Komitet z Loch Ness

Niczym potwór z Loch Ness, z otmętów mediów wyłonił się znowu komitet nominacyjny. Z tą różnicą, ze więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. I z tą, że Nessie bywa traktowana przez media z sympatią, a komitet z nieufnością, wręcz wrogością. Sceptycy twierdzą, że skoro o składzie komitetu ma decydować premier, twór ten będzie miał charakter polityczny. Lecz kto inny miałby decydować o personaliach: prezydent? prymas? prezes opozycji? Czy wówczas nominacje byłyby apolityczne? Komitet nominacyjny jawi się jako produkt polskiego paradoksu: rośnie nasza aprobata dla zachowania znacznych udziałów w spółkach strategicznych w sferze wpływów i własności państwa, a jednocześnie narasta dezaprobata dla stylu zarządzania przez państwo jego wpływami i własnością. Innymi słowy: w gospodarce dopuszczamy własność państwa, lecz nie godzimy się na sposób zarządzania przez państwo tą własnością. W tym obszarze domagamy się reformy.

Wyobrażam sobie, że komitet miałby charakter kadencyjny. Jego zadaniem byłoby opiniowanie kandydatur zgłaszanych przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek o znaczeniu strategicznym – zapewne dwudziestu kilku. Inaczej widzi sprawę min. Włodzimierz Karpiński, który podobnio chciałby zachować ograniczyć rolę komitetu do spółek o mniejszym znaczeniu, a strategiczne, w tym energetyczne, zostawić po staremu. Reformę corporate governance rozpocząłby zatem od ogona, chociaż ryba psuje się od głowy.

Wyobrażam też sobie, że opinie komitetu byłyby ściśle poufne: opinia publiczna nie powinna wiedzieć, kto i dlaczego nie zyskał rekomendacji tego gremium. Członkowie komitetu byliby osobami poważnymi, które nie pójdą z plotkami do mediów, nie będą intrygować w środowisku. Decyzje o zgłaszaniu walnym zgromadzeniom kandydatur do rad należałyby do ministra Skarbu Państwa, on też ponosiłby za nie odpowiedzialność.

Pamiętajmy, do czego prowadził brak jasnej odpowiedzialności za decyzje personalne: prezydent zamieniał się z Jasiem listami kandydatur do rady nadzorczej spółki o znaczeniu ultrastrategicznym, Skarb Państwa zgłaszał jasiowych, a Jasiu – prezydenckich. Bądź znowu do rady tej spółki ktoś wkręcał wójta nieodległej gminy. A Stasiek chciał sprawdzić się w biznesie. Nazwałem to zjawisko alotażem, a natchnęło mnie nazwisko nauczyciela w technikum, którego mianowano szefem ZUS, instytucji o największych przepływach finansowych.

Czytam, jakoby w skład komitetu nominacyjnego wejść miały „autorytety”. Wymaga to wyjaśnienia. Termin ten budzi nieufność, w pełni uzasadnioną. Nie zapomnę, jak osoba szanowana, uznana za powszechny autorytet, ale niezdolna – nie ujmując jej zasług na innym polu – do przeczytania bilansu, porwała się na przewodniczenie radzie nadzorczej PLL LOT ponieważ „często lata samolotami”. Przeto zanim napiszę, kogo widziałbym w komitecie – wspomnę, kto nie powinien się w nim znaleźć.

Po pierwsze – czynni politycy. Po drugie – urzędnicy Skarbu Państwa lub innych resortów, którzy i tak decydują o składzie rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem Skarbu, choćby był to udział mniejszościowy. Po trzecie – osoby piastujące funkcje w zarządach lub radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, czyli wybrańcy wspomnianych polityków lub urzędników. Po czwarte – osoby piastujące funkcje w licznych spółkach, nie tylko z udziałem państwa, czyli zawodowi członkowie rad nadzorczych, zresztą szanowani, wykwalifikowani, lecz znajdujący się po drugiej stronie lustra. Otóż nie uważam za stosowne łączenie funkcji nominata Skarbu Państwa w jednej radzie nadzorczej z funkcją doradcy tegoż Skarbu Państwa w sprawie obsady innych rad. Ani oddanie wpływu na nominacje w radach kolekcjonerom posad w innych radach, choćby poza gestią Skarbu Państwa.

Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby reprezentujące, prócz innych, trzy najważniejsze przymioty: doświadczenie pozyskane w pracy w radach nadzorczych lub zarządach spółek, dobrą znajomość rynku oraz możliwie bogatą znajomość ludzi rynku. Wprawdzie powiada się, że na polskim rynku wszyscy wszystkich znają osobiście, lecz w tym powiedzeniu tkwi przesada. Nawet „warszawiści” nie znają się wszyscy nawzajem, nie wspominając tzw. prowincji. Chodzi o to, by żaden wartościowy kandydat nie umknął uwadze komitetu nominacyjnego, skomponowanego z należytym uwzględnieniem żywiołów pozastołecznych.

Pora na przykłady. Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby takiego pokroju, takich kwalifikacji, jak prof. Andrzej Koźmiński – założyciel uczelni noszącej imię jego ojca; Maciej Leśny, Andrzej Olechowski, Jacek Siwicki – doświadczeni członkowie rad nadzorczych, przy tym zasłużeni w służbie państwowej; Maria Wiśniewska – b. prezes Banku Pekao, doświadczona także w pracy w radach. Nie widziałbym zaś miejsca dla Staśków, Jasiów, lub ich stronników.

Tekst został ogłoszony 8 marca 2014 r. w Gazecie Giełdy Parkiet
Czytaj także:
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2010.07.05 Biznes przed polityką

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *