Inwestycyjne randki w ciemno w nadziei na cud

LEGENDA ŚWIĘTEJ KINGI ZWANEJ TEŻ KUNEGUNDĄ. Węgierską królewnę wydano za polskiego księcia. Panna młoda, cnotliwa i skromna, nie łasiła się na złoto i klejnoty. Wywianowano ją kopalnią soli. Do jej szybu wrzuciła swój pierścień i wraz z gromadą górników wyruszyła do nowej ojczyzny. Świadectwa głoszą, że pierścień został odnaleziony w bryle urobku z wielickiej saliny. Od tego czasu szczęście nie opuściło kopalni, działa ona nieprzerwanie przez stulecia i zaliczana jest do cudów świata. Przypomniałem sobie tę legendę, gdy zapytano mnie o źródła niepowodzeń polskich inwestycji zagranicznych. Tym źródłem bywa daremne oczekiwanie na cud.

Każda inwestycja – to ryzyko. Nawet ta, która zostanie podjęta w dobrze znanym, swojskim otoczeniu. Inwestycja zagraniczna z natury niesie z sobą znacznie groźniejsze ryzyko. Szczególnie inwestycja poza strefą eura. Poza obszarem Unii Europejskiej. Na innym kontynencie. Inwestujący tam śmiałek powinien dobrze znać kraj, do którego zmierza z kapitałem. Lepiej, by władał miejscowym językiem. By znał miejscowy klimat inwestycyjny, lokalną kulturę, sekrety biznesowych obyczajów, praktykę zawierania interesów. By reprezentował wnikliwą znajomość konkurencji. By miał na miejscu zaufanych ludzi i dobre kontakty w sferach, w których przyjdzie mu się obracać.

POŻEGNANIE Z AFRYKĄ. Kiedyś KGHM SA podjęła śmiałą inwestycję w Kongu. Była to typowa randka w ciemno. Przyniosła rozczarowanie. Straty oszacowano na 40 mln USD. Eksploatacja złoża szła pomyślnie, hałdy urobku rosły, tylko nie wiedziano, co z nim robić, spółka znała bowiem technologii przetwarzania tamtejszych rud w miedź. Święta Kinga też działała po omacku, ale jej się akurat udało.

Może przy tej okazji kombinat nauczył się wiele, ale nie wyrobił sobie marki. Z reguły łatwiej bywa inwestorom nie tylko doświadczonym – także znanym, obdarzanym zaufaniem, szanowanym. Dobra reputacja otwiera wiele drzwi. Lecz kiedy KGHM Polska Miedź SA wyruszyła do obu Ameryk, wypytywano ją, czy skrót nazwy ma może coś wspólnego z KGB? Niezmienne podziwiam odwagę lubińskich menedżerów, tak wiernych swojskim klimatom, że zabiegali, zresztą z powodzeniem, o odwołanie z zarządu dwóch obcych, bo nie z regionu, za to z doświadczeniami na arenie międzynarodowej. Ich światowego obycia, kultury, sporych kwalifikacji – nie uznano za cechy przydatne w kontaktach z resztą świata.

JAKI PAN, TAKI KRAM. Informacji o kłopotach KGHM w Chile nie przykryje wiadomość o zamiarze nabycia przez GPW udziałów giełdy w Erewaniu. Warszawska giełda ma dobrą opinię, działa sprawnie, odnosi sukcesy… Rzecz w tym, że wciąż jest spółką zdominowaną przez państwo, a nie ma ono dobrej reputacji. Państwo powinno zajmować się zdrowiem publicznym, edukacją, budżetem, prawodawstwem – czyli tym, co mu dzisiaj jakże rozpaczliwie nie  wychodzi, nie zarządzaniem giełdą (co mu też nie wychodzi).

Niegdysiejsze aspiracje warszawskiej giełdy (z których naśmiewano się w Europie) do przejmowania giełd w Wiedniu, państwach bałtyckich lub bałkańskich, byłyby całkiem realne, gdyby była ona niezależna od kontroli państwa i wpływów polityki, gdyby nie była oficjalnie traktowana (vide raport NIK o Getback SA) jako instytucja wręcz państwowa. Prawa udziałowe państwa w warszawskiej giełdzie, oraz sposób ich realizacji, zamknęły tej świetnej firmie możliwość ekspansji w Europie – może z wyjątkiem Erewania właśnie.

EKSPANSJA A NOTOWANIA. Czytam o polskich spółkach przejmujących znaczące udziały w podmiotach zagranicznych, co nie przekłada się na notowania. Wielton SA przejęła  udziały w spółkach w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Włoszech, lecz kursy jej akcji na GPW uporczywie układają się mizernie. Cud nie nastąpił.

GEORGIA ON MY MIND. Złudne jest przekonanie, że inwestycje zagraniczne mogą zastąpić rozwój organiczny. Przykładem wręcz kryminalny przypadek Ponaru Wadowice SA. Spółka podobno nabyła (ponoć za 14 mln USD) większość udziałów jakimś niewielkim zakładzie hydrauliki w amerykańskim stanie Georgia, lecz pieniądze rozpłynęły się w powietrzu i nikt nie poszedł siedzieć. Czy w Wadowicach liczono na cud? Zapewne w spółce i wokół niej panowała wówczas kultura chadzania na skróty. Inwestor zjednał sobie miano „ofiary pękających lewarów”: nabył udziały w Ponarze na kredyt, zabezpieczył go owymi udziałami, kurs spadł, bank sprzedał akcje, więc cudu nie było i tym razem.

NIE MIESZAJ BIZNESU Z POLITYKĄ! Niezaprzeczalnie inwestycja Orlenu SA na Litwie miała czytelny podtekst polityczny. Skwituję temat znamiennym cytatem z mojej książeczki „Historia Polski dla menedżerów” (2008) dotyczącym Unii w Krewie (1385):

„Dążąc do fuzji z Litwą, nasi nie mieli biznesplanu przedsięwzięcia. Garnęli się do niego jak Orlen do Możejek. Kalkulowali, że istnieje groźba przejęcia Litwy przez ruskich inwestorów, więc należy jej przeciwdziałać. Nie przewidywali, że ściągają na siebie kłopoty: przyjdzie im zainwestować więcej, niż planowali, a stopa zwrotu okaże się niższa, niż wynosiły pierwotne szacunki; pełnej integracji obu przedsiębiorstw nigdy nie da się osiągnąć; litewskie aktywa staną w ogniu; dojdzie do wielu nieporozumień, a ruscy i tak nie dadzą się łatwo odeprzeć…”

Książeczki na rynku już nie ma, wydawca upadł (ale nie przez mnie), teraz sam liczę na cud w poszukiwaniach wydawcy nowego, wydatnie poszerzonego, wydania prezentacji burzliwych dziejów ojczystych językiem rynku kapitałowego. Lecz to już inna historia.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *