Odwołanie na puszczy [2001]

Nieważne, z jakiego powodu dochodzi do odwołania. Liczy się tylko powód rezygnacji.

O zmianach w radzie nadzorczej najczęściej decydują zmiany struktury własnościowej spółki, o zmianach w zarządzie – wyniki, ale nie zawsze zachodzi potrzeba ujawniania tych powodów. Ostatnio jeden z dzienników ogłosił, że z foteli prezesów spółek giełdowych odeszło tylko w tym roku 69 osób, a kilku innych prezesów pakuje już manatki. Nic w tym dziwnego. Kryzys odsłonił wartość zarządów. Wokół tych zmian dochodzi do mnóstwa nieporozumień. Korygowanie ich przypomina wołanie na puszczy. Nikt nie słyszy, nikt nie reaguje. Wołam więc wszem i wobec: nie ma potrzeby publicznego ogłaszania powodu odwołania, nawet jeżeli może dojść do niego wyłącznie z „ważnych” powodów. W zasadzie rada nadzorcza nie jest obowiązania komunikować powodu (lub powodów) odwołania odwołanemu członkowi zarządu. Walne zgromadzenie nie jest obowiązane komunikować powodu odwołania odwołanemu członkowi rady.

Z odwoływaniem z zarządu i rady jest jak z biciem żony przez górala: już tam ona sama dobrze wie, za co obrywa. Uczestniczyłem w podejmowaniu wielu trudnych decyzji kadrowych i wiem, że odsłonięcie ich podłoża może wyrządzić spółce wiele szkody. Milczenie bywa złotem także dla odwołanych. Niekiedy spółka wyjaśnia powód odwołania mimochodem, przekazując do publicznej wiadomości, że sprawę byłego prezesa (albo całego zarządu) skierowano do prokuratury. Niekiedy spółka publicznie rozgłasza powód, a nawet powody, rozstania się z członkiem zarządu. W jednej ze spółek giełdowych ostatni (najmniej ważny?) spośród pięciu ogłoszonych powodów odwołania członka zarządu–dyrektora finansowego dotyczył „nieprawidłowości w zarządzaniu finansami spółki”. Mimo takich komunikatów, a także równie tragicznych wyników, spółka jeszcze istnieje.

Wołam też wszem i wobec: niech odwołani nie podnoszą wrzasku. Nikt jakoś nie protestuje, kiedy go powołują. Dlatego wątpię, czy wypada protestować z powodu odwołania. Kiedyś Andrzej Olechowski surowo skarcił ministra, że odwołanie go z rady nadzorczej to „decyzja nieuzasadniona i dla banku szkodliwa”. Otóż minister nie musiał decyzji uzasadniać, jak nie musiał reagować na publiczne połajanki zainteresowanego. W odróżnieniu od członka zarządu, członek rady nadzorczej nie ma umowy o pracę lub zarządzanie.

Wołam na puszczy, że rada nadzorcza może odwołać prezesa lub członka zarządu (chyba że statut stanowi inaczej), może zawiesić go (z ważnych powodów) i na jego miejsce czasowo delegować kogoś ze swojego grona, lecz nie może delegować członka rady, nawet na krótko, na miejsce wakujące z powodu odwołania, śmierci lub rezygnacji. Byłoby to naruszeniem prawa skutkującym nieważnością czynności podjętych przez zarząd z udziałem kaduka – bo tylko tak można nazwać członka rady delegowanego na miejsce kogoś, kogo nie ma. Takiego numeru nie było nawet w Elektromisie (nie mylić z Elektrimem).

Wołam na puszczy: nie można odwołać kogoś, kto nie pełni funkcji! Odwoływanie kogoś „z powodu zakończenia kadencji” lub „złożenia rezygnacji” to proceder niebezpieczny: co stanie się, gdyby taka uchwała nie została przyjęta? Może ktoś jeszcze wpadnie na pomysł odwoływania „z powodu śmierci”? Większością ¾ głosów… Podobnie jak odwołanie i śmierć, rezygnacja skutkuje wygaśnięciem mandatu. Podobnie jak śmierci, nie można jej cofnąć. Odmiennie niż śmierć, warto ją uzasadniać. Gdyby bowiem rezygnacja z zarządu lub rady nadzorczej naraziła spółkę na szkodę, składający rezygnację może ponieść odpowiedzialność za tę szkodę.

Od odpowiedzialności można się uchylić tylko dwojako. Albo pełniąc funkcję w nieodpłatnie, albo motywując rezygnację „ważnym” powodem. Jestem przeciwko nieodpłatnemu sprawowaniu funkcji. Po pierwsze, bez wynagrodzenia trudno należycie przyłożyć się do pracy. Po drugie – źle, jeżeli członek zarządu lub rady nadzorczej może czmychnąć z funkcji, kiedy mu się spodoba, nawet kosztem szkody wyrządzonej spółce. Spółka nie musi ogłaszać powodu rezygnacji. Nawet nie powinna go ogłaszać, jeżeli składający rezygnację poprosi o dyskrecję. Szkodę najłatwiej wyrządzić nie samą rezygnacją (bo któż jest niezastąpiony?), ale zatajeniem jej powodu. Wtedy opinia publiczna może powziąć podejrzenie, że w spółce dzieje się źle; natomiast jeżeli wie o tym, może przypuszczać, że w spółce dzieje się jeszcze gorzej, niż dzieje się naprawdę.

Utarło się w wielu krajach, że osoba powołana w skład zarządu lub rady nadzorczej z góry wręcza prezesowi (lub przewodniczącemu) niedatowany dokument zawierający rezygnację ze stanowiska. Jak ów ktoś przestanie się podobać, wpisze się datę, ogłosi jego rezygnację i już. Ponieważ w Polsce brak umotywowania rezygnacji „ważnym” powodem rodzi odpowiedzialność, przeto przestrzegam przed taką praktyką.

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *