Śpiewać każdy może [2003]

Rozpowszechnianie na rynku fałszywych informacji szkodzi spółkom i akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi.

W kilku spółkach trwają papierowe wojny. Narzędziem walki są komunikaty. Co zarząd spółki ogłosi, zaraz inny zarząd dementuje. Byłoby to doprawdy komiczne, gdyby nie było smutne. Albowiem w owych spółkach zarządy mnożą się zamiast pieniędzy. Dublowanie przez spółkę organów odbywa się niezmiennie na szkodę inwestorów. Dwa zarządy, dwie rady nadzorcze, konkurencyjne walne zgromadzenia (do pełni szczęścia brakuje jedynie konkurencyjnych rejestrów sądowych) – to objawy zwyrodnienia spółek oraz degeneracji całego rynku kapitałowego.

Komisja Papierów Wartościowych i Giełd doszła do przekonania, że kiedy w spółce trwa walka konkurencyjnych zarządów, należy upubliczniać raporty obu stron. Przyjęto więc formułę, iż śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Nie tylko zarząd legitymowany, także pretendent do miana zarządu, choćby i nielegalny, może swobodnie ogłaszać swoje komunikaty. Stanowisko komisji jest słuszne. Raporty bieżące są po to, by rynek wiedział, co dzieje się w spółce. Jeżeli o władzę nad spółką, o dostęp do jej kasy, ubiegają się dwie grupy inwestorów, rynek powinien być o tym niezwłocznie informowany. Dla jednych będzie to sygnał do opuszczenia spółki, dla innych – do podjęcia walki o wpływy w niej. Wskazane jest wszelako oznaczanie, czy nadawcą raportu jest organ wpisany do rejestru. Wiele komunikatów pochodzi bowiem od uzurpatorów. Są nimi rozmaite zarządy komisarzy powołane przez rewolucyjne rady delegatów.

Problem wcale nie polega na tym, kto w kogo rzuci papierową kulką, lecz na mnożeniu się organów spółek. Nad polskim rynkiem ciąży bowiem klątwa fatalnych obyczajów. Uchodzą one bezkarnie. Ostatnio proklamowane zasady dobrej praktyki niczego jeszcze nie wniosły. Powstały one w reakcji na parkingowe walne zgromadzenia, dwoiste rady nadzorcze, konkurencyjne zarządy. Czy rynek zdoła dotrwać, aż upowszechni się dobra praktyka? Obecnie spółki publiczne składają oświadczenia o swoich szlachetnych intencjach w stosunku do dobrej praktyki, ale wszystko pozostaje po staremu. Dublują się zarządy, krzyżują komunikaty, panuje ogólny chaos.

Kwestia, kto może na rynku wypowiadać się w imieniu spółki, została więc rozstrzygnięta: niech wypowiada się każdy, byle powołał się na swoje umocowanie w Krajowym Rejestrze Sądowym, lub przyznał się do braku takiego umocowania. Kto występując na rynku w imieniu spółki wyrządzi jej szkodę, naraża się na ryzyko poniesienia odpowiedzialności. Inwestorom trudno się połapać, który zarząd w spółce jest legalny: czy ten, co zwołał walne zgromadzenie, czy ten, co je odwołał, lecz na tym polega urok inwestowania w Polsce. Spółkom nie chce się ścigać szkodników, ale z czasem zmusi je do tego społeczność inwestorów. Nastąpi to nie jednak wcześniej, aż wymiar sprawiedliwości wreszcie wypełznie spod żółwiej skorupy, którą na sobie dźwiga. Jak mówią Anglosasi, justice delayed is justice denied. Co od biedy można przełożyć na polski jako ‘sprawiedliwość opieszała – to chała’.

Pozostaje jednak inna kwestia: nie kto, ale co można ogłaszać w imieniu spółki. Jeżeli więc ja, ASN, puszczę na rynek raport podszywając się pod 4Media (Magazyn Finansowy wciąż zalega mi z honorariami) lub pod Vistulę (kupiłem w tej firmie smoking), ktoś może mnie za to ścigać. Natomiast jeżeli w pełni legitymowany zarząd spółki publicznej ogłosi komunikat zawierający oczywiste bzdury, nikt ścigać go nie będzie. Co więcej: komunikat objęty jest domniemaniem prawdziwości podanej w nim treści. W pierwszym wypadku fałszywka wyrządzi szkodę spółce, dysponującej środkami prawnymi, by dochodzić zadośćuczynienia. W drugim wypadku fałszywka ma na celu oszukanie inwestorów, co jest na polskim rynku praktyką tak powszechną, że już nie zwraca się na nią uwagi.

Jak nie należy legitymować nadawców komunikatów, ponieważ nawet jeżeli nadaje je uzurpator, jest to dla rynku ważną informacją, tak również nie należy cenzurować treści komunikatów, lecz za zawarte w nich dezinformacje nadawca winien ponieść surową odpowiedzialność. Chodzi o to, żeby sprawozdawczość była wiarygodna. Otóż nie jest, co w ostateczności szkodzi nie tylko spółkom – także akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi. Akcjonariusze mogą wycofać się ze spółek budzących ich wątpliwości; mogą także wycofać się z rynku, a straty, jakie poniosą, odstręczą naśladowców. Tylko sam rynek jest całkiem bezbronny. Nie tylko nikt go nie chroni, ale nawet nie traktuje serio. Są bowiem na nim spółki, które w istocie rzeczy nie prowadzą żadnej działalności, tylko smażą raporty bieżące zawierające treści, jakie nawet najmłodsi juhasi bez wahania zakwalifikują do trzeciej postaci prawdy (według X. prof. Józefa Tischnera, pierwsza postać tejże to u górali ‘święta prawda’, druga – ‘tyz prawda’, zaś trzecia to ‘g… prawda’).

Tekst ukazał się 20 stycznia 2003 w tygodniku Gazeta Bankowa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *