Czy biznes jest mężczyzną? [2011]

Domagamy się – i słusznie! – zwiększania udziału kobiet w radach nadzorczych i zarządach spółek. Pragniemy skruszyć rozpostarty nad głowami kobiet szklany sufit, który grodzi im drogę do awansu na najwyższe szczeble korporacji. Lecz język nie nadąża za naszymi aspiracjami. Odzwierciedla on rzeczywistość zaprzeszłą i niechcianą. Kobieta, nawet ostentacyjnie demonstrująca atrybuty swojej płci, nadal jest członkiem – nie członkinią –zarządu lub rady. Kobieta, nawet odnosząca największe sukcesy gospodarcze, nie jest w polszczyźnie przedsiębiorczynią, lecz biznesmenką.

Polska transformacja wspomogła awans zawodowy kobiet, nie wspomogła języka. W czasach burzy i naporu Kapituła Biznesmenów przyznała tytuł Biznesmena Roku 1990 – kobiecie. Od tego czasu kobieta-Polka pełni rolę „mena”. Wspomniane wyróżnienie otrzymała Martyna Lisiecka-Klinz, założycielka Prosper Banku. Sprawę można skwitować tytułem słynnego szwedzkiego filmu z lat pięćdziesiątych ub. w.: „Ona tańczyła jedno lato”. Lecz kłopoty z nazewnictwem trwają.

Biznesmen przebił się do polszczyzny, jego żeński odpowiednik ma trudności. Prasa używała formy byznesswomen, biznesmenka, byznesłumenka. Nie było problemu z kobiecością zawodów pospolitych: Hela została traktorzystką; są listonoszki (doręczycielki), konduktorki, sprzątaczki, ekspedientki. Ale wiele zawodów prestiżowych zachowuje rodzaj męski, nie dopuszczając żeńskiego. Niejedno pismo kobiece lansuje modę na terminy: prezeska, dyrektorka, ambasadorka (dyplomatka już nie, bo to elegancki płaszcz lub teczka na drugie śniadanie), ale podpisywane jest do druku przez redaktor naczelną, nie przez redaktorkę.

Na czele jednej z wielkich polskich korporacji stoi pani chairman. Czyli pani rodzaju męskiego. Anglosasi dali już sobie z tym radę. Najpierw obok funkcji chairman pojawiła się chairwoman, potem obie zostały zastąpione neutralnym terminem chairperson.

Ludzkość po angielsku to już nie mankind, a humankind. Prawa człowieka to human rights, nie rights of man.

Wiąże się z tym przypadek równie zabawny, co smutny. W styczniu 1947 r. ONZ podjęła prace, których efektem było uchwalenie epokowej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (Universal Declaration on Human Rights). W początkowej fazie projekt dokumentu nosił wszakże nazwę Declaration on the Rights of Man, nawiązującą do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z czasów rewolucji francuskiej. Delegat pewnego państwa członkowskiego – nazwijmy je „słabiej rozwiniętym krajem pozaeuropejskim” – zwrócił się do przewodniczącej obradom Eleonory Roosevelt: Mówiąc o prawach człowieka (rights of man) dowodzi pani swojej mądrości. Wszak mój rząd nigdy nie zgodziłby się na przyznanie tych praw kobietom!

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 22 lipca 2011 r. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *