Nowoczesna komedia

Uważa się, jakże niesłusznie, że corporate governance to dyscyplina świeża, bez dorobku, historii, kultury. Otóż nic podobnego! W literaturze polskiej najstarszy znany mi przyczynek do tematu związanego z corporate governance to Kordian, młodzieńcze dzieło Juliusza Słowackiego. Kto je przeczyta uważnie, odkryje niezwykły fragment i zaduma się nad podobieństwem opisanej w dramacie sytuacji do głośnej afery Enronu… Jak manipulować walnym zgromadzeniem opisał John Galsworthy w Sadze Rodu Forsyte’ów; kiedyś przypomniałem ten epizod. Kontynuacją Sagi, powieści niezmiernie poczytnej i nagrodzonej Noblem, jest Nowoczesna Komedia, której akcja rozgrywa się w jakże odmienionej Wielkiej Brytanii w latach 1922 – 1926. I ten utwór rozwija ciekawy wątek związany z corporate governance.

Otóż Soames Forsyte, szanowany prawnik, solicitor [ów osobliwy termin bywa przekładany jako radca prawny, lecz w istocie jest nieprzekładalny], wszedł do rady dyrektorów zakładu ubezpieczeń o nazwie Towarzystwo Premiowo-Asekuracyjne Prowidencja. Stanowisko zawdzięczał wpływom teścia swojej córki Fleur, baronetowi Montowi. Zarabiał tam tysiąc funtów rocznie, lecz w radzie czuł się nieswojo. Rychło odkrył, że „całym tym kurnikiem” rządzi niepodzielnie naczelny dyrektor, niejaki Elderson, który forsował budzące niepokój Soamesa ubezpieczenia zagraniczne. Lecz sir Lawrence Mont ufał Eldersonowi. Po pierwsze, dziadek dyrektora pracował dla dziadka baroneta. Po drugie, baronet znał dyrektora od niepamiętnych czasów, byli razem w szkole w Winchester. Soames odnosił wrażenie, że wszyscy dyrektorzy byli razem w Winchester, a przy tym „byli wszyscy tak niezmiernie szanowni, że nie śmieli kontrolować się wzajemnie lub krytycznie oceniać wspólną politykę finansową. Więcej niż błędów lub oszustw obawiali się pozorów wzajemnego niedowierzania”. Kompania ta, niby uczciwa, przecież była niedbała w wykonywaniu swoich obowiązków, żaden z nich nie oddawał się całkowicie sprawie, więc perspektywa odpowiedzialności finansowej – wprawdzie bardzo odległa – szarpała Soamesowi nerwy.

Reasekuracja ubezpieczeń zagranicznych dotknięta była ryzykiem kursowym. Rada nie miała pojęcia o zarządzaniu ryzykiem. Soames opowiadał się za tworzeniem rezerw, inni chcieli dywidendy. Pracownik zakładu ubezpieczeń (dzisiaj zostałby nazwany whistleblowerem) powiadomił Soamesa, że naczelny dyrektor pobiera nielegalne prowizje od niemieckich interesów. Marka niemiecka spadła. Elderson uciekł z kraju. Mont chciał zatuszować skandal. Nie on jeden zresztą. Członkowie rady obawiali się utraty dyrektorskich pensji. Sprawę postawiono na walnym zgromadzeniu. Puszczona na żywioł, przybrała nieprzyjemny obrót. Gniew akcjonariuszy obrócił się przeciwko Soamesowi: to on pierwszy (i jedyny) nabrał podejrzeń, lecz jaki z tego pożytek? Jeszcze obsmarowano go w prasie: że zawikłany w sprawę, że nie miał zamiaru się tłumaczyć, że złożył rezygnację.

Jak było, wie tylko czytelnik. W obliczu akcjonariatu nie wystarczy mieć rację, trzeba umieć walczyć o poparcie, a nie obrażać się. Soames wierzył, że ubezpieczenia nalezą do tych niewielu interesów na świecie, które można i trzeba prowadzić bez żadnego ryzyka. „Pech albo szczęście nie istnieje w dobrze prowadzonym towarzystwie asekuracyjnym”. Lecz w zderzeniu z inercją kolesiów z rady dyrektorów, klasycznych ornamentariuszy – przegrał.

 

Czytaj także: 2010.09.09 Saga Forsyte’ów trwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *