Przepis przydrożny

Gdybym znał status majątkowy kandydatów do rady nadzorczej, w przypadku zbliżonych kwalifikacji głosowałbym na zamożniejszego!

Są w polskim prawie przepisy, których obowiązywania jesteśmy powszechnie świadomi, ale przechodzimy obok nich jak wędrowiec mija przydrożne kapliczki: spojrzy, przeżegna się, czasem przystanie, zmówi pacierz i wnet pójdzie dalej w obranym wcześniej kierunku. Ani przydrożna kapliczka nie zawróci wędrowca ze szlaku, ani przydrożne przepisy nie wpłyną na nasze zachowania. Do takich przepisów zaliczam te traktujące o odpowiedzialności członków rady nadzorczej. Czasem zamyślimy się nad nimi, ktoś przeżegna się w intencji, by nie ponieść odpowiedzialności, lecz wiemy, że te przepisy są jak kapliczki: martwe, zostaną w miejscu, nie pogonią za nami.

Na kursach dla kandydatów do rad nadzorczych uczy się ich, że członkowie rad ponoszą odpowiedzialność całym majątkiem. Kto przezorny, pobiegnie przepisać majątek na współmałżonka. Kto rozsądny, wzruszy ramionami – przecież jeszcze żaden członek rady nadzorczej nie został puszczony bez skarpetek, chociaż niejeden zasłużył na takie potraktowanie. Członkowie rad, którzy skandalicznie zaniedbywali swoje obowiązki i przyczynili się do poniesienia przez nadzorowaną spółkę szkody w większym rozmiarze, w najgorszym razie zostają wezwani przed sąd, by oświadczyć, że o niczym nie wiedzieli.

Od członków rad nadzorczych wymaga się wiedzy, doświadczenia, kwalifikacji. Chodzi o kwalifikacje zawodowe. Niekiedy wspomina się także o kwalifikacjach moralnych. Żadna ze znanych mi spółek nie wymaga od członków rad nadzorczych kwalifikacji materialnych. Niby ponoszą oni odpowiedzialność majątkową, ale nikt ich nie docieka, czy mają godziwy majątek, z którego w razie czego można będzie przeprowadzić egzekucję. Tak utarło się w okresie burzy i naporu, w heroicznych początkach naszej transformacji. Wtedy nie wypadało pytać o majątek, wszak mało kto miał jakiś. Dzisiaj jest inaczej. Wśród członków rad nadzorczych polskich spółek doszło do znaczącego rozwarstwienia majątkowego. Jedni nie mają niczego, co mógłby im zająć komornik, inni mają wiele. Wzmianka o komorniku jest mocno futurystyczna, lecz jeszcze przyjdzie czas, gdy wspominane będą moje słowa!

Na walnym zgromadzeniu akcjonariusz często głosuje w ciemno na kandydatów do rady nadzorczej. Zna ich nazwiska i wie, albo domyśla się, kto pragnie ich przepchnąć do rady. Jeżeli kandydatury zostaną zgłoszone z należytym wyprzedzeniem (a przecież nie zawsze tak bywa), akcjonariusz pozna wykształcenie kandydata i zarys jego kariery zawodowej. Nie wymaga się od kandydata oświadczenia majątkowego, więc nie ujawnia on swojego statusu materialnego, nie czyni tego także zgłaszający. Nie wiemy przeto, czy kandydat dysponuje majątkiem, którym – nie daj Boże! – mógłby odpowiedzieć za brak należytej staranności w nadzorowaniu spółki. Gdybym znał status majątkowy kandydatów do rady nadzorczej, w przypadku zbliżonych kwalifikacji głosowałbym na zamożniejszego. Wyszedłbym z założeń, iż po pierwsze, taki lepiej zna się na biznesie, po drugie – że od takiego łatwiej będzie uzyskać odszkodowanie za brak należytej staranności związanej z zawodowym charakterem działalności w radzie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo elitarny był przed wojną korpus członków rad nadzorczych spółek akcyjnych. Skład osobowy tego korpusu nie może służyć za kryterium demokracji. Ona zatrzymuje się na progu rynku kapitałowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu nie protestowałem, że do rad nadzorczych notowanych spółek wybiera się studentów lub świeżo wypromowanych absolwentów. Nie mieli oni wprawdzie doświadczenia, niemniej wówczas niewielu dostąpiło już wnikliwej wiedzy o mechanizmach działania gospodarki rynkowej. Dzisiaj jest inaczej. Lecz moda na studentów nie minęła, zwłaszcza gdy są oni potomkami inwestorów. Rzecz jasna, młodzieniaszków spotyka się nie tylko w radach nadzorczych. Opowiadał mi znany profesor, świetlana postać polskiego rynku kapitałowego, jak przedstawiono mu dyrektora działu prawnego jednego z Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (zarządzających środkami przyszłych emerytów). Profesor z życzliwym zainteresowaniem zapytał, który wydział prawa ukończył pan dyrektor. Konsternacja: jeszcze nie ukończył, dopiero pilnie studiował… Wstyd.

Być może spółka, której rada nadzorcza została niefrasobliwie obsadzona członkami bez majątku, jest należycie zabezpieczona przed skutkami ich ewentualnej niefrasobliwości, ponieważ wykupiła opiewającą na wysoką sumę polisę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej swoich piastunów (directors & officers). Tego najczęściej nie wiemy, w naszych warunkach spółki nie obnoszą się z taki polisami, by nikomu nie przyszło na myśl sięgnąć do ich głębokich kieszeni. Znane są przypadki wypłacania z takich polis wysokich odszkodowań. W tym przypadku nie mamy do czynienia z przepisem przydrożnym.

Tekst został ogłoszony 23 sierpnia 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *