Rada z o.o. [2000]

Rady ograniczają swoją odpowiedzialność wpływając na zarządy środkami pozaprawnymi.

Styl pracy rad nadzorczych ulega przeobrażeniom pod wpływem polityki. Wcześniej uprawiano ją siekierką z kamienia łupanego, przeto i rady nadzorcze chętnie puszczały zarządy w skarpetkach (by w ich buty ubrać swoich ludzi). Dzisiaj uprawia się władzę z wygodnego tylnego siedzenia, przeto i rady nadzorcze uczą się przerzucać na zarządy odpowiedzialność za własne decyzje, podjęte nieformalnie – i nieformalnie wmuszane zarządom do wykonania.

Nie tylko spółki działają z ograniczoną odpowiedzialnością. Rady nadzorcze też. Spółka odpowiada kapitałem. Rada odpowiada uchwałami. Aby uniknąć odpowiedzialności, rada nadzorcza niekiedy wpływa na działania lub zaniechania zarządu środkami pozaprawnymi, innymi niż uchwały. Kodeks ich wprawdzie nie zna, nie dopuszcza, ale jeżeli to rada decyduje o składzie zarządu i jego wynagrodzeniach, zarząd nie będzie ryzykować posad, żądając od rady podkładki w postaci formalnej uchwały. Natomiast jeżeli rada nie decyduje o składzie zarządu i jego wynagrodzeniach, ma ona jeszcze w swojej dyspozycji arsenał środków nacisku, w tym możliwość zawieszania członków zarządu. Może to wprawdzie czynić jedynie „z ważnych powodów”, lecz znaleźć ważne powody doprawdy nie jest trudno. O tym, czy powód jest ważny, i czy występuje w liczbie mnogiej, decyduje przecież sama rada.

Czytam dokumenty pewnej spółki. W ubiegłym roku rada zebrała się sześć razy. Podjęła pięć uchwał. Wyłącznie w sprawach, których nie mogła rozstrzygnąć inaczej, niż uchwałą, jak badanie bilansu lub wniosku zarządu co do pokrycia straty. Ogromnej w zestawieniu z kapitałami spółki (połowa kapitałów została przez rok stracona, drugiej wystarczy na rok, może dwa…). Za to rada słała do zarządu „opinie, stanowiska i zalecenia w przedmiocie przedkładanych dokumentów spółki”. Ile było tych radosnych inicjatyw, sprawozdanie rady nie ujawnia. Nazywam je radosnymi, bo nie były przybrane w formę uchwał, czyli nie miały prawnego znaczenia.

„Zalecić” rada może zarządowi, by do kawy podawano jej śmietankę. Czego mogłyby dotyczyć „opinie” i „stanowiska”, nawet nie przychodzi mi do głowy. Lecz nie jest to, niestety, praktyka incydentalna. Kiedyś jeden z narodowych funduszy inwestycyjnych (ukryję go za wdzięcznym kryptonimem XXI NFI Biada) wprowadził do regulaminów rad nadzorczych swoich spółek parterowych przepis, zgodnie z którym „rada poza uchwałami może wyrażać opinie i stanowiska we wszystkich sprawach spółki oraz występować do zarządu z wnioskami i inicjatywami”. Z kolei „zarząd powinien powiadomić radę o zajętym stanowisku w sprawie opinii, stanowiska, wniosku lub inicjatywy niezwłocznie, nie później niż 21 dni od ich otrzymania”. Czyli: jak zarząd nie zajmie stanowiska w sprawie stanowiska, to straci stanowiska. Zawsze wspierałem program NFI, a i dzisiaj nie wyrzekam się go, lecz muszę przyznać, że wyrządził on nieobliczalne szkody porządkowi korporacyjnemu!

Uchwała organu spółki rodzi odpowiedzialność. Natomiast stanowiska, zalecenia, opinie lub wnioski przyjmowane „poza uchwałami” nie mają mocy prawnej, przeto nie rodzą odpowiedzialności. Niekiedy nie są nawet głosowane, więc nie wiadomo, kto był za, kto przeciw. Niekiedy nie są nawet sporządzone na piśmie, więc można im nadać ex post znaczenie zgoła przeciwne pierwotnie zamierzonemu. Zarząd mógłby zignorować te sprzeczne z prawem formy oddziaływania rady na jego politykę, ale zarządy obawiają się pouczać rady, a rady nie lubią być pouczane. Kiedyś rada poważnego banku próbowała okiełznać prezesa środkami nieformalnymi, a prezes lekceważył nie tylko zalecenia, ale i całą radę na dodatek, więc stracił stanowisko.

Wracam do materiałów wspomnianej wcześniej spółki, która nabija straty. Czytam: „rada i jej członkowie udzielali zarządowi porad i pomocy w rozwiązywaniu trudniejszych problemów”. Uszczelki załatwiali? Wcale nie po są rady nadzorcze, by mieszały się do zarządzania, nawet w formie „porad i pomocy”. Albo zarząd jest na tyle kompetentny, by nawet trudniejsze problemy sam rozwiązywać, bez porad i pomocy rady i jej członków (pewnie ilu członków, tyle porad, a co jedna – bardziej księżycowa), a wtedy nie należy mu się wtrącać. Albo zarząd wymaga pomocy w rozwiązywaniu problemów, a wtedy lepiej go zmienić, niż dopuścić uczestnictwo rady w prowadzeniu spółki i jej spraw – bez znaczenia, czy wespół z zarządem, wbrew niemu, czy ponad nim.

W spółce, o której piszę, nie ma ani grama polityki. Za to jest przejęty z polityki schemat „kierowniczej roli rady”, obecnie nazywany „kierowaniem z tylnego siedzenia”. Albowiem władza jest słodka, odpowiedzialność gorzka. Lecz czy jest sposób na radę z o.o.? Owszem. Nazywa się syndyk.

Tekst ogłoszony 17 lipca 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.07.03 Podkładka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *