Spadające gwiazdy [2005]

Prezesi działający wbrew porządkowi korporacyjnemu tracą posady, reputację, majątki, nawet wolność.

Przed kilku laty w Stany Zjednoczone dotkliwie uderzyła pierwsza fala skandali korporacyjnych. Zmiatała spółki, jak Enron i WorldCom. Jej reperkusje dotarły do Europy, zahaczając o Ahold, Parmalat. Przyczyna kataklizmu została określona jednoznacznie. Nazwano ją kreatywną księgowością. W istocie rzeczy chodziło o pospolite oszustwa. Obecnie przez korporacyjną Amerykę przewala się druga fala skandali. Ta zmiata menedżerów, zwłaszcza prezesów wielkich korporacji (aczkolwiek, powracając, może zabrać ze sobą także rady nadzorcze). Tym razem przyczyny kataklizmu są bardziej zróżnicowane, ale za każdym razem można w tle dostrzec znajome motywy. Są nimi działania lub zaniechania wbrew porządkowi korporacyjnemu.

Uosobieniem obecnego kataklizmu może stać się Maurice Greenberg, legendarny prezes AIG. W krainie ubezpieczeń był gigantem, przez dziesięciolecia stał na czele największego towarzystwa, a zaufanie, jakie powszechnie w nim pokładano, promieniowało na światowe rynki. Ostatnio Greenberg (znany jako „Hank”) został upokorzony po kilkakroć: stracił posadę prezesa AIG, następnie ustąpił z funkcji przewodniczącego rady, a teraz, podczas przesłuchań, odmówił odpowiedzi na pytania. Nawet na dotyczące nazwy towarzystwa, jakim kierował. Wcześniej poeta mógłby fantazjować: Mówimy „AIG”, myślimy „Greenberg” – i na odwrót. Będziemy jednak raczej mówić „Greenberg”, myśląc „przekręt”.

Trwa śledztwo, ile tych przekrętów było. Chodzi o swoiste kontrakty reasekuracyjne, a raczej o wadliwe księgowanie jako takowe czynności, których istotą było raczej polerowanie wyniku finansowego. Partnerem AIG było towarzystwo General Re, zależne od Berkshire Hathaway, za którym stoi legenda naszych czasów, Warren Buffett. Okazuje się, że nie wie on o niczym! Przynajmniej tak utrzymuje. Postawione tu przed rokiem pytanie „Czy Warren Buffett musi odejść?” nie straciło na aktualności.

Lecz sprawa wcale nie jest jednoznaczna. Zarzuty, że AIG przez kilkanaście lat dokonywała błędnych zapisów księgowych, w sumie na przynajmniej 1,7 mld USD – nie zostały jeszcze dowiedzione. Natura umów AIG z partnerem reasekuracyjnym General Re jest na tyle skomplikowana, że nieprawidłowości nie wychwycili ani biegli rewidenci, ani nadzór ubezpieczeniowy. Zresztą w USA nie dorównuje on dalece sprawnym, scentralizowanym nadzorom nad bankami i nad rynkiem papierów wartościowych. Jest bowiem sprawowany przez 51 lokalnych podmiotów poszczególnych stanów i stołecznego dystryktu Columbia, które nie koordynują dostatecznie swoich poczynań.

Mnożenie znaków zapytania nie zmienia postaci rzeczy: Greenberg został skompromitowany, Buffett dotknięty, pozycja AIG zachwiana, a nowojorski prokurator Eliot Spitzer publicznie rzuca mocnymi słowami (pomiędzy nimi, „oszustwo” należy do łagodnych). Miewa on często rację, ale jego retoryka i maniera stawiania oskarżeń przed dowodami upodobnia go do naszych zuchów z komisji do spraw Orlenu, którzy także wiedzą, że łatwiej wygrywać przed (wpierw podjudzoną) opinią publiczną, niż przed sądem. Co nie zmienia postaci rzeczy: także przed sądem zwolennicy corporate governance wygrywają. Niedawno został skazany Bernie Ebbers, były prezes WorldComu, kiedyś jeden z symboli korporacyjnej Ameryki. Zapewne już niebawem podzielą jego los Kenneth Lay i Jeffrey Skilling z Enronu.

Przyczynami upadków prezesów wcale niekoniecznie są oszustwa. Otóż współcześnie wystarczy popełnić byle występek przeciwko porządkowi korporacyjnemu. Carleton S. („Carly”) Fiorina złamała opór mniejszości przeciwko megafuzji; przyszło jej za to zapłacić utratą stanowiska, kiedy wynik rozczarował większość. Harry C. Stonecipher, przywołany z emerytury dla odbudowy standardów etycznych u Boeinga, niebawem złamał jeden ze standardów, nawiązując romantyczną korespondencję elektro z podwładną (jeszcze kilka lat temu nie przywiązywano znaczenia do takich drobiazgów, dzisiaj to już nie są drobiazgi). Philip Purcell, prezes Morgan Stanley, ogłosił decyzje kadrowe, które współpracownicy uznali za nieprzejrzyste, mocno kontrowersyjne, więc zbuntowali się. Być może zanim harmider opadnie, Purcell straci posadę, a reputację już stracił (bo cóż to za menedżer, który daje powód do rebelii przeciwko swojemu przywództwu?).

Czy czasy tak się zmieniły? Czy stawiamy przed menedżerami coraz, coraz wyższe wymagania? Czy też to oni zbiesili się, stracili wstyd i umiar, chciwie zgarniając pod siebie pieniądze, nawet ze szkodą dla spółek? Eliot Spitzer niedawno napisał: Wśród prezesów nie działa kodeks honorowy, w spółkach nie działa funkcja nadzorcza rady, a samoregulacja okazała się całkowitym nieporozumieniem. Głoszę pochwałę samoregulacji, lecz ostrzegam: gdzie ona zawodzi, tam wkracza prokurator. Voila!

Tekst ogłoszony 2 maja 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *