Każdy sobie rzepkę skrobie

Największy problem polskiego rynku kapitałowego polega na tym, że brakuje zgody, jaki jest interes tego rynku i co należy czynić, by go spełnić. Utyskujemy na brak strategii rozwoju rynku, lecz nikt nie czyni dość, by strategia nareszcie powstała. Jak każda poważna spółka, GPW ma strategię, natomiast rynek jej nie ma. Pojawiają się krytyczne głosy o udanej Agendzie Warsaw City 2010, iż gdyby jej wcale nie było, wyszłoby na to samo. Brakuje podmiotów tworzących wspólną tożsamość rynku. Jego potencjał intelektualny jest bardzo rozdrobniony. Reprezentacja emitentów dba, co zrozumiałe, o dobro emitentów, inwestorzy indywidualni baczą na swoje korzyści, organizacje zrzeszające banki, ubezpieczycieli, albo zarządzających funduszami i aktywami sprawnie zabiegają o swoje środowiska, organizacje maklerów lobbują w ich interesie, prawnicy troszczą się o interesy klientów, doradcy o swoje własne. Nie wspomnę w tym kontekście o Polskim Instytucie Dyrektorów, który działa na innych zasadach, nie stoi za nim, nie wspomaga go, żadne określone środowisko, próbuje on na rynku działać jak wolny elektron, wiązać rozmaite środowiska, kreować wspólnotę interesów. Tak usytuowany PID nie wypełnia swojej misji, podobnie jak izba nieszczęsnych, skazanych na pożarcie, funduszy emerytalnych.

Do tej pory uwagę rynku skupiały przede wszystkim spory maklerów z giełdą. Poszło o czas trwania sesji, potem o wysokość opłat. Kiedyś, przed laty, Ludwik Sobolewski, ówczesny prezes GPW, rozważał możliwość uruchomienia dodatkowej sesji wieczornej, swoistej dogrywki dla najbardziej wytrwałych graczy. Z czasem zaniechał tego zamierzenia, za to wydłużył godziny notowań. Dojrzałem w tym sens, byłem bodaj jedynym, który w tej materii giełdę poparł. Maklerzy byli przeciw, podnosili trafne argumenty, że dłuższe godziny pracy to wyższe koszty brokerki, a oni od początku nie wierzyli, by wydłużenie sesji przyniosło z czasem taki wzrost obrotów, który wynagrodzi im te koszty. Czyli ich interes ważył więcej od interesu rynku. Zawarto kompromis, spór jakby przycichł, za to mocniej rozgorzała awantura o opłaty giełdowe. Skoro giełda stała się mutantem, czyli spółką giełdową, a zarazem mutantem mutanta, czyli pozostała spółką w domenie Skarbu Państwa, musi ona dbać o zysk dla swoich akcjonariuszy kosztem dzielonym między emitentów, maklerów i pozostałych inwestorów. Zachodzę w głowę, czy gdyby giełda obniżyła opłaty, mój dom maklerski obniżyłby mi sporą przecież wysokość prowizji pobieranej przy każdej transakcji?

Teraz pojawia się problem relacji między giełdą i depozytem. Jest to temat trudny. Wszyscy się przecież znają na tajnikach działalności giełdy. Gdy ostatnio wymieniano jej prezesa, kolejka kandydatów na Książęcą wiła się hen, daleko, poza Plac Unii Lubelskiej (tak słyszałem od zainteresowanych). Na depozycie nie znamy się wcale. Zdarzało się w przeszłości, że na giełdzie poszło coś nie tak, zerwała się na chwilę nić notowań, prezes ledwo wylądował w Nowym Jorku, a już był wzywany do powrotu (nim wrócił, problemy rozwiązano). Każdy, najmniejszy nawet, kłopot giełdy był wydarzeniem publicznym, przeżywał go cały rynek. O depozycie nikt nigdy nie słyszał, by coś nie działało jak należy, by transakcje rozliczano z opóźnieniem. Jeżeli mieli problemy, rozwiązywali je migiem – co budzi moje uznanie, albo umiejętnie tuszowali – co, gdyby było prawdą, wzbudziłoby mój podziw.

Twórcy architektury polskiego rynku kapitałowego założyli niezależność depozytu. Giełda stała się tworem państwowym, ponieważ domy maklerskie nie kwapiły się do inwestycji, nie dostrzegły, gdzie są konfitury. Władztwo nad depozytem zostało rozdzielone pomiędzy trzech partnerów: giełdę, bank centralny i Skarb Państwa. Na papierze jest to dziwna konstelacja, ale w praktyce wszystko działa sprawnie, depozyt się rozwija i niezmiennie budzi zaufanie. Zapewne budżet chciałby, by resort pozbył się swojego pakietu akcji, nie jest więc wykluczone, że dojdzie do przekształceń własnościowych. Lecz na wyjściu Skarbu Państwa z akcjonariatu bardziej niż depozyt skorzystałaby giełda.

W następstwie pogromu Otwartych Funduszy Emerytalnych giełda redefiniuje swoje miejsce względem otoczenia, krajowego i międzynarodowego. Spodziewam się doniosłych inicjatyw. Ostatnio giełda zgłasza zastrzeżenia, że depozyt za dużo zarabia, więc powinien obniżyć opłaty. Wówczas GPW byłaby spółką i bardziej zyskowną, i może łaskawszą dla maklerów. Jest nawet, jak odczytuję artykuł prezesa Adama Maciejewskiego w Parkiecie (24 IV 2014) zamysł bezwzględnego wcielenia depozytu do giełdy. To nie jest sprawa błaha, do rozegrania między różnymi piętrami budynku przy Książęcej. To ważny temat dla całego rynku. Jestem więc ciekaw, jak rynek zareaguje na takie zamierzenie. Czy w ogóle zareaguje? Czy ważny tekst prezesa wywoła szeroką dyskusję? Przecież dzisiaj każdy sobie rzepkę skrobie, więc czy sprawa wyjdzie poza krąg bezpośrednio zainteresowanych?

Czytaj także: 2010.09.23 Handel popołudniu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *