Gen corporate governance [2010]

Zgłaszam pomysł na wyplenienie przestępczości zorganizowanej: wystarczy powtórzyć program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych lub wymyślić coś podobnego. Przestępcy niechybnie zbankrutują.

5 marca 1996 r. dziennik Rzeczpospolita alarmował: Gangi wykupują świadectwa udziałowe NFI. Anna Marszałek, czołowa dziennikarka śledcza tamtych czasów, pisała: „Z rozpoznania operacyjnego policji wynika, że podwarszawskie grupy przestępcze wykupują świadectwa udziałowe Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Zamierzają w ten sposób wziąć udział w Programie Powszechnej Prywatyzacji i legalizować pieniądze pochodzące z przestępstwa, przeważnie z obrotu kradzionymi samochodami, narkotykami, bronią. Ministerstwo Przekształceń Własnościowych komentuje: Jest to margines, którego nie sposób uniknąć przy wolnym obrocie świadectwami. Nie może to jednak podważać wiarygodności programu PPP”.

Autorka demaskuje technikę działania złoczyńców: „Jak nam wyjaśnili stołeczni policjanci, bossowie grup przestępczych zlecili swoim >żołnierzom< skupowanie świadectw. Odwiedzają oni piwiarnie i bary, gdzie szukają chętnych, którzy odstąpią swoje świadectwa. Członkowie gangów zajmują się także >pilnowaniem< banków, w których ludzie nabywają świadectwa, i od razu proponują ich odkupienie.” Wynika z tego, że konsumpcja piwa pobudzała obrót papierami wartościowymi. Zapewne obrót świadectwami pobudzał też konsumpcję piwa, bo też cóż mieli począć zbywcy świadectw udziałowych z kapitałem pozyskanym z ich sprzedaży?

SIÓDME: NIE KRADNIJ! Z czasem okazało się, że na świadectwach udziałowych NFI niełatwo zrobić dobry interes, więc zorganizowane grupy przestępcze nie wyprały tą drogą swoich pieniędzy, a zapewne też sporo straciły. O tym, że kradzione nie tuczy przekonał się też inny znany kombinator, który wyłudzał świadectwa udziałowe NFI pod pretekstem przeznaczenia środków na ratowanie stoczni (a kuku!), po czym – za radą swojego ekonoma, albo na odwrót – zainwestował je w akcje giełdowej spółki Espebepe, która niebawem upadła. Bardziej romantyczne podejście do programu NFI wykazały ponoć agencje towarzyskie, które w owym czasie gotowe były zaakceptować obrót bezgotówkowy, przyjmując po świadectwie udziałowym w zamian za przyjemność.

Z perspektywy czasu, bogatsi o doświadczenia programu NFI, zapewne powinniśmy inaczej oceniać postawę ówczesnego premiera Waldemara Pawlaka. Zwlekał on ze złożeniem podpisu wprowadzającego program NFI w życie. Jak się z czasem okazało, nie bez racji. Media histerycznie naciskały na uruchomienie programu. Codziennie donosiły: „Nie podpisał”. W domyśle: gałgan jeden, szkodnik, dywersant. „Więc kiedy pan podpisze?” – odważnie nacierali dziennikarze. „Jak wrócę z Radomia” – odpowiadał premier. Może zresztą nie chodziło o Radom, a o Kielce, albo Mławę, albo Łomżę, nie pamiętam. „A kiedy pan planuje ten wyjazd?” – dociekliwie pytały media. „Nigdzie się nie wybieram” – studził gorące głowy premier. Ależ mu dokuczano!

Gdyby premier nie złożył podpisu pod programem, z pewnością upadłoby wiele spółek przeznaczonych do wniesienia ich akcji do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Ale wiele spółek i tak upadło. Nie tylko dlatego, że były to słabe podmioty gospodarcze. Były wśród nich i prawdziwe perły. Upadły dlatego, że w programie NFI zarządzane były źle, nonszalancko, nieodpowiedzialnie.

HODOWLA MUTANTÓW. Kogo zatem mają winić wspomniane „podwarszawskie grupy przestępcze”, a także toruński kombinator, za niepowodzenie przedsięwzięcia i straty materialne związane z inwestowaniem w świadectwa udziałowe NFI? Otóż w programie NFI wyhodowano mutanty pozbawione genu corporate governance.

Program był zagmatwany. Brakowało mu przejrzystości. Rozmywał odpowiedzialność. Fundusze niby miały swoje zarządy i rady nadzorcze, ale przydano im także firmy zarządzające o niedookreślonych uprawnieniach. Rady nadzorcze funduszy miały pochodzić z konkursu. Zrobiono z niego narodowy casting. Zasady konkursu zmieniono po naleganiach premiera Pawlaka, który domagał się, by prócz prawników i ekonomistów dopuścić do niego także osoby z doświadczeniem inżynierskim, cokolwiek to oznacza. Zbiegło się blisko siedem tysięcy kandydatów. Przesiała ich w pocie czoła powołana ad hoc komisja kwalifikacyjna. Jej oceny nie były wiążące (czego sam doświadczyłem), a prawników wycinano. Rząd dowolnie ukształtował skład rad nadzorczych funduszy, a później wymuszał na radach posłuszeństwo wobec swojej polityki. Polegała ona na faworyzowaniu konsorcjów inwestycyjnych, doraźnie zawiązywanych w celu zarządzania funduszami.

Egzotyczne koalicje inwestorów powoływały do życia firmy zarządzające, z którymi rady nadzorcze funduszy miały zawierać umowy o zarządzanie majątkiem. Szło im topornie, ponieważ dramatycznie brakowało w nich prawników. Kiedy dochodziło do konfliktu pomiędzy konsorcjum a funduszem, resort niejednokrotnie przywoływał fundusz do porządku; w skrajnym przypadku rozpędzono nieposłuszną ministrowi radę nadzorczą funduszu, chociaż to akurat ona miała rację, co wykazała nieodległa przyszłość.

OD POCZĄTKU DO KOŃCA BYŁ CHAOS. Dwuwładza organów funduszy i firm zarządzających potęgowała chaos. Rady nadzorcze funduszy często nie miały wglądu w poczynania firm zarządzających. W programie NFI często występowało niepokojące zjawisko, które po latach nazwałem „formacją podwójnej głowy”: prezes funduszu, Polak, bywał zdominowany przez menedżerów firmy zarządzającej, obcokrajowców, którym brakowało znajomości lokalnych realiów i trwałej więzi z Polską. Oni podejmowali decyzje, on tylko je firmował (teoretycznie ponosząc za nie odpowiedzialność, ale nikogo do niej skutecznie nie pociągnięto).

Model dwuwładzy bywał przenoszony do spółek parterowych. Decydującą rolę odgrywał w nich nie zarząd, ale przysłany przez fundusz (a w gruncie rzeczy przez firmę zarządzającą nim) dyrektor inwestycyjny. Nie wchodził on w skład zarządu, niekiedy nawet nie wchodził w skład rady nadzorczej, niemniej to do niego należało ostatnie słowo w spółce. Fundusze dysponowały przypadkowymi kadrami, więc spółkom często zmieniano dyrektorów inwestycyjnych. Znaczna rotacja na tych stanowiskach powodowała sporo zamieszania. Mieszano też w radach nadzorczych. W niektórych funduszach istniały ciche porozumienia, że przewodniczący rady nadzorczej funduszu obsadza swoimi zausznikami znaczną liczbę stanowisk w radach nadzorczych spółek parterowych. Stykałem się z takimi przypadkami. Szef rady jednego z funduszy, dla których pracowałem, miał rozległe interesy, stąd jego protegowani wywodzili się z różnych środowisk, reprezentując bardzo różną wiedzę, a w skrajnych przypadkach jej brak. Nieczęsto dokonywano merytorycznych ocen pracy rad. Zresztą zdarzało się, że ktoś wchodził do rady nadzorczej, by wziąć udział w jednym posiedzeniu, nim został odwołany.

Brak corporate governance w firmach zarządzających wpływał na brak corporate governance w funduszach i ich spółkach parterowych. W polskich warunkach nie jest łatwo udowodnić, że porządek korporacyjny przydaje spółce wartości. Losy programu NFI wskazują, że łatwiej przeprowadzić dowód wspak: brak corporate governance osłabia wartość spółek. Nie zastąpią go konkursy, w których powagę nie wierzy nawet ten, kto je organizuje. Jeszcze jeden taki program, a wyplenimy gangi, agencje towarzyskie, przestępczość.

Artykuł ukazał się w nr 3/23/2010 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *