Nadzór a moralność [2002]

Im więcej wymogów stawia się przed członkami rady, tym większe niebezpieczeństwo, że nadzór stanie się kastą.

W brytyjskich podręcznikach prawa spółek często przytaczany bywa kazus markiza Bute. Był on prezesem Cardiff Savings Bank. Miał ledwie sześć miesięcy, gdy odziedziczył tę funkcję po ojcu. Pełnił ją tytularnie przez 38 lat; raz nawet wziął udział w posiedzeniu. Stanął przed sądem w związku z wykryciem znacznych nieprawidłowości w polityce kredytowej banku. Sąd orzekł, że markiz za nic nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ o niczym nie wiedział. Sąd nie dopatrzył się przyczyn, dla których markiz miałby interesować się sprawami banku. Wszelako gdyby członkowie zarządów lub rad nadzorczych chcieli przywołać na swoją obronę przypadek markiza, niech wiedzą, że orzeczenie zapadło w roku 1892 i żaden angielski sąd nie uznaje go już za precedens.

W Polsce niemowlę nie może wejść w skład organu spółki, ponieważ do tych funkcji prawo dopuszcza jedynie osoby dysponujące pełną zdolnością do czynności prawnych, czyli pełnoletnie. Nie dziedziczy się prezesur ani miejsc w radach nadzorczych, niemniej niejeden inwestor umieszcza w organach spółki zdolną latorośl, żonę lub teściową równie wysoko kwalifikowaną, jak Marquis of Bute w niemowlęctwie.

Powszechnie sądzi się, że prawo nie wymaga szczególnych kwalifikacji od członków rad i zarządów spółek kapitałowych. Nieprawda: powinni oni przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru ich działalności. Kto nie dołoży wymaganej staranności, poniesie odpowiedzialność, a nie może dołożyć jej ten, kto nie ma przygotowania. Prawnicy są zgodni, że „objęcie stanowiska w spółce pomimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jej prawidłowego prowadzenia już jest naruszeniem wymaganej staranności”.

Od członków rady należy wymagać takiego wykształcenia i takich wiadomości, jakie są potrzebne do sprawowania funkcji. To różni nas od epoki markiza Bute. Przestrzegam jednak przed nadmiernym mnożeniem wymogów stawianych przed członkami rady, ponieważ im więcej wymogów, tym większe niebezpieczeństwo, iż nadzór z czasem przekształci się w kastę. Nie należy więc wymagać od nadzoru wykształcenia wyższego, ani kierunkowego. Nierzadko pracownicy wybierają do rady nadzorczej osoby bez wykształcenia. Wiele z tych osób chwalebnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, kreuje wartość spółki, wnosi do pracy nadzoru nieporównanie więcej, niż inni z dyplomami.

Spotkałem się z propozycją, by od członków rad nadzorczych wymagać także doświadczenia zawodowego, doświadczenia życiowego, ugruntowanej pozycji zawodowej i wysokiego poziomu moralnego. Zapewne wielu przyklaśnie takiego postulatowi. Budzi on jednak znaczne wątpliwości. Po pierwsze, doświadczenie zawodowe. O jakie doświadczenie tutaj chodzi? W jakim zawodzie zdobyte? Doświadczenie zawodowe miał zapewne prof. Tadeusz Trziszka, kierownik katedry technologii surowców zwierzęcych wrocławskiej AR, który metodą alotażu został mianowany przewodniczącym rady nadzorczej PZU Życie. Z wiadomym skutkiem.

Po drugie, ugruntowana pozycja zawodowa. W jakim zawodzie? Najbardziej ugruntowaną pozycję zawodową mieli członkowie rad nadzorczych FOZZ. W radach nadzorczych grupy PZU, Polisy, Universalu także migały gwiazdy. Po trzecie, doświadczenie życiowe. Zapewne, jak w znanej piosence, w rachubę wchodzą wyłącznie „mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach”. Wymóg doświadczenia życiowego premiuje weteranów kosztem młodych, często nieporównanie lepiej przygotowanych.

Po czwarte, wysoki poziom moralny. Wymaga go jeden z projektów dobrej praktyki spółek. Uważam to za przejaw hipokryzji. Dlaczego wysokiego poziomu moralnego oczekuje się u członka rady, a nie u członka zarządu? Dlaczego nie u akcjonariusza? Od członka rady nadzorczej nie warto wymagać więcej, niż od posła lub arcybiskupa, ponieważ wtedy większość nie sprosta ambitnym wymogom. Szanuję etykę biznesu, ale żyjemy w kraju, w którym uważa się, ze najlepiej ukraść pierwszy milion, a potem to już można być moralnym.

W trakcie dyskusji na temat braku porządku na walnych zgromadzeniach ktoś wystąpił z postulatem, by przewodnictwo zgromadzenia powierzać tylko adwokatowi lub radcy prawnemu, ponieważ jako członkowie korporacji zawodowych będą oni postępować zgodnie z etyką zawodową. Mam na ten temat całkiem inny pogląd: im bardziej zamknięta korporacja, tym wśród jej członków trudniej o wysoki poziom moralny.

Nie warto kreować wymogów, których nikt nigdy nie wyegzekwuje. Akcjonariusze i tak niezmiennie będą wybierać do rad osoby zaufane. W ogniu walki o wpływy w spółce zapomina się o postulatach w kwestii wykształcenia, doświadczenia, poziomu moralnego. Głosuje się na swoich. Dlatego korpus członków rad nadzorczych jest wciąż otwarty i płynny.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *