Oparcie fotela [2000]

Polityk w radzie nadzorczej nie chroni spółki przed polityką, lecz wikła ją w politykę.
Przewodniczący rady nadzorczej jednej ze spółek giełdowych ogłosił o zamiarze ubiegania się o urząd prezydenta. Niebawem zapowiedział, jak w związku z tym potraktuje swoje rozliczne zajęcia: „Z wszystkich zrezygnuję. Do końca kwietnia z niektórych, a wraz z oficjalnym zarejestrowaniem kandydatów, z wszystkich”. Śladem deklaracji politycznej poszła więc zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z przewodniczenia radzie jednej z najważniejszych polskich spółek – Banku Handlowego.

Można rozpatrywać tę zapowiedź przez pryzmat polityki. Praktyka była dotychczas odmienna. Kandydowali więc na prezydenta piastuni stanowisk państwowych, jak Prezes Rady Ministrów, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego i Prezes NBP. Stanowisk nie złożyli. Postąpił tak tylko premier, acz dopiero po klęsce wyborczej. Utarła się praktyka, że sprawowanie ważnego urzędu nie przeszkadza w ubieganiu się o inny. Jest to praktyka zła, ale nie o niej piszę.

Na sprawę można spojrzeć także przez pryzmat potrzeby ukształtowania zasad porządku korporacyjnego. Istnieje taka potrzeba. Skoro na rynku idzie o pieniądze, normy postępowania winny być jednoznaczne. Prawo jest w tej kwestii lakoniczne. Precyzuje obowiązki i uprawnienia nadzoru spółek, ale nie mnoży zakazów. Nawet zakaz konkurencji (czyli zajmowania się bez zezwolenia spółki interesami konkurencyjnymi, bądź uczestniczenia w spółce konkurencyjnej w charakterze wspólnika jawnego lub członka władz), bezwzględny wobec członków zarządu spółki akcyjnej, jedynie wyjątkowo dotyczy członków organu nadzoru. „Prezesa” rady nadzorczej kodeks handlowy wspomina raz tylko, mimochodem, w związku z otwarciem obrad walnego zgromadzenia. Funkcję ująłem w cudzysłów, ponieważ w większości statutów pracami rady nadzorczej kieruje „przewodniczący”, natomiast „prezes” kieruje zarządem. O nim kodeks nie wspomina wcale.

Również praktyka niewiele wyjaśni. Członkowie rad nadzorczych, w tym ich przewodniczący, to często osoby aktywne, prowadzące bogatą działalność na rozmaitych niwach. Jest to zjawisko powszechnie uznane za dopuszczalne. Aspirant do urzędu prezydenta też pełni wiele różnych obowiązków. Rozwija nadto, jak kiedyś powiedział, „dobry portfel zamówień na doradztwo”. Obecnie nie łączy praktyki na rzecz podmiotów prawa handlowego z funkcjami publicznymi. Łączył ją w swoim czasie, jako minister spraw zagranicznych i przewodniczący rady nadzorczej Banku Handlowego jeszcze przed jego prywatyzacją. Z tego powodu trafił na listę Cimoszewicza (nie mylić z listą Macierewicza), plon akcji „Czyste ręce” (1994).

Z prawnego punktu widzenia lista Cimoszewicza budziła wątpliwości. Nie rozproszył ich sam Sąd Najwyższy. Dzisiaj Bank Handlowy jest prywatny. Zmienia się w nim struktura własności, rozstrzyga się jego przyszłość. Ma w tym spory udział polityka. Nie przez bank uprawiana, lecz wokół niego i na jego szkodę. Przewodniczący rady rozciągał nad bankiem parasol swojego autorytetu (lub wyobrażał sobie, że tak czyni), by osłonić go przed polityką. Sam, będąc osobą publiczną, postrzegany jest jako polityk o wyjątkowych ambicjach. Zapowiadając zgłoszenie swojej kandydatury na urząd prezydenta, zamyka ten parasol. Zapewne ma świadomość, że nie ochronił nim banku.

Nieuchronnie rodzi się pytanie o rolę polityków w organach spółek prawa handlowego. Czy są oni w stanie wesprzeć spółkę, czy szkodzą jej w gruncie rzeczy? Czego naprawdę potrzebuje spółka: wsparcia politycznego, czy raczej przejrzystości, tak miłej inwestorom? Inwestor ma pieniądze i związane z nimi interesy, a jeżeli ma poglądy polityczne, to trzyma je w innej kieszeni. W jego interesie leży zatem, by nie wikłano spółki w politykę. Ostatnio polityka zaszkodziła kilku polskim bankom, a w ślad za tym polskiemu rynkowi. Polityk w radzie nie jest piorunochronem, gdyż polityczne gromy ściąga nie na siebie, a na spółkę. „Odcinając przeszłość grubą linią” – należy powitać z uznaniem zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z organu spółki publicznej. Odbędzie się to z korzyścią dla niego, dla spółki, a także dla rynku, gdyż stworzy ważny precedens. Oby!

O tym, że spółki trzeba oddzielić od polityki, świadczy postawa prezesa Rafinerii Gdańskiej. Oznajmił on, że nie ubiega się o kolejną kadencję, ponieważ w państwie zdominowanym przez jeden ze związków zawodowych niezbędne jest posiadanie silnego oparcia politycznego, a on go nie ma. Lecz czy polityka jest oparciem fotela, czy raczej fotel daje oparcie politykowi? Natomiast prezes NIK i minister koordynator służb specjalnych zapewne siedzą na taboretach, ponieważ deklarują apolityczność. Akurat oni.

Tekst został ogłoszony 3 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *