, decyzja premiera stanie się natychmiast wykonalna. Domyślam się, że wówczas węgiel zakupi się sam.

Rząd korzysta ze spółek ze swoim udziałem do rozwiązywania kryzysów. Nie ma węgla: niech kupują go podmioty niekoniecznie do tego powołane, lecz znajdujące się w kręgu oddziaływania władzy. Wybucha pandemia COVID-19: wielka spółka z udziałem państwa, wcale nie większościowym, otrzymuje od premiera polecenia zakupu chińskich maseczek. Służba informacyjna rządu kreuje przylot samolotu z maseczkami na znaczące wydarzenie polityczne, pisze o „uroczystości powitania samolotu przez premiera i wicepremiera”. O tym, że maseczki okazały się bezużyteczne, już nie informowano.

Także kryzys na granicy z Białorusią skłonił rząd do apelowania do spółek z udziałem państwa o wsparcie żołnierzy i funkcjonariuszy. Ogłoszono, że na apel odpowiedziały m.in. ważne spółki giełdowe: KGHM, PGNiG, PGE, PZU (ich nazwy często powtarzają się na listach ofiarodawców). Z ich środków zakupiono m.in. bieliznę termoizolacyjną, kubki termiczne, ogrzewacze do rąk, latarki. Akcję prowadzono w imię obrony suwerenności państwa, zagrożonej przez gromady zabłąkanych Kurdów i Syryjczyków. Przypominają się słowa Ireny Kwiatkowskiej z kabaretu Dudek: „Jak dobrze, że ci Niemcy napadli na nas przed wojną, bo jakby teraz…”,

Kiedy rząd zdał sobie sprawę, że jego polityka jest w świecie krytycznie oceniana, do naprawy reputacji państwa zatrudniono spółki z jego udziałem, skłaniając je do finansowania fundacji mającej lansować swoiście pojmowany ,„interes narodowy”. Akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa o zdanie nie pytano. Swoją drogą, zdumiewa ich bierność, nie tylko w obliczu dysponowania środkami spółek na cele bez związku z interesami spółek, ich akcjonariuszy, oraz z przedmiotem działalności. Inwestorzy, przede wszystkim instytucjonalni, posłusznie wsparli kontrowersyjny rozbiór Lotosu i przejęcie jego części przez Orlen. Czas zastanowić się komu naprawdę służą fundusze inwestycyjne i emerytalne.

Gdybyż państwo, zanim włoży ręce do spółek ze swoim udziałem i zamiesza nimi bez umiaru, wyrządzając im, ich inwestorom i całej gospodarce dotkliwe szkody, zechciało wprzódy poznać ich sytuację, wsadzić swój nos w ich sprawy – zapewne owe szkody byłyby nieco (albo znacznie!) mniejsze. Niestety, rząd nie kieruje się prawami ekonomii, stawia ponad nimi doraźne interesy, godzi w rozwój rynku kapitałowego i dobrostan jego uczestników. Niebawem wejdzie w życie duża nowelizacja prawa spółek. Nie zmierza ona ku poprawie sytuacji spółek z udziałem państwa, zwłaszcza tych notowanych, zagrożonych ingerencją władzy. Zapewne czekają nas kolejne zarządzenia zmierzające do zobowiązania niezależnych uczestników rynku do zachowań niezgodnych z ich interesami, lecz pożądanych przez aktualną władzę.
Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 6 sierpnia 2022 r.

,

 

 

 

 

 

 

 

 

Bogdanka na państwowym, czyli odwojowywanie sprywatyzowanego

Ani fundusze emerytalne, ani ich doradcy (czerpiący sute przychody ze zleceń Skarbu Państwa) nie wzięły pod uwagę, że operacja mająca na celu renacjonalizacje Bogdanki zmierza ku zgubie rynku, że znacznie ograniczy ona rolę funduszy emerytalnych, że z czasem wywoła pytanie: „na co nam jeszcze giełda?”

  • Prywatyzację Bogdanki przeprowadzono wzorowo. Skarb Państwa zbył wszystkie udziały po wysokiej cenie emisyjnej;
  • Nabywcami akcji były przede wszystkim fundusze emerytalne uznane za inwestorów stabilnych, przewidywalnych i odpowiedzialnych;
  • Losy spółki układały się pomyślnie, ale na własną zgubę wyznaczyła ona rynkowi standard wysokiej rentowności wydobycia węgla;
  • Czasy sprzyjały bajaniom na temat Akcjonariatu Obywatelskiego i mirażom państwa w roli partnera rynku kapitałowego.

Cios pierwszy zadali spółce jej działacze związkowi. Zgłosili pragnienie powrotu do Skarbu Państwa. Oświadczyli, że nie opłaca się być spółką giełdową. Prawidłowo odczytali politykę państwa: od górnictwa oczekuje się dbałości o górników, nie o akcjonariuszy i wszelkich spekulantów. Zapewne zazdrościli związkowcom ze spółek górniczych z udziałem państwa swobody harców i roszczeń płacowych, demolowania zarządów, poparcia Skarbu w sporach z akcjonariuszami. W dobrze poukładanej, solidnej Bogdance nie pozwalano na takie ekscesy.

Cios drugi zadała Enea, spółka energetyczna, główny odbiorca urobku Bogdanki, nieoczekiwanie wypowiadając współpracę. Była to wprawdzie tylko demonstracja, bo bez Bogdanki Enea nie miała gdzie kupować niezbędnego jej surowca, a bez Enei Bogdanka nie miała komu go sprzedać, ale za demonstracją poszło wezwanie na akcje.

Cios trzeci – najdotkliwszy, bo zdradziecki – zadały Bogdance fundusze emerytalne odpowiadając na wezwanie. Zarządzający funduszami fałszywie deklarowali, że skoro fundusze są także inwestorami w Enei, przeto zamiana akcji Bogdanki na akcje Enei zwiększy ich stan posiadania i będzie dobrze służyć emerytom. Fałsz polegał na tym, że w Bogdance mogli zachować znaczny wpływ na spółkę, natomiast w Enei, gdzie silną pozycję ma Skarb, inwestorzy instytucjonalni nie będę mieli wiele do gadania. Lecz tego nie rozumieli, lub nie pozwalano im rozumieć, wszak niektóre fundusze emerytalne działają pod rozkazami spółek z udziałem państwa, co zadaje kłam wyobrażeniom o funduszach jako inwestorach odpowiedzialnych i przewidywalnych, zdolnych wywierać stabilizujący wpływ na rynek.

Ani fundusze emerytalne, ani ich doradcy (czerpiący sute przychody ze zleceń Skarbu Państwa) nie wzięły pod uwagę, że operacja zmierzająca ku renacjonalizacji Bogdanki zmierza ku zgubie rynku, że znacznie ograniczy ona rolę funduszy emerytalnych, że z czasem wywoła pytanie: „na co nam jeszcze giełda?” Protestowałem wtedy: „Próba przejęcia Bogdanki przez Eneę cuchnie odrażająco”. Lecz mało kto zatykał nos…

Ostatnio bieg spraw Bogdanki przyśpieszył. Skarb i Enea podpisały porozumienie w sprawie planowanego przejęcia Bogdanki przez Skarb. Nie widzę sensu takiego rozwiązania. Bogdanka jest dobrą spółką wzbogacającą akcjonariuszy Enei (ostatnio ogłosiła wypłatę dywidendy). Jakie byłoby ekonomiczne uzasadnienie wyjęcia z Enei – spółki z dominującym udziałem państwa – Bogdanki, spółki z dominującym udziałem Enei? Po co tasować talię znaczonych kart? W czym taka operacja miałaby zmienić sytuację Bogdanki, a jeżeli w niczym – co po co ja przeprowadzać?

Wicepremier Jacek Sasin ostatnio deklaruje zamiar pozostawienia Bogdanki, po przejęciu udziałów w niej bezpośrednio przez Skarb, na parkiecie giełdy. Co spółka miałaby tam robić? Spółki z dominującym udziałem państwa są – by użyć celnej formuły prof. Michała Romanowskiego – spółkami zamkniętymi, z niewielkim tylko lufcikiem dla pozostałych akcjonariuszy. Takie rozwiązanie nie służy ani ich akcjonariuszom, ani tym spółkom, ani rynkowi kapitałowemu.

Ministerstwo Aktywów Państwowych zaczynało swój był jako Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. Przekształcenia zmierzały, niekonsekwentnie, zygzakiem, w stronę prywatyzacji. Panowie Wrzodak, Pęk i im podobni mówili, że to „prywatyzacja złodziejska”. Okazuje się, że mieli nieco racji. To co zostało sprywatyzowane, jest obecnie odwojowywane, ze szkodą dla inwestorów, gospodarki, i zaufania do rynku. A gdyby zastanowić się nad sensem pojęcia „aktywów państwowych” – nietrudno dojść do wniosku, że nie są tymi aktywami spółki z udziałem państwa, o czym świadczy smutny los Lotosu lub odzieranie Enei z wartościowego aktywa. Albowiem prawdziwymi aktywami są dla państwa posady w spółkach i instytucjach, nad którymi rozpościera ono wpływy. Posady dla swoich.


Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 5 lipca 2022 r.

Ostatnio wpisy ukazują się nieregularnie… Obiecuję poprawę, kiedy tylko (i jeżeli!) odzyskam nieco zdrowia. 

Blokować czy dopuszczać? O swobodach statutowych spółki akcyjnej

Minęło blisko pół wieku, odkąd Newton Minow, amerykański prawnik i szef Federalnej Komisji ds. Komunikowania (FCC) ogłosił wyniki badań porównawczych nad systemami prawa czterech państw europejskich. Ich syntetyczna konkluzja brzmiała jak następuje:

  • W Niemczech w świetle prawa zabronione jest wszystko, co nie jest dozwolone;
  • We Francji w świetle prawa dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione;
  • W Związku Radzieckim zabronione jest wszystko, włącznie z tym, co jest dozwolone;
  • We Włoszech w świetle prawa dozwolone jest wszystko, zwłaszcza jeżeli jest zabronione.

Będąc dzieckiem prawa niemieckiego, polskie prawo spółek z natury skłaniało się ku blokowaniu wszystkiego, co nie jest wyraźnie dozwolone. Owszem, spółki korzystały z przewidzianego prawem marginesu autonomii, ale jedynie w zakresie wyraźnie określonym. Ustawa określała obowiązujący stan prawny niekiedy dopuszczając pewne odstępstwa od niego, aliści pod warunkiem, że zezwala na nie umowa spółki lub statut. Na zmianę stanu rzeczy wpływają – w splocie – cztery zjawiska, trzy trwałe i jedno przejściowe.

Najważniejszym z nich są europejskie regulacje prawa spółek. Rośnie znaczenie anglosaskich standardów corporate governance szturmujących kruszące się mury germańskiej tradycji prawnej. W odniesieniu do spółek publicznych rośnie wpływ dobrych praktyk spółek notowanych na GPW: liczne spółki inkorporują zasady dobrych praktyk do statutów i regulaminów. Zjawiskiem uważanym za przejściowe (chociaż nie potrafimy zakreślić jego ram czasowych) okazała się pandemia COVID-19.

Na polskim rynku w obliczu pandemii podjęto usiłowania ku usprawnieniu procedur organów spółek z o.o. i akcyjnych. Udana nowelizacja Ksh z 2020 r., zwana „covidową”, bowiem wprowadzona w odpowiedzi na wymuszone przez pandemię ograniczenia możliwości działania organów spółek kapitałowych, odeszła od modelu niemieckiego. Domniemanie, że czegoś nie wolno, chyba że dopuszcza to umowa spółki albo statut, zastąpiono  domniemaniem, że wolno, jeżeli umowa spółki lub statut nie stanowi inaczej bądź nie wprowadza surowszych rozwiązań. Wcześniej odstępstwem od reguły było dopuszczenie innego postępowania – teraz reguła je dopuszcza, a  odstępstwem jest zakaz.

Dla polskiego ustawodawcy źródłem inspiracji i przykładów do naśladowania przestaje być niemieckie prawo spółek. Zarządom umożliwiono podejmowanie uchwał w trybie pisemnym lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Członkom rad nadzorczych umożliwiono uczestniczenie w posiedzeniach rad przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, co pozwala odstępować od kanon jedności miejsca obrad przy zachowaniu kanonu jedności czasu. W kilku przypadkach zmieniono bieguny odniesienia: w miejsce zasady głoszącej zakaz stosowania określonego rozwiązania, uchylany wyraźnym przyzwoleniem statutu lub umowy spółki – dopuszczono owe rozwiązanie pod warunkiem, że nie jest ono zabronione przez statut albo umowę spółki. Dzięki temu poszerza się zakres autonomii statutu lub umowy spółki względem Ksh.

Oto wymowny przykład: w 2009 r. wprowadzono do Ksh przepisy art. 2341 § 1 i 4065 § 1 głoszące, iż  umowa spółki / statut mogą dopuszczać udział w zgromadzeniu wspólników / walnym zgromadzeniu przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej. Zostały one zastąpione w 2020 r. przepisami o tej samej numeracji, ale odmiennym brzmieniu: udział w zgromadzeniu wspólników / walnym zgromadzeniu można wziąć także / również przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej, chyba że umowa spółki / statut spółki stanowi inaczej. Czyli elektroniczne zgromadzenie wspólników / walne zgromadzenie stało się dopuszczone ze swojej natury, jeżeli nie zostało wyłączone ze stosowania przez umowę spółki albo statut.

Kierunek zmian był słuszny, lecz nie są one kontynuowane. Najnowszą nowelizację Ksh, już uchwaloną i oczekującą na wejście w życie, za udaną uważają jej autorzy. Nie poszerzyła ona należycie autonomii spółek w zakresie ich rozwiązań ustrojowych. Szkoda.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 6 czerwca 202 r.

 

Dlaczego komisje skrutacyjne niekoniecznie budzą zaufanie

Niekiedy do komisji skrutacyjnej można powołać każdego, kto się napatoczy, czy z grona akcjonariatu, czy pracowników spółki, czy nawet spośród pracowników firmy obsługującej system głosowania elektronicznego – wówczas kontrolę nad głosowaniami powierza się tym właśnie, którzy powinni być kontrolowani!

Skrutator (łac. scrutator) to osoba obliczająca głosy podczas głosowania. Jej zadaniem jest przeprowadzenie prawidłowego obliczenia głosów, by na tej podstawie ustalić rzeczywisty wynik głosowania. Nierzadko do skrutatora należy ogólny nadzór nad całym procesem głosowania. Skrutator ucieleśnia zaufanie, iż głosowanie zostało przeprowadzone uczciwie, a wynik nie został sfałszowany.

Rozsądek przemawia za tym, by skrutator nie działał samotnie. Powołuje się komisje złożone ze skrutatorów nie tylko badających przebieg i wyniki głosowania, nadto uważnie patrzących innym członkom komisji na ręce. Od Państwowej Komisji Wyborczej po komisję skrutacyjną dla wyborów w komitecie rodzicielskim na każdym szczeblu, w każdej postaci głosowania, można i trzeba zadbać o należytą kontrolę i oddawania głosów, i obliczania ich. W spółkach kapitałowych powierza się te zadania komisjom powoływanym ad hoc przez walne zgromadzenia lub zgromadzenia wspólników wyłącznie na potrzeby danego zgromadzenia. Nie są one regulowane przepisami Kodeksu spółek handlowych.

Wynika to z założenia, że Ksh nie jest instrukcją obsługi spółki i nie powinien nazbyt głęboko wnikać w organizację organów spółki i sposób wykonywania przez nie czynności. Na tym polu pozostawiono więc spółkom pełną autonomię, a one korzystają z niej z fantazją i rozmachem. Wobec tego spółki notowane na GPW niekiedy, ze szkodą dla rynku, naśladują na tym polu wzory komisji działających w spółdzielniach, stowarzyszeniach, organizacjach społecznych.

Przydatność komisji skrutacyjnej warto rozważyć przed jej powołaniem. Można się bez niej obejść gdy akcjonariusze głosują przy pomocy kart elektronicznych, a system głosowania obsługuje wiarygodna firma; w praktyce zadanie skrutatorów sprowadza się wówczas do podpisania wydruku z wynikami głosowania (często bez możliwości sprawdzenia tego wyniku) i doręczeniu go przewodniczącemu zgromadzenia. Elektroniczny system głosowania jest w szczególności zalecany spółce akcyjnej, ponieważ akcjonariusz może głosować odmiennie z każdej z posiadanych akcji (split voting); jest on ponadto niezbędny w przypadku zdalnego uczestnictwa akcjonariuszy w walnym zgromadzeniu i głosowania w czasie rzeczywistym, dla świadczenia zgromadzeniu pomocy technicznej. Lecz zajmując się spółkami publicznymi dostrzegam trzy trudne problemy.

Pierwszy dotyczy tego, kto wchodzi w skład komisji skrutacyjnych na walnych zgromadzeniach. Najlepiej byłoby, gdyby skrutatorzy byli wyłaniani spośród osób uprawnionych do uczestniczenia w walnym zgromadzeniu. Nie zawsze jest to możliwe z uwagi na niską frekwencję na walnych zgromadzeniach. Ponadto akcjonariusze wolą kandydować niż kontrolować wybory. Tylko niektóre spółki przewidują w regulaminach walnych zgromadzeń, że do komisji powołuje się wyłącznie akcjonariuszy lub ich pełnomocników. Niektóre regulaminy przewidują, że skrutatorów powołuje się spośród pracowników spółki. Niekiedy do komisji skrutacyjnej można powołać każdego, kto się napatoczy, czy z grona akcjonariatu, czy pracowników spółki, czy nawet spośród pracowników firmy obsługującej system głosowania elektronicznego – wówczas kontrolę nad głosowaniami powierza się tym właśnie, którzy powinni być kontrolowani!

Drugi problem polega na tym, kto zgłasza zgromadzeniu kandydatów do komisji skrutacyjnej. Powinno to leżeć w wyłącznej kompetencji uczestników walnego zgromadzenia. Zdarzają się jednak przypadki, gdy prawem do zgłaszania kandydatów do komisji skrutacyjnej dysponuje wyłącznie przewodniczący walnego zgromadzenia. Takie uprawnienie to instrument manipulowania zgromadzeniem.

Trzeci problem polega na precyzyjnym określeniu zakresu działania komisji skrutacyjnej. Nie powinien być on rozszerzany o sprawy mandatowe, związane z weryfikacją uprawnień do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu. Takimi tematami niech się zajmie komisja powołana przez zgromadzenie w celu sprawdzenia listy obecności. Inaczej niż komisja skrutacyjna, jest ona regulowana przepisami Ksh. Wyobraźmy sobie, że o prawie akcjonariusza do udziału w walnym zgromadzeniu miałaby decydować komisja powołana spośród pracowników spółki lub pracowników firmy obsługującej system głosowania… Lecz niska wciąż jeszcze kultura naszego rynku kapitałowego dopuszcza i takie przypadki.

Ponadto obserwuję tendencję mnożenia bytów obsługujących walne zgromadzenie. Znam regulamin zgromadzenia przewidujący powoływanie dwóch odrębnych komisji, jednej do głosowań jawnych, drugiej do tajnych. Ale nikt jeszcze nie wpadł na pomysł powoływania odrębnych komisji dla kandydatów płci męskiej i żeńskiej. Czekam.

Tekst ogłoszony 20 maja w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET.

 

 

Statutowe bicie piany, czyli przedmiot działalności spółki

Nawet uważna lektura statutu nie ułatwia ustalenia, czym naprawdę zajmuje się spółka!

Okocimskie Zakłady Piwowarskie SA, firma znana wszystkim jako po prostu Okocim, w statucie z 1993 r. określiła przedmiot swojej działalności jednym zdaniem: „Przedmiotem przedsiębiorstwa spółki jest działalność produkcyjna, handlowa i usługowa, w tym produkcja i sprzedaż piwa, napojów chłodzących, sodu oraz innych produktów ubocznych z wyżej wymienionej produkcji”. Piwa w zasadzie nie pijam, ale przy pierwszej okazji wychylę szklaneczkę za autora tak treściwej informacji, czym zajmuje się spółka. Niestety, w wielu innych, zwłaszcza współczesnych statutach, określenie przedmiot działalności spółki bywa rozwlekłe, nieczytelne, mało treściwe, za to mnóstwo w nim informacyjnej piany, która bardziej przystoi piwu.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA zaskoczyła mnie statutowym zestawieniem przedmiotu działalności, w którym na pierwszym miejscu wymieniono rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo. Co wcale nie oznacza, że rybactwo (zachodzę w głowę, w jakiej postaci miałaby spółka je uprawiać) jest w tym przypadku ważniejsze od wymienianych w dalszej kolejności górnictwa i wydobycia, przetwórstwa przemysłowego itd. Otóż spółka przedstawia swoją działalność nie taką, jaką jest ona w istocie, lecz w sposób odpowiadający wykazowi sekcji klasyfikacji PKD. Pierwsza z tych sekcji („A”) dotyczy rzeczonego rybactwa i łowiectwa, druga („B”) górnictwa i wydobywania, po czym spółka wylicza kolejne, aż po „P”, omijając jedynie „O”. Sięgając po statut, akcjonariusz, analityk, komentator nie uzyska rzetelnego obrazu czym spółka się zajmuje, ale przyjęty sposób prezentacji zapewne zadowoli statystyka.

Nie lekceważę korzyści, jakie statystyka przysparza gospodarce, polityce, społeczeństwu. Lecz wprowadzanie jej do spółki handlowej wymaga namysłu. Statut obowiązkowo określa przedmiot działalności, a z tego określenia powinno coś wynikać. Nie wynika nic: spółki, idąc za radami swoich prawników, masowo określają przedmiot działalności na wyrost, by pod wpływem zmieniających się okoliczności, lub kaprysu, zmienić profil. Chodzi o to, by ominąć ustawowe wymogi dotyczące istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki: uchwała walnego zgromadzenia w tej materii jest podejmowane większością dwóch trzecich głosów (bez przywilejów i ograniczeń) w głosowaniu jawnym i imiennym, a jej skuteczność zależy od wykupienia akcji tych akcjonariuszy, którzy nie zgadzają się na zmianę. Obszerny, rozlazły wykaz pozycji przedmiotu działalności, pokryty brudną pianą złych intencji, działa na szkodę akcjonariuszy spółki i rynku.

Statystyka nie zawsze przedstawia rzeczywistość. Znane jest powiedzenie posiadacza psa, że kiedy idą razem, statystycznie mają po trzy nogi. Disraeli wyróżniał trzy postacie kłamstwa: pospolite kłamstwo, cholerne kłamstwo i statystykę. Powiedzenie: „Wierzę tylko statystykom, które sam sfałszowałem”, przypisywano wielu politykom. Lecz politycy korzystają ze statystyki jak pijany z latarni: szukają w niej oparcia, nie oświecenia. Wiele powiedzonek przeciwstawia fakty prawdzie lub statystyce. Na rynku kapitałowym chodzi jednak nie tylko o prawdę, przede wszystkim o pieniądze. Lektura statutu w kwestii przedmiotu działalności powinna jasno wyjawić, czym spółka się zajmuje. Nie zawsze wyjawia wprost, dotyczy to nawet spółek wysoce cenionych przez rynek, jak Neuca.

Zatem zapraszam do lektury statutów. Mają one niewielu czytelników. Szkoda, ponieważ w statutach często mieszka ryzyko, a przez dziury w statutach wyciekają pieniądze akcjonariuszy. Czasem dostrzegam, że nawet inwestorzy instytucjonalni nie zadają sobie trudu, by wnikliwie poznać statut spółki, do której z rozmachem wnoszą powierzone im pieniądze uczestników funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Nie jestem zwolennikiem mnożenia przepisów, krępowania rynku i jego uczestników nakładanymi na nich rygorami, niemniej chętnie przyjąłbym oświadczenia inwestorów instytucjonalnych o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Łatwiej byłoby wówczas uwierzyć, że nie inwestują oni na oślep, by później naiwnie twierdzić, jakoby „siedem banków nie mogło się mylić”.

Podobnych oświadczeń oczekiwałbym od analityków w ciemno wystawiających spółkom rekomendacje. Nie inwestowałem w Getback SA, nawet nie rozważałem takiego kroku, ale podniosłem alarm na postawie tego, co wyczytałem w statucie tej spółki na temat przedmiotu jej działalności. W tym czasie rekomendacje analityków śmigały w górę. Skończyło się katastrofą nadzwyczaj szkodliwą dla rynku.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 10 maja 2022 r.

Czytaj także, bo ciekawe:

2021.11.10 Na wielbłądach w kosmos, czyli swawole statutowe

2018.06.08 Jeżeli taka spółka jest w porządku, to rynek nie jest

2014.10.15 Wesoły autobus

2004.04.05 Ryzyko mieszka w statucie

 

Z kart historii rynku: Absurdalna afera Biofermu (1993)

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni, nawet Instytut Ochrony Środowiska PAN!

  • Za motto tej opowieści niech posłuży osławiony cytat „Ludzie są tak głupi, że to działa”;
  • Afera Biofermu mogła zaistnieć jedynie dzięki ludzkiej chciwości i głupocie;
  • Pamiętamy inne oszustwa z początków ery transformacji: FOZZ, Art B, BKO Lecha Grobelnego;
  • Aferę krakowskiego Biofermu otula już mgiełka zapomnienia. Pamiętać o niej trwa u oszukanych – w pokoleniu, które już wymiera.

Kiedyś wymyśliłem powiedzenie o Balcerowiczu, który przeprowadził Polskę na słoneczną stronę ulicy. Dzisiaj dodam: afera Biofermu dotknęła nie tylko tych, którzy zostali na czerwonym świetle. Jej ofiary wywodziły się zarówno spośród nieprzystosowanych do wymogów transformacji, jak spośród ludzi sukcesu; przedsiębiorców, profesorów wyższych uczelni, artystów… Pokusa pozyskania bogactwa bez wysiłku i nakładów finansowych oszołomiła tysiące bez względu na wykształcenie, pozycję zawodową lub społeczną, przekonania polityczne lub majątek. Po upadku oszukańczej sieci wielu poszkodowanych wolało sprawę przemilczeć, gdyż łatwiej przyszło im pogodzić się ze stratami, nadziejami na kosmiczne zyski – niż przyznać się do głupoty, pazerności, oślepienia mirażem fortuny.

BAŃKI ABSURDU

Afery finansowe pojawiały się zapewne już od czasu, gdy Chińczycy wynaleźli pieniądze. O większości z nich rychło zapominano, spychały je w niepamięć nowe wydarzenia na rynkach. Niektóre zaś obrosły legendami. Najsłynniejszą z nich była niderlandzka Tulpengekte, gorączka tulipanowa ogarniająca Republikę Zjednoczonych Prowincji w latach 1634-1637. Owszem, ceny cebulek tulipanowych rosły, zawierano transakcję forward na dostawę tulipanów, których jeszcze nie posadzono, aż nadszedł kryzys TBV, czyli „wirusa pstrości tulipana”. Przyszłość wypielęgnowała legendę o cebulce, za którą zapłacono równowartość ceny gospodarstwa lub domu nad kanałem w Amsterdamie – ale to nieprawda.

Prawdziwe były straty po Gorączce Mórz Południowych. W 1711 Brytyjczycy założyli spółkę do handlu z odległymi terytoriami, ale traktat z Utrechtu (1713) kończący wojnę z Hiszpanią rozpędził koniunkturę. Handlowano więc niczym, jak w wielu innych bańkach. Tę upamiętnił Izaak Newton, genialny fizyk, lecz także uznany finansista, dyrektor Mennicy Królewskiej. Po zarobieniu całkiem sporej sumy wycofał się z tej absurdalnej inwestycji, lecz widząc wzrost cen akcji powrócił do spekulacji – aż stracił niemal wszystko w krachu z 1720 r. Wtedy oświadczył, że łatwiej przewidzieć ruchy ciał niebieskich niż ruchy rynku, co powinno zostać uznane za Czwarte Prawo Newtona.

GORĄCZKA KEFIROWA

Chodziło o serek, nie kefir, ale utarła się nazwa gorączki kefirowej. Przepis na absurdalną aferę finansową był prosty: należało zainwestować w tzw. zestaw startowy, wyhodować na parapecie brzydko pachnącą maź o konsystencji zgniłego kefiru – a po kilku tygodniach samoczynnej hodowli tego paskudztwa zarobić 100 procent wkładu. Maź miała rzekomo służyć produkcji wyrafinowanych szwajcarskich kosmetyków (w rzeczywistości gromadzono ją w beczkach w magazynie Igloopolu). Ulotka reklamowa przypominała znane już królowej Kleopatrze zalety kąpieli w mleku…

Takim interesem do zrobienia kusiła firma Bioferm Ltd. (ów zagraniczny skrót przydawał wiarygodności, mało kto wiedział wówczas co oznacza) zrazu działająca w Krakowie, wszelako niebawem otwierająca filie w innych miastach. Podobno pomysł na biznes nie był oryginalny, testowano go już w kilku krajach Europe Zachodniej. Cena zestawu startowego wynosiła aż 8 milionów zł (wprawdzie przed denominacją, niemniej w ówczesnych realiach była to znaczna kwota). W skład zestawu startowego wchodziło 10 porcji suszu (ponoć szwajcarskiego) zwanego aktywatorem, 10 foliowych woreczków, 10 gumek recepturek. jedna bawełniana szmatka, oraz instrukcja w stylu: odbierz od nas specjalne aktywatory, wsyp je do świeżego mleka i po tygodniu wykonałeś pierwszą część procesu produkcyjnego. Wysusz produkt i dostarcz go do naszej firmy.

UWAŻAJ NA KOTY!

Należało wsypać sproszkowany susz do 10 kubków, zalać je mlekiem – i czekać, strzegąc preparat przed kotami, o których bajerowano, że zwabia je kuszący aromat substancji, a przecież koty nie mogą się mylić! Po kilku dniach uwarzony twarożek wsypywano do woreczków, zawiązywano gumkami – i gotowe. Odciśnięty, pokruszony preparat przybierał postać śmierdzącej kaszki. Kolejne porcje mleka fermentowały pod wpływem pozostałych na dnie resztek. Za dostarczony produkt klient otrzymywał 16 milionów zł. Zamiast gotówki pobierano zestawy startowe. I obliczano w myślach przyszłe zyski.

Czasy sprzyjały aferzystom. Grobelny zakładał Bezpieczną Kasę Oszczędności, jego śladem szli Galicyjski Trust Kapitałowo-Inwestycyjny, Skyline, SKOK Wołomin, Pierwszy Komercyjny Bank w Lublinie niejakiego Bogatina, Prywatna Agencja Lokacyjna senatora Rzeźniczaka. Szefem Biofermu był Tomasz Wróblewski, drobny przedsiębiorca z Krakowa. Nie ustalono, kto za nim stał, ani co się z nim stało.

Sława pomysłu niosła się drogą szeptaną. Ludzie brali sprawy w swoje ręce. Uruchamiano oszczędności. Likwidowano lokaty. Sprzedawano samochody. Inwestorami byli drobni przedsiębiorcy, policjanci, taksówkarze, profesura krakowskich wyższych uczelni – nawet Instytut Ochrony Środowiska Polskiej Akademii Nauk w Zabrzu! Po 4 miesiącach Bioferm rozwinął działalność na ogromną skalę, firma stworzyła osiem oddziałów. „Producentów” nie liczono. W październiku 1993 r. w krakowskiej Hali Wisły honorowano najlepszych akwizytorów. Rozdano nagrody: poloneza, 2 fiaty 126 p, dżinsy. Snuto śmiałe plany rozwoju biznesu…

SANEPID W AKCJI

Nikt aferzystów nie ścigał: policja, prokuratura, służby skarbowe milczały. Lecz wiadomość o cuchnącym suszu dociera do Sanepidu. Stacja żąda dokumentacji produkcji (nie ma!) i stwierdza, że ekstrakt nie spełnia norm PZH. Wojewódzki Inspektor Sanitarno-Epidemiologiczny w Krakowie wydał decyzję o zamknięciu działalności Biofermu z dniem 27 października. To rutynowa decyzja, lecz producenci widzą w niej inspirację sił nieczystych, widome oznaki działalności antypolskiej! Wszak „skrzywdzeni przez Sanepid” nieszczęśnicy tracą dorobek życia. Lecz decyzja jest na rękę aferzystom. Tomasz Wróblewski zamyka działalność, znika po wsze czasy. Wcześniej sprzedaje firmę posiadaczowi kradzionego paszportu niemieckiego, ten przelewa środki na zagraniczne konta, dalszy ich los nie jest znany. Prasa wini za to komunistów, bo „wytworzyli na masową skalę magiczną świadomość ekonomiczną”.

Bioferm zapadł się pod ziemię w przededniu otwarcia zapisów na akcje Banku Śląskiego. Szef krakowskiego domu maklerskiego Arabski & Gawor chwalił technikę zapisów na bank i wspominał, jak zawieszał na kilka godzin zapisy na akcje Vistuli, Sokołowa, gdy bandy rzezimieszków rozpędzały kolejki po akcje. Kolejki po zestawy startowe Biofermu nie były krótsze, nikt ich nie rozpędzał. Za to miejsce w kolejce można było drogo sprzedać.

Policja twierdzi, że obserwowała Bioferm, lecz nie wkraczała, bo nie było zawiadomienia o oszustwie! Pojawiają się szacunki liczby ofiar i ich strat. Oszukanych jest (na oko, nikt nie liczył) 37 tysięcy, szacunek strat to, na oko, 500 miliardów. Są producenci deklarujący straty po kilkaset milionów (sprzed denominacji w skali 10 000:1). Zanim prokuratura zajęła się sprawą, dokumenty przepadły, zresztą nigdy nie były prowadzone należycie. Wróblewski miał wywieźć z kraju 8 milionów USD (na oko). Uznano, że bez niego nie da się niczego wyjaśnić. Przesłuchiwano tysiące pokrzywdzonych (bez sensu, podobnie jak później w Amber Gold). Zamówiono ekspertyzę aktywatorów (!). Zapomniano w porę wystawić list gończy za Wróblewskim. Objęło go przedawnienie.

POSIANO TEORIE SPISKOWE

Mnożyły się osobliwe informacje. Pokrzywdzeni jakoby wynajęli „windykatorów”, ci porwali Wróblewskiego dla okupu. Miał odbić go dzielny „detektyw” Rutkowski i odwieźć do Paryża. Mnożono opowieści o założeniu przez Wróblewskiego identycznej piramidy w Chile, o jego tajemnych wizytach w Polsce – wszystko nieprawda. Najwięcej zamieszania narobił Kazimierz Świtoń, inwestor i wyróżniający się akwizytor. Obiecywał pokrzywdzonym ulgę podatkową, widział w Sanepidzie narzędzie antypolskiego spisku i wytoczył mu proces, który przegrał. Ogłosił głodówkę, miał ją prowadzić 40 dni, może i nocy. Niczego nie wskórał.

Zasmuca krajobraz po aferze. Sprawy nie wyjaśniono, bo też specjalnie nie próbowano. Pieniędzy nie odzyskano. Z czasem afera poszła w zapomnienie. Ale posiano teorie spiskowe. Odżyły, w różnych postaciach, za sprawą naciągaczy z Amber Gold lub Getback SA. Ponoć Polak mądry jest po szkodzie, lecz doświadczenie tego nie potwierdza…

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 15 kwietnia 2022 r.

 

Naganny transfer uprawnień do nieuprawnionych

Przyznano niewłaściwie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo decydowania
o wynagrodzeniu piastuna spółki wypłacanego z jej środków, do czego akcjonariusz nie może być uprawniony. Niech już powołanego przez siebie opłaca z własnej szkatuły, jeżeli pozostali akcjonariusze zgodzą się na prywatne finansowanie fagasa jednego spośród nich.

  • Uprawnień przysługujących w określonych sytuacjach określonym piastunom spółki lub jej organom nie należy bezmyślnie przenosić w inne dziedziny;
  • Statut może upoważnić indywidualnie oznaczonego akcjonariusza do powoływania członków rady nadzorczej, ale nie do ustalania ich wynagrodzeń!
  • Sprzeciw może służyć akcjonariuszowi na walnym zgromadzeniu, nie może korzystać z niego nieobecny członek rady nadzorczej!
  • Przewodniczący komitetu audytu nie ma głosu rozstrzygającego w razie równości głosów w komitecie!

Anglosasi często podkreślają różnicę między prawem w ustawach (law in books), a prawem w działaniu (law in action). Dostrzegam to zjawisko w polskim prawie spółek. Zanim jego klarowne przepisy przenikną do praktyki – nierzadko zmienią oblicze, zostaną wynaturzone, zastosowane opacznie wbrew duchowi i literze prawa. Jest to zjawisko naganne. Służę wymownymi przykładami.

NAGANA PIERWSZA. Statut spółki akcyjnej może wyposażyć indywidualnie określonego akcjonariusza w określone uprawnienia osobiste, jak prawo powoływania lub odwoływania członków organów spółki. Jest to produkt specyficznych stosunków właścicielskich, więc owe uprawnienia najczęściej wygasają gdy ich posiadacz pozbywa się akcji. Lecz czasem w statucie spółki znajduję sformułowanie dwakroć niezgodne z prawem. Zakłada ono, że posiadacz akcji określonej serii ma prawo powoływania i odwoływania przewodniczącego rady nadzorczej oraz określania jego wynagrodzenia. Wskazano tutaj nie podmiot, a przedmiot posiadania, co nie przecież określa akcjonariusza indywidualnie, a nadto – przede wszystkim! – przyznano niewłaściwie oznaczonemu akcjonariuszowi prawo decydowania o wynagrodzeniu piastuna spółki wypłacanego z jej środków, do czego akcjonariusz nie może być uprawniony. Niech już powołanego przez siebie opłaca z własnej szkatuły, jeżeli pozostali akcjonariusze zgodzą się na prywatne finansowanie fagasa jednego spośród nich.

NAGANA DRUGA. Akcjonariusz, który na walnym zgromadzeniu głosował przeciwko uchwale, która została powzięta, ma prawo żądać zaprotokołowania swojego sprzeciwu, co uprawni go do wniesienia przeciwko spółce powództwa o uchylenie uchwały lub uznania jej za nieważną. W statutach niektórych spółek znajduję niezgodne z prawem uprawnienie do wniesienia sprzeciwu względem uchwały rady nadzorczej przez członka rady nieobecnego podczas przyjmowania uchwały. Nie dość, że uprawnienie do wniesienia sprzeciwu zostało przetransferowane z walnego zgromadzenia do rady, od głosującego do nieuczestniczącego  w głosowaniu, to jeszcze po drodze zgubiło ono sens, gdyż nie daje podstawy do powództwa, ani do niczego. Przy tym zadziwia mnie praktyka mnożenia uprawnień przysługujących nieobecnym.

NAGANA TRZECIA. Ganiłem tu niedawno przypadki nielegalnego transferu prerogatywy głosu rozstrzygającego prezesa zarządu spółki lub przewodniczącego jej rady nadzorczej w przypadku równości głosów na inne osoby, jak wiceprezes lub zastępca przewodniczącego bądź prowadzący posiedzenie. Nie doceniłem wyobraźni autorów statutów i regulaminów spółek, która poniosła ich dalej: otóż potrafią oni wyposażyć przewodniczącego komitetu audytu rady nadzorczej w głos rozstrzygający wobec uchwał komitetu. Wprawdzie komitet audytu nie jest organem spółki, lecz ciałem pomocniczym wyłonionym z rady nadzorczej, więc niekoniecznie jego stanowiska przybiorą formę uchwały; wprawdzie najczęściej liczy on troje członków, co daje nikłe szanse na równy rozkład głosów, lecz przewodniczącego wyposażono z rozmachem w uprawnienie, które mu nie przysługuje. A wystarczyło poczytać kodeks.

Istnieje proste wyjaśnienie opisanego tutaj stanu rzeczy. Przez lata prowadziłem z prawnikami ze znanych kancelarii liczne warsztaty dla spółek poświęcone corporate governance i prawu spółek. Wyjaśnialiśmy wnikliwie stan prawny i stany faktyczne omawianych przypadków, ale po zaproszeniu uczestników do pytań i wypowiedzi często zabierał głos ktoś, kto deklamował: „Powiedziano to ciekawe rzeczy, ale u nas, proszę państwa, jest inaczej” – i omawiał stosowane w jego spółce zgoła księżycowe procedury. Na tym właśnie polega różnica pomiędzy prawem w ustawie a prawem w praktyce                        Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 13 kwietnia 2022 r.