Jakie następstwa dla spółki i rynku spowodowałaby nacjonalizacja mBanku?

  • Gdyby udało się znacjonalizować mBank, doszłoby do zjawisk, które wystąpiły już w Pekao. Posady obsiądą swoi: zasłużeni dla PiS, ich dzieci i pocioty;
  • Na wezwanie szefa partii aktualnie przy władzy nowy prezes banku będzie biegał na Nowogrodzką, by kredytować Kacze Wieże albo przekopanie Małpiej Wyspy;
  • Pieniądze akcjonariuszy i depozytariuszy będą wspierać brudną energetykę, Redutę Kompromitacji, Fundację Antynarodową i inne szemrane instytucje;
  • Bank straci reputację i pieniądze, ucierpi także opinia o polskim rynku kapitałowym zdominowanym przez państwo wrogie prywatnej własności.

Nacjonalizacja mBanku spowodowałaby katastrofalne zderzenie kultur. Bank jest instytucją prywatną o bogatej tradycji, podmiotem wolnorynkowym wyróżniającym się inicjatywą. Państwo w jego dzisiejszej postaci jest tworem przeciwnym rynkowi, dąży do jego marginalizacji, stara się zdominować gospodarkę, nie rozumie prawideł ekonomii, działa nieracjonalnie, kieruje się partykularnym interesem partii będącej chwilowo przy władzy.

Już kiedyś doszło do zderzenia kultur. Bank, jeszcze pod firmą BRE, wespół z Bankiem Handlowym, przygotowały założenia fuzji mającej wzmocnić ich polskie pierwiastki. Plan pomyślany był rozsądnie, przygotowany perfekcyjnie, został na rynku powszechnie uznany jako obiecujący, ale nie zgodził się nań właściwy w tej materii minister Emil Wąsacz. Nie zgodził się, bo nie. Basta! Nie przypominam sobie żadnych sensownych argumentów.

Nie mam zamiaru idealizować mBanku. Wprawdzie ma on bogatą historię i nieprzebrane zasługi dla polskiej transformacji, niemniej ma także spory apetyt na ryzyko, czego dowodem portfel kredytów walutowych. Jako klient banku i domu maklerskiego, także marginalny akcjonariusz, nie mam powodów do pochwał. Przed laty współpracowałem z bankiem w programie NFI. Korzystałem z jego gościny organizując w nim czasem seminaria Polskiego Instytutu Dyrektorów. Gdyby bank szukał rzecznika, nie wybrałby mnie.

Pogrążony w kłopotach Commerzbank będzie chciał sprzedać udziały w mBanku. Nie widać w świecie chętnych do wejścia na rynek, na którym lokalne władze są niechętne własności prywatnej. Nie jest więc wykluczone, że stronami transakcji zostaną podmioty powiązane ze Skarbem Państwa.

Gdyby do tego doszło, zapewne jednym z pierwszych kroków nowego udziałowca byłaby wymiana kierownictwa banku. Niemcy z zarządu i rady nadzorczej złożą po transakcji rezygnacje. Prezes zarządu i przewodniczący rady nadzorczej są wprawdzie fachowcami i znają bank na wylot, lecz byliby przeszkodą dla skoku na pieniądze i posady. Ktokolwiek zostanie ministrem Skarbu Państwa (nawet Jacek Sasin), nie będzie dla nich partnerem. Doświadczenie uczy, że związani z państwem znaczący akcjonariusze bezceremonialnie przeprowadzają desant swoich na dobrze płatne stanowiska. Za kryteria awansu przyjmuje się związki rodzinne z osobami zasłużonymi dla efemerydy zwanej IV RP (w rozkładzie), bądź przydatność w pracy operacyjnej polegającej na utrzymaniu władzy tzw. Zjednoczonej Prawicy. Kompetencje synów, córek, żon itd. nie grają istotnej roli, nikt nie pyta o nie, nikt ich nie ustala. Obowiązuje tu formuła zawarta w skrzydlatych słowach min. Marka Suskiego: Liczy się znajomość programu PiS.

Wspomnianej Zjednoczonej Prawicy niełatwo będzie znaleźć kandydatów na obsadzane stanowiska. Niewiele tam cudownych dzieci. Ławka kandydatów jest pusta, wszystkich branych pod uwagę już obsadzono. Efekt zatrutej aury działa obecnie silniej niż przed czterema laty: przystając na ofertę pracy dla PiS trzeba się liczyć z tym, że to zaciąży na przyszłej karierze. Przykład radnego Kałuży, który zyskał krajową rozpoznawalność, może odstraszyć innych od wiązania się z formacją, która raczej wraca już z jarmarku, niż na ten jarmark zmierza.

Kadry będą zatem coraz słabsze. Pójdą za nimi słabsze wyniki, a także spadki kapitalizacji. Wejście państwa do Pekao i Aliora konsekwentnie odzwierciedlają notowania. Nominaci Prawa i Sprawiedliwości, prócz zarabiania godziwych pieniędzy, zajmą się gorliwie realizacją pomysłów rzucanych na wiatr przez partyjnych liderów. Bywają to pomysły zgoła nieprzemyślane, jak drony, promy, milion samochodów elektrycznych, ileś tam mieszkań, albo mocno ugruntowane w ideologii partii: rozwój górnictwa węglowego, energetyka węglowa, reindustrializacja, itp. Pociągnie to za sobą zmianę polityki kredytowej. Bank może być nakłaniany do kredytowania nieopłacalnych przedsięwzięć.

W mBanku zaszyte jest ogromne ryzyko dotyczące udzielonych kredytów walutowych. Kadra banku da sobie z tym radę, są to ludzie dobrze przygotowani do swoich obowiązków. Nominaci z zewnątrz mogą nie podołać wyzwaniom związanym z zarządzaniem ryzykiem. Akcje kredytowa na potrzeby reindustrializacji, gdyby została na banku wymuszona, może przynieść straty, a ponadto ograniczyć kredytowanie związanych z bankiem od lat przedsiębiorców i przedsiębiorstw.

Notowania mBanku nie zachwycają. Po silnym wejściu państwa do akcjonariatu należy się liczyć z ich znaczącym spadkiem. Przykładem Bank Pekao. Po przejęciu włoskich udziałów przez państwowe podmioty, proponowałem w tym miejscu sprzedaż ich przed giełdę. Przejmujący zarobiłby sporo, zarobiłaby giełda, zyskałby polski rynek, zyskaliby inwestorzy. Dzisiaj te udziału są warte znacznie mniej. Należy je traktować jak dobra martwej ręki: nie wejdą na rynek, póki rządzi PiS – zwolennik twardej własności państwowej, przeciwnik prywatyzacji, rzecznik dogmatu o wyższości gospodarki państwowej nad prywatną.

Czytam o planach przejęcia mBanku przez PZU i Alior. Gdyby taki pomysł narodził się rzeczywiście, nazwałbym go niedorzecznym. PZU już przystąpił do realizacji zadań politycznych nabywając pakiet akcji Aliora – dzisiaj są one warte ok. 1/3 zapłaconej ceny. Zakład ubezpieczeń musi starannie miarkować apetyt na ryzyko. W mBanku jest go wiele, obecne kierownictwo potrafi nim zarządzać, PZU ma odmienne standardy.

Natomiast Alior to bank osobliwy. Poważna spółka giełdowa nie traci w toku jednej sesji 15% kapitalizacji – chyba, że wybuchła wojna lub niebotyczny kryzys. Kurs Aliora jest w trendzie spadkowym od chwili nacjonalizacji udziałów banku. Do czego jest zdolny zarząd, dowiódł na przykładzie inwestycji w Ruch SA. Wcześniej Alior miał się łączyć z Bankiem Pekao, agencje prasowe zachłystywały się zgodą, jaką na fuzję banków miał wyrazić Jarosław Kaczyński. Nie sądziłem, że ten poseł zna się na bankowości, że do niego należą decyzje w przedmiocie łączenia się banków. Na szczęście do fuzji nie doszło.

Na koniec o giełdzie. Spółki ze znaczącym udziałem państwa w akcjonariacie nie pobudzają należycie rozwoju rynku kapitałowego. Najlepiej handlować dużymi spółkami prywatnymi wyróżniającymi się pod kątem corporate governance i pokaźnego free float, niepodatnymi na kaprysy polityki. Takich spółek w Warszawie ubywa. Nie chodzi o to, by państwo ogłaszało ambitne strategie rozwoju rynku kapitałowego, ale by w tym rozwoju jak najmniej przeszkadzało.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *