Niezależni: odrzut z importu [2003]

Dla kamuflażu maluje się członków rady w barwy niezależnych, które i tak spłyną z pierwszym deszczem. Pojęcie niezależnego członka rady nadzorczej pochodzi z obcych kultur korporacyjnych. Próbujemy importować je do Polski. Import wzbogaca, ale napotyka na bariery. Tym razem nie są to bariery celne, lecz intelektualne. Wprawdzie (jak mówił Heine) myśli są wolne od cła, ale nie wszyscy chcą myśleć krytycznie, więc niektórzy uporczywie krzewią szkodliwe stereotypy.

Jeden z nich głosi, że nie ma potrzeby wyróżniania niezależnych członków rady, ponieważ wszyscy wchodzący w jej skład winni reprezentować niezależny osąd. Drugi wywodzi, jakoby nikt z członków rady nie był niezależny, bo wszyscy biorą pieniądze. Nie wiadomo, czy takie uwagi płyną ze złej woli, czy z niewiedzy, przeto warto cierpliwie tłumaczyć, że chodzi o coś innego. Najlepiej byłoby rzecz całą wyjaśnić na dobrym przykładzie, lecz rodzimych przykładów brakuje. Owszem, w niektórych spółkach niby są niezależni członkowie rady nadzorczej, lecz chyba tylko na pokaz, bowiem radom bywa odbierany realny wpływ na wybór biegłego rewidenta.

Fałszywe stereotypy na temat niezależnych, a także fałszywi niezależni w niektórych radach nadzorczych to kwestie drugorzędne wobec faktu, że społeczność polskich inwestorów nie uświadamia sobie potrzeby niezależnych, za to powszechnie toleruje zjawisko ‘członków z ramienia’. Popełniono zasadniczy błąd dopuszczając istnienie w spółkach publicznych trzyosobowych rad nadzorczych. Trzy osoby (w dodatku przynajmniej) to może liczyć komisja rady nadzorczej do spraw audytu. W jej skład powinni wchodzić wyłącznie członkowie niezależni. Proszę mnie tylko nie pytać, gdzie to jest po polsku napisane. Nigdzie nie jest i nieprędko będzie. Kodeks spółek handlowych nie zna niezależnych członków rady; tyle dobrego, że ich nie zabrania. Nie zna także komisji rady, więc też ich nie zabrania. Wyrasta on z dziedzictwa XIX niemieckiej myśli prawniczej, a niezależni i komisje rady to nowoczesne wzory anglosaskie. Natomiast przyjęte przez giełdę zasady dobrej praktyki dotyczą wielu kwestii, lecz nie zajmują się problematyką komisji rad nadzorczych.

Niezależnym wcale nie jest ten, kogo inwestorzy pomalują w barwy niezależnego, bo prawda o nim i tak wyjdzie na jaw w obliczu pierwszego konfliktu. Niezależnym jest w istocie ten, kto został wyposażony w szczególne uprawnienia, jakie nie przysługują pozostałym członkom rady. Chodzi przy tym o uprawnienia rzeczywiste. Nie wystarczy przepisem statutu przyznać niezależnemu prawo żądania zwołania posiedzenia rady, skoro prawo to z mocy kodeksu przysługuje wszystkim członkom rady. Na łamach Gazety Bankowej zwracano już uwagę (Jacek Siwicki, Jerzy Krok), że wprowadzaniu do rad rzekomo niezależnych członków rady nierzadko towarzyszy wyprowadzanie z rady prawdziwych kompetencji.

Spółki mogłyby odważniej wprowadzać niezależnych członków rad nadzorczych, lecz skoro prawo obowiązujące w ogóle nie zna takiej instytucji – nie bierze jej w ochronę. Jeżeli są w radzie nadzorczej członkowie niezależni, bardzo łatwo pozbyć się ich z rady. Wystarczy przeprowadzić wybór jednego choćby członka rady w drodze głosowania oddzielnymi grupami, by mandaty członków niezależnych wygasły przedterminowo. W dodatku niezależny członek rady jest z racji swoich szerszych kompetencji bardziej narażony na odpowiedzialność cywilną, a w Polsce nie ma zwyczaju ubezpieczenia jej.

Ustawodawca uwierzył, że instrumentem ochrony mniejszości będą członkowie rady wybierani przez oddzielne grupy i przez nie delegowani do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru, co często uwiera większość. Ustawodawca dotąd nie uwierzył, by niezależni mogli umiejętnie ważyć racje i większości, i mniejszości, a przede wszystkim – spółki. Nic w tym dziwnego, skoro polskie prawo faworyzuje skrajnie partykularne racje pracowników kosztem dostarczycieli kapitału. Kreuje ono nadto założenie, że wszyscy z członków rady będą działać w interesie spółki, a nie akcjonariuszy, którzy każdego z nich przepchnęli do rady nadzorczej, by strzegli w niej ich interesów, nawet partykularnych, nawet sprzecznych z interesem spółki. Już lepszy romantyzm idei niezależnych członków rad nadzorczych, niż bezsilny idealizm prawa.

Nie toczmy sporów o to, ilu ma być w radzie niezależnych. Nie narzucajmy spółkom żadnych kwot. Albowiem nie wszystkie spółki naprawdę potrzebują niezależnych w liczbie przekraczającej połowę składu rady. Niekiedy więcej dokona jeden rzeczywiście niezależny, wyposażony w mocne uprawnienia i umiejętnie z nich korzystający. Niech przeto statuty spółek jasno określą zakres kompetencji oddanych niezależnym. Niech także określą kryteria, jakie niezależni winni spełniać. Będą one różne w różnych spółkach, ponieważ każda jest inna, ma inny akcjonariat, działa też w odmiennym otoczeniu. Dobrej praktyki nie wcieli się w życie ciasnymi schematami.

Tekst został ogłoszony 23 czerwca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także:
2014.04.30 Niezależność jest publiczna
2003.03.31 O jeden most za daleko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *