Pochwała likwidacji [2000]

Lepiej rozwiązać spółkę, niż doprowadzić ją do upadłości, chociaż ogół uważa inaczej!

Spółki wcale nie są wiekuiste. Jedna zostanie przejęta przez drugą, trzecia upadnie, czwarta ulegnie rozwiązaniu z woli akcjonariuszy. W Polsce spółki często upadają. O wiele rzadziej dochodzi do rozwiązania spółki po przeprowadzeniu likwidacji. Upadłość jest nieodmiennie niekorzystna dla akcjonariatu. To istna katastrofa. Rozwiązanie – to w najgorszym razie tylko niepowodzenie. Akcjonariusze nie tracą wszystkiego. Niekiedy nawet zyskują na takiej operacji.

Proporcja spółek upadłych do spółek rozwiązanych z woli akcjonariuszy jest miarodajnym świadectwem stopnia rozwoju kultury biznesu. Im ta kultura wyżej rozwinięta, tym rzadziej spółka upada na szkodę akcjonariatu. Tym częściej dochodzi natomiast do rozwiązania spółek, które spełniły swój cel, lub którym się nie powiodło. Ważne, by likwidacji tych pierwszych nie wszcząć za wcześnie, natomiast tych drugich – za późno. W Polsce upadłość spółki nie budzi szczególnych emocji. Jesteśmy z nią oswojeni. Niektóre spółki wręcz po to zostały zawiązane, by upaść z pokrzywdzeniem wierzycieli i udziałowców lub akcjonariuszy, kiedy tylko narobi się długów i wyprowadzi aktywa. Odpowiedzialność cywilna i karna członków władz spółek jest iluzoryczna. Nie ściga się ich skutecznie. Opinia publiczna jest skłonna wiele wybaczać bankrutom.

Za to zamysł rozwiązania spółki z woli akcjonariuszy, nawet uzasadniony czy to ich interesem, czy sytuacją przedsiębiorstwa spółki, czy jednym i drugim pospołu, często budzi zaciekłe sprzeciwy. Opinia publiczna niestety nie wspiera przedsiębiorców, którzy zawczasu likwidują spółki, by uchronić je przed upadłością. Chętnie wybacza natomiast nieobyczajne protesty, podejmowane rzekomo w imię ochrony miejsc pracy. Ale jak długo można je sztucznie podtrzymywać?

Czytam relację prasową z walnego zgromadzenia zwołanego w celu powzięcia uchwały o otwarciu likwidacji huty w Gliwicach. Związkowcy przybyli tłumnie. Z taczką, plakatami, kijami od szczotek, świńskim ryjem dla prezesa huty, łbem cielęcym dla pełnomocniczki głównego inwestora. Łebskie chłopaki. Smród, wrzaski. Dla mnie to nic nowego.

Przewodniczyłem radzie zakładów mięsnych w Łodzi. Spółka miała fatalne wyniki. Niewiele brakowało, by upadła. Udało się ją w końcu skierować do likwidacji. Z korzyścią dla akcjonariuszy (acz akcjonariusze-pracownicy byli innego zdania). Opór był niesłychany. Wybuchł konflikt, który przerósł spółkę i zataczał coraz szersze kręgi. Włączył się zarząd regionu, podsycając emocje załogi. Włączyła się pani senator, profesor ekonomii, by wykorzystać wiecujący tłum dla swojej kampanii wyborczej (mówiła: „Wprawdzie spółka przynosi same straty, lecz ma wspaniałą załogę, więc muszą się znaleźć pieniądze na podtrzymanie produkcji”). Włączyło się ministerstwo. Ponadto wojewoda, władze miasta, doradcy związku, wierzyciele, urząd skarbowy. Zarząd nocą umknął wiecownikom przez okno po drabinie.

Rada nadzorcza, przyznaję, miała na sumieniu wiele błędów, ale odnalazła się w kryzysie. Wyznaczyła spółce nowy zarząd. Trzeźwo oszacowała szanse przetrwania przedsiębiorstwa spółki. Doraźnie zapobiegła upadłości (a straty rosły co miesiąc o milion i brakowało płynności). Zjednała akcjonariuszy do rozwiązania spółki po przeprowadzeniu likwidacji. To ostatnie było najtrudniejsze. Uchwałę o otwarciu likwidacji mógł zablokować Skarb Państwa. Długo wyważał swoje stanowisko. Na jednej szali leżała pokusa spokoju społecznego. Na drugiej – perspektywa podziału pomiędzy akcjonariuszy sporego jeszcze majątku, pozostałego po zaspokojeniu wierzycieli.

Nierzadko akcjonariat kieruje się raczej obawą przed wiecującym tłumem, niż chłodną kalkulacją, co się w danej sytuacji opłaca. Pod presją opinii publicznej woli dopuścić upadłość, aczkolwiek niekorzystną dla siebie i załogi, lecz łatwo wybaczalną, niż likwidację, korzystną dla siebie, a często i dla załogi, za to przyjmowaną z potępieniem. W „mojej” spółce, chociaż z ociąganiem, skutkującym pogłębieniem strat, Skarb Państwa w końcu przyznał
ekonomii prymat nad polityką, rozsądkowi nad chciejstwem
.

Nie wypowiadam się na temat gliwickiej huty, gdyż nie znam jej sytuacji. Natomiast stawiam tezę, że rada nadzorcza powinna, w obliczu zagrożenia dalszego istnienia spółki, śmiało sterować ku jej rozwiązaniu po przeprowadzeniu likwidacji, zamiast zwlekać i w końcu dopuścić, by spółka raczej upadła. Prawidłowo działająca rada ma lepszy przegląd sytuacji, niż akcjonariat spółki (a nawet jej właściciel, jeżeli pozostaje poza radą), niech więc energicznie stawia sprawę. Nadzór ma sięgać nie tylko w przeszłość i teraźniejszość. Także w przyszłość. Jeżeli jest jakaś.

Tekst ogłoszony 12 czerwca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także: 2014.03.13 Deja vu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *