Rating, czyli dawkowanie zaufania

Nie wszyscy rozumieją istotę ratingu nadawanego papierom wartościowym. Ani zachowanie wielkich agencji ratingowych, które, jak wiadomo, zmówiły się przeciwko Polsce i na złość PiS obniżają nam rating lub jego perspektywę. Wielu nie odróżnia ratingu nadawanego państwu od nadawanego emitowanym w tym państwie papierom wartościowym. A już większość nie odróżnia ratingu i rankingu: i redakcja poważnego tygodnika, i międzynarodowej sławy profesor zarządzania sądzą, że gwiazdki Michelina to… ranking.

Przed kilku laty narodził się w Polsce pomysł utworzenia skromnej, lokalnej agencji ratingowej wydającej oceny obligacji korporacyjnych wprowadzanych na rynek Catalyst. Wielkie światowe agencje nie są zainteresowane ocenianiem papierów dłużnych małych i średnich spółek, spółek owych nie stać zaś na to, by owo zainteresowanie sobie kupić, uzyskując nobilitujący je rating. Pomysł nigdy nie został należycie dopracowany, zwłaszcza w kwestii, kto miałby za te oceny płacić. Czy emitenci, którym na ocenie najczęściej nie zależy, ponieważ ich obligacje zazwyczaj znajdują nabywców? Czy inwestorzy instytucjonalni, nabywający te papiery w ciemno? Czy animator rynku?

Pomysł wyszedł z kręgów skupionych wokół Europejskich Kongresów Finansowych. Do mnie zwrócił się w tej sprawie prof. Leszek Pawłowicz, proponując zaangażowanie w ten projekt Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym wówczas kierowałem. Powołanie agencji ratingowej wymaga kilku komponentów: wiarygodności przedsięwzięcia, kompetencji i metodologii, oraz niezależności, przy czym chodzi zarówno o niezależność organizacyjną, jak materialną. Na wiarygodność trzeba zapracować wieloletnią i chwalebną działalnością. Agencja ratingowa oszczędnie dawkuje zaufanie, lecz sama musi je reprezentować bez żadnych ograniczeń. Kompetencję miał wnieść do projektu dr Błażej Lepczyński z Gdańska, on też mógłby podjąć prace nad metodologią przedsięwzięcia. O niezależności organizacyjnej miał świadczyć związek z Polskim Instytutem Dyrektorów, mającym reputację odpornego na wpływy zewnętrzne. Niezależność finansową, przynajmniej w czasie rozruchu, miała zapewnić giełda.

Pamiętam moją wizytę w tej sprawie u ówczesnego szefa GPW Adama Maciejewskiego. Powiedział, że giełda interesuje się projektem ocen obligacji notowanych na rynku Catalyst i gotowa jest wesprzeć go pieniędzmi. O skali finansowania prezes nie wspomniał, więc zadałem to niezręczne pytanie. Odpowiedział na okrągło, że „nawet milion złotych”. Co w praktyce zazwyczaj mogło oznaczać pół miliona, albo nawet mniej. Potrzeba było corocznie kilku milionów. Pożegnałem się z prezesem i z pomysłem angażowania Instytutu w hołubienie niechcianego dziecka.

Sukces wymaga znacznie więcej środków niż niepowodzenie. Lecz w tym przypadku chodziło nie tylko o pieniądze. Głównie o zaufanie. Rynek nie był zainteresowany wspieraniem lokalnej agencji ratingowej, nawet korzystaniem z jej ocen. Sam doświadczyłem, jak bardzo nie był także zainteresowany doskonaleniem corporate governance. Gdyby zarządzający funduszami angażowali własne pieniądze, pewnie dbaliby o nie. Lecz oni angażują cudze; jeżeli ze 100 złotych zostają im na koniec dnia 64 grosze, nikt ich nie osądzi, nie ukarze.

Ostatecznie zalążek agencji, pod nazwą Instytutu Analiz i Ratingu, powstał pod auspicjami GPW. To nie wróżyło niczego dobrego, wprawdzie prezes Maciejewski szerzej otwarł szkatułę i już pieniędzy tak bardzo nie skąpił, ale jako giełdowa przyssawka Instytut nie miał szans na wiarygodność. Giełda jest przecież państwowa, państwo uczestniczy w gospodarce łomem i maczugą, bezceremonialnie zarządza spółkami ze swoim udziałem nie bacząc na prawidła ekonomii. Wyobraźmy sobie, że taka giełdowa agencja ma nadać rating obligacjom spółki z portfela Skarbu Państwa, spółki uczestniczącej w procesie wspomagania projektów o dużym znaczeniu politycznym, ale gospodarczo nonsensownych. Rating zapewne byłby pozytywny, ale niezasłużony, przyznany na ryzyko inwestorów, których przed ryzykiem miał uchronić.

Niedawno czytałem w Parkiecie, że po dwóch latach członkowie zarządu agencji złożyli rezygnację; media nie wspominają, czy zdążyli opracować metodologię oceny papierów. Wygląda na to, że GPW słusznie chciałaby się pozbyć kłopotliwego podrzutka. Na jego przejęcie namawiany jest Polski Fundusz Rozwoju, czyli finansowe ramię Planu Morawieckiego. Mają tam mieć tyle pieniędzy, że stać ich będzie na ekstrawagancję. Lecz prezes PFR Paweł Borys to menedżer doświadczony i rozsądny. Czy dojrzy możliwości zarabiania na jakże pożytecznych, ale niechcianych przez rynek, ocenach wiarygodności emitentów obligacji korporacyjnych?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *