Mydlenie oczu [2002]

Niektóre wymogi, niby zmierzające ku zwiększeniu przejrzystości instytucji finansowych, nie mają sensu!

W interesie rynku leży przejrzystość jego uczestników. Zwłaszcza instytucji finansowych! Stawiamy im szczególnie wysokie wymagania, ponieważ w ich wypadku w rachubę wchodzą nie tylko pieniądze akcjonariuszy (gotowych ponosić ryzyko inwestycyjne), lecz nadto pieniądze klientów (niekoniecznie skłonnych do ryzyka). Wobec tego niektóre wymogi zmierzające ku zwiększeniu przejrzystości instytucji finansowej wydają się przyjazne dla klientów. Lecz jest to mydlenie oczu, z którego nikt nie ma korzyści, a jeszcze czasem klient, rzekomy beneficjent, za wszystko płaci.

Prawo bankowe wymaga od banków udostępnienia klientom m.in. bilansu z opinią biegłego rewidenta. Dokumenty te są wywieszane na bankowych tablicach ogłoszeń, tuż obok tabel wymiany starych znaków pieniężnych na nowe w toku zapowiedzianej denominacji złotego i innych nieaktualnych obwieszczeń i zarządzeń. Nie jest to może praktyka szkodliwa, ale nikomu nic ona nie daje. Ogłaszanie składu osobowego organów banku oraz jego bilansu z opinią biegłego rewidenta jest gestem zgoła pozornym, który wcale nie przyczynia się do zwiększenia przejrzystości rynku i bezpieczeństwa banku.

Założenie było słuszne i szlachetne: niech masy wiedzą, co dzieje się w banku. Niech lud pracujący miast i wsi, który składa w banku oszczędności, orientuje się w jego sytuacji. Niech klient prześwietli bank, jak bank prześwietla klienta. Rzecz w tym, że masy jeszcze nie potrafią ani czytać bilansu, ani wyciągać wniosków z opinii audytora. Co bardziej dociekliwy klient czasem podniesie raban, dlaczego kapitały zostały ujęte w pasywach: czy to oznacza, że bank je roztrwonił? Opinie rewidentów też nie są przez lud rozumiane, czemu nie dziwię się, bo politycy kreują dla ludu prostacki świat słów dosadnych, schamienia obyczajów, epitetów i insynuacji, natomiast język opinii jest starannie cieniowany, a poszczególne słowa są precyzyjnie ważone. Opinie czyta się zresztą przede wszystkim pomiędzy wierszami, ale do tego już trzeba niemałych kwalifikacji.

Wieloletnia praktyka w radach nadzorczych uświadamia mi dwie smutne prawdy. Po pierwsze, nawet wielu weteranów nadzoru nie potrafi czytać sprawozdań finansowych. Po drugie, nic w tym dziwnego, gdyż bilans niekoniecznie wyraża prawdę o spółce. Wartość księgowa niektórych aktywów często odbiega daleko od ich wartości rynkowej. Widziałem także bilanse dmuchane, a nawet pompowane. Znam sytuację, gdy renomowany audytor zaaprobował w pewnej spółce (nie chodziło o instytucję finansową!) bilans wykazujący zysk w wysokości blisko 2 milionów, a po krytycznych uwagach rady nadzorczej zgodził się na zaaprobowanie straty w wysokości blisko 7 milionów. Dowodzi to, ile bywają często warte opinie biegłych rewidentów.

Zgoła pozorne są także obowiązki informacyjne ciążące na towarzystwach funduszy inwestycyjnych. Zapewne mało kto studiuje płachty ogłoszeń o zmianach w statutach funduszy. Zmiany dotyczą jednego przepisu, lecz ogłasza się pełne teksty, różniące się od siebie nierzadko jednym zdaniem. Zajmuje to po 6–8 kolumn w weekendowych wydaniach dzienników. Ani klienci, ani rynek, nie mają z tego korzyści. Korzyści mają tylko wydawcy prasy, ponieważ gigantyczne ogłoszenia kosztują masę pieniędzy. Ostateczne koszty przedsięwzięcia i tak poniosą klienci funduszy inwestycyjnych.

Nie ruszę na krucjatę w sprawie zniesienia tego obowiązku, bo funduszom inwestycyjnym jest chyba z nim bardzo dobrze, skoro nawet nie próbują lokować swoich ogłoszeń w tańszych tytułach. Uważam jednak, że rozwiązaniem wystarczającym byłoby zamieszczenie w gazecie inseratu, że wymagane prawem ogłoszenia funduszy inwestycyjnych są dostępne na ich witrynach internetowych, a gdyby komu było tego mało, otrzyma je na żądanie przesyłką priorytetową. Albo kurierem. Nawet gdyby kurier dolatywał do każdego zainteresowanego złoconym helikopterem, przecież wypadnie taniej od dawania ogłoszeń do prasy. Tak skonstruowane obowiązki informacyjne instytucji finansowych nie służą pożytkowi społeczeństwa, tylko świętemu spokojowi nadzoru. Albowiem skoro klient może sam prześwietlać instytucje finansowe, to w razie czego sam będzie sobie winien.

Instytucje finansowe wywieszą wymagany kwit na szybie lub na tablicy ogłoszeń i są przekonane, że tym sposobem spełniły obowiązki informacyjne wobec rynku i społeczeństwa. Uważam jednak, że ich nie spełniają. Raporty roczne polskich instytucji finansowych są może bez zarzutu od strony rachunkowej, ale nie dorastają do światowego poziomu. Dotkliwie brakuje mi w nich oświadczeń dotyczących, jakie zasady corporate governance są przez spółkę przestrzegane, jakie zaś nie i dlaczego. Brakuje mi także wszelkich wartości merytorycznych w sprawozdaniach rad nadzorczych. Jeszcze napiszę o tym obszerniej.

Tekst ogłoszony 10 września 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *