Od orleanistów do orlenistów

Twórczym wkładem naszych liderów związkowych do intelektualnej skarbnicy ludzkości jest idea dziedziczenia etatów w korporacjach wyróżniających się ponadprzeciętną wysokością średniej płacy. Uczeni próbują ustalić, czy owa niepospolita koncepcja została ukuta w kopalniach węgla kamiennego, czy w Orlenie lub KGHM. Dała ona asumpt masowym wystąpieniom pracowniczym na rzecz lepszego jutra i pojutrza. Miała Francja orleanistów, my mamy orlenistów.

Na pierwszy rzut oka myśl nie wydaje się nowa. Z ojca na syna przechodziło papiestwo, biskupstwa, korony i mitry, ordynacje, tytuły, przywileje. Sam pisałem w tym miejscu (16 listopada 2010 r.) o przypadku trzeciego markiza Bute, który będąc sześciomiesięcznym brzdącem odziedziczył stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów Cardiff Savings Bank. Pełnił je 38 lat; raz nawet Jego Łaskawość udział w posiedzeniu wziąć raczył. Lecz dziedziczenie korony lub zaszczytu to coś innego, niż etatu. Od tego ostatniego warto odróżnić także dziedziczenie zawodu. Zawody, jak wiadomo, powszechnie dziedziczą lekarze, profesorowie uniwersyteccy, prawnicy. Jestem którymś tam prawnikiem w linii prostej, a w kancelarii adwokackiej mojego syna wiszą na ścianach zdobyte na Allegro paradne akty notarialne z kancelarii pradziadka. Wszelako dziedziczenie zawodu wymaga predyspozycji i pracy nad sobą, zdobycia wykształcenia, zaś dziedziczenie etatu jest prostsze: latorośl zostaje zatrudniona z automatu.

Zasad dziedziczenia etatów nie można jednak puścić na żywioł. Wskazana jest głęboka reforma prawa spadkowego. Dziedziczyć można, jak wiemy, z ustawy lub testamentu. Dziedziczenie ustawowe byłoby proste, gdyby etat przechodził z ojca na jedynego syna. Lecz co począć, gdy pretendujących do etatu synów jest kilku? Dzielić etat między uprawnionych, czy zgodnie z primogeniturą powierzyć go najstarszemu? Obciążyć dziedzica obowiązkiem spłaty pominiętych, czy darować sobie? A co z córkami, pasierbicami, potomkami in vitro? Czy bruzda wykryta przez księdza profesora z UJ przeszkadzałaby w zatrudnieniu? Wszak dziedziczone etaty byłyby wiekuiste. Zamkną kopalnię, bo nierentowna, albo zaleje ją woda, albo wyczerpane będą złoża, pozostaną natomiast etaty pracownicze i związkowe. Ciekawe, komu będą zgłaszane żądania podwyżek?

Bardziej skomplikowane będzie dziedziczenie testamentowe. Moi przodkowie po mieczu i kądzieli zwykli uposażać swoją ostatnią wolą także instytucje kościelne, parafie bądź zakony. W przypadku złożenia zapisu etatu na rzecz parafii należy ustalić, kto stawi się do pracy: wikary, czy może sam proboszcz dobrodziej, skuszony wysokim wynagrodzeniem. Ale sprawa zagmatwa się w przypadku zakonu – załóżmy, że żeńskiego – objętego rygorem klauzury: siostrzyczki nie mogą opuszczać murów klasztoru, miałybyż wynająć pracownika? Co w sytuacji, jeżeli pracownik powoła do spadku instytucję dobroczynną? Czy uchwalić lex Owsiak, ograniczające liczbę dziedziczonych etatów do jednego? Gdybyśmy omieszkali to uczynić, na poczciwego dyrygenta Wielkiej Orkiestry spaść mogłaby lawina zapisów. Jak rozplątać materię zachowku dla niezdolnej już do pracy wdowy? Jak postąpić, gdy etatem zostanie uposażone małoletnie dziecię: czy dać mu możliwość wydzierżawienia przypadającego mu etatu, czy na czas dojścia do pełnoletniości wygasić etat, a może i działalność zakładu pracy? I co począć, gdy powołany do spadku odrzuci go?

Wyobraźmy sobie kłopoty działu HR: oto do pracy zgłasza się spadkobierca, któremu w podziale spadku przypadło 2.463/48.579 części (słownie: dwa tysiące czterysta sześćdziesiąt trzy czterdziestoosśmiotysięcznychpięćsetsiedemdziesiątychdziewiątych). Czy podzielić etat na tyleż cząsteczek? Czy przeprowadzać komasację etatów, jak na wsi komasuje się grunty? Czy napuścić lekarza medycyny pracy, by w takich przypadkach na wszelki wypadek orzekał o niezdolności do pracy? Czy może samemu się zastrzelić?

Nawet po pomyślnym rozwiązaniu wspomnianych dylematów pozostaną trudne aspekty podatkowe. Miałbyż powołany do spadku płacić podatek od spadków i darowizn, skoro dochody z pracy zostaną objęte podatkiem od dochodów osobistych? Fiskus zapewne okaże apetyt na obie daniny, spadkobiercy pójdą do Strasbourga, prawnicy zarobią. W ten sposób z całego zamieszanie wyniknie jakiś pożytek.

Tekst ogłoszony 8 grudnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *