Kto jest niezależny? [2002]

Liczy się brak powiązań ze spółką i jej bliskim otoczeniem, a nie cechy charakteru lub portfela!

W statutach coraz liczniejszych spółek pojawia się pojęcie niezależnych członków rady nadzorczej. Jest ono przeszczepiane na nasz grunt z systemów, gdzie zarządzanie i nadzór sprawowane są przez jeden organ. Rodzimy system jest inny, zarząd i nadzór są (przynajmniej w świetle prawa) ściśle rozdzielone, jednak przeszczep przyjmuje się dobrze. Organizm go nie odrzuca, co świadczy optymistycznie o kształtującym się w Polsce porządku korporacyjnym.

Potrzeba usprawnienia i uwiarygodnienia nadzoru nad spółkami jest bezsporna. Do sprawowania nadzoru często powołuje się figurantów, w tym nawet członków rodzin kluczowych inwestorów, co jest praktyką gorszącą. Gdyby policzyć, w ilu spółkach publicznych nadzór został powierzony żonom, córkom, synom, teściowym, szwagrom i pociotom inwestorów lub członków zarządu – zaraz by nam polski rynek obrzydł. W wielu spółkach utarło się już, że większość z nadzorujących nawet nie usiłuje ogarnąć interesu spółki i kieruje się wyłącznie interesem, a nawet instrukcjami, tego z akcjonariuszy, który ich przepchnął do rady.

W podanym przez giełdę spółkom do przestrzegania (i sprawozdawania na temat przestrzegania) zbiorze zasad dobrych praktyk (2002) znajduje się wytyczna, by członkowie niezależni stanowili przynajmniej połowę składu rady. Spółki publiczne powinny spełnić ten postulat do końca 2004 roku. Giełda zaleca, by niezależni członkowie rady nadzorczej byli wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka rady do podejmowania bezstronnych decyzji, natomiast określenie szczegółowych kryteriów niezależności pozostawia się statutom spółek.

Wynika z tego niezbicie, że niezależność to status, wyróżniający się brakiem powiązań, o których mowa powyżej, a nie cechy charakteru lub portfela. Usiłuje się zdyskredytować pojęcie niezależnych członków rady perfidnym argumentem, że są oni zależni od spółki, skoro wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej waży na ich sytuacji materialnej. Jakkolwiek naiwnie to zabrzmi, przecież nie tylko niektórzy, lecz absolutnie wszyscy członkowie rady nadzorczej powinni posiąść zdolność niezależnego osądu spółki i jej sytuacji. Za sprawą odwagi cywilnej i silnej osobowości – powinni oni prezentować niezależną postawę. Skoro niezależnego osądu i postawy wymaga się od wszystkich, przeto od niezależnych wymaga się czegoś innego.

Spółki starają się wyjaśnić w swoich statutach, na czym polega brak powiązań niezależnego członka rady ze spółką i jej otoczeniem. Nie jest to wcale łatwe. Lista wyłączeń jest długa. Nie spełnia więc, na przykład, wymogu niezależności były pracownik spółki albo były członek jej zarządu. Nie jest także niezależnym pracownik lub członek organu spółki powiązanej. Nie jest nim kooperant, pracownik banku finansującego spółkę, odbiorca lub dostawca. Nie jest nim specjalista, którego usługi można nabyć bez wprowadzania go do rady, jak doradca prawny albo podatkowy. Nie jest nim zwłaszcza krewny członka zarządu lub pracownika spółki, a także pracownika lub członka organu spółki powiązanej, albo liczącego się inwestora. Itd., itp.

Nie ma formalnych przeszkód, by wybrać do rady nadzorczej osobę lub osoby, które nie spełniają tych warunków, czyli są w jakikolwiek sposób powiązane ze spółką. Ale, po pierwsze, tacy członkowie rady nie będą mogli zająć w niej miejsc zarezerwowanych dla członków niezależnych. Po drugie, opinia publiczna, raz przebudzona, nie zamknie już oczu na takie praktyki. Krewni, powinowaci, podwładni i zależni wraz z długą listą innych zostali naznaczeni trwałym piętnem. Ich może to nie zaboli, ale inwestorów nawet bardzo. Kto wniesie pieniądze do spółki nadzorowanej po kumotersku?

W jednej kwestii polskie spółki nie są zgodne: czy posiadanie akcji nadzorowanej spółki dyskwalifikuje niezależnego? Statuty niektórych spółek stanęły na stanowisku, że posiadanie nawet jednej akcji przekreśla niezależność. Statuty innych spółek dopuszczają posiadanie przez niezależnego, lub podmioty powiązane z nim, limitowanego pakietu akcji, na przykład do 5% kapitału. Oponuję przeciwko obu tym rozwiązaniom; wolałbym trzecie, pośrednie. Bywają przecież na Zachodzie spółki, w których osoby zajmujące się zarządem lub nadzorem są wręcz zobowiązane do posiadania (lub nabycia w przepisanym terminie) pakietu akcji spółki. Podoba mi się takie rozwiązanie, wszak konia tuczy oko pańskie, nie furmańskie. Jeżeli członek rady nadzorczej, albo podmiot powiązany z nim, posiada mało znaczący pakiet akcji, nie uwłacza to w mojej opinii jego niezależności. Lecz aż 5% to jednak zbyt wiele, ponieważ tak znaczny pakiet może już przeważyć wynik głosowania.

Tekst został opublikowany 7 października 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.06.04 Kłopoty z niezależnością
2003.05.26 Dwa fotele z przesiadką

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *