Stowarzyszenie Umarłych Prezesów

W Polsce prezesi odchodzą znienacka, przy akompaniamencie rozważań, czy spółka na tym straci, czy może jednak zyska. Czasem na wiadomość o dymisji lubianego przez rynek prezesa kurs akcji zanurkuje, jak płakały notowania BRE po dymisji Sławomira Lachowskiego. Niekiedy odejście prezesa nie wywiera wrażenia na kursie. Dzieje się tak w sytuacji, gdy prezes – co zdarza się rzadko – zawczasu zapowiedział, że w określonym, odległym terminie odejdzie ze stanowiska (modelowy przykład dał prezes Banku Zachodniego WBK Jacek Kseń). Dzieje się tak również wtedy, gdy akcjonariat uznaje, że na odejściu prezesa co najmniej spółka nie straci.

Lecz chodzi mi nie o to, co dzieje się z kursem akcji osieroconych spółek, a o to, co dzieje się z prezesem. Niektórzy po pewnym czasie obejmują inne stanowiska, znowu gdzieś prezesują lub wiceprezesują, odnosząc przy tym sukcesy. Ci, którzy zasłużyli na szacunek rynku, są zapraszani do pracy w radach nadzorczych. Inni znikają na zawsze w powszechnej niepamięci. To z myślą o nich ukułem powiedzonko o Stowarzyszeniu Umarłych Prezesów. Z pewnością niepoprawne politycznie i obyczajowo, ale akuratne. Bo nie wiadomo przecież, jak członkowie tego stowarzyszenia zawędrowali na swoje wysokie stanowiska, kto ich wypromował i dlaczego. Nie wiadomo także, dokąd i którędy powędrowali po zejściu ze szczytów – dość, że słuch po zaginął. Czasem bierze mnie ciekawość, co stało się z jakimś byłym prezesem, którego zapomniane już nazwisko odnalazłem w archiwalnych notatkach. Daremne wypytywanie o jego późniejsze losy, nikt ich nie zna, a niewielu w ogóle pamięta, że kiedyś taki osobnik przewinął się przez posady.

Polskim spółkom zdecydowanie brakuje dalekowzrocznej i przejrzystej polityki sukcesji. Szkodzi im to w trójnasób. Po pierwsze, prezesi odchodzą nie tylko z dnia na dzień, nawet z godziny na godzinę, co u nich samych, i w akcjonariacie, potęguje nastrój niepewności. Po drugie, brak starannie przygotowanego następstwa powoduje spore zamieszanie w procesie zarządzania. Po trzecie, w takich warunkach częściej dochodzi do przypadkowego obsadzania stanowisk w zarządzie, czyli kreuje się kandydatów na „umarłych”, zapomnianych menedżerów.

Członków stowarzyszenia pozostawiam w zasłużonym niebycie, natomiast zastanawiam się, dlaczego szkoły wyższe, tak lubujące się w prowadzeniu studiów w zakresie zarządzania, nie wykorzystują doświadczonych menedżerów, którzy dysponują już czasem, a nadto praktyczną jeszcze wiedzą. Zastanawiam się, dlaczego państwo nie sięga po najlepszych spośród byłych menedżerów, po osoby doświadczone w kontaktach międzynarodowych, obyte w świecie, znające języki, by powierzać im ambasadorstwo?

Nie kwestionuję kwalifikacji polskiego korpusu dyplomatycznego. Uważam jednak, że polskiej gospodarce brakuje skutecznej promocji uprawianej kanałami politycznymi i dyplomatycznymi. Nie mamy rodziny królewskiej, która roześle książęta po świecie, by promowały nasze firmy i ich interesy. Pomiędzy polityką a biznesem wzniesiono kiedyś kolczaste zasieki. Prezydent zajmuje się najwyższą racją stanu (poprzedni obrażał się na świat za kąśliwy tekst w trzeciorzędnym pisemku o nim, bracie i mamie). Ministrowie nie sprzedają w świecie polskich produktów i wynalazków, dyplomaci skrzętnie wypełniają instrukcje słane z centrali, by z godnością prostować nieścisłe wypowiedzi polityków na temat Polski, a także artykuły w dziennikach i biuletynach, biura radców handlowych zajmują się obsługą misji gospodarczych i targów. Brakuje stałej, systematycznej, kompetentnie prowadzonej działalności na rzecz polskiej gospodarki, w tym poszczególnych firm. Mogliby ją prowadzić znani menedżerowie, gdyby to ich wysyłano na placówki.

Polska dobiera ambasadorów spośród zawodowych dyplomatów, ale nie waha się sięgać poza ten krąg, na placówki wysyłano także uczonych lub znanych dziennikarzy (tu można wymienić Daniela Passenta, Krzysztofa Mroziewicza, Jarosława Gugałę). Proponuję rozważenie możliwości zatrudnienia w interesie kraju doświadczonych i szanowanych byłych menedżerów. Przydadzą się polskiej gospodarce, polskim firmom i produktom, naszym interesom handlowym. W wielu korporacjach i organizacjach międzynarodowych przenosi się na emeryturę osoby w wielu 62 lat lub zbliżonym – czyli ludzi o pełnej wciąż przydatności na stanowiska ambasadorów. Nie muszę wymieniać tu nazwisk, wystarczy rozejrzeć się po rynku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *