(P)oszukiwanie sponsora

Czytam, że od 1 sierpnia reprezentacja Polski w piłce nożnej będzie miała nowego sponsora. Czytam dalej, by dowiedzieć się, kto będzie owym sponsorem; kto wyda ciężkie miliony, żeby za własne pieniądze spaprać swój wizerunek utożsamiając się z gromadą nieudaczników. Otóż tego jeszcze nie wiadomo. Wzmianka o nowym sponsorze wynika z tego, że dotychczasowy nie przedłuży umowy wygasającej 31 lipca. Dziennikarz uznał za rzecz oczywistą, że skoro zwolni się miejsce sponsora reprezentacji, znajdzie się chętny, by wejść w jego buty.

Dotychczasowy sponsor reprezentacji piłkarskiej zrezygnował po 12 latach i zainwestowaniu w polską piłkę ponad 100 mln zł. Pieniądze poszły nie tylko na wsparcie reprezentacji, także na piłkę młodzieżową i tzw. ekstraklasę, która ani nie jest ekstra, ani nie ma klasy. Chodzi o spółkę Orange Polska, czyli przechrztę po Telekomunikacji Polskiej. Ciekaw jestem, jakimi kalkulacjami kierowała się Tepsa porywając się na ten mecenat. Ciekaw jestem, jak przygodę z finansowaniem reprezentacji oceniają dawcy kapitału – akcjonariusze spółki. Czy gdyby te pieniądze pozostały w spółce, może nie byłaby ona zmuszona do tak drastycznego obcinania dywidendy? Czy w związku z mecenatem nad piłkarzami przybyło Tepsie klientów? Czy wzrosła jej reputacja? Czy był to dobry biznes?

Nie chodzi o wyniki, te można przecież kupić za pieniądze, przynajmniej w polskich ligach. Chodzi o atmosferę w piłce i wokół niej. Czy strumień pieniędzy z Tepsy odmienił klimat boisk? Czy zmobilizował zawodników do sportowego wysiłku? Czy wzmocnił ducha fair play? Czy przeciwnie – datki trafiły do Fryzjera i jemu podobnych, do przekupnych zawodników i trenerów, ślepych arbitrów, obłudnych działaczy? Co w zamian za szczodre wsparcie dały sponsorowi polska piłka i jej społeczne otoczenie? Przede wszystkim wstyd za skorumpowane środowisko piłkarskie i zwyrodnialców mieniących się kibicami.

Znane jest powiedzenie, że połowa pieniędzy wydawanych na reklamę idzie w błoto, tylko nie wiadomo, która połowa. Nurtuje mnie pytanie, jaka część pieniędzy wydawanych przez spółki pod hasłem społecznej odpowiedzialności biznesu ma biznesowy sens? Otóż każda forma działalności podmiotu gospodarczego powinna mieć na celu korzyści gospodarcze. Tzw. CSR (corporate social responsibility) może wspierać zarabianie przez spółkę pieniędzy lub bezpośrednio służyć zarabianiu. Z moich obserwacji wynika, że w niektórych spółkach CSR służy raczej wydawaniu pieniędzy, nawet bezrozumnemu. Spodoba się prezesowi asystentka, więc awansuje się ją na utworzone dla niej stanowisko szefa działu CSR, bądź powoła się fundację, da się dziewczynie budżet, niech wydaje.

Problemu nie rozwiąże utyskiwanie blogera. Do poprawy sytuacji może się natomiast przyczynić inicjatywa biegłych rewidentów podejmujących wysiłki ku obiektywizowaniu ocen oddziaływania spółek na środowisko i wypracowaniu metodologii badań sprawozdań spółek na temat CSR. Spółki powinny zatem nauczyć się przejrzystego, rzetelnego informowania o swoich działaniach w tej dziedzinie i zamieszczania tych informacji w raportach rocznych badanych przez biegłych. Po wprowadzeniu przez spółki systemu sprawozdawania, a przez biegłych – systemu badania tych sprawozdań, będziemy mogli ocenić, czy pod szyldem społecznej odpowiedzialności biznesu pieniądze są wydawane naprawdę odpowiedzialnie. W maju Krajowa Izba Biegłych Rewidentów zorganizuje w Warszawie ciekawą konferencję na ten temat, postaram się wziąć udział. Może dowiem się, czy Tepsa vel Orange zrobiła dobry interes wspierając reprezentację.

Szkopuł tkwi w tym, że akcjonariusze – jak wnioskuję z dyskusji prowadzonych na walnych zgromadzeniach i na forach – nie są specjalnie zainteresowani, na co spółki wydają budżety poświęcone społecznej odpowiedzialności. Nie dopytują o biznesowe uzasadnienie tych budżetów. Nie oceniają, czy wydawane środki rzeczywiście przyczyniają się do kreowania wokół spółki przychylnego nastawienia do biznesu. Przyjmują do wiadomości istnienie powinności biznesu wobec jego otoczenia, nie wymagają w zamian powinności owego otoczenia wobec biznesu.

Pora wymagać. Od interesariuszy, prawdziwych (stakeholders) i urojonych (mistakeholders). Od regulatorów, skłonnych mnożyć regulacje, często zbędne. Od poborcy podatków, niskich wprawdzie, lecz ściąganych z przekonaniem, że przedsiębiorcy kantują, więc trzeba ich nękać kontrolami. Od polityków, tak pochłoniętych wzajemnymi swarami, że zapominają o racjach państwa i biznesu. Od prokuratorów, niezdolnych do odróżnienia przedsiębiorcy od przestępcy. Od związków zawodowych, gotowych podpalić państwo i gospodarkę dla swoich interesów. Od społeczeństwa, które zapomina, że jedzie na gapę w pojeździe napędzanym mozolnie przez biznes. Od państwa, które jest bezwzględnie powinno wspomagać biznes.

Mógłbym tak pisać bez końca… Ale już napisałem, w dodatku przed wielu laty. Odsyłam więc do tekstów archiwalnych. Ironia losu sprawiła, że jeden z nich pochodzi – co do dnia – sprzed dziesięciu lat, a nie zmieniłbym w nim ani słowa.

Czytaj także:
2004.03.15 Nie ma powinności bez wzajemności
2003.11.17 Grzęzawisko ryzyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *