Członek z ramienia

Rygorystyczne podejście do wymogu czystości etycznej członków rady nadzorczej wpędziło nas w pułapkę.

Rada nadzorcza nie jest strażą etyki korporacyjnej, ponieważ sama grzęźnie w konfliktach interesów. Pierwszym z przykładów jest idealistyczne założenie, że członkowie rady działają samodzielnie, nie kierując się partykularnym interesem żadnego z akcjonariuszy. Otóż bywa przeciwnie, wielu nadzorców działa w interesie tego z akcjonariuszy, który obsadził ich w radzie jedynie po to, by doglądali jego spraw. Właśnie dlatego prawo poddało zakazowi zajmowania się, bez zgody spółki, interesami konkurencyjnymi, tylko członków zarządu. Spośród nadzorców dotyka on jedynie członków rady wybranych do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami, jeżeli zostali delegowani przez swoją grupę do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru.

Wobec tego nie należą do rzadkości członkowie rady nadzorczej otwarcie występujący w niej z ramienia któregoś z akcjonariuszy. Spółki przyjmują to do wiadomości, nawet na swoich witrynach internetowych niekiedy prezentują te osoby jako „członków z ramienia”. Pomijam anatomiczną osobliwość takiego statusu; jest ona wykpiwana, jak gdybyśmy nie dopuszczali do świadomości, że stosunek zaufania między poważnym inwestorem i poręczonym przezeń członkiem rady bywa przecież stanem naturalnym. Gra toczy się o pieniądze.

W teorii członkowie rady nadzorczej mają działać nie dla dobra poszczególnych akcjonariuszy, a w nadrzędnym interesie spółki. Pytanie, gdzie szukać wykładni owego nadrzędnego interesu. Skłaniam się ku poglądowi, że jego wyrazem są uchwały walnego zgromadzenia. Lecz sprawa jest złożona, gdy na walnym dochodzi do konfliktu w łonie akcjonariatu. A gdy walne podejmie uchwałę o rozwiązaniu spółki po przeprowadzeniu likwidacji, czy komuś aby nie wpadnie do głowy, że godzi ona w prawnie chroniony interes owej spółki?

Zjawisko członków z ramienia, działających otwarcie lub skrycie w interesie swoich mocodawców, spowodowało kontrakcję w postaci wprowadzania do rad nadzorczych członków niezależnych. To z kolei wywołało spory o naturę niezależności, padały w nich obłudne argumenty, że niby wszyscy niezależni są niezłomnymi przymiotami charakteru, bądź że niezależny nie jest nikt, kto za posługę w radzie pobiera wynagrodzenie. Jedni dowodzą słusznie, że chodzi o niezależność przede wszystkim od zarządu spółki, inni, że od jej akcjonariuszy. Doszliśmy do absurdu przyjmując za kryterium niezależności (sformułowane w ustawie o biegłych rewidentach, jedynym akcie prawnym podejmującym ten temat, którego Ksh nie dostrzega) brak akcji nadzorowanej spółki. Rygorystyczne podejście do wymogu czystości etycznej członków rady nadzorczej wpędziło nas w pułapkę.

W praktyce od niezależnych wymaga się przede wszystkim, by nie sprawiali kłopotów, nie obnosili się z niezależnością, podporządkowali się większości. Skarb Państwa obcesowo usunął z rady Orlenu nazbyt niezależnego Raimondo Egginka, co wywołało oburzenie rynku. Sam byłem kiedyś zgłaszany przez inwestorów instytucjonalnych do rad nadzorczych Orlenu i PKO Banku Polskiego. Skarb Państwa zablokował moją kandydaturę i nieoficjalnie komentował: „Skoro rynek chce niezależnego członka rady, będzie to nasz niezależny”.

Na tym nie koniec kłopotów z członkami z ramienia. Dzięki członkostwu w radzie pozyskują oni informacje o najbardziej wrażliwych sprawach spółki. Niekiedy można odgrodzić członka rady nadzorczej od niektórych kategorii danych wymogiem posiadania przezeń certyfikatu dostępu do informacji niejawnych. W innych przypadkach spółka nie może odmówić członkowi rady nadzorczej pełnych, szczegółowych informacji powołując się na to, że pracuje on dla konkurencji i udostępnia jej pozyskiwane dane.

Owszem, znane są przypadki uzasadnionych i cywilizowanych ograniczeń, gdy spółka w ostrym konflikcie z ważnym akcjonariuszem odmawiała wysyłania członkom rady materiałów na posiedzenia, udostępniając je w swojej siedzibie w wyznaczonych dniach i godzinach. A przy tym blokowała możliwość ich kopiowania. Było to szczególnie dolegliwe dla zagranicznych członków rady. Lecz są to przecież półśrodki, nie da się po posiedzeniu zresetować mózgu członka rady wynoszącego ze spółki wszystko co zapamiętał (i zanotował na posiedzeniu, kiedy zakaz robienia notatek już nie obowiązuje). Za to gdy taki inwestor opuszcza akcjonariat, członkowie rady z jego ramienia karnie składają rezygnację z rady. Są jak hinduskie wdowy idące na stos po śmierci małżonka. I dobrze.

Tekst ogłoszony 24 sierpnia 2013 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2003.06.23 Niezależni: odrzut z importu
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *