Ich troje [2001]

Inwestorzy instytucjonalni powinni ignorować spółki publiczne dopuszczające trzyosobowy nadzór.

W Polsce udało się uniknąć nadmiernej liczebności rad nadzorczych. Świat już zdążył odchorować ten przypadek. Szczególnie tłumne rady lęgły się zwłaszcza w bankach (rady brytyjskich banków liczyły kilka dziesiątek członków) oraz w japońskich spółkach. Podawany jest przykład Toyoty (55 osób w radzie) i fuzji Banku Tokio (35 członków rady) z Bankiem Mitsubishi (36), co po redukcji kadrowej dało 69–osobową radę połączonej instytucji. Liczna rada jest zbędna, kosztowna, mało operatywna, nadto najczęściej nieodpowiedzialna, ponieważ jej członkowie ani nie myślą krytycznie, ani nie działają energicznie, za to oglądają się na innych. Kiedy liczebność rady wymyka się spod kontroli, nietrudno zarządowi wymknąć się spod nadzoru.

Liczebność rady zależy od potrzeb spółki, albo od interesów jej akcjonariatu. Wielu akcjonariuszy woli liczniejszą radę, byle tylko obsadzić w niej miejsce, co da im wgląd w sprawy spółki. Służy temu procedura wyboru rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami. Uruchamia ją wniosek akcjonariuszy reprezentujących co najmniej jedną piątą kapitału. Grupę mogą utworzyć osoby reprezentujące na walnym zgromadzeniu tę część akcji, która przypada z podziału liczby reprezentowanych akcji przez liczbę członków rady. Jeżeli więc na walnym zgromadzeniu reprezentowanych jest milion akcji, a rada liczy 5 członków, do utworzenia grupy wybierającej jednego członka rady potrzeba 200.000 akcji; jeżeli rada liczy 10 członków, do utworzenia grupy itd. wystarczy 100.000 akcji. Czyli im rada liczniejsza, tym łatwiej utworzyć grupę. Ale jeżeli rada liczy mniej niż pięć osób, wspomniana jedna piąta kapitału wprawdzie wystarczy do uruchomienia procedury wyboru grupami, lecz może nie wystarczyć do utworzenia grupy na walnym zgromadzeniu.

Do niedawna rada nadzorcza spółki akcyjnej składała się z mocy prawa z przynajmniej pięciu członków.Kodeks spółek handlowych dopuścił radę trzyosobową. Ma to sens w firmie rodzinnej, gdzie w radzie figurują żona, córka i szwagier głównego akcjonariusza, zarazem prezesa zarządu. Tam nie ma możliwości i potrzeby wyboru rady nadzorczej grupami. Sprawa wygląda inaczej, gdy akcje są rozproszone, a akcjonariat liczny, szczególnie w spółce publicznej. Trzyosobowy skład rady oznacza, że z głosowania grupami ten skorzysta, kto zdoła pozyskać aż jedną trzecią akcji reprezentowanych na walnym zgromadzeniu. Jest to niekorzystne dla mniejszości i nie daje rękojmi należytego wykonywania nadzoru. Zwłaszcza, jeżeli uchwała trzyosobowej rady zapada większością głosów. Zwłaszcza, że w Polsce nie ma zasad dobrej praktyki nadzoru. Zwłaszcza, że na rynku brak kultury współżycia większości z mniejszością. Zwłaszcza, że wiele spółek widzi w akcjonariuszu już nie ‘prostego dawcę kapitału’, a zwyczajnego frajera, który za swoje pieniądze nie nabywa wobec spółki realnych praw.

Rada i zarząd giełdy zajęły stanowisko, że statut spółki giełdowej winien ustalać liczbę członków rady nadzorczej na co najmniej pięcioro. Nie wymaga to niczego więcej, niż powstrzymania się od zmiany statutu. Niestety, liczne spółki zlekceważyły tę prośbę. Na wyścigi zmienia się statuty; dopuszcza się, lub wprowadza, trzyosobowe rady. Owe spółki zachowują się jak poborowi po wyjściu do rezerwy: nie ważąc na nic, ani na nikogo, a już szczególnie na cichych i słabych – nadużywają wolności.

Szkoda, że stanowisko rady i zarządu giełdy (tzw. list pasterski) zostało zignorowane. Szkoda, że sprzeczne z nim zachowanie bardzo wielu spółek nie spotkało się z powszechnym potępieniem inwestorów i komentatorów. Nie wszystko, co jest prawnie dozwolone, wypada czynić w dobrym towarzystwie. Kodeks pozwala urągać mniejszości, skutecznie pozbawić ją prawa do miejsca w radzie nadzorczej i wglądu w sprawy spółki, ale rynek pozostaje wolny. Nic nie przymusi mniejszości, by pozostała w spółce, która jest jej nieprzychylna. Najwyższa pora, by inwestorzy instytucjonalni, zaczęli oceniać spółki nie tylko według prognoz ich wyników, wskaźników, wstęg i świec – ale także według ich stosunku do dobrych obyczajów. Porządek korporacyjny kreuje wartość spółki, jego brak spółkę dyskwalifikuje. Spółka, która ma za nic prośbę rady i zarządu giełdy w sprawie tak mało dla niej kosztownej lub uciążliwej, jak przynajmniej pięcioosobowy skład jej organu nadzoru, ma za nic cały rynek. Nie apeluję, aby ją ukarać, lecz aby jej unikać.

Niekiedy można do czasu zarabiać nawet na akcjach spółki będącej całkiem na bakier z porządkiem korporacyjnym (przykładem Universal), lecz nie podważa to ogólnej prawidłowości, że ryzyko bywa tu ogromne. Wszak spółka źle traktuje swoich mniejszościowych inwestorów po to, żeby nie dać im zarobić, bowiem większość chce zagarnąć wszystko.

Tekst ogłoszony 3 września 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także: 2004.05.24 Nadzór na opak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *