Parowanie i znikanie

Ryzyko inwestycji w papiery wartościowe często obrazowałem słowami piosenki śpiewanej przez Korę: „falowanie i spadanie”. Lecz pojawiły się nowe postacie ryzyka, które można określić słowami „parowanie i znikanie”. Nie chodzi o to, ze kurs akcji spadnie, lecz o to, że akcje znikną. Polski inwestor po raz pierwszy przeżył taka przygodę wiosną ub.r., kiedy zniknęły akcje CECD. Pod tym skrótem kryła się Central European Distribution Corporation; środkowo-europejska tylko z obszaru działania i nazwy, ponieważ spółka zarejestrowana była w USA, w stanie Delaware, więc działała na tamtejszym prawie. Wszystkie jej aktywa przejął rosyjski inwestor, akcje zarejestrowane w KDPW i dopuszczone do obrotu na GPW zostały „anulowane”. Wcześniej spadały ostro, były już mało warte, ale jeszcze można było próbować sprzedać je choćby za grosze, by w zeznaniu podatkowym za ubiegły rok odliczyć stratę. Teraz już nie można jej wykazać.

CECD zajmowała się produkcja alkoholi, które – wiadomo – parują w trakcie leżakowania. Ubytek dochodzi do 30% pierwotnej zawartości beczki. Zjawisko to nosi nazwę anielskiej doli, angels’ share. Pod takim tytułem nakręcono niezły film wyświetlany w Polsce jako „Whisky dla aniołów”. W przypadku CEDC nie było aniołów. Nie byli aniołami dyrektorzy, nie jest aniołem właściciel Roust Trading, który przejął biznes z pokrzywdzeniem dotychczasowych akcjonariuszy. Nikt nie uprzedzał polskich inwestorów, że grozi im ryzyko wyparowania akcji. Nie ma znaczenia, że zainwestowali w papiery producenta alkoholi, przed czym przestrzega doktryna inwestowania społecznie odpowiedzialnego (socially responsible investing, SRI). Otóż niedawno podobny los spotkał notowane na GPW akcje poprawnego z punktu widzenia SRI słoweńskiego banku – Nova Kreditna Banka Maribor – które zostały anulowane przez Bank Słowenii. Też falowały, spadały, ich wartość parowała – aż zniknęły z portfeli i nawet straty nie można odliczyć.

W obu przypadkach inwestorzy zgodzili się przyjąć na siebie ryzyko obcego prawa, którego w dodatku nie znali. Właściwe dla obu przypadków systemy prawne nie gwarantują adekwatnej do znanej z polskiego prawa ochrony inwestora. Pamiętam, kiedy do notowań na warszawskiej giełdzie aspirowała w 2002 r. International Trading and Investments Holding SA Luxembourg, spółka będąca właścicielem m.in. telewizji TVN. Przestrzegałem polskich inwestorów, że w statucie ITI występują rozwiązania nieznane polskiemu prawu, obce lokalnej praktyce rynkowej. Podnosiłem, że ustrój spółki działającej na prawie luksemburskim nie przewiduje znanych nam instrumentów ochrony akcjonariuszy mniejszościowych, ponieważ tamtejszy rynek wyrósł z kultury inwestorów instytucjonalnych. Lamentowałem, że walne zgromadzenia odbywają się według odmiennej procedury, w obcym języku, w Luksemburgu. Energiczna pani z rady dyrektorów podnosiła, że do Luksemburga latają samoloty, więc akcjonariusz może wybrać się na walne zgromadzenie. Marii Antoninie czarna legenda przypisała równie ciekawą wypowiedź, że kto nie ma chleba – niech je ciastka. Z tą różnicą, że królowa Francji tego nie powiedziała. Historia pokazała, że w tym wypadku nie groziło nam parowanie i znikanie kapitału, lecz ITI na GPW nie weszła, natomiast później weszła TVN, co było rozwiązaniem doskonałym.

Wspomniane ryzyko dotyka akcjonariuszy wszystkich notowanych na GPW spółek działających na obcym prawie, lecz proszę nie traktować tego przypomnienia jako złowieszczej wróżby, ze zostaną oni wyzuci ze stanu posiadania po zdradzieckim anulowaniu wartości ich papierów. Obok ryzyka obcego prawa w gospodarcze występuje także ryzyko obcego rynku, mniej przewidywalnego niż rodzimy; doświadczyła tego spółka LPP, której na Cyprze zamrożono część aktywów. Kredytobiorcy znają jeszcze ryzyko kursowe, gdy puchnie kredyt zaciągnięty w obcej walucie, a spłaty kolejnych rat nie zmniejszają stanu zadłużenia. Niektórzy z zadłużonych we frankach szwajcarskich domagają się od banków zmiany warunków umów kredytowych. Krytycznie do udzielania przez banki kredytów walutowych odnieśli się już przed dekadą znani bankowcy: Jacek Kseń – wówczas prezes Banku Zachodniego WBK i Jan Krzysztof Bielecki – wówczas prezes Banku Pekao. Otwarcie nazwali taką praktykę nieetyczną. Znaleźli się w mniejszości i niebawem opuścili stanowiska.

Akcjonariuszu, inwestorze, kredytobiorco: kiedy część twojego kapitału wyparuje, czasem sam jesteś temu winien, bo nieopatrznie przyjąłeś na siebie nadmierne ryzyko, skacząc w nieznane. Czasem ktoś wprowadził cię w błąd, oskubał, oszukał. W żadnym wypadku nie dopatruj się w tym roboty aniołów. One najwyżej upiją z beczki swoją dolę wina albo szkockiej, co jest zajęciem poczciwym.

Czytaj także: 2002.06.24 Na prawie luksemburskim

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *