Miejsce, gdzie się krzyczy [2003]

Wysokie płace menedżerów wymagają przyzwolenia akcjonariuszy. A co z przyzwoleniem społeczeństwa?

W jednym z filmów Woody Allen wyznaje, że jego ulubiona liczba to „dużo”. Podobne upodobania ma wielu menedżerów. Nie chodzi o zyski spółek, którymi zarządzają, a o płace, jakie pobierają. Zyski są takie sobie, o ile w ogóle są, za to płace rosną bez umiaru. Menedżerowie zarabiają dużo. Zdaniem wielu – skandalicznie dużo. Wysokość ich wynagrodzeń tylko pozornie jest sprawą między nimi a akcjonariatem. Tylko pozornie akcjonariat spółki może dysponować jej pieniędzmi, jak tylko mu się podoba. Na spółce ciąży bowiem odpowiedzialność wobec społeczeństwa, a społeczeństwo jest bardzo wrażliwe w kwestii płac menedżerów. Czy jednak można zmieścić je w ludowych kanonach sprawiedliwości, słuszności i prawości? Jest to co najmniej wątpliwe.

Przykładem jest przypadek Richarda Grasso, szefa nowojorskiej giełdy, który ustąpił w niesławie, kiedy ujawniono, że jego tegoroczne zarobki zamkną się kwotą ok. 140 milionów dolarów. Szeroko cytowana jest wypowiedź skarbnika Kalifornii, jakoby płaca Grasso była niegodziwie zawyżona, skoro przeciętny Amerykanin musiałby pracować na nią przez 5200 lat po 40 godzin tygodniowo. Jest to przykład skrajnej demagogii. Mniejsza, że gdyby skarbnik Kalifornii zapoznał się wnikliwie z sytuacją finansową jego własnego stanu, zapewne odeszłaby go ochota na komentowanie czegokolwiek. Mniejsza, że prezes nowojorskiej giełdy zapewne pracuje więcej, niż 40 godzin tygodniowo. Chodzi o to, że porównywanie zarobków prezesa giełdy, aczkolwiek nadmiernie wysokich, ze stawką godzinową przeciętnego Amerykanina nie ma żadnego sensu. Przeciętny Amerykanin nie zostanie prezesem giełdy. To jest praca dla osób nieprzeciętnych.

Skandal wcale nie polega na tym, że szef najważniejszej giełdy świata zarabia wielekroć więcej od przeciętnego Amerykanina. Rozpiętość między płacami pracowników i szefów wciąż rośnie. W roku 1980 prezes spółki przeciętnie zarabiał 40 razy więcej od swoich pracowników. Dzisiaj mnożnik wynosi 400. W przypadku największych spółek bywa on znacznie wyższy. Budzi to kontrowersje, często nie w spółce, ale wokół niej. Społeczeństwo niepokoi się spiralą plutokracji: rosnąca władza prezesów kreuje ich bogactwo, zaś bogactwo umacnia ich władzę, wyzwala ją spod nadzoru.

Skandal polega na tym, że wynagrodzenia menedżerów bywają ustalane przez ludzi od nich zależnych. Grasso miał znaczny wpływ na skład komisji do spraw wynagrodzeń, która w bieżącym roku przyznała mu aż 188 milionów dolarów. Zapewne prezes uznał, że przeciągnięto strunę, skoro sam zrezygnował z 48 milionów. Lecz jakże zwyrodniała jest sytuacja, w której prezes spółki decyduje o składzie rady nadzorczej, przed którą w założeniu odpowiada! Na całym świecie giełdy stawiają notowanym na nich spółkom wysokie, coraz wyższe wymagania dotyczące corporate governance. Zarazem same giełdy nie są matecznikami porządku korporacyjnego. Giełdy stanowczo domagają się, by w radach nadzorczych spółek przybywało członków niezależnych i rosło ich znaczenie. Lecz rady nadzorcze giełd niekoniecznie dają dobry przykład.

Cały współczesny świat zmierza w stronę corporate governance, ale nie wszystkie rynki zmierzają w tym samym tempie, ani nie wszystkie zmierzają do tego samego celu. Nie ukształtował się jeszcze powszechny standard w kwestii ujawniania wynagrodzeń menedżerów. Niektóre rynki przyjęły zasadę, że ujawniać trzeba jak najwięcej, z kwotami i szczegółami. Gdzieniegdzie stoi się na stanowisku, iż wystarczy ujawnić wysokość łącznych zarobków zarządu, a także rady nadzorczej; jest to praktyka minimalistyczna, na dłuższą metę nie do utrzymania. Zapewne najważniejsze byłoby odsłonięcie mechanizmów ustalania wynagrodzeń członków zarządu i rady nadzorczej, ale nie wszystkie spółki dopracowały się już mechanizmów na tyle przemyślanych i dojrzałych, by gotowe były je odsłaniać.

Spółkom powinny przyjść z pomocą giełdy. Stara francuska definicja głosi, iż giełda jest miejscem, gdzie się krzyczy. Wprawdzie większość giełd przeszła na system handlu elektronicznego, ale na NYSE wciąż zawiera się transakcje metodą „open–outcry”, czyli „na krzyk”. Dzisiaj technika pozwala na handlowanie po cichu. Krzyczeć należy w sytuacjach, kiedy na rynku dzieje się niedobrze, gdy naruszane są kanony corporate governance, co bardzo często prowadzi do pokrzywdzenia akcjonariusza. Współczesne giełdy oferują parkiet, na którym można mieszać papierami, ale nie oferują swoim rynkom ani dobrego przykładu, ani autorytetu.

Nowy, tymczasowy prezes NYSE zarobi na tej posadzie jeden dolar rocznie. Nie jest to przykład wart polecenia spółkom jako wzór do naśladowania. Muszą one same wypracować zasady wynagradzania swoich zarządów i rad nadzorczych. Nie wystarczy znaleźć dla tych zasad aprobatę w gronie akcjonariuszy. Trzeba także szukać aprobaty społeczeństwa. Wcale nie będzie to łatwe.

Artykuł został ogłoszony 6 października 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa. Wytłuszczenia współczesne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *