Premier o radach nadzorczych – moje wątpliwości

Premier rzadko wypowiada się o radach nadzorczych. Jego najbardziej pamiętne wystąpienia na ten temat dotyczyły potrzeby powołania tzw. Komitetu Nominacyjnego. Otóż przed kilku laty Rada Gospodarcza przy premierze opracowała sensowny program reformy nadzoru właścicielskiego nad spółkami o znaczeniu strategicznym z udziałem Skarbu Państwa. Zwieńczeniem reformy miał być Komitet Nominacyjny, ciało eksperckie opiniujące kandydatów Skarbu Państwa do rad takich spółek. Premier był za, wkrótce zamilkł; kiedy wybuchła afera z taśmami Serafina, premier znowu zapowiedział powołanie Komitetu Nominacyjnego, lecz wkrótce znowu zamilkł i wciąż milczy. Z jego najbliższego otoczenia płynęły do mnie opinie, że premier naprawdę jest za, ale radami nadzorczymi spółek z udziałem Skarbu Państwa zarządza Grzegorz Schetyna, który nie odda swojej porcji władzy żadnemu komitetowi. Opinie te były kłamliwe, ponieważ chociaż Schetyny już nie ma, przecież komitetu też.

W piątek 10 stycznia 2014 r. premier, w towarzystwie kilkorga członków rządu, miał ważne wystąpienie programowe. Na temat rad nadzorczych wypowiedział raptem kilka zdań, które wzbudziły moje wątpliwości. Czy zgadzam się z premierem, czy też nie, jest sprawą w gruncie rzeczy czwartorzędną. Pierwszorzędne znaczenie ma kwestia, czy premier wie, o czym mówi.

Po pierwsze: premier zapowiedział „oskładkowanie” wynagrodzeń za pracę w radach nadzorczych. O jaką składkę chodzi, nie powiedział. Już wiosną ubiegłego roku Ministerstwo Pracy zapowiedziało objęcie wynagrodzeń członków rad nadzorczych składką ZUS. Czy przez ponad pół roku nie dało się tego dokonać? Czy dokonanie tego „jeszcze” w kolejnym roku będzie osiągnięciem godnym wystąpienia programowego kierownictwa rządu?

Po drugie: zdumiała mnie argumentacja premiera. W oskładkowaniu wynagrodzeń w tytułu pracy w radach nadzorczych widzi on (cytuję za depeszą PAP 2014-01-10 14:42) „odpowiedź na uzasadnione poczucie wielu ludzi, że to wynagrodzenie z tytułu zasiadania w radzie nadzorczej jest taką korzyścią, takim przywilejem niezasłużonym. Skoro ludzie muszą płacić składki i podatki z innego tytułu, to dlaczego zasiadanie w radach nadzorczych (…) było do tej pory wolne od oskładkowania” – powiedział premier. Gdyby w cytowanej wypowiedzi zastąpić składki i podatki „karnymi odsetkami”, można byłoby ją włożyć w usta Jarosława Kaczyńskiego, taki zawiera ona ładunek populizmu i demagogii! Prawda, że wielu ludzi widzi w członkach rad nadzorczych kombinatorów i złodziei, ale zapewne tyluż pomawia o te przymioty także członków rządu. Mężowi stanu nie przystoi nazywać takowego poczucia ludzi, nawet wielu, „uzasadnionym”. Na pieniądze, nie takie znów wielkie, zarobione w radach nadzorczych, wielu ich członków uczciwie i ciężko zapracowało. Owszem, wielu innych pełniło role ornamentariuszy, niemniej w radach nadzorczych proporcje udaczników i nieudaczników są chyba podobne jak w rządzie.

Po trzecie, premier łączy oskładkowanie wynagrodzeń w radach z walką z umowami „śmieciowymi”. Powtarza tak za nim nawet poważny serwis Polityka INSIGHT. Doprawdy, nie widzę związku.

Jestem jak najbardziej za objęciem wynagrodzeń za pracę w radach nadzorczych składką emerytalną. Przyniosłoby to korzyść nie tylko członkom rad, którym zarobków w radach ZUS nie zalicza do podstawy wymiaru emerytury, także gospodarce narodowej, ułatwiając sformowanie nowoczesnego korpusu zawodowych członków rad nadzorczych, osób reprezentujących wybitne kwalifikacje, bogate doświadczenia i zaufanie rynku. Nad stworzeniem takiego korpusu pracuję od lat. Lecz obecnie praca w radach to „może dobry sposób na doraźne zarobkowanie, lecz kiepski sposób na życie”, co wywodzę w archiwalnym tekście, do którego poniżej odsyłam.

Czytaj także:
2013.07.20 Rada ze składką

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *